niedziela, 31 lipca 2011

Dziennik Pokładowy - lipiec

  Ahoj, przybysze! Witajcie, stali bywalcy! Działo się na Wyspie w lipcu, działo. Świetnie potwierdzają to statystyki, które głoszą dumnie ponad pięć i pół tysiąca (rekord!) wyświetleń oraz bliskie zakończenia prace remontowe, mające na celu ułatwienie korzystania z naszego całkiem już sporego (kilka dni temu przebiliśmy granicę drugiej "bańki") zaplecza. Wszystko będzie gotowe na pewno w dniu pierwszych urodzin Wyspy Jowisza - 16 sierpnia. Do tego wielkiego wydarzenia niektóre zakładki mogą pojawiać się i znikać, więc przepraszamy za drobny chaos. Nie przedłużam, moich wypocin pełno było na stronie przez ostatnie trzydzieści jeden dni. I liczę, że wena nikogo z autorów nie opuści, a nawet przeciwnie - rozkręci jeszcze mocniej.

One love :)

FILM - Harry Potter i Czara Ognia (2005)

Reżyseria: Mike Newell
Czas trwania: 157 minut
Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Goblet of Fire

  Nadszedł taki moment, w którym i twórcy filmowych "Potterów", i fani czarodziejskiej ekranizacji musieli zająć jedno z dwóch przeciwległych stanowisk. Wybrać lojalność wobec książki lub spore cięcia w fabule i gromy na forach internetowych. Pod względem finansowym, każda decyzja była opłacalna - zachowanie wszystkich ważniejszych wątków opasłej "Czary Ognia" w wielkiej (kto wie, czy na pewno jednoczęściowej) epopei na miarę "Władcy Pierścieni" zagotowałoby krew w żyłach wszystkich krytyków, ale sprowadziło do kina jeszcze więcej fanów. Z kolei bycie rebeliantem, które ostatecznie wybrali twórcy pod sztandarem Mike'a Newella (nowego reżysera) w kontrowersyjny sposób przyniosło równie pozytywne skutki. Wilk jest syty, tego możemy być pewni. Pytanie tylko, co z owcą..?

  Tym razem zmiana! Czarne chmury nie zbierają się tylko nad Hogwartem, ale zaczerniają przyszłość caluteńkiego świata czarodziejów. Gdy tytułowy kufel wypluwa nazwisko Harry'ego, zobowiązując go tym samym do udziale w Turnieju Trójmagicznym (Euro to przy nim pan Pikuś!), wszyscy wiedzą, że ktoś, stojący w cieniu lalkarz, w którego władzy są wszystkie sznurki, knuje niebagatelną intrygę. I gdy dojdzie ona do skutku, a sam Beznosy Pan Ciemności powróci na świat żywych, naszym oczom ukażą się fundamenty trzech następnych części, od teraz wręcz nierozerwalnych. "Czara Ognia" to ostatni film w serii, którego seans jest zjadliwy dla nieobytych w temacie mugoli, a zarazem ostatni obraz nastawiony na przygodowe kino familijne z elementami mroku i przytłaczającej młodą makówkę fantazji. Potem serię przejmie David Yates i uczyni z niej paczkę depresantów, zatem "wcinajmy póki gorące".


  Nie należę do książkowych purystów, więc koło ogona lata mi fakt pominięcia finału mistrzostw świata w Quidditchu (choć skrócenie następującej po nim sekwencji aż śmieszy), pobytu u Dursley'ów, Zgredka lub przekazania pieniędzy bliźniakom, o ile rzecz jasna nie przeszkadza to w zrozumieniu fabuły. "Czara Ognia" jakoś wraca z tej bitwy z tarczą, jest zjadliwa i zrozumiała, co niekoniecznie uda się przy okazji następnych epizodów. Trwa tylko o pięć minut krócej niż "Komnata Tajemnic", ale zapewniam - nie odczuwa się tej długości, nawet w brzuchu nie zaczyna człowiekowi burczeć. Powód? Przedstawienie trzech konkurencji Turnieju udało się wprost rewelacyjnie - potyczkę ze smokiem wydłużono o efektowną sekwencję zabawy w kotka i myszkę na dachach Hogwartu, a labirynt wyczyszczono ze wszystkich potworków, zostawiając tylko psychodeliczną duchotę i aurę niepewności. Głębia jeziora w książce do mnie nie przemawiała, tutaj "wchodzi" bez problemu. Last but not least - Lord Voldemort w wykonaniu Ralpha Fiennesa. Pojawi się tylko na kilka minut, ale zwróci uwagę każdego. Słowem - nie ma czasu na nudę.


  Być może podchodzę do filmu zbyt sentymentalnie - "Czara Ognia" do dziś zostaje moją ulubioną częścią książkowego tasiemca. Ale nie jestem osamotniony w opinii, że Newell bardzo dobrze poradził sobie z przeniesieniem tego kolosa na taśmę filmową, zachowując zdrowy dystans i pozwalając na kilka rozładowujących napięcie scen. Kto sobie z kolei nie poradził? Radcliffe. Jego kreacja balansowała na krawędzi już w poprzedniej części, tutaj wypada po prostu sztucznie. Na szczęścia cała reszta obsady skutecznie rozmywa negatywne wrażenie i pozwala uwierzyć, że "Czara Ognia" to film zwyczajnie dobry. W następnym epizodzie trzeszcząca od nadmiaru zawartości skrzynia z patosem pęknie. Baśń z dzieciństwa rozmyje się w powietrzu niczym samo dzieciństwo, a seria filmowa, po ostatniej roszadzie na stołku reżyserskim, zmieni tor na dobre.

Ocena: 7/10

czwartek, 28 lipca 2011

FILM - Harry Potter i Więzień Azkabanu (2004)

Reżyseria: Alfonso Cuarón
Czas trwania: 141 minut
Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Prisoner of Azkaban

  Koniec wakacyjnego obijania się i pompowania własnych ciotek do rozmiarów znanego z okładki albumu Led Zeppelin sterowca Hidenburg (sic, cwaniakujemy!). Harry Potter wraca do Hogwartu i wielce myli się każdy, kto sądzi, że los po spotkaniu z Bazyliszkiem nie zasponsoruje trzynastoletniemu czarodziejowi kolejnej dawki przygód. Z Azkabanu (tutejszego Alcatraz) uciekł bowiem Gary Oldman, ojciec chrzestny Harry'ego i zarazem osoba, przez którą zginęli jego rodzice. Tytułowy rzezimieszek nie spocznie, póki nie dorwie chłopaka i doprowadzi tym samym do końca zbrodnię sprzed lat. Spirala wydarzeń, które przyczynią się do wielkiego odrodzenia Czarnego Pana (tak wielkiego, że zapomni zabrać z zaświatów własnego nosa!) właśnie rozpoczyna się nakręcać. W serii książek oznacza to ponad sto trzydzieści stron tekstu więcej, w realiach filmowych - czas na istotne decyzje. Chris Columbus radził sobie dobrze przede wszystkim z wiernym trzymaniem się oryginału i tworzeniem obrazu dla młodocianego odbiorcy. Taki człowiek za kamerą dobrze nadawał się do "Kamienia filozoficznego" i "Komnaty Tajemnic", celowanych w ten sam fragment rynku. Jeżeli jednak Rowling od trzeciej części wzwyż porzuca na dobre kolorowe bajkopisarstwo, czyniąc z tytułowych mokrych klusek zbuntowanego wojownika, a z radosnego i tylko troszkę niebezpiecznego świata czarodziejów - pełen czekających na zmartwychwstanie truposzy, gotycki cmentarz, to... "wiedz, że coś się dzieje" i czas (najwyższy!) na oddanie kinowej serii w inne ręce.

  Alfonso Cuarón nie bał się powiedzieć "To ja jestem szeryfem, będzie po mojemu!". "Więzień Azkabanu" zmienia tyle, ile zmienić można było bez spowodowania krucjaty fanów pod wieżę wodną Warner Bros. Inna jest scenografia. Od teraz wokół Hogwartu zobaczymy piękne doliny, majestatyczny most (o ile pamięć mnie nie myli - przyszła wizytówka filmowej serii) i pochmurną, deszczową aurę (z tajnych źródeł wiem, że zdjęcia do większości scen na świeżym powietrzu kręcone były w deszczu, co pozwoliło na stworzenie tej "zmierzchowej" atmosfery). Widoczki mogą ucieszyć niejedno pragnące wrażeń artystycznych oko. Lepsze są również same zdjęcia - mniej chaotyczne, wysmakowane i bardziej dojrzałe. W kwestii wizualnej "Harry Potter" stał się filmem. Takim prawdziwym, który mógłby obejrzeć nawet ktoś całkowicie zielony w kwestii magii i czarodziejstwa.


  Cięcia zaliczyła - stety lub nie - fabuła. Zrezygnowano z większości wątków pobocznych, chociażby Quidditcha, którego mecz ujrzymy wyłącznie raz (łatwo się domyślić, który). Skupiono się na tytułowym bohaterze, dwójce jego przyjaciół i - co nie powinno dziwić - nowym profesorze obrony przed czarną magią, Remusowi Lupinowi (David Thewlis stworzył "innego" Lupina niż w książce, ale chyba równie sympatycznego). Dzięki takiemu sprytnemu zabiegowi udało się skrócić film o ponad dwadzieścia minut względem "dwójki" i uratować mój żołądek od samostrawienia podczas seansu. Fani książek wybuchnęli płaczem, zebrali się w klany, uzbroili po dziurki w nosie i zażądali odcięcia od reszty ciała co niektórych głów. Następną część stworzył już inny reżyser, nad czym wielce ubolewam. Cuarón mógł stać się dla "Pottera" tym, czym dla "Władcy Pierścieni" był Peter Jackson - człowiekiem z wizją, mogącym stworzyć serię o własnym, innym od oryginału (choć nie gorszym!) charakterem.


  Miałem dylemat, jak ocenić "Więźnia Azkabanu". Sentyment do książki krzyczał te siedem lat temu (broda tęskni za czasami, gdy nie musiała być codziennie golona) z kinowego siedliska niczym mordowany jeniec wojenny; dzisiaj jestem zupełnie innego zdania, ponieważ skupiam się na filmie jako samoistnym dziele. I przyjmując tę zacną filozofię, odważę się na szaloną tezę - trzecia część "Harry'ego" jest, jak dotąd, najlepszym filmem w serii. Potwierdza to majaczące w pamięci wspomnienie wspaniałej sceny lotu nad jeziorem i - zaskoczenie - poniższa ocena.

Ocena: 7,5/10

środa, 27 lipca 2011

MUZYKA. Miniaturki - część 7 (Afasia, Looking For An Answer, CygnosiC, Rectal Smegma)

  Kolejne miniaturki to w pewien sposób kontynuacja ostatniej części, gdyż i tym razem głównym tematem są zespoły, o których istnieniu nigdy dotychczas nie słyszałem. Tym razem postanowiłem jednak zgłębić twórczość z krajów „drugiej linii”, czyli nie amerykańsko, nie brytyjsko, nie skandynawsko…

Afasia – Confinement

  Afasia to zespół pochodzący z Chile. Okładka całkiem sympatyczna dla oka zachęciła mnie do „złowienia” Chilijczyków, lecz szybko po odtworzeniu och muzyki zawartej na krążku „Confinement”, odrzuciło mnie brzmienie.  To największa wada tej płyty. Chilijczycy tragicznie nie grają, ale w dzisiejszych czasach naprawdę można się już postarać o znacznie lepsze brzmienie, nawet w domowych warunkach. Wokal również wypada raczej średnio, choć może gdyby całość miała bardziej wyrazisty charakter, to i ta część w ich twórczości mogłaby  stanąć na wyższym poziomie. Niestety mimo niezłych pomysłów płyta wypada słabo – męczy w całości, bo wysłuchać jej od deski d deski przy tym brzmieniu nie jest łatwo.

Ocena: 3/10

Looking For An Answer – Eterno Treblinka

  Kiedy tylko zobaczyłem, że jest coś takiego, jak „deathgrind z Hiszpanii” to wiedziałem, że muszę to usłyszeć. Już od pierwszych sekund zdałem sobie sprawę, że między  mną a Hiszpanami miłości na pewno nigdy nie będzie. Jest bardzo brutalnie, rzecz jasna. Łomot od pierwszych dźwięków. Płyta dość szybko zaczyna męczyć, gdyż jest przewidywalna i jednostajna. Brak tutaj jakichkolwiek urozmaiceń i każdy kolejny numer wydaje powtarzać jednakową formułę – „napierdalamy”. Mimo wszystko całkiem przyjemne brzmienie gitar ratuje ten krążek.



Ocena: 4/10

CygnosiC – Fallen

  Grecki zespół CygnosiC to zespół wykonujący… no właśnie – jak to nazwać? Muzyka to w końcu bardzo specyficzna. Instrumentalnie dostajemy tutaj muzykę elektroniczną, lecz wokal to czysty metal. Ba, nawet death. Takie połączenie naprowadza mnie do ciekawego terminu electronic death metal, choć tak naprawdę gitar tutaj nie doświadczymy. Metal bez gitar? Bez jaj! Oczywiście termin ten został wymyślony przeze mnie gdyż zespół wkładany jest do szufladek takich, jak „elektro”, „industrial”, czy „Harsh EBM”. Klimat płyty jest naprawdę wyjątkowy, a kontrast między muzyką i wokalem wypada świetnie. Nie ma mowy o przynudzaniu. Po dokładnym poznaniu płyty mogę stwierdzić, że w każdej kompozycji jestem w stanie zapamiętać jakiś charakterystyczny motyw. Do tego muzyka zawarta na „Fallen” niezwykle pobudza moją wyobraźnię. Wyobrażam sobie, jak mógłby wyglądać koncert CygnosiC odgrywany przy kapitalnych wizualizacjach, i wszechpotężnej grze świateł. Myślę, iż to by było niesamowite doznanie. Ta muzyka nadaje się do tego idealnie. Znakomity album.

Ocena: 8/10


Rectal Smegma – Because We Are

  Tym razem formacja pochodząca z Holandii. Muszę przyznać, że z oceną Rectal Smegma miałem poważny problem. Dlaczego? Wokal w tym przypadku przechodzi ludzkie pojęcie. Szczerze mówiąc ciężko mi uwierzyć, iż wokalistą Rectal Smegma jest naprawdę człowiek. Bardziej bym obstawiał, że jest to jakaś opętana bestia. Z jednej strony wywołuje to u mnie śmiech i sprawia, że muzyki z „Because We Are” nie mogę do końca traktować poważnie (w dodatku kiedy widzę tytuł typu „Bobo the Clown”…). Z drugiej zaś album ten posiada jednak plusy. Największym z nich jest całkiem niezła sekcja rytmiczna. Dostajemy naprawdę nienajgorsze partie gitar, i może jestem nienormalny, ale naprawdę momentami BWA mi się podoba. 

Ocena: 5/10

FILM - Harry Potter i Komnata Tajemnic (2002)

Reżyseria: Chris Columbus
Czas trwania: 161 minut
Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Chamber of Secrets

  Wakacje, jak mają w zwyczaju, dobiegły końca. Dla Harry'ego znaczy to tylko jedno - czas na powrót do jego "domu", Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Jednak i fan książkowego tasiemca, i wnikliwy obserwator plakatów filmowych (wymowne hasło "Coś złego czai się w Hogwarcie!") domyśli się, że drugi rok szkolny posiadacza seksownej blizny w kształcie błyskawicy daleki będzie od sielanki, picia po kryjomu piwka, podrywania dziewczyn w kusych spódniczkach i tej, jak ona się nazywa... Nauki. Spokój życia uczniów zakłóci bowiem tytułowa Komnata i jej obślizgła zawartość. Parafrazując popularny cytat z drugiej części "Harry'ego Pottera" - długość taśmy filmowej została powiększona... Strzeżcie się, wrogowie adaptacji filmowych!

  Obyło się bez zmian na stołku reżyserskim, więc Chris Columbus mógł dalej rozwijać swoją wizję kinowego Pottera. Skutkiem bezgranicznego zapatrzenia w książkę, przynajmniej jednym z tych bolesnych, jest długość filmu. "Komnata Tajemnic" to najdłuższa część w serii, niebezpiecznie zbliża się do granicy trzech godzin czasu trwania. Ciekawy jestem, jak według pana Chrisa wyglądałaby adaptacja "Zakonu Feniksa", a dokładniej - ile części by przewidywała. Wszyscy mugole powinni zatem zaopatrzyć się w sporych rozmiarów przekąskę, żeby nie zacząć zagłuszać seansu bolesnym burczeniem w brzuchu. Ale wspomniałem o "skutkach", nie "skutku", więc...


  Uwaga, opuszczamy zasłony! Drugi "Potter" celuje w klimaty mroczne i śniące się młodocianym fanom po nocach. Zaczynając od stylistyki, która po podobnym nastrojowo do poprzednika wstępie (szalony "pościg" latającym Maluchem) wywija orła i przechodzi na Ciemną Stronę Mocy (wystarczy porównać okładki "jedynki" i "dwójki", aby zobaczyć kolosalną różnicę), nie zapominając o muzyce, częstującej nas teraz Williamsowym motywem przewodnim o wiele rzadziej (pojawia się za to trochę ambientu i świetna, psychodeliczna melodia w scenach z uciekającymi pajączkami), a kończąc na iście horrorowym designie wszelkiego typu maszkar. Mamy putinopodobnego Zgredka, zabójcze pająki i skrzętnie ukrywanego w toaletowych rurach, mrożącego krew w nastoletnich żyłach Bazyliszka. Za dużo dla dzieciaków? Skądże, przecież właśnie dzięki tego typu stylistyce Rowling odniosła tak miażdżący sukces komercyjny. I to jeszcze na długo przed ogłoszeniem Dumbledore'a homoseksualistą.


  Obniżymy ocenę o pół oczka. "Komnata Tajemnic" jest filmem równie udanym jak jego poprzednik, ale przynajmniej o kwadrans za długim. Intryga związana z petryfikacjami i tajemniczym "głosem" (który wydaje się słyszeć wyłącznie Harry) kręciła dwa razy bardziej w książkowym wydaniu, tutaj po jakimś czasie staje się przykrym obowiązkiem, wynagrodzonym w finale za pomocą dwudziestometrowego węża. A jeżeli kogoś dwudziestometrowe węże nie kręcą? 
Kurczę, nie wiem, mnie kręcą :D

Ocena: 6,5/10

MUZYKA - Colin Stetson: New History Warfare Vol.2: Judges (2011)


1. Awake on Foreign Shores (1:30)
2. Judges (5:13)
3. The Stars in His Head [Dark Lights Remix] (5:30)
4. All the Days I've Missed You (ILAIJ I) (1:15)
5. From No Part of Me Could I Summon a Voice (2:15)
6. A Dream of Water (3:35)
7. Home (3:12)
8. Lord I Just Can't Keep from Crying Sometimes (4:49)
9. Clothed in the Skin of the Dead (3:40)
10. All the Colors Bleached to White (ILAIJ II) (0:36)
11. Red Horse (Judges ll) (2:57)
12. The Righteous Wrath of an Honorable Man (2:27)
13. Fear of the Unknown and the Blazing Sun (2:42)
14. In Love and in Justice (4:53)

Całkowity czas: 44:35

  Nigdy wcześniej nie słyszałem o tym artyście i bardzo tego żałuję. Rzadko mam okazję usłyszeć album, który mimo swojej minimalistyczności jest w stanie do tego stopnia mnie zachwycić. New History Warfare Vol.2: Judges to niemal wyłącznie dźwięki instrumentów dętych (głównie saksofonu basowego, czasem słychać również klarnet, klarnet basowy, czy róg) oraz pojawiające się w tle delikatne, elektroniczne podkłady. A jednak tak skromne instrumentarium nie przeszkadza Stetsonowi w tworzeniu pełnej emocji, przestrzennej muzyki, której słucha się z wielką przyjemnością. 

  Mimo, że płyta sprawia wrażenie całości, każda kompozycja wyróżnia się czymś niezwykłym. W ”The Stars In His Head (Dark Lights Remix)” uwagę przykuwa zabawa rytmem i dodanie echa; nałożenie na siebie kilku różnych melodii hipnotyzuje w ”From No Part Of Me Could I Summon A Voice”. W ”Home” z kolei słychać coś, co brzmi jak saksofon przetworzony w taki sposób, aby przypominał śpiew... Warto też wspomnieć o gościnnym udziale Laurie Anderson, której głos pojawia się w "Judges", "A Dream of Water" oraz "Red Horse (Judges II).

  Od początku do końca albumu miałem wrażenie, że jest on jednocześnie jedną wielką improwizacją i dokładnie zaplanowaną całością. Uczucie pełnej kontroli nad pozornie chaotycznymi dźwiękami to jedna z największych zalet tego wydawnictwa. ”New History Warfare Vol.2: Judges” to mocny kandydat do tytułu płyty roku w kategorii ”muzyka eksperymentalna”. Stetsonowi udało się, mimo użycia nowoczesnych rozwiązań, uciec od gładkich dźwięków typowych dla oszlifowanych produktów studyjnych. Jego album brzmi surowo i ”prawdziwie”, podczas jego słuchania miałem wrażenie uczestniczenia w kameralnym koncercie.

Ocena: 9/10

wtorek, 26 lipca 2011

FILM - Harry Potter i Kamień Filozoficzny (2001)

Reżyseria: Chris Collumbus
Czas trwania: 152 minuty
Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Sorcerer's Stone

  Radosna mania na porównywanie ostatniego kinowego odcinka kultowej już serii o dorosłych facetach, którzy machają na lewo i prawo swymi różdżkami, do Jacksonowego "Powrotu Króla" trwa w najlepsze, więc dlaczego Wyspa Jowisza miałaby nie dołożyć swoich własnych, jakże istotnych dla świata pięciu groszy do dyskusji. Ale zrobię to dopiero wtedy, gdy przypomnę sobie (lub poznam) wszystkie poprzednie części "Po-prostu Harry'ego" (pozdrawiam osobę, która się w tym momencie uśmiechnęła). Czeka nas zatem solidna przeprawa przez dziesięć lat kinematografii, gadające czapki, klozety służące do "odsiewania" myśli, krwawiące dzienniki Bridget Jones, latające sprzęty kuchenne i tony innych, równie radośnie niekatolickich wymysłów. 

  Daruję sobie przypominanie, jak wielkim hukiem był "Harry Potter" w wersji drukowanej oraz ile błyszczących oczu skierowanych było w stronę kinowej jego adaptacji. To nie będzie wielki wywód, tylko sentymentalne (i w miarę możliwości trzeźwe) spojrzenie wstecz. Jest więc książka, duża książka, krytycy huczą coś niewyraźnie, księża gromią z radioodbiorników, ale wszyscy się cieszą, bo dzieciaki wracają do czytania. A skoro wróciły już do czytania, czas im przypomnieć o telewizji, odciągnąć na powrót od książek i zarobić równowartość kilku krajów tak zwanego Trzeciego Świata - powstaje kinowy "Harry Potter i Kamień Filozoficzny". Dziesięć lat temu (ludzie, jak to zleciało!) - jak wszyscy moi znajomi - byłem tym faktem poruszony, zniesmaczony ("Jak mogli?!"), ale i zaintrygowany ("Ciekawe, jak zrobią to, albo tamto, albo w ogóle coś innego!"). Pognałem do kina, dałem zielone światło twórcom na kontynuację radosnego wycinania grubych milionów zielonych. A jak film ma się do książki?

"Aleś śliczna! Tylko skąd ja cię w ogóle mam..?"
  Zaskakująco dobrze. Nawet po dekadzie. Zekranizowanie pierwszego tomu "Harry'ego Garncarza" nie należało do rzeczy szczególnie ciężkich, książka nie była tak rozpasiona jak jej córeczki, wielka intryga jako taka jeszcze nie istniała. "Kamień Filozoficzny" był przyjemną opowieścią z mnóstwem elementów fantastycznych, dającymi się polubić bohaterami i prostym, acz miodnym wątkiem tajemniczo - przygodowym. Idealny fundament pod kasowy przebój. I możliwości zostały wykorzystane. Świetnie przedstawiono świat czarodziejów, który poznajemy wraz z młodocianym Harry'ym, jest plastycznie, kolorowo, baśniowo i na wskroś brytyjsko. "Wkręcić się" w nowe realia doskonale pomaga John Williams ze swoją ścieżką dźwiękową, choć ostrzegam - nawet jeżeli podoba Ci się, drogi Czytelniku, motyw przewodni filmu, uzbrój się w anielską cierpliwość, ponieważ będziesz go słyszeć BEZ PRZERWY. Sam tytułowy kruszec zepchnięty został na drugi tor, pozwalając na bezstresowe poznanie realiów życia w Hogwarcie nawet najzieleńszym w temacie mugolom, ale wraca w odpowiednim momencie i skutecznie przyspiesza akcję filmu.


  Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że film jest za długi. Owszem, przekracza dwie godziny, ale widz tego nie odczuwa. Chciałbym jednak zauważyć, że nie zdołał uniknąć pewnych wad. Książkowi puryści przyczepią się do totalnego spłaszczenia lub pominięcia kilkunastu wątków (narzekali, narzekali, a nie wiedzieli, co ich czeka w przyszłości!), miłośnicy świetnych wizualizacji skrzywią się na widok (latka lecą, niestety) plastikowych efektów specjalnych i widocznego nawet dla laika zielonego ekranu (mecz Quidditcha ad exemplum), a ludzie szukający głębszego przesłania... Zaraz, dlaczego tacy ludzie mieliby ostrzyć zęby na "Harry'ego Pottera"? To nie ta działka, nie te grządki. "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" w swojej filmowej wersji to nic innego, jak udany film fantastyczny przeznaczony dla młodszego widza lub podstarzałego już, niestety, fana. Nie zastąpi książki, ale sprawdzi się idealnie na... zachęcenie do niej. Koło się zamyka ;) Zobaczymy, jak prezentować się będą następne części...

Ocena: 7/10

piątek, 22 lipca 2011

MUZYKA. Miniaturki - Melodic death metal vol. I (Fall of Serenity, Dreamshade, Grievers)

  Nadszedł w końcu (!) czas, abym to ja spróbował swoich sił i dołożył swoje ''trzy grosze'' do tego cyklu. Zanim zanurzę się w odmętach nowego Trivium (a szybko z nich nie wypłynę), postanowiłem opisać trzy płyty z tego samego gatunku (choć niespecjalnie do siebie podobne), z którym najwięcej obcowałem przez ostatnie tygodnie. Mowa tu o melodic death metalu. Od razu na myśl przychodzi nam mroźna Skandynawia (głównie Szwecja). I mimo tego, że nasza dzisiejsza podróż przebiegać będzie tylko przez Europę, to jednak o Północ nie zahaczymy choćby na minutkę.

Fall of Serenity - Bloodred Salvation

  Podróż zaczniemy w zasadzie tuż pod nosem, bo u naszych zachodnich sąsiadów. Nie można powiedzieć, że panowie z Fall of Serenity to nowicjusze, gdyż na karku mają już 13 lat, co w porównaniu z pozostałymi kapelami jakie dziś wystąpią, czyni ich prędzej ''starymi wyjadaczami''. Nie inaczej jest także z opisywaną przeze mnie płytą, która wyszła w roku 2006. Jednak do rzeczy. ''Bloodred Salvation'' to ponad 40 minut rasowego ''melodeathu'', jednak niestety tylko w dość niezłym wydaniu. Są mocne riffy, jest mocny growl, który świetnie do nich pasuje, jest moc. Czego chcieć więcej? Pomysłu. Choć słucham tej płyty już od około 2 tygodni, to cały czas mam wrażenie, że wszystkie kawałki brzmią oszukańczo podobnie, więc nawet nie będę wysilał się na wskazanie tych lepszych czy gorszych, gdyż są na podobnym poziomie. Może zbyt surowo oceniłem panów z Fall of Serenity, więc dodam, że innowacje się zdarzają, ale niezbyt często. Miło zaskakuje zaś utwór tytułowy, który jest po prostu dwuminutową kompozycją fortepianową. Jednak zaskoczeń to by było na tyle jeśli chodzi o ''Bloodred Salvation''. A szkoda.

Moja ocena : 6/10

Dreamshade - What Silence Hides

  Tym sposobem wylądowaliśmy w odwiecznie neutralnej Szwajcarii. ''What Silence Hides'' pachnie jeszcze świeżością, gdyż ujrzał światło dzienne pod koniec stycznia bieżącego roku. Od pierwszych dźwięków słychać, że muzyka grana przez Szwajcarów ma niewiele wspólnego z ich wyżej wymienionymi kolegami ''zza miedzy''. Przede wszystkim chodzi o to, że na nowym krążku Dreamshade przysłowiowe pierwsze skrzypce grają klawisze (swoją drogą zabawnie to brzmi). Hulają na prawo i lewo po wszystkich utworach, wręcz nie można się od nich opędzić, ale to bardzo dobrze. Dodają utworom smaku i brzmią naprawdę ciekawie - samotnie jak i z partiami gitar. Szczególnie w ''Revive in Me'' czy ''Eternal''. Mówiąc o godnych uwagi utworach, nie można też nie wspomnieć o kompozycji tytułowej, która atakuje nas jako pierwsza. Minusy tego albumu? Jeden zasadniczy. Za dużo wrzasku, który po kilku utworach zaczyna wręcz męczyć. Wokalista ima się też czasem ''głębokiego growlu'', ale chyba lepiej w sumie jak już wrzeszczy. Podsumowując te krótkie rozważania, debiut Dreamshade uważam za bardzo przyzwoity i godny uwagi. Polecam fanom klawiszy jak i melodic death metalu, żeby zobaczyli jak to się robi w Szwajcarii. 

Moja ocena : 7,5/10

Grievers - Reflecting Evil

  Przyszedł czas na płytę, która przypadła mi do gustu zdecydowanie najbardziej. Tu też kończy się nasza podróż, a wylądowaliśmy we włoskiej Lombardii. Włochom muzycznie o wiele bliżej do Fall of Serenity (choć też nie do końca), niż do Dreamshade, choć to właśnie do nich mają tylko 70 kilometrów. Po pierwsze jest o wiele bardziej melodycznie niż u Niemców, a po drugie o wiele bardziej z pomysłem. Choć ''Reflecting Evil'' to tylko osiem kawałków, to jednak są one wypełnione ''melodeath'em'' z bardzo wysokiej półki. Niedługie, choć rozbudowane kawałki, świetne solówki i wpadające w ucho riffy, a do tego dobry wokal, czyni z debiutu Grievers bardzo mocną pozycję. Z najciekawszych kawałków wymienię ''Born Again'' oraz ''Concept of Wisdom'', choć tak naprawdę mógłbym wymienić wszystkie. Szkoda, że płyta wyszła w poprzednim roku, bo tak na pewno by zagościła w moim tegorocznym podsumowaniu. Trudno. Na tym kończymy naszą podróż. Do miniaturek z pod znaku melodic death metalu (i nie tylko) na pewno jeszcze wrócę, bowiem jak się okazuje nawet zespoły ''z dupy'' potrafią nagrać coś ambitnego w tym gatunku. To tylko wzmaga apetyt, aby szukać dalej. A więc do dzieła!

Moja ocena : 8/10

czwartek, 21 lipca 2011

MUZYKA - Adele: 21 (2011)


1.Rolling In The Deep (3:49)
2.Rumor Has It (3:43) 
3.Turning Tables (4:10) 
4.Don't You Remember (4:03) 
5.Set Fire To The Rain (4:01) 
6.He Won't Go (4:37) 
7.Take It All (3:48)
8.Ill Be Waiting (4:01) 
9.One & Only (5:48)
10.Lovesong (5:16) 
11.Someone Like You (4:47)

Całkowity czas: 48:03

   Muszę przyznać, że urodzona dnia 5 maja roku 1988 angielska wokalistka Adele Laurie Blue Adkins nie należy do artystów, a raczej artystek, wykonujących muzykę, którą zajmuję się na co dzień. Mimo wszystko dziewczyna posiada fenomenalny głos i talent, wobec którego przejść w sposób obojętny wprost nie wypada. Adele jest bardzo wszechstronna. Potrafi grać między innymi na gitarze, perkusji, pianinie oraz gitarze basowej. Na koncie ma supporty przed takimi muzykami, jak Paul McCartney, czy John Mayer, ale największą ciekawostką jaką znalazłem na temat uzdolnionej angielki będą jej muzyczni idole. Początkowo zakochana była w Spice Girls i Destiny's Child, jednak z czasem zaczęła słuchać...Slipknota! Jeśli ktoś nie wie o czym mówię, niech wpisze na youtube "Psychosocial", albo jeszcze lepiej "People=Shit":P.

  "21" to drugi studyjny longplay Adele. Trzeba przyznać, że to on rozsławił ją w naszym kraju, choć i wydany w roku 2008 "19" zawiera kompozycje, które można łatwo skojarzyć z radiowymi stacjami. Od razu muszę przyznać, że wadą najnowszego wydawnictwa jest to, że najlepszy kawałki są singlami. Rzecz to, która zawsze mnie denerwuje. Ale pomijając owe narzekanie - single są kapitalne. Na debiucie też zresztą były silną stroną płyty (choćby znakomity "Chasing Pavements").

  Album otwiera pierwszy singiel, a zarazem chyba największy już hit Adele - "Rolling in the Deep". Kawałek ten w krótkim czasie znalazł bardzo wielu zwolenników i nie tylko wśród zwykłych słuchaczy, lecz także wśród muzyków, którzy zabrali się do coverowania szlagierowego openera z płyty "21". Swoją wersję nagrał nawet Linkin Park! (jak się nic dobrego samemu juz nagrać nie potrafi, to się bierze za cudze perełki:P). Następnie usłyszymy utrzymany w innym klimacie "Rumor Has It", wypadający całkiem nieźle, choć kolejne numery są lepsze. Najpierw dostaniemy "Turning Tables", a potem "Don't You Remember", w którym wokalistka zapyta X, czy pamięta jeszcze powód, dla którego ją pokochał. Bardzo ładne, spokojne piosenki (w tym przypadku ten termin się sprawdza). Numer "5" to "Set Fire to the Rain". Kolejny singiel, a do tego mój faworyt.Nie tylko fenomenalny wokal, ale i cudowna melodia, a także apokaliptyczne instrumenty - zwłaszcza pod koniec. Refren chodzi mi głowie godzinami. To jeden z tych kawałków, które mogę słuchać bez przerwy (wystarczy spojrzeć na moje konto na last.fm :P). Kolejne kompozycje to "He Won't Go", "Take It All", "I'll Be Waiting" i "One and Only". Każdy track z tej czwórki wypada naprawdę dobrze, ale nie może konkurować z "Rolling in the Deep" oraz "Set Fire to the Rain". Do końca płyty jeszcze zostają nam "dziesiątka" i "jedenastka". Będzie to cover formacji The Cure "Lovesong" i kolejny singiel - "Someone Like You". Co do pierwszego - wolę oryginał. Kończący płytę kawałek wypada jednak cudownie. To jeden z tych trzech wielkich (singli rzecz jasna). Warto zwrócić uwagę na piękny tekst. To zresztą kolejny plus drugiego albumu Adele.

  "21" to naprawdę udany i wzruszający album. Nie słucham takiej muzyki na co dzień, ale o tej płycie nie zapomnę na pewno pod koniec roku, gdy przyjdzie mi stworzyć podsumowanie. Nie zapomnę również o wielu kawałkach, które jeszcze długo będę sobie dawkował, a nawet pewnie przedawkuję. Singlami karmić się mogę bez przerwy, ale w całości konsumpcja też, jak najbardziej korzystna.

Ocena:7,5/10

środa, 20 lipca 2011

MUZYKA. Pierwszy Kęs - Steven Wilson: Grace for Drowning

CD 1, Deform to Form a Star:
1. Grace For Drowning (2.00)
2. Sectarian (8.00)
3. Deform to Form a Star (8.00)
4. No Part of Me (5.45)
5. Postcard (4.30)
6. Raider Prelude (2.30)
7. Remainder the Black Dog (9.15)

CD 2, Like Dust I Have Cleared From My Eye:
1. Belle de Jour (3.00)
2. Index (4.45)
3. Track One (4.15)
4. Raider II (23.15)
5. Like Dust I Have Cleared From My Eye (8.00) 


  Marcin czeka na nowe Trivium, Bartek codziennie przeszukuje Sieć w celu usłyszenia choćby kilku sekund dziesiątego Opeth, a ja równie niecierpliwie wyczekuję kolejnego wydawnictwa najważniejszego w moim muzycznym życiu artysty, Stevena Wilsona. Następca wybitnego "Insurgentes", czyli dwupłytowy moloch pod wspólnym tytułem "Grace for Drowning", zagości w naszych głośnikach 26 września, przynajmniej w wersji Blu-Ray, bo nie ma co liczyć tym razem na dochowanie tajemnicy do samiusieńkiego końca. Potwierdza to sam Stefan, który wczoraj udostępnił niemal dwadzieścia minut muzyki z "Grace for Drowning" (1/4 całości!). Posłuchać można zwodniczych jak zawsze sampli każdej kompozycji i pełnego utworu, "Remainder the Black Dog".



  Utwór ten kończy pierwszy krążek ("Deform to Form a Star"), usłyszeć w nim możemy Bose Bożyszcze za mikrofonem i na klawiszach, wieloletniego towarzysza Wilsona, Theo Travisa na flecie i saksofonie, Steve'a Hacketta (sic!) na gitarze, Nicka Beggsa na basie i Nica France'a na perkusji. Zacne towarzystwo. A sam utwór? Zaczyna się jak typowa dla Stevena ballada, delikatnym wokalem i krótką partią klawiszy, przewijającą się przez całe dziewięć minut kompozycji. Wszystko jednak łamie się dość szybko, pokazując dobitnie, w jakim kierunku wędrował będzie "Grace for Drowning" - jazz rock, i to taki spod znaku wczesnego King Crimson. Rozimprowizowane, psychodeliczne sola, zmiany tempa, zabawa muzyką. Coś, co na żywo daje przeogromne pole do popisu. Porównując "Remainder the Black Dog" do "Harmony Korine", które rządziło w moich głośnikach jakiś czas przed premierą "Insurgentes", przyznam bez obaw, że nowe dzieło Wilsona idzie bardzo, bardzo daleko od poprzedniego, a nawet od całej dotychczasowej twórczości. Wystarczy spojrzeć na polskie forum zespołu - brak negatywnych opinii. Choć wciąż czekamy na najstarszych ze Starej Gwardii :)

  Sample postanowiłem opisać w formie krótkich reakcji związanych z poszczególnymi fragmencikami:

  CD 1:
1. Grace for Drowning - album zaczyna się tam, gdzie kończył "Insurgentes" - zmysłowa ballada z samym fortepianem. Sądząc po czasie trwanie, obędzie się bez zaskoczeń.
2. Secretarian - czyli jak zacząć "z pierdolnięciem" na modłę Karmazynowego Króla i... i właściwie tyle, choć słychać, że kawałek może pójść w zupełnie innym kierunku.
3. Deform to Form a Star - kolejny 8-minutowy gigant, który - przynajmniej na podstawie próbki - mógłby być przepiękną balladą z typowymi dla Stefka harmoniami wokalnymi. Taki nie będzie - nie z nami te numery, Bruner!
4. No Part of Me - pretendent do mojego ulubionego kawałka na "Deform to Form a Star". Rozmarzona zwrotka i orientalny wybuch, przy którym próbka się urywa nie dadzą mi spać do września!
5. Postcard - murowany przebój na miarę "Harmony Korine"? Słodziutki, wzruszający, z chóralną wstawką; wyciśnie niejedną łzę z oczu wrażliwego słuchacza :)
6. Raider Prelude - dobrze znany z zapowiedzi albumu, ambientowy maluszek. Klimatyczny!
7. Remainder the Black Dog - jazzowy freestyle, z którym zmierzyć się możecie powyżej. Dziwny wybór na zwieńczenie krążka.

CD 2:
1. Belle de Jour - bardzo tajemnicza, instrumentalna perełka, która przywodzi na myśl soundtrack do "Labiryntu Fauna". Już wyobrażam sobie, jak to będzie brzmiało w wersji wielokanałowej...
2. Index - singiel, do którego nakręcony został klip. Ale "Harmony Korine" to on nie przypomina w ogóle, bardziej narkotyczną, trip-hopową jazdę w mrocznych klimatach!
3. Track One - "Abandoner" "Grace for Drowning" - kiedy myślisz, że nic się nie stanie, uderza fala mroku tak ciężka, że kolana łamią się niczym suchy chruścik :)
4. Raider II - nie da się za wiele wywnioskować na temat 23-minutowej kompozycji na podstawie tej skromnej próbki. Ma być jazzowo i tak, jak Steven Wilson jeszcze nigdy nie grał.
5. Like Dust I Have Cleared From My Eye - klasyczne zakończenie w stylu Stefana czy być może wielowątkowy szaleniec? Stawiam na to pierwsze, oczekuję pięknego happy endu tej wielkiej podróży.

sobota, 16 lipca 2011

ANIME - Elfen Lied (2004)

Liczba odcinków: 13
Czas trwania: 24 minuty (jeden odcinek)
Alternatywne tytuły: Erufen rito

  Z nazwą "Elfen Lied" spotkałem się już kilka lat temu, ale - jak to często bywa - anime musiało poczekać na swój moment. Przewijało się w moim umyśle zawsze na myśl o seriach, które powinienem zobaczyć, żeby móc wypowiadać się w dyskusjach dotyczących japońskich animacji i w lipcu tego roku nadszedł czas poszerzenia moich horyzontów o tę niesamowicie kontrowersyjną sagę. "Elfen Lied" "przeleżało" w mojej pamięci prawie pięć lat. Zupełnie jak wyśmienite wino, chciałoby się powiedzieć. Cóż, nie tak zupełnie, ponieważ raz, że gdybyśmy porównywali anime z 2004 roku do alkoholu, musiałoby poczekać do mojej starości; dwa, iż daleki byłbym do tak górnolotnego znaku równości w przypadku serii, która zapisała się na kartach historii nagością, dosadną przemocą i hektolitrami krwi. Wzmianki o tragicznej historii miłosnej ukrytej za tą obrazoburczą "powłoką" docierają do odbiorcy dopiero na drugiej pozycji. Należy jednak pamiętać, że nie ma wyśmienitego anime, które nie wzbudzałoby jakichś kontrowersji, kłótni, przedrzeźniań i nieskrępowanej nienawiści, głównie internetowej. Dlatego ja o wszystkim wolę przekonywać się samodzielnie.

  Pierwszą w kolejności poznajemy Lucy. Naga dziewczyna o różowych włosach ucieka właśnie z jej dotychczasowego więzienia - tajemniczego, umieszczonego na małej wyspie kompleksu badawczego. A nie, przepraszam, nie "ucieka", tylko wychodzi spokojnie w stylu biblijnego Anioła Zagłady. Każdy żołnierz, który ma na tyle cojones, aby zbliżyć się do niesfornej osóbki, odpada niejako w przedbiegach - wybucha mu głowa, rozcina się w pasie lub traci losowo kończyny. Kule karabinów nie imają się Lucy, więc idzie powoli i nuci smutną melodię zapamiętaną z dzieciństwa. Wyspa jak to wyspa - ma tylko jedną drogę ucieczki. Przed pożegnalnym skokiem do morza, jednemu ze snajperów udaje się trafić dziewczynę ze snajperskiego działka przeciwpancernego (sic!). Zapewnia jej tym samym bezpieczną skorupę na przyszłe dni. W wyniku zaburzeń mózgu rodzi się bowiem...

  Nyuu. Alter ego Lucy - entuzjastyczna, radosna, budząca sympatię dziewczyna, która powtarza jedynie słodkim głosikiem swoje imię. W takiej postaci poznaje ją protagonista "Elfen Lied" - nasze ulubione "mokre kluchy" - Kouta, który przechadza się z kuzynką po plaży. Nyuu stoi w wodzie, ubrana jak ją pan Bóg stworzył. Zauważają na jej głowie dwa malutkie... rogi, ale zamiast ochlapać dziewczynę wodą święconą i spalić na stosie, zapewniają jej odzienie i nocleg. Nietrudno się domyślić, że Nyuu zostanie u chłopaka dłużej. Widz od razu zauważa też zarys miłosnego trójkącika: szczerą sympatię niesfornej Nyuu do Kouty, wstydliwą miłość, jaką darzy go jego kuzynka, Yuki oraz poligamiczne zapędy samego zainteresowanego. Jesteśmy też w lepszej sytuacji niż główny bohater, ponieważ znamy prawdziwą naturę rogatej dziewczyny i widzimy kłopoty, jakie ściągnie na siebie w najbliższej przyszłości jej prawdziwe "ja", przebudzające się od czasu do czasu. Organizacja, z której wcześniej tak brutalnie wydostała się Lucy, nie ma zamiaru siedzieć na czterech literach i czekać, aż dziewczynie zachce się wrócić. Nie zawaha się posunąć do niebezpiecznych (mała podpowiedź - także rogatych i różowowłosych) środków. Wkrótce nadmorska mieścina stanie się sceną dla iście szekspirowskiego widowiska.

   Historia jest ciekawa i wytrzymanie do końca nie stanowi żadnego problemu. Gorzej jednak wypada, gdy rozłożymy ją na części pierwsze - niektóre wątki zdają się zbyteczne lub opowiedziane po łebkach. I tak, z błyskiem w oku obserwować będziemy wspominane wyżej relacje Nyuu / Lucy - Kouta i jego kuzynkę z kompleksem Edypa oraz dołującą historię względnie zimnego jak lód naukowca Kuramy i konsekwencji wyborów, jakie dokonał w swoim życiu. Ziewniemy przeciągle za to patrząc, jak bezcelowa jest postać bezczelnego żołnierza Bando i zdziwimy się widząc, że ciekawa przeszłość bezdomnej Mayu nie ma właściwie żadnego znaczenia w opowiadanej rzeczywistości. Efektem są momenty "mocne" i "słabe", serwowane na zmianę - tych pierwszych wyczekujemy i trzymają nas przy ekranie podczas drugich, mniej interesujących.

Takich obrazków zobaczymy wiele - to nie jest anime
dla bardziej czułych widzów
  Wszelkie momenty nudy wynagrodzone zostają w wielkim (jak na skalę nadmorskiej miejscowości) finale. Od początku czuć, że będzie to historia bez happy endu, dlatego widzowie potrafiący szybko zżyć się z bohaterami powinni przyszykować paczkę chusteczek. Na pewno złapie nas, jak to pięknie ujmuje młode pokolenie, "tęga rozkmina" i próba odkrycia, co "autor miał na myśli". W moim odczuciu "Elfen Lied" to historia o konsekwencjach (słowo to padło już wcześniej i padłoby pewnie jeszcze kilkukrotnie) i o tym, jak wiele znaczy każdy pojedynczy gest w kierunku drugiej osoby. Próba pokazania, jak łatwo i bezboleśnie mogłoby być, gdybyśmy potrafili powiedzieć czasem "kocham", nie odwracając wzroku. W ten sposób na własnej skórze przekonałem się, że pod płaszczem kontrowersyjnej mieszanki wizualnej kryje się coś głębokiego.

  Pora jednak zająć się samym płaszczem. Czuły widz będzie zniesmaczony, zapewniam. Jego oczom pokazywać się będzie powolne odrywanie kończyn, znęcanie się nad zwierzętami (scena w sierocińcu jest, obok finału, najmocniejszym momentem "Elfen Lied"), eksplodujące głowy i morze gorącej posoki. Ja wiem, że krwistość to częsta cecha anime, ale tragiczna historia Lucy z pewnością stara się ustanowić w temacie kilka mniejszych rekordów. Nie inaczej jest z nagością, której ilość niektórych
może odrzucić. Tutaj jednak stanę dzielnie w obronie - tania erotyka, czyli wabik dla niewyżytych nastolatków jest ostatnim skojarzeniem, jakie nasuwa mi się na myśl o "Elfen Lied". To raczej alarm dla widza, swoiste hasło "nie boimy się o ciężkich tematach opowiadać w ciężki dla oka sposób". I ja to toleruję. Co nie zmienia faktu, że zwolennicy historii miłosnych, którzy reagują z krzykiem na emanujące przemocą produkcje powinni solidnie zastanowić się, czy chcą poznać tę serię. Ja ostrzegam, za ewentualny brak apetytu nie odpowiadam.

  Zawodzi grafika. O ile kreska jest znośna, tak projekty postaci niszczą przesłodzone, błyszczące oczęta na pół twarzy. To, co sprawdza się znakomicie w przypadku Lucy / Nyuu ("ludzkie" oczy Lucy i wielgachne słodziaki Nyuu, potrafiące rozmiękczyć największego cwaniaka we wsi), kompletnie nie sprawdza się w przypadku Kouty i jego kuzynki. Tracą przez to ogromną część swojej autentyczności. Drugim problemem jest ciosana animacja postaci, która wygląda, jak gdyby ktoś im wszystkim - wybaczcie - kij od miotły w tyłek wsadził. Muzyka za to bryluje i powtarzany na wiele sposobów motyw z chóralnego openingu wbija się w pamięć wyjątkowo skutecznie, niemal sam nucąc się pod nosem. Mam na to kilku świadków.

  "Elfen Lied" to dobra seria, najzwyczajniej w świecie, której kontrowersyjna otoczka i dzielnie walczący na internetowych polach bitwy fani zapewnili nieco zawyżony status. Ma swoje wady, jednak ich wielkość nie przeszkadza wcale w sycącym seansie. Świat przedstawiony nie pochłonie nas, pozostaniemy na zewnątrz, ale z pewnością na długo zapamiętamy tragiczną w skutkach historię pewnej dziecięcej przyjaźni.

- To co, 9/10?
Ha, chciałbyś :D
Ocena: 7/10

czwartek, 14 lipca 2011

MUZYKA. Miniaturki - część 6 (Nekrofilth, Apostles of Perversion, Insision)

  Szóste – nieco opóźnione – miniaturki to całkowite nowości. Zespoły, o których istnieniu dotychczas nawet nie wiedziałem. Mam zresztą zamiar, aby właśnie w ten sposób „odnaleźć” trochę tegorocznej muzyki metalowej. To takie strzały w ciemno i flirt z bandami całkowicie dla mnie nowymi. Pierwsza trójka tych zespołów to Nekrofilth, Apostles of Perversion oraz Insision. Cóż… pierwsze strzały nie są raczej trafione w dziesiątkę.

Nekrofilth – Worship Destruction

  Okropna okładka tego albumu nie zachęciła mnie zbytnio do zapoznania się z materiałem zawartym na „Worship Destruction”. Mimo wszystko byłem bardzo ciekawy, jak może brzmieć  death/thrash/grindcore (tak otagowany znalazłem zespół Nekrofilth) zmieszczony na niespełna szesnastominutowej płycie. I jak to brzmi? Niezwykle słabo. Totalny chaos, brak ładu, nieprzeciętnie słabe partie instrumentalne, a także okropny wokal. Album nie nadający się do ponownego odtworzenia.  Dobrze, że trwa zaledwie kwadrans. Nie polecam nikomu, kto szuka czegoś ciekawego. Jeśli chcecie jednak usłyszeć muzykę z najniższej półki to polecam jako ciekawostkę.

Ocena: 1/10 

Apostles of Perversion – Meeting of Atrocities

  Kiedy zobaczyłem zespół o nazwie „Apostołowie Perwersji” pomyślałem, że zapoznanie się z ich najnowszym dokonaniem jest wręcz moim obowiązkiem. Uwielbiam różnego rodzaju kontrowersyjne nazwy, ostre i krwawe okładki – o ile prezentują się ciekawie. Do poznania „Meeting of Atrocities” skłoniła mnie przede wszystkim nazwa zespołu, a nie okładka nowego dziecka tejże ekipy. Nie spodziewałem się jednak aż takiego dna. Dosłownie wszystko na tym LP jest nie tak. To istny koszmar dla słuchacza. Najgorszym punktem tego czegoś jest wokal, który jest kompletnie nie na miejscu, ale tutaj wszystko powinno zostać zapomniane jak najszybciej. Apostołowie grają coś, co z muzyką ma wspólnego raczej niewiele. Jedna z najgorszych rzeczy metalowych jakie słyszałem, a na pewno najsłabsza jaką kiedykolwiek recenzowałem. Specjalnie dla nich muszę zmienić skalę oceniania i obniżyć ją o cały punkt, a zostawiając panom „połówkę” za okładkę, która na muzycznym tle tej żenady wypada nienajgorzej.

Ocena: 0,5/10

Insision – End of All

  Już po pierwszych dźwiękach intra słychać, że Insision jest zespołem o klasę lepszym od wcześniej wymienionych. Jeśli chodzi o wokal to, fakt, nie ma tutaj rewelacji. Nie mogę jednak powiedzieć, że to jakiś minus, choć głos wokalisty jest naprawdę bardzo niski. Mimo wszystko pasuje do muzyki, więc jest spokojnie do przetrawienia. Instrumenty natomiast tworzą całkiem niezłe motywy, a zdarzy się nam również doświadczyć solówek. Brzmienie stoi na znacznie lepszym poziomie niż w przeklętych Nekrofilth i Apostles of Perversion. Ogólnie rzecz ujmując „End of All” to całkiem przyzwoita płytka.


Ocena: 5,5/10

MUZYKA. Pierwszy Kęs - Kasabian: Velociraptor!

  Bardzo, ale to bardzo pierwszy to będzie kęs, zaledwie jeden singielek. Ale mogę zrobić taki wyjątek w przypadku jednej z pięciu najbardziej oczekiwanych przeze mnie albumów drugiej połowy roku 2011 - "Velociraptor!" (tak, z wykrzyknikiem. Bo to groźny velociraptor zapewne) grupy Kasabian. Nawet jeżeli okładki wciąż nie znamy. Od jakiegoś czasu po sieci krąży przedostatnia kompozycja z nadchodzącego krążka i - co by tu za dużo nie skrobać - wymiata. Posłuchać możecie sami poniżej. "Switchblade Smile" to utrzymana w duchu debiutanckiego albumu grupy, bardzo elektroniczna i bujająca kompozycja, w której znalazło się nieco miejsca dla kluczowego elementu Kasabian - psychodelii. Zespół ostrzega, że swojego "Sierżanta Pieprza" ma za sobą (całkiem słusznie - inaczej bym "West Ryder Pauper Lunatic Asylum" sam nie nazwał), teraz czas ponoć na komercyjny sukces pełną gębą. Wiem jednak, ze źródeł, których teoretycznie zdradzać nie powinienem (pozdrawiam za to panią Annę!), że chłopaki wciąż zapatrzeni są w dźwięki retro, pojawią się brzmienia orientalne, a całość znów brzmieć będzie jak przemyślany soundtrack do filmu drogi, nie wymierzona w radia składanka hiciorów. 
   
  Wniosek? Spodziewam się połączenia wszystkich trzech albumów w nowej, jeszcze bardziej eklektycznej formie. I miejsca w pierwszej dziesiątce płyt roku, przynajmniej tej mojej. Szamajcie "Switchblade Smile", warto "zakęsić" ;)


środa, 13 lipca 2011

MUZYKA - My TV is Dead: Freedomatic (2009)

1. Any Kind of Heat (3:40)
2. Thinking of You (5:13)
3. Riot Love (4:19)
4. Strange Fruit (3:52)
5. Daydream (5:12)
6. As Fast As You Can (5:08)
7. Just Another Day (4:07)
8. Love In Stereo (4:04)
9. Believer (4:37)
10. By Your Side (3:44)
11. Riding Horses (4:12)
12. Awake (3:49)
13. Soft Parade (3:30)
14. Rolling (4:22)
15. I Wish (5:47)

Całkowity czas: 65:36

   My TV is Dead to muzyczny duet z Brukseli, w którego skład wchodzą Amaury Massion i Joel Grignard. Wedle tego, co udało mi się o chłopakach wyszukać w sieci, cieszą się sporą popularnością w swoich stronach, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wydany dwa lata temu "Freedomatic" to dopiero debiut żałobników opiewających techniczną śmierć telewizora. Płytka trafiła w moje ręce niemal przypadkiem, za pośrednictwem sił naczelnych redakcji, nikt inny najwyraźniej nie odnajduje się tak dobrze w alternatywnym rocku spod znaku...

   Radiohead. Czuć zapach twórczości Króli Kończyn (tej po "OK Computer") niemal na całym krążku. Czy to elektroniczny beat w tle "Strange Fruit", ewidentnie podwędzona gitara w "As Fast As You Can", chórki w "Just Another Day", tempie i wokalach "Love In Stereo" - słowem: "Radiohead jest wszędzie". Zadaj sobie pytanie, czy interesuje Cię kolejny zespół grający w ten sposób. Jeżeli odpowiedź będzie przecząca, daruj sobie i "Freedomatic", i dalszy ciąg recenzji. Jeżeli jednak nie przeszkadza Ci inspirowanie się gigantami gatunku, możemy wymienić cechy rozróżniające My TV is Dead od Radiogłowych. Głos Massiona daleki jest od Yorke'owych wyżyn, brzmi jak cieplejsza wersja Trenta Reznora z Nine Inch Nails, co przyjemnie podkreśla od czasu do czasu bujający basik. Młodość i fakt debiutowania na scenie muzycznej nie zabrania także duetowi na romans z brzmieniem czysto radiowym, nikogo zatem nie powinien zdziwić refren "sia la la" w "Thinking of You", rewelacyjny refren "Love In Stereo" lub czysto dyskotekowe rytmy "Believer". Tak, zbiór piętnastu kompozycji jest bardzo eklektyczny, co w żadnym wypadku nie powinno być rozpatrywane jako wada.

  Co nie znaczy, że debiut My TV is Dead jest od takowych wolny. Że nie odkrywają nowych terenów w gatunku, to już zdążyliśmy jasno ustalić. Drugim problemem dotyczącym albumu jest nieumiejętność odnalezienia w tych wszystkich kompozycjach swojego własnego "ja". Na moje ucho duet odnajduje się lepiej w ruszających serce balladkach i lekko ambientowych nastrojach, mam nadzieję, że w tym kierunku zwrócą się w przyszłości. Trzecim zaś - paradoksalnie - jest ilość utworów. Za długi to album. Ja wiem, że jak się dopiero zaczyna, to i ze dwadzieścia kawałków chciałoby się na ten srebrny krążek upchnąć, ale prawdą jest, iż idealna długość wydawnictwa alternatywnego została tutaj przekroczona o prawie kwadrans.

   Dla kogo zatem jest "Freedomatic"? Dla całkowicie otwartych słuchaczy, wiecznie szukających nowych przystani. Oni na pewno znajdą na tym krążku coś dla siebie. Reszta pewnie uzna go za "przymułę" lub zbiór zbyt prostych piosenek. Ja osobiście będę doń wracał, bo kilka momentów potrafi przyspieszyć bicie nostalgicznego serducha. Wystawiłbym "siódemkę", ale wydaje mi się to nieuczciwe w świetle wyżej wymienionych wad. Ocen ćwiartkowych nie uznaję, dlatego ostatecznym werdyktem będzie lekko zaniżona...

Ocena: 6,5/10

sobota, 9 lipca 2011

MUZYKA. Miniaturki - część 5 (Salt the Wound, August Burns Red, Unearth)

  Piąta część Miniaturek i tym razem na tapetę wziąłem zespoły, które do tej pory były mi znane praktycznie tylko z nazwy. Każda z tych formacji jest za to doskonale znana Marcinowi Czarneckiemu i właśnie dlatego dzisiejszy odcinek mogę spokojnie nazwać „zespoły Czarnego” – wybór nie był więc przypadkowy. Zawsze staram się, aby nie był przypadkowy :P.

Salt the Wound – Kill the Crown

  Po raz pierwszy usłyszałem o tym zespole ponad rok temu na lekcji filozofii. I nie żeby tego uczono w moim byłym liceum, lecz właśnie na tej lekcji siedziałem z Czarnym i szczerze mówiąc więcej nauczyłem się nazw różnych zespołów niż samej filozofii. Na początku myślałem,  że nazwa „Posól ranę” to jakiś żart, ale w końcu nie takie formacje już powstawały. Płyta „Kill the Crown” zachęca swoją kolorową okładką, na której ujrzeć możemy króla z głową leżącą u jego stóp. Całkiem „sympatyczny” rysunek. Jeśli chodzi o muzykę to Salt the Wound prezentuje nam deathcore z całkiem niezłą ilością chwytliwych melodii, jak w kończących płytę: „The Cliff Before the Fall”, „Breathless” oraz instrumentalnym „Consequence”. To według mnie trzy najlepsze kompozycje tego LP. Niestety w trwającym ponad trzynaście minut zamykaczu usłyszymy kilka minut przerwy przed „niespodziewanym” bonusem. Nie znoszę tego zabiegu, który niestety jest dość często stosowany przez metalowe zespoły. Ogólnie „Kill the Crown” to naprawdę niezły album.

Ocena: 6,5/10

August Burns Red – Leveler

  Z taką nazwą powinni wydawać płyty tylko w sierpniu. Tym razem to nie sierpień, lecz lipiec spłonie na czerwono. A mają panowie powód aby spłonąć. Dokładniej to powinni spalić się ze wstydu na czerwono, za okładkę tego albumu :D Jest w tym oczywiście trochę przesady, ale faktem jest to, że okładka naprawdę mogła być lepsza. Trzeba jednak przyznać, że muzyka August Burns Red na „Leveler” wypada całkiem pozytywnie. Mamy urozmaicenia w postaci zwolnień, czy nieco odmiennych klimatów („Internal Cannon”). Ładne solówki też są na tej płycie zauważalne, ale najlepszą rzeczą jaką na „Leveler” otrzymamy będzie utwór zatytułowany „Carpe Diem”. Jego pierwsza minuta jest według mnie najlepszą minutą zawartą na tym albumie – piękny wstęp. Później kawałek również rozwija się ciekawie poprzez „wykrzyczany” wokal na tle ciężej grających gitar i kolejne zwolnienie ze świetną partią gitary basowej. Tytułowa kompozycja kończąca płytę niestety mnie jednak troszkę zawodzi, ale to pozytywny album, choć do oceny „dobrej” w moim odczuciu minimalnie mu brakuje.

Ocena: 6,5/10

Unearth – Darkness In the Light

  O tym zespole już trochę nasłuchałem dawniej. Nadszedł czas na ich kolejny longplay, co sprawiło, że do mojej wiadomości napływały po raz kolejny świeże informacje dotyczące wydawnictwa „Darkness In the Light”. Tytuł mały oryginalny, ale całkiem w porządku. Okładka też na całkiem wysokim poziomie, choć bardziej podoba mi się ta do płyty „The Oncoming Storm”. Na najnowszym dokonaniu Unearth zaserwuje nam kilka świetnych numerów, które będą jednak kolidowały z pozycjami nieco słabszymi. Gdyby jednak wyliczyć średnią (czego ja jednak nie mam zamiaru robić) to ocena tej płyty wyjdzie mi pewnie „dobra”. Taką też wystawiam, a wyróżnić kilka kompozycji również w tym miejscu sobie pozwolę. „Shadows In the Light”, „Last Wish”, czy „Arise the War Cry” to tytuły będące w mojej czołówce tego krążka. Zdecydowanym faworytem będzie jednak numer, pod tytułem „Overcome”. Rzecz to, fakt, taka, którą mogę spokojnie włożyć do szufladki z napisem „podobnych słyszałem milion, ale refren i tak się wkręca”. Podobnych metalcore’owych tracków jest mnóstwo, ale to żaden zarzut z mojej strony, bo czy muszą być od razu całkiem inne i poszukujące nowych horyzontów, aby się podobały? Nie. Po „Overcome” usłyszymy jeszcze „Disillusion” i zakończymy w ten sposób „Darkness In the Light”.

Ocena: 7/10

MUZYKA - Joe Bonamassa: Dust Bowl (2011)

1.Slow Train (6:49)
2. Dust Bowl (4:32)
3. Tennessee Plates (4:18)
4. The Meaning of the Blues (5:43)
5. Black Lung Heartache (4:13)
6. You Better Watch Yourself (3:30)
7. The Last Matador of Bayonne (5:23)
8. Heartbreaker (5:48)
9. No Love on the Street (6:31)
10. The Whale That Swallowed Jonah (4:45)
11. Sweet Rowena (4:33)
12. Prisoner (6:48)

Całkowity czas: 62:53

   Ten Joe to ma motywację. "Black Rock" dopiero co weszło w świadomość słuchaczy, a on już atakuje z nowym materiałem studyjnym pod własnym szyldem i wraz z wesołą kompanią Black Country Communion. Ktoś tu wyrasta na Stevena Wilsona (lub bardziej na czasie - Devina Townsenda) blues rocka. Można mieć zatem pewne wątpliwości dotyczące poziomu jego nowej muzyki, całkiem zrozumiałe zresztą. Ale sam Bonamassa tak "nagrzał się" na "Dust Bowl", że przynajmniej niżej podpisany spał spokojnie. Czułem, że będzie "dobrze", i to w najgorszym przypadku. Ale, jako że kobietą nie jestem, i moja intuicja może czasem zawodzić, czyż nie?

   Mam Cię, drogi Czytelniku. Jeżeli nie zaglądnąłeś do oceny przed rozpoczęciem lektury, wprowadziłem do Twojego umysłu lekką konsternację. Zupełnie bezpodstawnie, bowiem najnowsze wydawnictwo wirtuoza gitary to wciąż cholernie sycąca i bogata w treści rzecz. Cofnijmy się w czasie. Wydany w zeszłym roku "Black Rock" stanowił wybuchową mieszankę greckiej sielanki i brudnego, mogącego na spokojnie brać udział w wojnie głośności rzępolenia. Strawa tego dziwactwa okazała się zaskakująco przyjemna i był to jeden z najczęściej odtwarzanych przeze mnie albumów ubiegłego rocznika. Joe Bonamassa nie chciał osiąść na zasłużonych laurach i padła obietnica, że następny krążek zerwie z tą stylistyką na rzecz bardziej klasycznego, amerykańskiego blues rocka. Naszym zadaniem będzie rozpatrzyć, czy entuzjastyczne obietnice znalazły pokrycie w rzeczywistości.

   Jedyną pozostałością po greckich klimatach jest cudowny "Black Lung Heartache", który jako urozmaicenie sprawdza się "w pytkę". Brzmienie rzeczywiście zostało wygładzone, gitary nie starają się już wyrwać z głośników i ruszyć w krwiożerczym pościgu za słuchaczem. Podkreślona została rola pianina, które zaiste nadaje części kompozycji brzmienie na tyle klasyczne, że żadnym grzechem byłoby wskazanie ubiegłego wieku jako daty ich powstania. Utwory brzmią bardziej spontanicznie, jak gdyby artysta nagrał je z zespołem podczas jam session, nastrój również uległ upozytywnieniu. Klasycznego feelingu dodają również gościnne występy przy mikrofonie: w "Tennessee Plates" usłyszymy Johna Hiatta, w "Sweet Rowena" o względy pięknej kobiety upomni się z Bonamassa Vince Gill, a do śpiewania "Heartbreaker" dołączył dobry przyjaciel artysty z Black Country Communion - Glenn Hughes. Joe nie jest wybitnym wokalistą (choć przyznać trzeba, że poprawia się wraz z każdym wydawnictwem), dlatego gościnne struny głosowe bardzo dobrze urozmaicają znajomość z "Dust Bowl", wypełniając przy okazji do końca założenie "stworzenia klasycznego, amerykańskiego" nastroju. Teraz zadaj sobie pytanie, drogi Czytelniku, czy taki nastrój na pewno Ci odpowiada?

   Jeżeli nie, wujaszek Bonamassa nie poskąpił rzeczy bardziej eklektycznych i rozbudowanych. Wspominany już "Black Lung Heartache" z greckimi wstawkami, bazującymi na partiach buzuki (odmiana gitary), bębnach i klaskaniu (świetny motyw!) to przystawka do iście "kowbojskiego" utworu tytułowego, opartego na bujającym basie lub prawdziwej perełki w środku albumu - wolnego, bardzo smutnego "The Last Matador of Bayonne" z motywem wygranym na trąbce. Na "Dust Bowl" usłyszymy także cztery "kolosiki", czyli "Slow Train", "The Meaning of the Blues", "No Love On the Street" i "Prisoner", w których częściej od artysty dochodzi do głosu jego gitara. Bo chyba nikt nie wątpił, że Joe daruje sobie solówki. W każdym utworze pojawia się tak zwany moment "A teraz słuchajcie i padnijcie na kolana, śmiertelnicy!". Joe rozpoczyna wtedy solo, skacze po progach niczym młodziutka baletnica, wyprowadza dziesiątki uderzeń w trakcie kilku sekund, ale robi to w sposób tak emocjonalny, szczery i jakby entuzjastyczny, że słuchaczowi nie pozostaje nic więcej niż, nomen omen, paść na kolana w zachwycie.

   Wyjątkowo różniące się od "Black Rock", pełne młodzieńczej pasji (chociaż Joe dawno po trzydziestce), nieokiełznanej energii, ale ujęte w klasyczną, wygładzającą formę, która - ostrzegam - nie wszystkim przypadnie do gustu. Jeżeli Bonamassa nie zwolni, za pięć lat obcować będziemy z prawdziwą legendą blues rocka. Osoby czujące się w tym gatunku jak ryba w wodzie mogą, a nawet powinny podwyższyć ocenę o pół oczka.

Ocena: 8/10

piątek, 8 lipca 2011

MUZYKA - IAMX: Volatile Times (2011)

1. I Salute You Christopher (2:59)
2. Music People (4:31)
3. Volatile Times (5:12)
4. Fire And Whispers (4:26)
5. Dance With Me (3:46)
6. Bernadette (5:23)
7. Ghosts of Utopia (4:27)
8. Commanded by Voices (4:34)
9. Into Asylum (2:32)
10. Cold Red Light (5:00)
11. Oh Beautiful Town (6:15)

Całkowity czas: 49:05

   Złośliwcy już przy wydanym dwa lata temu "Kingdom of Welcome Addiction" wróżyli IAMX całkowite wyczerpanie stosowanej formuły. Chciałbym stanąć w obronie tak uwielbianego przez Polaków (co z tego, że młodszej daty?) Chrisa Cornera. Facet stworzył na tamtym albumie rewelacyjny zestaw utworów, które sprawdzony dwukrotnie już sposób (czyli brudne, elektroniczne, trip-hopowe pejzaże o stałym, tanecznym rytmie i przesiąknięte niepoprawną seksualnością teksty) wyniosły na nowy poziom słuchalności. Płyta roznosiła głośniki, wprowadzała w przyjemny trans. Jakże więc zaskoczony byłem, widząc we wrocławskim Empiku "Volatile Times", okraszony przepiękną okładką, czwarty studyjny krążek IAMX. Szkoda tylko, że zachwyt grafiką stanowił emocjonalny szczyt mojej znajomości z tym dziełem.

   Co się zmieniło w muzyce IAMX? Jej poziom, drogi Czytelniku. Z narkotycznych wyżyn spadł na nudne do automatycznego ziewania doliny. Nie ma "pierdolnięcia", brakuje kompozycji w stylu tytułowego reprezentanta "Kingdom of Welcome Addiction" czy chociaż "The Great Shipwreck of Life". Nie ma buntowniczych refrenów wyśpiewanych na tle syntezatorowych ścian, powodujących niekontrolowane fale ciarek na ciele. Ich pozostałości to przyjemne "Music People", prawdziwie "cornerowy" "Ghosts of Utopia" i może tytułowy "Volatile Times". Trzy tytuły z jedenastu. Pozostałe kompozycje zwalniają i nie dopuszczają do dźwiękowych eksplozji. I byłoby to do przyjęcia, gdyby prezentowały poziom starych ballad IAMX, poruszały sado-masochistycznymi wyznaniami i prawdziwym muzycznym smutkiem. Tak nie jest. Jest za to kilka kompozycji, o których nie potrafię napisać słowa z pamięci. "Bernadette"? Nie kojarzę, sekundka. (Autor puszcza utwór numer sześć). Ach, to ten utwór. No cóż, z braku laku może być. Tę samą czynność zmuszony byłbym powtórzyć przy "Commanded by Voices", "Fire And Whispers" lub "Into Asylum", ale raz, że uważam to za urąganie Twojej inteligencji, Czytelniku, dwa, że preferuję zdania wielokrotnie złożone, nie "gadu-gadulkowe" prostaczki.

   "Smutno mi, Boże". Słucham "Volatile Times" od momentu premiery (marca) i wciąż czuję cholerny niedosyt. Nie należę do recenzentów - szaleńców, którzy największą przyjemność czerpią ze zjeżdżania płyty po płycie i wystawiania im lekką ręką całej palety niższych ocen. Nie przemawiają do mnie argumenty Starych Gwardii, że zespół "nigdy już nie nagra rzeczy takiej, jak album X", w każdej nowości szukam pozytywów i elementów godnych pochwały. Jakby zaś tego było mało, to jeszcze - pisząc wprost - tak bardzo lubię IAMX, że serce mnie boli na samą myśl o akcie, który teraz muszę wykonać. Słucham pięknego "Oh Beautiful Town", które stara się (bez skutku) zakryć wszelkie niedoskonałości poprzednich utworów, siorbię niekulturalnie zieloną herbatę i przyznaję rację wspominanym na początku recenzji złośliwcom. Panie Corner, czas zmienić formułę. Pójść krok do przodu, żeby nigdy więcej nie nagrać tak cholernie przeciętnego wydawnictwa.

Ocena: 5,5/10

środa, 6 lipca 2011

MUZYKA - Devin Townsend Project: Deconstruction (2011)

1. Praise the Lowered (6:02)
2. Stand (9:36)
3. Juular (3:46)
4. Planet of the Apes (10:59)
5. Sumeria (6:37)
6. The Mighty Masturbator (16:28)
7. Pandemic (3:29)
8. Deconstruction (9:27)
9. Poltergeist (4:25)

Całkowity czas:70:49

Nie wiem, czy kiedyś o tym wspomniałem, ale wyjątkowo denerwuje mnie powszechne dziś nadużywanie słowa ”geniusz”. A jednak słowa "szaleniec" i "geniusz" są określeniami, które w przypadku Devina Townsenda zdają się uzupełniać, idealnie go opisując.

  Najnowszy (chociaż kto wie, może przed ukończeniem tego tekstu pojawi się jeszcze jakieś wydawnictwo, Townsend wykorzystuje najwyraźniej każdą wolną chwilę, aby tworzyć (masz na myśli być może wydany tego samego dnia krążek "Ghost"? :D - dop. Adam)) album byłego lidera Strapping Young Lad od pierwszych chwil jest szaleńczą podróżą, psychodelicznym snem pełnym pięknych krajobrazów. Pierwsze, co przykuwa uwagę to – jak zwykle w przypadku tego artysty – niezwykłe połączenie różnych stylistyk. Od brutalnych, doskonałych pod względem technicznym galopujących gitar, i niemal death-metalowych partii bębnów, aż po melodyjne, miejscami brzmiące nawet jak parodia ”epicko-rycerskiej” odmiany metalu, partie wokalne. Zgodnie z oczekiwaniami jest to mikstura nie tylko strawna, ale wręcz wyśmienita! Już po pierwszym przesłuchaniu w pamięci pozostaje wiele melodii, a jednak należy poświęcić płycie znacznie więcej czasu, aby wychwycić wszystkie dźwięki ukryte w tej wielopoziomowej układance. Każdy jej element jest idealnie dopasowany. Przez cały czas trwania albumu towarzyszyło mi bardzo rzadkie uczucie, że dodanie lub usunięcie jakiegokolwiek dźwięku zburzyłoby misternie zbudowaną konstrukcję. 

  Pod względem tekstowym ”Deconstruction” prezentuje się w sposób równie szalony, co od strony muzycznej. W utworze tytułowym na przykład miałem okazję, po raz pierwszy w życiu, usłyszeć prześmiewczą odę do cheeseburgera (Townsend jest wegetarianinem, trudno więc traktować to poważnie, jeżeli w ogóle wyrażenie miłości do cheeseburgera można w jakichkolwiek okolicznościach traktować poważnie) wykonaną w sposób niemal operowy. Warto też zwrócić uwagę na pewne ”smaczki”, takie jak na przykład gościnny udział znanego z Emperor Ihsahn’a w ”Juular” nadający kompozycji brutalności i pięknie kontrastujący z głosem Townsenda.

  Devin Townsend po raz kolejny w mistrzowski i nieobliczalny za razem sposób połączył melodię, brutalność i techniczne popisy. ”Deconstruction” to mocny kandydat do miana płyty roku i jedno z najlepszych dzieł w dorobku artysty.
Ocena: 10/10

wtorek, 5 lipca 2011

ANIME - End of Evangelion (1997)

Film kinowy, zwieńczenie historii "Neon Genesis Evangelion"
Czas trwania: 92 minuty

   Fani "Neon Genesis Evangelion" potrzebowali dwóch lat, aby nakłonić twórców serii do stworzenia jej pełnoprawnego zakończenia. Zakończenia, na które - bądźmy szczerzy - zasługiwali tak fani, jak i samo anime, ponieważ jego odpowiednik z dwóch ostatnich odcinków zamykał (i tak w bardzo pokręcony sposób) tylko jeden wątek, rozgrywający się w dodatku poza światem rzeczywistym. Mnogość spraw "zewnętrznych" wciąż pozostała niewyjaśniona. Nie wyobrażam sobie kogoś, kto przeżył całe "Neon Genesis Evangelion" i zaraz po tym nie zobaczył "End of Evangelion". Mija się to z celem, uniemożliwia zrozumienie, do czego tak naprawdę dążono, tworząc tę ciężką, kontrowersyjną, kochaną lub nienawidzoną, ale jedyną w swoim rodzaju serię.

   Uspokajam także tych, którzy są w trakcie serii lub przed nią (chociaż się dziwię, że czytają taki tekst) - obędzie się bez zdradzania fabuły. Historia częściowo nawiązuje do słynnych dwóch ostatnich odcinków oryginału, chociaż - przynajmniej według mojej interpretacji - porzuca światełko nadziei, jakie zostawiały. Nic nie okaże się takie proste i wyraźne, każda decyzja będzie miała wiele odmiennych konsekwencji. Ludzkość stanie przed najważniejszym wyborem podczas oczekiwanego Trzeciego Uderzenia, wyborem dotyczącym jej istnienia i ewentualnej przyszłości. I cokolwiek by nie wybrała, nigdy nie uda się jej uszczęśliwić. Taka już jest nasza niedoskonała natura. Symbolicznie można potraktować wiadomość, że ten WYBÓR należeć będzie do nikogo innego, jak pogrążonego w głębokiej depresji czternastolatka. Shinji Ikari stanie się reprezentantem wszystkich ludzi żyjących na Ziemi.


  "End of Evangelion", co przewija się w wielu recenzjach, podzielić można na dwie części. Pierwsza z nich dotyczy ostatnich wydarzeń w Tokyo-3, czyli wielkiej wojny pomiędzy jednostkami Nerv-u i organizacją SEELE. Jest to jedna rozbudowana scena akcji, niejako reprezentantka pierwszej połowy "Neon Genesis Evangelion". Ukazana w mistrzowski sposób, dosadna, brutalna i naprawdę wielka w skali. Powoduje istny szczękopad i dostarcza wystarczającej ilości akcji, aby umożliwić drugiej części filmu...

   Zanurzyć się na powrót w surrealizmie i gęstym sosie mistyki. Krytycy drugiej połowy "Neon Genesis Evangelion" odnajdą tutaj dziesiątki nowych powodów do wyśmiewania się z fanów; nawet sami fani mogą poczuć się nieswojo. Tutaj właśnie przekonamy się, czym jest tajemnicze Trzecie Uderzenie i do czego tak naprawdę prowadzi. Wizje, których będziemy świadkami, można interpretować na dziesiątki sposobów lub uznać za absolutny bełkot i każda opcja jest tak samo odpowiednia jak inne. Ważne, że uważny widz zrozumie, co się w tym narkotycznym malowidle dzieje z głównym bohaterem i jaki jest tok jego rozumowania. Zobaczy, jaką podejmie decyzje i zupełnie osobiście już zinterpretuje legendarną scenę nad morzem, ostatnie sekundy tej wielkiej historii.


  Strona techniczna filmu bezdyskusyjnie powala. Większy budżet pozwolił na jeszcze lepszą kreskę (która prezentuje się świetnie nawet czternaście lat po premierze) i całkowite popuszczenie wodzy fantazji. Muzyka pozostaje raczej bez większych zmian, jeżeli przypadła Ci do gustu w anime, prawdopodobnie poczujesz się komfortowo w trakcie seansu. Do minusów trzeba zaliczyć pewne "niewygodne" sceny. To, co Shinji robi w szpitalu lub sposób, w jaki Misato motywuje młodego chłopaka do walki. Wrażliwy widz może poczuć się dotknięty tymi szczegółami, lekko zniesmaczony. Jakby do stworzenia wielkiej kontrowersji nie wystarczały dziesiątki zapożyczeń religijnych.

  Nie mam zamiaru kłamać - "Neon Genesis Evangelion" mnie pochłonął. Do filmu podchodziłem zatem z wielkimi nadziejami, które zostały spełnione lub nawet zmniejszone skalą wydarzeń na ekranie. Wiem także, że od teraz znacznie "zawyży" mi się gust, w górę pójdą oczekiwania wobec innych anime. Ale ta historia i kilka tygodni jej powolnego chłonięcia były tego warte. Kolejny "highlight" życia artystycznego za mną, pozostaje tylko zazdrościć wszystkim, którzy tę przygodę mają wciąż przed sobą.

Moja ocena: 10/10