piątek, 30 września 2011

MUZYKA - Chelsea Wolf: Ἀποκάλυψις (Apokalipsis) (2011)

01. Primal / Carnal (0:24)
02. Mer (3:43)
03. Tracks (Tall Bodies) (3:56)
04. Demons (3:14)
05. The Wasteland (4:03)
06. Moses (4:07)
07. Friedrichshain (2:47)
08. Pale On Pale (7:12)
09. To The Forest, Towards The Sea (2:44)
10. Movie Screen (5:35)

Całkowity czas: 37:45

  Chelsea Wolf to projekt amerykańskiej wokalistki wepchniętej do dość ogólnej szuflady z napisem ”singer-songwriter”. Album ”Apokalipsis” jest wszystkim tym, czego nie spodziewałem się po artyście przypisanym do tego gatunku.

  Już pełniący rolę krótkiego wprowadzenia ”Primal/Carnal”, składający się z mrożących krew w żyłach, szalonych krzyków, szeptów i skowytów, zapowiada coś zupełnie innego. W ”Mer” oraz ”Tracks (Tall Bodies)” na pierwszym planie słychać co prawda senne, lekkie dźwięki gitary i takiż głos Chelsea, a jednak w tle można doszukać się nawiązań do muzyki psychodelicznej. Diabeł tkwi więc w szczegółach. Zdarzają się, oczywiście, odstępstwa od sennych dźwięków. ”Demons” to napędzany rytmicznym bębnieniem rockowy utwór z przesterowaną partią gitary i szalonym, zniekształconym śpiewem, który może kojarzyć się z The Kills. Bardzo ciekawy jest ”Moses”, w którym zespół przechodzi od psychodelicznej ballady do bardziej melodyjnego grania. W ”Pale on Pale” doskonale kontrastują ze sobą spokojne i jazgotliwe partie gitar. Niesamowicie brzmi również śpiew, który raz hipnotyzuje brzmieniem przypominającym Björk, innym razem powoduje szybsze bicie serca krzykiem w stylu Diamandy Galas. ”To the Forest, Towards the Sea” idealnie sprawdziłby się z kolei jako ścieżka dźwiękowa filmu w stylu ”Antychrysta” Larsa Von Triera. Zamykający album ”Movie Screen” to wokalne nawiązanie do Lisy Gerrard, Meredith Monk oraz ponownie do Björk. W tle słychać natomiast orientalnie brzmiącą gitarę oraz spokojną pracę sekcji rytmicznej. Niesamowite wrażenie robi również szalona gitarowa solówka czy raczej improwizacja, którą słychać w drugiej połowie kompozycji.

  ”Apokalipsis” to jedna z najlepszych płyt z muzyką eksperymentalną, jakie miałem okazję usłyszeć w tym roku. Jej największą zaletą jest doskonała równowaga pomiędzy cięższymi, rockowymi kompozycjami a sennymi balladami ubarwionymi nawiązaniami do muzyki psychodelicznej.

Ocena: 9/10

czwartek, 29 września 2011

MUZYKA - Steven Wilson: Grace for Drowning (2011)

  CD 1 (Deform to Form a Star):
1. Grace for Drowning (2:05)
2. Secretarian (7:41)
3. Deform to Form a Star (7:50)
4. No Part of Me (5:44)
5. Postcard (4:28)
6. Raider Prelude (2:23)
7. Remainder the Black Dog (9:26)
CD 2 (Like Dust I Have Cleared From My Eye:
1. Belle de Jour (2:59)
2. Index (4:48)
3. Track One (4:15)
4. Raider II (23:21)
5. Like Dust I Have Cleared From My Eye (8:00)

Całkowity czas: 83:00

  Jakież to szczęście, że uczelnia nie dawała mi o sobie zapomnieć przez ostatnie tygodnie, wymuszała czytanie po nocach, szalone rajdy przez miasto po wpisy i pisanie niepotrzebnych zupełnie prac na temat konceptów w twórczości Jana Andrzeja Morsztyna (któremu dziękuję serdecznie za śliczną piątkę w indeksie!). To była najlepsza wymówka, jaką mogłem sobie wymarzyć. "Przed czym wymówka?" - pytasz, drogi Czytelniku, ale odpowiedź masz już na końcu języka. Przed pisaniem recenzji "Grace for Drowning", przed oficjalnym pojedynkiem ze Stevenem Wilsonem, moim przewodnikiem, muzycznym Wergiliuszem, który przepchnął mnie przez całe piekło, czyściec i zostawił pod bramą raju ambitniejszych odmian rocka. Każdy myśli, że wysmażenie tekstu o ulubionym artyście to bułeczka z masełkiem lub piwko z orzeszkami. Błąd. Już podczas przeprowadzonego kilka dni temu wywiadu łapy trzęsły mi się jak agrestowa galaretka, a zdolność trzeźwego myślenia i utrzymywania duchowego spokoju czmychnęła gdzieś daleko w kąt. A teraz mam stać się jednym z pierwszych w Polsce wieszczów nowego wydawnictwa Bosonogiego Majstra. Ubi sunt?! Gdzież zniknęła wołająca mnie na obiad matka i słowa: "Przestań tyle pisać, przecież i tak nikt tego nie czyta!"?

  Pisanie muzyki jest jak opowiadanie komuś historii

  W dzisiejszych czasach zanika akt słuchania albumów. Słucha się muzyki jako towaru, pobieranego na gwałt z czeluści Pirackich Zatok, rozcinanego na bardziej lubiane kawałki, wrzucanego na podpisane markerem płyty lub przenośny odtwarzacz. Lecimy na zakupy, poznając nowe zespoły między półkami z psią karmą i papierem toaletowym. Dostosowujemy się do czasów, w których przyszło nam żyć i w których każda sekunda staje się bardziej wartościowa niż sztabka złota. Tę jedną lub dwie godziny wolnego w dniu tracimy przed komputerem / telewizorem lub przesypiamy, ładując akumulatory przed następnym biegiem. Nie zrozum mnie źle, Czytelniku, nie oceniam. Pośpiech uzależnia i ułatwia życie. Ucisza sumienie, które ryczy od czasu do czasu, że chciałoby zostawić na tym świecie cokolwiek po swoim właścicielu. Ucisza duszę, która domaga się uniesień. Wygasza emocje, pulsujące wraz z krwią w naszych żyłach. Dla niektórych staje się równie potrzebny jak jedzenie lub picie, niezbędny, "fizjologiczny". 

  Ale cała ta misternie budowana zasłona dosyć często pęka. Znasz na pewno przypadki filmów, po których jakby ktoś Cię dotknął magiczną różdżką, pstryknął jakiś dziadowski przełącznik w twojej głowie. Emocje wypływają na zewnątrz, nie możesz zasnąć, myślisz o tym wszystkim, co było, co bolało, co koiło, o ludziach, którzy niegdyś stanowili część twojego życia, a teraz nie chcą pamiętać Twojego imienia. Jestem pewny, że mógłbyś kiwnąć głową na znak zgody (gdybyś, oczywiście, nie żył w czasach czytania materiałów w Sieci tylko w celu odnajdywania jakichś sprzeczności i informowania o tym biednego autora), bo tak "było ostatnio" po jakimś "Forrest Gump", "Requiem dla snu" czy innym "500 dni miłości". Struktura wybucha, z jej zgliszczy wychyla się krucha dusza człowieka, dostrzegająca wielkość każdego oddechu, łaknąca doznań. Życia nie ciałem, tylko umysłem.

  I zdarzają się takie płyty CD z muzyką. Słuchasz ino pierwszy raz, gdzieś tam właśnie w Biedronce lub KFC, łapiesz się za ucho, które lekko drapiesz i dochodzisz do wniosku, że "to trzeba będzie poznać wieczorem". Być może nawet zamiast megahitu na Polsacie. Wracasz do domu, rozprawiasz się z korespondencją na skrzynce mailowej, sprawdzasz ulubione portale, zamykasz komunikator, wyłączasz komputer. Szykujesz przekąskę, coś do picia i siadasz naprzeciw głośników. Zaczynasz wielką przygodę, podczas której Twoje emocje przestają się kryć i wybuchają niczym prehistoryczny wulkan. Podczas której całe te "dzisiejsze czasy" ujawniają swoją pustkę. No, no, przyznaj, że bywały takie albumy. I to nie tylko w złotych latach 60. / 70. ubiegłego wieku. Teraz też się trafi podobna przygoda, choć - podobnie jak wyśmienity film - raz na ruski rok.

  Pisanie recenzji jest jak... pisanie muzyki

  Stevena Wilsona cenię tak bardzo nie dlatego, że właśnie takie Wielkie Albumy tworzy, gdyż nawet jemu ta nader ciężka sztuka udaje się od czasu do czasu w całym tym morzu projektów, z którymi jest związany, lecz dlatego, iż tak uparcie do tego dąży. Nigdy nie poprzestaje na tym, co stworzył, zawsze znajduje nową ścieżkę, inne priorytety, następny Cel. Po drodze tworzy albumy nieco mniej udane, czasami trochę sztuczne. Niemniej co kilka lat popełnia rzecz, o której nie sposób napisać inaczej niż "muzyczna podróż" właśnie. Coś na wzór idealnie nakręconego, mądrego i wciągającego jak rura od odkurzacza filmu. Ostatnią wielką rzecz nagrał trzy lata temu i wypuścił, wiedząc chyba o jakości dzieła, pod własnym nazwiskiem. "Insurgentes" nie zawsze spotyka się z podobnym przyjęciem, ale mnie, słuchane zwłaszcza w miksie wielokanałowym, powala na kolana i absorbuje w całości. Nawet podarte kapcie same z nóg zeskakują, chowając się z piskiem pod kanapą.

  Wystarczyło pierwsze odsłuchanie "Grace for Drowning", aby obudził się tak długo nieodczuwany impuls. Pierwsze dźwięki pianina Jordana Rudessa w otwierającej tego kolosa kompozycji i wszystko było jasne - to taki album, którego w inny sposób słuchać można nie będzie. Tylko po zmroku, w pustym mieszkaniu, z zamkniętymi oczami. Jest tu pewien pierwiastek niepokoju, który towarzyszył nam (według niektórych w nachalny sposób) na "Insurgentes". Kilka razy możesz złapać się na nerwowym rozglądaniu po zatopionym w mroku pomieszczeniu i przyspieszonym biciu serca. Kolejny apartament odnalazł też sentymentalny smutek, takich ballad artysta nie nagrał od dawna i jeżeli słysząc te piękne chóry w finale jednej z nich nie przejdzie Ci po ciele dreszcz uniesienia, byłbym gotów nazwać Cię gburem. Kilka razy przypomną o sobie elektroniczne czary Stevena, fala noisu, triphopowy podkład i radiogłowe cykadełka.

  Ale są też i pewne zmiany. Machina czasu przenosi się z syntetycznych dolin na pasma jazzowych gór i psychodelicznych pastwisk. Cofamy się do najwspanialszych wybryków Roberta Frippa w służbie Jego Karmazynowej Wysokości. Słyszymy szalone popisy Theo Travisa na flecie, rozbrajające sola saksofonu. Nie brakuje wielowątkowych, postrzępionych i narkotycznych sekcji instrumentalnych, podczas których wzrok sam ucieka w stronę kurzących się na półce albumów King Crimson. Jest i dziwacznie zatytułowany, ponad dwudziestominutowy gigant, o którym będzie głośno przez najbliższe kilka lat i którego wykonania na żywo nie mogę się już doczekać.

  Na pewno zauważyłeś już, Czytelniku, że próbuję uciec z miejsca zbrodni, nie zostawiając żadnych dowodów, nie pisząc nawet tytułu pojedynczego utworu. Już kiedyś stosowałem podobne sztuczki, z gorszym lub lepszym skutkiem. Tym razem jednak nie czuję potrzeby rozdrabniania się - te utwory będą już wkrótce na ustach wszystkich silnie powiązanych z muzyką progresywną osób. Już pojawiają się krzyki o "albumie roku", pierwszym wielkim wydawnictwie dekady, i to z ust autorytetów (nie byle gówniarzy jak ja) naszego dziwnego, hermetycznego światka. Nie wiem, czy będzie to najlepsza rzecz roku 2011, ale na pewno miejsce na moim prywatnym podium ma zapewnione. A uwierz, że jestem wyjątkowo wymagającym fanem. Jest to też jedna z niewielu płyt o dłuższym niż osiemdziesiąt minut czasie trwania, których nie potrafiłbym przerwać.

  Często zazdrości się "dziennikarzom muzycznym". Bo my to dostajemy płyty na kilka tygodni przed całym światem i pod wymówką jakiejś tam recenzji słuchamy ich do woli. Ma to swoje plusy, nie zaprzeczę, ale tym razem to ja zazdroszczę Tobie, drogi Czytelniku. Zazdroszczę tego, że poznasz i zachwycisz się "Grace for Drowning" ze wszystkimi fanami na świecie i nie  będziesz musiał tych wszystkich emocji tak bezczelnie chować i czekać tylko, aż miną, aby napisać "jakąś tam recenzję".

Ocena: 9/10 (drugi raz w roku 2011 wystawiam tę notę długogrającej płycie. Pierwszą była "Passion" Pendragon i gdybym wiedział, że wiele miesięcy później na świat przyjdzie taki gigant, musiałbym solidnie przemyśleć pierwszą "dziewiątkę")

wtorek, 20 września 2011

MUZYKA - Machine Head - Unto the Locust (2011)

1. I Am Hell (Sonata in C#) (8:24)
2. Be Still and Know (5:43)
3. Locust (7:33)
4. This is the End (6:10)
5. The Darkness Within (6:21)
6. Pearls for Swine (7:19)
7. Who We Are (7:11)

Całkowity czas: 48:58

  Machine Head – szósty studyjny album słynnej brytyjskiej formacji Deep Purple. Płyta ukazała się w marcu roku 1972 i pochodzą z niej takie szlagiery zespołu, jak choćby znakomite „Smoke on the Water” oraz „Highway Star”.  

  Machine Head (z angielskiego; stroik, klucz) – element instrumentów strunowych odpowiadający za strojenie oraz trzymanie stroju instrumentów. 

  Machine Head – amerykańska grupa muzyczna grająca thrash/groove metal z Oakland w stanie Kalifornia, założona w roku 1992 przez Roberta Flynna i Adama Duce’a.

  Wszystkie definicje dotyczą muzyki. Skupię się oczywiście na trzeciej, bo przeciez okazja jest ogromna – nowy, długo oczekiwany longplay grupy Machine Head – „Unto the Locust”. 

  4 lata temu miała miejsce premiera ostatniego, jak dotychczas, albumu grupy Machine Head – „The Blackening”. Była to rzecz bardzo dobra, a do tego wyznaczająca panom nieco bardziej progresywny kierunek. Krążek ten zawierał tylko osiem numerów, a trwał nieco ponad godzinę. Dwa kawałki przekraczały dziewięć minut, a otwieracz oraz track kończący złamały nawet granicę dziesięciu minut. Swego rodzaju problem mogli mieć problem fani, którzy długich kompozycji nie lubią i zapatrzeni są wciąż w debiut zespołu. Machine Head już przy okazji wydania „The Burning Red” zaryzykował tworząc dzieło zawierające elementy hip-hopowe. Stracili wówczas sporo fanów, ale „The Blackening” okazała się sukcesem, gdyż płyta osiągnęła znakomitą sprzedaż.

  Czekałem na „Unto the Locust” z dużym oczekiwaniem na kawał dobrego metalowego grania. Na album składa się siedem kompozycji o łącznej wartości nieco mniejszej niż pięćdziesiąt minut. Nie ma tutaj dziesiąciominutowców, ale są i tak długie numery dające wiele urozmaiceń. Pierwszy idzie już na sam początek. „I Am Hell (Sonata in C#)” miażdży zmiennością nastrojów, megaszybkim tempem i solówkami. To chyba największy „killer” tego wydawnictwa, choć nie ma mowy o tym, aby dalej było słabo, gdyż już za chwilę pojawi się na horyzoncie znakomity „Be Still and Know”, którego nieco podniosły refren brzmi niczym metalowy hymn. Dalej mamy singlowy „Locust”, który sprawił, że tak bardzo czekałem na nowy longplay zespołu. Urzeka w nim wszystko od początku do końca, ale w głowie mam przede wszystkim przeromantyczną partię solową z pogranicza czwartej i piątej minuty. 

  Machine Head jest zespołem, który daje mi wiele różnych skojarzeń. Czasem są to nieco metalcore’owe refreny, czasem partie kojarzące się z niektórymi zespołami. Oczywiście słychać tutaj przede wszystkim Machine Head’a mającego swój własny styl i niezwykle charakterystyczny wokal Roberta Flynna. Solówka w kolejnym na płycie utworze przypomina mi thrash’owego giganta, - Metallicę. „This is the End”, bo o nim właśnie mowa, to kolejny świetny numer z bardzo ładnym refrenem. Zaraz po nim dostaniemy „Darkness Within”. Jest to najlżejsza rzecz na płycie, co wcale nie znaczy, że najsłabsza. Wręcz przeciwnie – to bardzo mocny punkt „Unto the Locust”. Po chwili otrzymujemy gromiący swoją siłą „Pearls Before the Swine”. To jedyny moment tego krążka,z którym miałem od początku problem. Nie podchodził mi, lecz w końcu i on stał się godny docenienia. Na koniec „Who We Are”, w którym prócz ładnego wstępu z wokalem chóru dziecięcego dostaniemy świetne partie instrumentów, a także bardzo dobry refren.

  „Unto the Locust” to bardzo mocna pozycja tego roku i sam jestem ciekaw, na którym miejscu skończy w moim końcowym podsumowaniu A.D. 2011. Machine Head na pewno mnie nie zawiódł, gdyż nagrał bardzo dobrą płytę, niegorszą od poprzedniej.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 19 września 2011

MUZYKA. Filipowe Miniaturki (My Riot, Omega Massif, K2, Skold, Geinoh Yamashirogumi)

My Riot - sweet_noise (2011)

  Nie jestem wielkim fanem Sweet Noise, a jednak ich wczesne dokonania oraz ostatni album, ”The Triptic” reprezentowały wysoki poziom. Jak wypada nowy projekt Glacy? Już tytuł płyty działa zniechęcająco. Nazywanie debiutanckiego krążka nowego zespołu nazwą starego to zabieg co najmniej nielogiczny. Od strony muzycznej dużej różnicy też nie słychać. Debiut My Riot brzmi niemal identycznie jak Sweet Noise. Czasem słychać dźwięki z okresu ”Czas Ludzi Cienia”, innym razem pojawiają się echa ”The Triptic”. Jak zwykle w przypadku Glacy nie obeszło się bez rapu i niestety udziału Pei (Peji?), którego głos budzi we mnie najmroczniejsze instynkty. Kolejnym irytującym elementem są czasem aż nachalnie zaangażowane teksty, w których Glaca po raz kolejny opiera się o znane i wykorzystane do granic schematy. A jednak trafiają się na ”sweet_noise” perełki jak na przykład industrialno-rockowy ”Fucked Up East” czy potężny ”Botox”. Pierwsze wydawnictwo My Riot to album solidny, świetnie wyprodukowany i różnorodny, choć trochę chaotyczny i w stosunku do Sweet Noise zdecydowanie nie rewolucyjny.

Ocena: 6/10
 
Omega Massif – Karpatia (2011)

  Jak zwykle w przypadku tego zespołu mamy do czynienia z solidnie zagraną mieszanką sludge’u i post-metalu. Album ”Karpatia” to kopalnia kapitalnych riffów, które pozostają w pamięci na bardzo długo. Omega Massif potrafią połączyć urzekające melodie z ciężkim, przytłaczającym a jednocześnie klarownym brzmieniem. Kiedy zwalniają i łagodnieją brzmią natomiast jak zespół post-rockowy z najwyższej półki. ”Karpatia” to niewątpliwie jedna z najciekawszych pozycji tego roku w swojej dziedzinie.




Ocena: 9/10


K2 – Wrzazg (2004)

  K2 to pochodzący z Dąbrowy Górniczej niemal zupełnie zapomniany zespół, który po nagraniu udanego debiutu przechodził wielokrotne zawirowania personalne. Pierwsze wydawnictwo grupy jest udane a w dodatku nowatorskie jak na polskie warunki. ”Wrzazg” to jedna z niewielu wydanych w Polsce płyt inspirowanych ”nu-metalem”. Te inspiracje słychać w wielu miejscach – czasem śpiew przypina Korna, innym razem można natrafić na echa wczesnego Deftones oraz Linkin Park. Mimo wszystko K2 nie stroni od eksperymentów takich, jak użycie automatu perkusyjnego, od razu rozpoznawalny jest także sposób śpiewania wokalisty oraz absurdalne teksty. Na koniec tego, lub początek następnego roku zespół zapowiada wydanie drugiego albumu. Oby był co najmniej tak udany, jak debiut.


Ocena: 7/10

Skold - Anomie (2011)

  Tim Skold to znana postać sceny industrialnego rocka i metalu, który współpracował z takimi legendami jak KMFDM czy Marilyn Manson. Jego najnowszy solowy album jest udany a jednocześnie dość przewidywalny. Przeważają brzmienia elektroniczne oraz gitarowe (przetworzone przez masę elektronicznych efektów). Jak zwykle w przypadku Skolda album jest doskonale przemyślany, zaplanowany i przyzwoicie zagrany. Czasem można natrafić na przykuwający uwagę fragment, ciekawie brzmiącą gitarę, zabawę rytmem, użycie nietypowego przesteru. A jednak jako całość ”Anomie” nie do końca przekonuje, szczególnie z powodu zbyt małej ilości zapadających w pamięć elementów.

Ocena: 7/10

Geinoh Yamashirogumi – Osorezan/Do no Kenbai (1976)

  Płyta, która od lat jest już niedostępna, a którą przez jakiś niebywały zbieg okoliczności kupiłem na ”pchlim targu”. Dziwna, psychodeliczna muzyka będąca połączeniem charakterystycznych azjatyckich brzmień z opętanym śpiewem. Opisywany tu album składa się z dwóch długich kompozycji, z których każda jest jak osobny sen a raczej koszmar. Jednocześnie hipnotyzują i przerażają. Zespół doskonale wie, jak przyprawić słuchacza o szybsze bicie serca – pojawiające się z nikąd opętańcze wycie zaraz po kilku minutach spokojnych dźwięków wygrywanych na ludowych instrumentach? Na tej płycie to nic dziwnego. Warto też zwrócić uwagę na pewien rytuał nagrany na tej płycie (można go też zobaczyć w filmie ”Baraka”), który wykorzystał później Mike Patton na płycie ”California” Mr. Bungle. Chodzi o pewien charakterystyczny fragment brzmiący mniej więcej: tak-tak-tak-takatakatakatakataka...

Ocena: 9/10

sobota, 17 września 2011

WYWIAD - Steven Wilson

  Zaczynam się przyzwyczajać do pewnej reguły mojego szalonego żywota. Zupełnie jak gdyby przy narodzinach małego Adasia ktoś krzyknął z niebios: "Jeżeli ten chłopiec postanowi zacząć nowy etap w swoim życiu, zrobi to z impetem godnym Jeźdźca Apokalipsy!". Toteż początek każdego nowego etapu ma zawsze ogromną skalę i sprawia mi więcej stresu niż ustna matura z polskiego. Pierwszy koncert, jaki miałem przyjemność zobaczyć na własne oczy, to Radiohead w Poznaniu. Samotna podróż pociągiem ponad sześć godzin i wielki, liczący dziesiątki tysięcy tłum. Szaleństwo. Szok. Radość!
  Pierwszy poważny wywiad w swoim życiu (proszę, nie liczmy rozmowy z Bartkiem Wroną i Rudim Schubertem na potrzeby lokalnego radia) przeprowadziłem z moim muzycznym mistrzem, najbardziej zapracowanym człowiekiem w tym biznesie i jedynym gitarzystą na świecie, którego nikt jeszcze nie widział w butach - Stevenem Wilsonem. Stres? Cholerny. Plątanie języka? Bez przerwy. Satysfakcja? Bezcenna.

- Halo?
- Cześć, dobrze mnie słychać?
- Tak, a mnie?
- Również.
- Jak się masz, Steven?
- Dobrze, dobrze, dziękuję.
- W takim razie zacznijmy...  

  Na początku chciałbym z Tobą porozmawiać, rzecz jasna, o Twoim najnowszym albumie - "Grace for Drowning". Słucham go od jakiegoś czasu i naprawdę uwielbiam to, co słyszę! Martwiłem się o to wydawnictwo, ponieważ "Insurgentes" stał się moim ulubionym albumem roku 2008 i nie byłem do końca pewien, czy dasz radę przeskoczyć tak wysoko zawieszoną poprzeczkę. Mogłeś wydać ten materiał jako dwa osobne albumy, jednak postanowiłeś stworzyć pojedynczą, epicką podróż. Wiem, że "nie powinno się go traktować jako jednego wydawnictwa, lecz dwa osobne albumy w jednym opakowaniu", jednak nie potrafiłbym po zakończeniu "Remainder the Black Dog" przerwać tego muzycznego "seansu". To jak przerywanie filmu w połowie! Czy nie uważasz, że taki ruch był nieco ryzykowny w dzisiejszych czasach?  

  Myślę, że ciężko jest przekonać dzisiejszego człowieka do słuchania i skupiania się na muzyce, która - przyznajmy - jest całkiem intensywna; to nie coś, czego ludzie mogą słuchać bez odpowiedniego skupienia. To jeden z powodów, dla których podzieliłem album na połowę, dwa muzyczne doświadczenia. Mówisz, że dla ciebie to coś normalnego, słuchanie albumu od początku do końca, ale od wielu fanów nie można tego oczekiwać. Myślę, że podzielenie "Grace for Drowning" było bardzo dobrym pomysłem. Era winyli była okresem, który stworzył ogrom albumów słuchanych do dzisiaj z ogromną pasją. W tamtych latach czas, jaki potrafiliśmy poświęcić na pełne skupienie, prawdziwe słuchanie, nie był zbyt długi. Dzisiaj ten czas, głównie z powodu iPodów i ściągania muzyki w plikach, jest jeszcze krótszy. Ludzie nudzą się o wiele szybciej. Masz rację, oczekiwanie od ludzi, aby posłuchali tak długiego, intensywnego albumu, jest obecnie nieco ryzykowne, ale z drugiej strony - dlaczego miałoby mnie to ograniczać? Staram się tworzyć właśnie takie albumy, zaangażować słuchacza i wciąż są tam ludzie, którym się to podoba. Dla takich właśnie osób tworzę, nie dla tych, którzy słuchają muzyki w trybie shuffle na swoim iPodzie. Nie mogę o nich myśleć, gdy tworzę swoje albumy. 

  Polscy dziennikarze, z którymi rozmawiałem na temat "Grace for Drowning", są zachwyceni tym nowym, "karmazynowym" Stevenem Wilsonem. Słychać, że prace nad remiksami albumów King Crimson bardzo na ciebie wpłynęły. To jednorazowy wybryk, czy możemy się tego jeszcze spodziewać w przyszłości?


  Racja, praca nad muzyką King Crimson wyjątkowo na mnie wpłynęła i wiele doświadczenia z miksowania tamtych albumów wniosłem do "Grace for Drowning". Moja głowa była tym przepełniona, naturalnym był fakt, że tego typu muzyka pojawi się na nowym albumie. Czy wpłynie to na przyszłość? Nie potrafię powiedzieć. Gdybyś powiedział mi podczas tworzenia "Insurgentes", że niebawem nagram taki album, nie uwierzyłbym. Nie staram się nigdy wybiegać myślami w daleką przyszłość, to chyba właśnie powód ciągłej ewolucji mojej muzyki. Nie lubię nagrywać tego samego albumu dwukrotnie, wolę zaskakiwać fanów. Owszem, czasami są niezadowoleni z wyników, ale to część naszej "umowy" - czasami ludzie są zachwyceni, innym razem wieszają na mnie psy. Tak czy inaczej, jestem naprawdę dumny z "Grace for Drowning". Nie uważam, że to zupełny koniec tego kierunku i zdecydowanie potrafię sobie wyobrazić więcej muzyki w podobnym stylu, więc... Zobaczymy.

  Wiadomo, że przy nowym albumie pomogło Ci wielu wyśmienitych muzyków. Czy mógłbyś ich wymienić?

  Użyłem wielu muzyków jazzowych. To jedna z rzeczy, którą wyniosłem z prac nad starymi albumami King Crimson - brzmią tak dobrze jak brzmią, ponieważ to nie byli muzycy rockowi grający muzykę rockową. To muzycy jazzowi grający muzykę rockową. Michael Giles, Ian McDonald, Keith Tippett - jazzmani, którzy w oryginalny sposób podeszli do świata muzyki rockowej. To oni sprawili, że King Crimson był czymś wyjątkowym. Podchodząc do tworzenia nowego albumu, byłem pewny od samego początku - nie użyję rockowego perkusisty, zaproszę bębniarza jazzowego, dlatego właśnie na "Grace for Drowning" zagrał Nic France, gwiazda sceny jazzowej, poza nią w ogóle nieznany. Pomógł mi też Theo Travis, z którym pracowałem już wielokrotnie i który zagrał na flecie i saksofonie (również muzyk znany głównie na scenie jazzowej). Takich gości, muzyków z innego świata połączyłem z kilkoma szerzej znanymi nazwiskami: Tony Levin (Peter Gabriel), Jordan Rudess (Dream Theater), Steve Hackett (Genesis) - taka kombinacja właśnie mnie interesowała.

  To Jordan Rudess tak pięknie gra we wstępie do "Deform to Form a Star"?

  Gra cały utwór. Nie tylko zresztą, pojawia się też w utworze tytułowym i "Raider II". Gra naprawdę cudownie, to prawda.

  Właśnie, "Raider II". Czy za tym 24-minutowym gigantem kryje się jakaś większa historia?

  Czy zawsze musi być jakaś historia? Gdy zaczynam pisać utwór, nie mam pojęcia, czy wyjdzie z niego krótki, 3-minutowy utwór, czy trwający ponad kwadrans gigant. Pisanie muzyki jest jak opowiadanie komuś historii lub żart. Jeżeli potrzebujesz dwudziestu pięciu minut na dokończenie historii - tyle właśnie będzie trwała. "Raider II" sam ewoluował, cały czas rósł; za każdym razem, gdy napisałem jego część, sugerowała ona kolejną, swoją naturalną kontynuację. Działo się to automatycznie. Nie planowałem tak długiej kompozycji, w pewnym momencie nawet nie zdawałem sobie sprawy, że jest tak wielka. "Raider II" niemal sam wyznaczył swoje czasowe granice. Właśnie tyle czasu było potrzeba na opowiedzenie tej historii. Nie było jakiegoś genialnego planu stworzenia giganta. Jak zapewne wiesz, całkiem dobrze odnajduję się w długich utworach, wychodzą mi zdecydowanie lepiej niż mieszczenie się w krótkich utworach. Nie jest to zatem dla mnie coś nowego, choć fakt - dawno nie stworzyłem czegoś aż tak długiego. "Anesthetize" z "Fear of a Blank Planet" trwało osiemnaście minut, "Raider II" jest od tamtej kompozycji o ponad sześć minut dłuższy, ale jestem z niego naprawdę, naprawdę dumny.

  Mówisz, że jesteś lepszy w pisaniu długich utworów. Ale przecież na "Grace for Drowning" jest wiele rewelacyjnych, krótszych kompozycji! Weźmy na przykład "No Part of Me" - piękna rzecz, do tego nie brzmi jak żaden z Twoich wcześniejszych utworów. Ma świetne, jakby orientalne zakończenie z zadziorną solówką na gitarze. To Ty ją grałeś?

  Nie, nie (śmiech), to nie gitara. To saksofon, bardzo przesterowane solo na saksofonie, które tylko brzmi jak gitara.

  Możliwość przeprowadzenia wywiadu zawdzięczam swojej redakcji, serwisowi Rock Area, na którym można przeczytać dalszą część mojej rozmowy ze Stevenem Wilsonem. Zapraszam :)

piątek, 16 września 2011

MUZYKA - The Artifact: Eternal Dreams and What Could Be (2011)

01. Awakening (0:38)
02. Regeneration (3:42)
03. Coalesence (4:03)
04. Requiem (5:36)
05. Visualize (0:55)
06. Grayscale (Pt.1) (0:55)
07. Color (Pt.2) (2:35)
08. Triumph (4:21)
09. Conception (1:17)
10. Severance (3:06)
11. Manifest (4:18)
12. Dreamer (3:41)

Całkowity czas : 35:00

   Dzisiaj postanowiłem na chwilę zatrzymać się przy debiutanckim albumie formacji The Artifact. Panowie pochodzą z Phoenix w stanie Arizona i grają dopiero od anno domini 2010 (zespół stworzony z dwóch wcześniejszych). Z ich debiutem ‘’The Eternal Dreams and What Could Be’’ miałem już styczność kilka razy, więc pomyślałem że mogę pokusić się na krótką ocenę ich twórczości. Nazwa zespołu nieodparcie kojarząca mi się z  serią gier Heroes of Might and Magic, ciekawa okładka płyty, twórczość zespołu ‘’tagowana’’ jako melodyczny metalcore – cóż z tego może wyniknąć? Sam nie wiem. Zatem przekonajmy się o tym.
  
   Od pierwszych dźwięków słychać, że panowie z The Artifact robią w muzyce dopiero pierwsze kroki, w żadnym wypadku nie jest to dla mnie minus, w końcu od czegoś trzeba zacząć, prawda? Od progu wita nas instrumentalny ‘’Awakening’’, czyli tradycyjny ‘’musi-coś-być-przed-pierwszym-kawałkiem’’. Swoją drogą na ‘’EDaWCB’’ znajdziemy aż cztery takie kawałki, z których zdecydowanie najlepiej wypada nawiązujący do tytułu ‘’Dreamer’’, który zamyka krążek. Jest klimat, jest dobrze. Przejdźmy jednak do kawałków, gdzie zespół musiał wykrzesać coś ze swoich umiejętności. Na wstępie trzeba wziąć na prześwietlenie wokal. Cóż można tu rzec? Jest niezły, mimo że powtarzalny. Można się przyczepić do tego, że ciężko mu się przebić przez całe instrumentarium zespołu – czasem jest zwyczajnie zagłuszany przez jakiś riff. Mowa tu o growlu oczywiście. Jeśli zaś chodzi o partie czyste, którymi okraszony jest każdy refren – tu nie mam zastrzeżeń. Uszy chłoną go z miła chęcią, niektóre refreny aż ma się ochotę puszczać w kółko przez dobre dziesięć minut (‘’Color Pt. 2’’, ‘’Triumph’’ czy ‘’Manifest’’). A jak prezentuje się strona instrumentalna albumu? Przyzwoicie, naprawdę przyzwoicie. Są mocne (choć typowe) riffy (‘’Regeneration’’ czy ‘’Severance’’), jest szaleńcze tempo (‘’Color Pt. 2’’, ‘’Regeneration’’), jest trochę elektroniki i ciekawych klawiszy (‘’Coalescence’’, ‘’Requiem’’) – słowem jest dobrze. Ciekawostką jest także kawałek ‘’Grayscale Pt. 1’’ – 50-sekundowe darcie w rytm gitar i elektroniki. Wygląda na wstęp do ‘’Color’’. Ogólnie płyta jest nieźle zrobiona jak na wydaną przez siebie. Ulubiony kawałek? Wydaję mi się, że ‘’Color Pt. 2’’ – króciutki, ale dosadny. Z niesamowicie ładnym refrenem.
  
   Czego się można przyczepić? Myślę, że kilku rzeczy, ale ja zostanę przy jednej – myślę, że tej najważniejszej. Otóż niby wszystko jest cacy, ładnie zagranie, dobre kawałki, ale moim zdaniem bez większego pomysłu. Kawałki zaczynają zlewać się w jedno. Oprócz elektroniki, którą dziś można spotkać prawie wszędzie i dobrych klawiszy nie spotkamy tu żadnych innych ciekawych zabiegów. Niestety to źle. Uważam, że dzisiaj, w dobie zespołów metalowych w ilości ziarenek piasku na plaży, których ciągle przybywa (jak grzybów po deszczu!), nie wystarczy grać jak wszyscy, aby się tylko podobało – trzeba jeszcze mieć jakiś pomysł. Jeśli nawet nie nowiuśki jak buty Eminema, który zmienia je codziennie, to przynajmniej stary, ale odtworzony na świeżo, a tego niestety The Artifact brakuje. I na tym zespół traci, bo gdy zacznie się ich pogoń do sławy, ich muzyka utonie w morzu podobnej sobie, a wybije się ktoś z głową pełną pomysłów. Może, trochę przesadziłem, przecież to dopiero ich debiut, jednak takie mam odczucia słuchając ‘’EDaWCB’’.
  
   Mimo tego, nad czym rozwodziłem się akapit wyżej, to jednak uważam że debiutancki album Amerykanów jest naprawdę dobry. Mamy tu wiele rzeczy, które przypadną do gustu fanom gatunku i być może nie tylko. Dlatego właśnie fanom core’u polecę ten krążek, zaś dla amatorów metalowego grania może to być tylko ciekawostka. Ale nie musi.

Moja ocena : 7/10

czwartek, 15 września 2011

KSIĄŻKA - Andriej Bielanin: Tajny wywiad cara Grocha

Liczba stron: 272
Wydawca: Fabryka Słów

   Wyobraź sobie, drogi Czytelniku, że Ty, świeżo upieczony milicjant z wysokimi ambicjami, jakimś złośliwym zbiegiem złośliwych okoliczności losu wszedłeś podczas ćwiczeń w terenie do starej piwnicy i, widząc, że nic tam ciekawego tak właściwie nie ma, próbujesz wyjść z powrotem na górę. Tą samą drogą, to chyba oczywiste. Drzwiczki jednak jakby zapomniały, że kilka sekund temu dawały się bezproblemowo otwierać i nie chcą teraz Cię wypuścić. Denerwujesz się niebagatelnie. Wiesz, że żartowniś, z którego winy tutaj siedzisz, kimkolwiek by nie był, słono za to zapłaci. Po dłuższej chwili ciekawska do bólu rzepek w kolanach natura ludzka wygrywa, podchodzisz do drzwiczek raz jeszcze. Napierasz ciałem, niespodzianka - spróchniałe drewienko z łatwością się otwiera. Wracasz...
   Świat, do którego z taką radością wychodzisz z piwniczych lochów, okazuje się jednak jakiś dziwny. Panuje nieznajoma aura, w powietrzu unosi się wiejski (dość nieprzyjemny, przyznajmy wprost) zapaszek. Ponadto wychodzisz nie do opuszczonego domu na rosyjskich przedmieściach (tak, w roztargnieniu zapomniałem dodać, że jesteś Rosjaninem), ale baśniowo urządzonej, swojskiej chatki. Poznajesz jej właścicielkę - brzydką jak ukraińska noc czarownicę. Nie zwracasz uwagi na jej zrzędzenie, oznaki zdziwienia. Podbiegasz do okna, aby ujrzeć zupełnie inne niebo, wiejskie dróżki, słomę, drewno. Otwierasz szeroko usta. Coś tu nie gra, czyżbyś nie był w domu? Piłeś? Nie, to przecież jasne, jesteś na służbie. Babka bije Cię po plecach starą miotłą, krzyczy, że jesteś złodziejem i powinieneś - ujmując delikatnie - opuścić jej mieszkanie. 
  Dlaczego na mnie patrzysz z wyrzutem? To nie moja wina, że ciekawość zaciągnęła młodego policjanta do Łukoszkina - świata ze starych rosyjskich baśni, gdzie "aż kipią czary" i rządzi iście sarmacki car Groch. Może nie powinienem tak szybko o tym mówić, ale nigdy już nie będziesz mógł wrócić do domu, przykro mi. 
  
  Co byś zrobił w takiej sytuacji? Nikita Iwaszow nie miał najmniejszych problemów z decyzją - udał się do cara i rozpoczął milicyjną służbę w świecie, który nigdy z prawdziwą definicją prawa nie miał do czynienia. Na krótki czas po objęciu przez ambitnego milicjanta urzędu (za komisariat służyć będzie dom wcześniej wspominanej wiedźmy, Baby Jagi) z carskiego skarbca znika kufer monet. Nieświadomy kryjącego się za prostą kradzieżą spisku o skali krajowej milicjant rozpoczyna swoje pierwsze wielkie śledztwo. Tak mniej więcej przebiega pierwsze dwadzieścia stron kolejnej powieści Andrieja Bielanina (autora chociażby "Mojej żony wiedźmy") wydanej przez wielce popularną Fabrykę Słów. 

  "Tajny wywiad cara Grocha", po zapoznaniu się z powyższymi realiami, nie zaskakuje właściwie niczym. To prosta, podszyta nienajgorszym humorem historyjka z pogranicza sensacji i fantastyki, nieodkrywcza, ale całkiem przyjemna. Postaci, które na potrzeby intrygi kreuje Rosjanin, są równie wielowymiarowe jak klasyczna gra "lecim w prawo" z wąsatym hydraulikiem Mario w roli głównej (a szkoda, bo autor udowodnił w innych dziełach, że nawet do nieskomplikowanych charakterów da radę przyciągnąć niczym magnes; jako przykład wskazuję tutaj Ancyfera i Farmazona z "Mojej żony..."), ich poznawaniu nie towarzyszy nawet nutka zainteresowania. Nawet głównemu bohaterowi brakuje jakiejkolwiek głębi. Najciekawiej w całym towarzystwie wypada wybuchowy car Groch i Baba Jaga, twardsza niż wulkaniczna skała, zaprawiona w magicznych sztuczkach, a zarazem przemiła (bo "urocza" z pewnością nie!) i kochająca. Wydaje mi się, że bez jej pomocy Nikita po kilkudziesięciu stronach padłby niczym pacnięta łapką mucha.

  Co wspomina się w recenzjach niejednokrotnie: polski czytelnik może mieć problem z "wkręceniem się" w świat przedstawiony przez Bielanina. Poskąpił on jakichkolwiek wytłumaczeń (ba, nawet opisów Ci tu na lekarstwo, drogi Czytelniku), przez co osoba niezaznajomiona z rosyjską "mitologią" może poczuć się jak niedźwiedź polarny na Saharze. Ja bynajmniej nie mogłem się odnaleźć, dlatego uwagę skupiłem na samej intrydze i tym, za co Rosjanina cenię najbardziej - dialogach! Nieważne, czy Nikita rozprawia z przygłupim Mitką (chłop jak sklep, tylko towaru jak za PRL-u), podejrzanymi w sprawie czy samym carem Grochem - dialogi są świetne, błyskotliwe i humorystyczne. Sama intryga, choć prosta, również wciąga. Czy warto zatem dla tych plusów zainwestować w "Tajny wywiad cara Grocha"?

   Można, tak po prostu. Oczarowanym nie będzie pewnie nikt, rozgoryczonym także. Książka Bielanina to rzecz przeznaczona jako chwilowa "odskocznia" od poważniejszych powieści, intelektualnych przeciążeń i nieprzespanych od nadmiaru wrażeń nocy. W ten sposób traktowana, potrafi zadowolić i wciągnąć.

Ocena: 6/10

wtorek, 13 września 2011

MUZYKA - Anthrax: Worship Music (2011)

 01.Worship (Intro) (1:41)
02.Earth on Hell (3:11)
03.The Devil You Know (4:46)
04.Fight'em 'Til You Can't (5:48)
05.I'm Alive (5:37)
06.Hymn 1 (0:38)
07.In the End (6:46)
08.The Giant (3:47)
09.Hymn 2 (0:44)
10.Judas Priest (6:24)
11.Crawl (5:29)
12.The Constant (5:01)
13.Revolution Screams (6:10)
14.New Noise (Refused cover) (hidden track) (4:45)

Całkowity czas: 60:45

  "Wielka Czwórka Thrashu". To stwierdzenie od początków jego istnienia pojmowałem głównie jako komercyjne nabijanie kiesy ogromnych korporacji i wytwórni muzycznych. Nie znaczy to wcale, że zespoły wchodzące w jej skład traktowałem bez należytego im szacunku i gromiłem niczym księża "czarny rock" z ambony. Wręcz przeciwnie. Zawdzięczam im bardzo wiele. A nawet więcej. Dzięki najbardziej utytułowanemu (komercyjnemu?) zespołowi z tego grona, czyli Metallice brnąć zacząłem w coraz to różne nurty metalowej stylistyki. Wielka w tym rola była też rudowłosego jegomościa i jego Megaśmierci. Pokochałem cięte riffy i galopujące rytmy ("Rust In Peace"!). Za to po przesłuchaniu "Reign In Blood", logo Slayera zacząłem ryć cyrklem na każdej szkolnej ławce. Do dziś ci wszyscy ww. panowie zajmują najwyższe miejsca w moim prywatnym, osobistym panteonie odlanym z metalu. Cztery zespoły. Nie wspomniałem o jednym. Wcale nie zapomniałem o zespole o smacznej nazwie Wrzód. Ale prawda jest taka, że Anthrax z całej tej wesołej, zarośniętej gromadki zawsze jakoś mnie interesował najmniej. Mam do nich ogromny szacunek za "Among The Living" i "Persistence Of Time", które stanowią zapewne nie tylko dla mnie klasyki thrashu. Późniejsze ich dokonania traktowałem z dystansem ze względu na coraz większy pociąg Iana do raperskich, a nawet plażowych klimatów.

  Te czasy jednak minęły. Ostatni album to "We've Come For You All" z 2003. Wokalnie produkował tam się John Bush. A sama płytka wypadła przyzwoicie. Fani są podzieleni poprzez osoby wokalistów. Nie jeden przewinął się przecież w historii Anthrax. Większość stoi jednak murem za Joey'iem Belladonną. I nic dziwnego. To on przecież jest głosem trzech najbardziej klasycznych, ozłoconych krążków. Jego forma jest już znana dzięki występom Wielkiej Czwórki (ech, nie lubię tego określenia i koniec). Na żywo nie zawodzi, więc nie mógł też zawieść w studio. I tak też jest. Brzmi dobrze, choć... inaczej. Inaczej w ujęciu długograjów sprzed ponad 20 lat. Zdarzają mu się momenty podobne. Czyli łapiące za cojones wysokie wokalizy. Niestety zdecydowanie za rzadko. Czy jednak zapracowani, zabiegani i ciągle grający panowie Anthrax są w stanie poradzić sobie z presją pierwszego od 8 lat albumu i powrotu studyjnego Belladonny po 21 latach od "Persistence Of Time"?

  Rozpoczyna się niczego nie obiecującym, tajemniczym instrumentalem "Worship". "Worship", czyli kult. Nie jest nikomu obce to, że Scottowi Ianowi uderzyła do głowy sława, czyżby udzielało się to też reszcie zespołu? Jednak już od pierwszych chwil "Earth On Hell", nie ulega wątpliwości, że na laurach panowie nie osiedli i to co nam proponują to może odrobinę nowoczesny thrash, ale jednak thrash bez tych wszystkich nu-metalowych smaczków. Soczyście brzmi gitara, ale niestety zawodzi krótkie i niczym nie zaskakujące solo. Jeszcze więcej nowoczesności słychać w "The Devil You Know". Jest to dalej thrash, ale gdzieś odbija się w nim młodsze pokolenie już nie tylko thrashu, a także heavy metalowców z tzw nowej fali amerykańskiego heavy. Słychać te wpływy przez cały album, na szczęście nie dominują, ale pozostają w tle wymieszane z wieloma innymi inspiracjami.

  Utarło się, że stada zombie grasują wyłącznie po miastach USA. A jednak "władze miasta w północnych Włoszech donoszą, że ciała martwych wychodzą z grobów i atakują żywych". Całe szczęście, że mają w odsieczy Anthrax, który po takim wstępie bez pardonu atakuje swoim klasycznym riffem przywołującym na myśl "Time", "Among The Living", czy choćby "Efilnikufesin (N.F.L.)". Podobnie jest ze skandowanym refrenem. Takie połączenie nie może się nie spodobać na koncercie. Po ataku zombie Anthrax deklaruje się: "I'm Alive". To, co na pewno zapadnie w pamięć z tego utworu, to soczyste riffy, chwytliwy refren z dołami Belladonny i dwie solówki, które, mimo że krótkie, są treściwe i poprawnie zagrane. Właśnie. Poprawne. Jak na jedną z największych gwiazd thrashowego firmamentu to trochę za mało.Trafiły się też na krążku dwa instrumentalne upychacze "Hymn 1" i "Hymn 2", wstawione tam nie wiadomo w jakim celu. Panowie zapatrzyli się widocznie w powermetalowy splendor i patos. Jednak na płycie thrasherów pasują one niczym dresik Adidasa do metala z krwi, kości i długich włosów. Jeden z tych "Hymnów" miał chyba posłużyć jako katalizator przed "In The End", który nie wybija się niczym ponad poprzednie utwory, a z power metalem ma wspólne tylko chórki. Miło i to bardzo się słucha wprowadzającego riffu w "The Giant", a potem z kolei Belladonna przypomina nam (może odrobinę nu-metalowym śpiewem) nie tak odległą przeszłość Anthraxowej świetności.

  Największe zaskoczenie przy przeglądaniu listy utworów może wzbudzać bezczelne i nieukrywane nawiązanie do Judas Priest w kawałku... "Judas Priest". Jest to muzyczny hołd zarówno dla odchodzących już powoli w stan spoczynku heavymetalowej legendy, jak i wszystkich przedstawicieli Nowej Fali, którym za inspirację powinni dziękować dziś wszyscy thrasherzy. Mimo że "Judas Priest" to utwór w hołdzie metalowym bogom, to słychać w nim najbardziej na całym albumie ducha starego Anthrax. Przynajmniej w mojej opinii. Bo Anthrax to był dla mnie zawsze przede wszystkim charakterystycznie brzmiący bas. Na całym długograju gdzieś się gubi. Całe szczęście (a może i nieszczęście), że tak późno budzi się tu Bello, aby dać krótki popis starego basowego ducha. 

  Po "Black Albumie" przyjęło się, że aby coś się dobrze sprzedało, musi zawierać balladkę. Za taką tu służy "Crawl". Jest zagrany prawidłowo, ale szału nie ma. Grungowy początek jest intrygujący, lecz dziwić może elektroniczna wstawka, która psuje tu końcówkę i koncepcję całości. Nie zawodzi Joey, dla którego zarówno ten, jak i dwa ostatnie utwory są zdecydowanie największym popisem wokalnym na całości materiału. Żal jest jednak jego pisków i wysokich wokaliz z klasycznych długograjów. Jak widać,lata w trasie, na scenie i rock'n'rollowy tryb życia robią swoje.
Na deser, jako hidden track po "Revolutions Screams", dostajemy przyzwoity cover słabiutkej piosenki Refused - "New Noise".

  Uważnemu czytelnikowi nie umknie zapewne, że pominąłem w recenzji grę Benante. Jestem fanem jego kunsztu z dawnych albumów. Na "Worship Music" z kolei zawiódł mnie niemożebnie. Jego partie zagrane są w paradnym, nudnym i płaskim, nieurozmaiconym stylu. Jest najsłabszym ogniwem maszyny anthraxowej. Belladonnie można wybaczyć małą ilość wysokich wokaliz. Rob Caggiano gra bardzo poprawnie, równo. Razem z Ianem tworzą zgrany duet. Wnoszą ostro brzmiące, mocno thrashowe riffy, które są znakiem rozpoznawczym tego albumu.

  Można się zawieść na nowym długograju Anthrax. Bo jest to album przyzwoity, ale nic poza tym. Panowie zawiesili sobie poprzeczkę wysoko i jej nie udźwignęli. Stworzyli coś, co może nie odstrasza i nie pozostawia negatywnych emocji, ale też w pełni nie satysfakcjonuje. Mogło być dobrze, jest średnio.

Moja ocena: 6,75/10

poniedziałek, 12 września 2011

KONCERT - Ino-Rock Festival 2011

  Jak szybko minął rok od poprzedniej edycji inowrocławskiego festiwalu Ino-Rock, wiedzą tylko ci, którzy spotkali się w sobotni wieczór po tych dwunastu miesiącach, uścisnęli sobie serdecznie ręce, wypili ochrzczone piwo za złotych cztery i obserwowali z uśmiechem na ustach scenę rozświetloną pomarańczowym światłem zachodzącego słońca. To bodaj jedyne tak charyzmatyczne wydarzenie koncertowe w Polsce, festiwal pachnący niemal małomiejskim klimatem lub imprezą z okazji dożynek (tylko karuzeli obok brakuje, doprawdy), na którym zobaczyć można największe gwiazdy szeroko pojętej muzyki progresywnej. Nikt mnie specjalnie zachęcać do przejechania pół kraju nie musiał, pamiętam wciąż przepiękny koncert Anathemy w zeszłym roku (zakończony nocną wyprawą po sennych ulicach z Danielem Cavanagh), a do tego rzucono hasło, że jedną z gwiazd wieczoru będzie Pain of Salvation. Zespół, którego motorem napędowym są moje ulubione struny głosowe prog rocka - Daniel Gildenlöw (z tym "ö" zawsze są problemy, chölera). Nie bacząc nawet na będącą w trakcie studencką kampanię wrześniową (której jestem uczestnikiem, niestety), spakowałem swój nieodłączny plecaczek i ruszyłem w podróż przepełnioną pociągowym ściskiem i wonią potu wymieszaną z nutką przedwczorajszych skarpetek. Czego, moi kochani, oszczędzę Wam w poniższym sprawozdaniu. Nie zmienia to jednak faktu, że korzystający z usług PKP podróżnicy powinni te skarpety regularnie zmieniać, bo w końcu jakiś Greenpeace czy Przyjaciele Ziemi się do nich dobiorą, toż to regularne skażanie środowiska.

   Teatr Letni był uroczy, uwielbiam tę miejscówkę. Skąpany w promieniach żegnającego się z naszą półkulą słoneczka, okrążony drzewkami, przypominający losowy wiejski amfiteatr - cud, miód, orzeszek. Kilka namiocików z prowiantem, frytasy za czwórkę, kurczak niemal dwie dyszki, do wyboru, do koloru. Stała ekipa, najwięksi zapaleńcy muzyczni, redaktorzy zarówno z mojej śmietanki, jak i pozostałych, wszyscy w dobrym humorze, gotowi na wielką dawkę emocji (jak widać, nikt oprócz nas nie wpadł na pomysł, aby dzień wcześniej wrzucić umysł na rozgrzaną patelnię pod tytułem "Oszukać przeznaczenie 5" i skazać go tym samym na utratę ostatnich szarych komórek). Festiwal zaczął się punktualnie, na scenę wkroczył szczeciński zespół Lebowski. Chłopaki "czują" dobrze swoją muzykę, stworzyli bardzo miłą ścieżkę dźwiękową do zachodu słońca. Marcin Grzegorczyk szybko złapał wiatr w żagle, znaczy się we włosy, powiewające niczym na hardrockowym teledysku z lat osiemdziesiątych, dzięki czemu zwracał najwięcej uwagi. Zagrano nawet co nieco z nadchodzącego albumu i wszystkich zwolenników "Lebałskjego" uspokajam - materiał ma więcej energii, brzmi nośnie i przyjemnie. 



   Jeżeli jednak o nośności mowa, trzeba wspomnieć o czarnym koniu Ino-Rock 2011, czyli brytyjskim zespole Wolf People. Panów znałem wcześniej jedynie z radiowej Trójki, jednak zrozumienie dla Kosiakowych zachwytów przyszło dopiero podczas sobotniego występu. Muzyka, którą proponuje kwartet wyglądający jak wypuszczone z garażu obdarciuchy, to rewelacyjnie przyrządzony retro rock z folkowymi wpływami. Dźwięki ich utworów są tak nośne, że aż chce się skakać i wygląda na to, że porwali każdego bez wyjątku, nie spotkałem się jeszcze z negatywną opinią na temat występu (inna sprawa, że większość osób, z którymi rozmawiałem, poznała Wolf People lepiej, w warunkach niekoniecznie koncertowych). Zebrali ogromny aplauz i nie kryli zaskoczenia taką sytuacją. Wrócą do nas, o to jestem spokojny.

    Słońce zaszło, pod sceną zrobiło się tłoczno (miejsce przed barierką to trofeum, po które sięgnęliśmy zawczasu, znaczy jeszcze podczas występu Wolf People), napięcie wzrosło, wszystko było jasne - czas na prawdziwą gwiazdę wieczoru (z całym szacunkiem dla Perry'ego, ale ewidentnie "przegrał" na tym festiwalu). Serce ruszyło mi szybciej przy dźwiękach puszczonego z taśmy "Remedy Lane". Na scenę wkroczyło całe Pain of Salvation, jednak największą wrzawę podniósł, rzecz jasna, główny herös - Daniel Gildenlöw. Dalej wszystko potoczyło się jak w zeszłym roku na Metal Hammerze - "Of Two Beginnings" połączone z poruszającym "Ending Theme". Problemy natury technicznej szybko znikły za sprawą czujnych dźwiękowców, niesamowity głös wybił się na prowadzenie. Umiejętności, jakie posiada ten uwielbiany przez damską część fanów jegomość, są po prostu zatrważające. Przejście z chrypliwego szeptu w szokujący krzyk przychodzi mu z taką łatwością, jak mnie zjedzenie paczki żelek-miśków w drodze pociągiem. Mocno uderzyli wraz z wymęczonym "Linoleum" - głównym reprezentantem ostatniego krążka. Oprócz niego był także dłuższy o kilka wersów "No Way", wzruszający "Road Salt" i grany od miesięcy "Conditioned" z "Road Salt Two" (puszczonego z taśmy "Of Dust" nie uwzględniam, nie liczy się, tej). A co z ludźmi, których "surowe" dokonania Szwedów sprzed roku mniej pociągają? Usłyszeli nieśmiertelne "Ashes" (dziwi brak "Used"), poszaleli przy "Diffidentii" (nie jestem pewny, czy powinienem odmieniać, ryzykuję), wysłuchali monologu na temat kierunku, w jakim zmierza rasa ludzka ("Kingdom of Loss") i przypomnieli sobie stare czasy przy "Nightmist" (podczas którego 1) pojawiła się wstawka reggae 2) Daniel przeprosił za rozszalałą, heavymetalową solówkę słowami: "To był 1997, wybaczcie"). Lider pokazał też swoje umiejętnöści perkusyjne, gdy zajął miejsce Léo Margarita podczas coveru "Working Class Heroes" (zagranego, jeżeli wierzyć słowom zespołu, po raz pierwszy). Całość zwieńczyli bez większej niespodzianki, rozpierdalając system wydłużonym o "Falling" tytułowym utworem z "The Perfect Element". 

   Widać było, że zespół jest w formie i są gotowi ruszyć w świat ze swoim najmłodszym dzieckiem,  "Road Salt Two", którego premierę zaplanowano na 26 września. Świetnie wykorzystano ubogie oświetlenie i maszyny do dymu, nadając każdemu momentowi większy charakter i dodając kilka punktów do poziomu wzruszenia. Zespół nie kazał długo na siebie czekać pod sceną, wyszli do fanów, uzbrojeni zaledwie w długopisy i nieustający uśmiech na ustach. Największą cierpliwość okazał Gildenlöw, wyczekał do samiusieńkiego końca wygłodniałych zwolenników zdjęć typu "patrzcie, znam wokalistę Pain of Salvation, byliśmy razem na piwku!" (nie śmieję się, sam takie zdjęcie, jak widać, zdobyłem). Gdy Pain of Salvation wróciło za scenę, koncert Brendana Perry'ego był już w toku. Przyznam jednak szczerze, że ani chęci, ani siły na muzykę męskiej części Dead Can Dance już nie wykazywałem i byłbym pewnie przysnął na jednej z ławeczek, gdyby nie...

- Adam Piechota z Wyspy Jowisza?! Mogę sobie z tobą zdjęcie cyknąć?!
- Jasne, stary.
  Ekipa z Wolf People, która bardzo nie chciała iść spać i szukała imprezowego towarzystwa. Zgadnijcie, w kim takowe odnaleźli! Inowrocław do największych miast nie należy, ale miejscówka o nazwie American Pub zaoferowała nam swoje usługi do godziny późnonocnej. Na tym jednak zakończymy, drodzy Czytelnicy, ponieważ nie o wlewaniu z zespołami w swe gardła nadmiernej ilości zagadkowo nazwanych trunków przyszliście tutaj przeczytać, prawda? Niech twarze panów z Wolf People podsumują wszystko za mnie! 
   No dobrze, Ino-Rock to wspaniała impreza, której za rok nie możesz za nic w świecie opuścić ;)


sobota, 10 września 2011

MUZYKA - Ready, Set, Fall!: Buried EP (2011)

 
1. Tidal Waves Could Save The World (3:26)
2. Buried Alive (2:48)
3. A.N.S.I.A. (Another Night Sinking In Anxiety) (3:21)
4. Sincerely, Mine (2:15)
5. Skyscrapers (3:14)

Całkowity czas: 15:04

   Czasem ma się dość ciągłego słuchania longplay’ów. Czasem nawet 40-minutowe krążki męczą i nie zachęcają do sięgnięcia po następny. Wtedy nachodzi ochota, aby posłuchać czegoś krótszego i bardziej strawnego. Idealnie na taką okazję pasuje najnowsze wydawnictwo formacji Ready, Set, Fall!, które ujrzało światło dzienne pod koniec lipca. Włosi spadli mi jak z nieba i choć dopiero zaczęli swoją przygodę z nagrywaniem, to już od początku widać, że są na dobrej drodze, co udowadnia właśnie ich ep’ka zatytułowana ''Buried''.
  
   Zgryźliwi mogą powiedzieć, że zespół nawet nie daje im szansy do poznania swojej twórczości, bowiem za każdym razem gdy włączają ''Buried'', ta zaraz się kończy. Trochę w tym prawdy, bowiem 5 kawałków, które zawiera krążek, trwa tylko 15 minut. Jednak nikt nie powinien się tym zrażać, ponieważ każdy, kto wsłucha się w te kilka utworów, na pewno znajdzie coś dla siebie. Ja znalazłem i to w niejednym, ba nawet we wszystkich.
  
   Ready, Set, Fall! grają coś z pogranicza post-hardcore’u i metalcore’u ze zdecydowaną przewagą tego drugiego. Czasem nawet zdarzy im się liznąć granice deathcore’u, ale na pewno nie ma tego dużo. Dlatego śmieszy mnie klasyfikacja serwisu Spirit of Metal, który zawsze uważałem, że bardzo profesjonalny, a na pewno dobrze prowadzony (ogromna baza zespołów, zaryzykuję stwierdzenie, że największa na świecie). Serwis wkłada zespół do szufladki z napisem ''Deathcore'', co niestety jest kompletną bzdurą. Jednak do rzeczy. Zaczynamy od ''Tidal Waves Could Save The World'', najdłuższego kawałka spośród reszty, który jednak przekracza magicznej bariery 3 minut i 30 sekund. Spokojny wstęp - niespokojne morze. Nagłe wejście morderczego riffu – można było się tego spodziewać, lecz wszystko w granicach dobrego smaku. W końcu słychać wokal – słyszało się już milion podobnych, jednak ten bardzo dobrze współgra z muzyką. Nawalanka zamienia się w spokojnie wyśpiewany refren – ''I'm digging my home . I'm digging my grave.''  Ponure zakończenie utworu nastraja melancholijnie, jednak bombardujący początek ''Buried Alive'' skutecznie pozwala nam się z tego otrząsnąć. Świetny riff, tempo oraz genialny refren czynią z tego kawałka prawdziwy hit. Brzmi typowo, ale z klasą. ''A.N.S.I.A.'' to już jazda bez trzymanki. Bombardujący riff z ''ckm-owską'' perkusją nie dam nam spokoju, kiedy już raz go usłyszmy. W tym kawałku zespołowi najbliżej do owej ''deathcore’owej'' szufladki, ale wrażenie to psuje nagłe zwolnienie w połowie kawałka. Ciekawy zabieg zważywszy na to, że utwór trwa ponad 3 minuty. Zostawiając ''A.N.S.I.A.'' w odmętach pamięci, natykamy się ''Sincerely, Mine''. Klimatyczna balladka(?) z dziwnym podkładem, trwająca ledwo ponad 2 minuty, gdzie jedyną mocną rzeczą są wrzaski w tle. Niemniej, sprawdza się idealnie w roli ''wyciszacza'' przygotowującego do kompozycji finałowej – ''Skyscrapers''. W tym miejscu dodam tylko, że zespół nagrał profesjonalne teledyski właśnie do ''Skyscrapers'' i ''Buried Alive''. Jednak skupmy już się na pierwszym z nich. Niby zwyczajny, jednak już wstęp do refrenu pokazuje, że będzie to kolejny świetny kawałek. I rzeczywiście tak jest. Dobry, choć typowy riff i piękny refren, który zespół serwuje nam do ostatnich sekund ep’ki. Można się czepić jedynie słabego przejścia, które brzmi trochę bezpłciowo.
  
   ''Buried'' trwa zaledwie 15 minut, ale pisząc o nim wydaje się, jakby trwał prawie dwa razy dłużej, a wszystko za sprawą swojej świeżości i dobrego pomyślunku. Niby zwykły metalcore, a czuć od niego świeżość jak po porcji ''Mentos’ów''. Niby nic ciekawego, a mimo tego słychać tu kilka świetnych pomysłów. Niby zwykła ep’ka, a jednak rewelacyjne wydawnictwo. Najlepsze EP tego roku jakie miałem okazję usłyszeć. Naprawdę polecam.

Ocena: 9/10

czwartek, 8 września 2011

MUZYKA & FILM - Marilyn Manson: Born Villain (2011)



  Nowy album Marilyn Mansona zapowiadany jest już od jakiegoś czasu, jak zwykle padają obietnice powrotu do korzeni czy nawiązania do najlepszych dokonań tego artysty. Niedawno mieliśmy okazję przekonać się o kierunku, jaki obrał wraz ze swym zespołem tym razem. W niedzielę 28 sierpnia miała miejsce premiera nakręconego wspólnie z Shia LaBeouf’em filmu, który miał rzekomo zawierać fragmenty nowego albumu. Jak zwykle obietnice trochę rozminęły się z prawdą. To, co otrzymali fani to trwający trochę ponad 6 minut film krótkometrażowy bardzo silnie nawiązujący do takich dzieł jak ”Holy Mountain” Jodorovsky’ego czy ”Salo, czyli 120 dni Sodomy” Pasoliniego.

  Znajdziemy w nim wiele kontrowersyjnych ujęć od nagości przez przemoc i tortury aż po całkiem sugestywne sceny zabójstw. Całość przesycona jest symbolizmem a także w niektórych momentach charakterystycznym czarnym humorem artysty doprawionym sporą ilością ironii i cynizmu. Pozornie film zdaje się składać z kilku przeplatających się ujęć nie mających ze sobą nic wspólnego, a jednak po kilkukrotnym obejrzeniu można doszukać się logicznego początku, rozwinięcia i finału.

  To, na co fani czekali najbardziej niecierpliwie, to jednak przede wszystkim przedsmak zapowiadanej – w zależności od źródła – na jesień tego lub początek następnego roku nową płytę zespołu. Niestety wiele osób może poczuć rozczarowanie – zamiast fragmentów albumu, dostajemy pocięty i dopasowany do niektórych ujęć jeden nowy utwór. Moim zdaniem to o wiele lepszy zabieg, dzięki któremu zamiast kilku(nastu) fragmentów, które nie pokazują w żadny sposób obranego tym razem kierunku i zostawiają pole do wyobrażeń, otrzymujemy jedną kompozycję w całości. Co można o niej powiedzieć? Czy potwierdza wcześniejsze wypowiedzi członków zespołu o powrocie do znanych już brzmień? Jak zwykle w przypadku tego artysty odpowiedź nie jest jednoznaczna. Z jednej strony wstęp kojarzyć się może z wydanym w roku 1994 debiutem, głos Mansona brzmi czasem niemal jak z czasów ”Antichrist Superstar”. A jednak czegoś w tym utworze brakuje. Są ciężkie gitary, wściekły rytm perkusji i krzyk, którego próżno szukać na wydawnictwach z lat 2004-2010 ale brakuje jakiegoś tła, skrzeczącej elektroniki znanej ze wspomnianego ”Antichrist Superstar” czy przestrzennych, wielopoziomowych podkładów typowych dla ”Mechanical Animals” czy ”Holy Wood”.

  Trudno wyobrazić sobie brzmienie albumu na podstawie jednego utworu, w dodatku nie mając pewności, jak zabrzmi ostateczny mix. Mimo wszystko niezatytułowana jeszcze płyta zapowiada się o wiele ciekawiej niż jej poprzedniczka.
Wielkie brawa należą się Mansonowi za pomysł na promocję, wizję dotyczącą filmu a także powrót do formy wokalnej sprzed lat, chociaż jak zwykle największym testem będą występy na żywo.

Z oceną muzyki wstrzymam się do przesłuchania całego albumu.

Ocena za film: 8/10


Z ostatniej chwili: album zatytułowany będzie identycznie jak film, czyli "Born Villain".

środa, 7 września 2011

MUZYKA - Anathema: Falling Deeper (2011)

1. Crestfallen (3:07)
2. Sleep in Sanity (3:54)
3. Kingdom (4:28)
4. They Die (2:11)
5. Everwake (3:09)
 6. J’ai Fait Une Promesse (4:24)
7. ...Alone (7:17)
8. We, the Gods (3:03)
 9. Sunset of Age (7:41)

Całkowity czas: 38:58

  Po siedmiu latach czekania na nowy studyjny album Anathemy, rok temu pojawiła się płyta „We’re Here Because We’re Here”. Muszę przyznać, że urzekła mnie ona, stając się zarazem jedną z moich ulubionych pozycji tego zespołu, jak i trzecim najlepszym muzycznym dokonaniem roku ubiegłego. Tym razem zespół zdecydował się nie zwlekać i dać swoim fanom kolejny krążek bardzo szybko. Choć „Falling Deeper” to kompilacja starych kawałków z czasów, gdy Anathema grała doom metal, trzeba przyznać, iż wydane one w kompletnie innej formie muzycznej, tworzą jakby zupełnie nową płytę zespołu. Właśnie dlatego ja osobiście czekałem na „Falling Depper” jak na zupełnie nowy studyjny album zespołu.

  Nie będę owijał w bawełnę i już teraz wyjawię, że „Falling Deeper” mnie nieco zawiodło. Po pierwsze, liczyłem na troszkę inny repertuar. Oczywiście można się kłócić co do tego, jakie kawałki powinny się znaleźć na „FD”, ale brak „A Dying Wish” oraz „Sleepless” jest dla mnie niezmiernie bolesny, gdyż są to według mnie jedne z najlepszych kompozycji nagranych przez zespół w tamtym okresie. To jednak nic w porównaniu z tym, co Anathema robi z niektórymi numerami na tej płycie. Oczywiście jest to zbiór wielu ciężkich kawałków, które, jak jabłko zostają obrane ze swojej skórki – mam tutaj na myśli ciężkie gitary. Wszystko jest w porządku, bo przecież o to chodziło. Nie wiedziałem jednak, że odświeżenie tych numerów doprowadzi do tego, iż jabłko zostanie przekrojone na pół bądź też poćwiartowane! Niektóre utwory skracane są nawet o siedem minut, a mój zdecydowany faworyt (z tamtego okresu) - "Kingdom", został bezczelnie obdarty ze swojego pięknego finału. Nie jest tak, że mi się ona nie podoba. Liczyłem jednak, że końcówka wybuchnie wielkim patosem, a tymczasem urywa się nagle w najlepszym momencie niczym brazylijska telenowela. Tego mi trochę szkoda. I choć ładnie wypadają choćby „Crestfallen”, „Everwake”, czy „J’ai Fait Une Promesse”, to płyta jest moim zdaniem miejscami, aż za spokojna. Dopiero w kończącym „FD” „Sunset of the Age” dostajemy wielkie, emocjonujące zakończenie. Troszkę za mało takich uniesień. To według mnie najlepsza rzecz na tym wydawnictwie.

  „Falling Deeper” to niezła rzecz, ale bez rewelacji, jaką jest choćby wspomniany wcześniej album „We’re Here Because We’re Here”. Warto poznać i zapewne wiele osób się zakocha, ale mnie jakoś wybitnie nie rusza, gdyż zabrakło troszeczkę fantazji w nowych aranżacjach, a przecież sam pomysł był znakomity.

Ocena: 6,5/10