Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the pineapple thief. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the pineapple thief. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 czerwca 2011

KONCERT - Riverside, The Pineapple Thief, Paatos - Eter, Wrocław, 25 V 2011

  Nie licząc zeszłorocznego Metal Hammer Festival, na którym chłopaki pokazali króciutki "secik", ostatni raz Riverside na żywo widziałem dwa lata temu, również we Wrocławiu, w klubie WZ. Koncert promował świeżutkie wówczas "Anno Domini High Definition". Latka lecą, nowej płyty co prawda jeszcze nie ma, ale dekada stuknęła, to i w trasę by się przydało ruszyć. I niby wszystko teraz było tak samo: Piotrek Grudziński po lewej, czerwony ptaszek na klawiszach Michała Łapaja, Kozieradzki przed występem mignął mi gdzieś w tłumie, a Duda nie miał nawet o centymetr dłuższych włosów - etykieta polskiego Stevena Wilsona zobowiązuje. Niby, kurczę, bo nie przypominam sobie stania w kilkudziesięciometrowej kolejce przed klubem te dwa lata temu!

  Riverside szybko zdobył sobie całe rzesze młodych fanów. Naprawdę cieszy fakt, że inny młody zespół niż Coma lub Myslovitz ma szansę zdobyć szczyty popularności w nadwiślańskim państewku. Jubileuszowa trasa odbyła się szybko i z niemałym przytupem; chłopaki przelecieli przez największe miasta niczym olimpijska błyskawica. Mnie i moim znajomym przyszło podziwiać show inicjujące ten szalony tydzień. Zwolenników moich podróżnych przygód będę musiał zasmucić - nic ciekawego podczas trwającego kwadrans spacerku do Eteru się nie stało (o ile nie liczymy wspomnianej megakolejki, oczywiście). Po krótkim czasie czekania weszliśmy do środka klubu; ścisk pod sceną dał jednoznacznie do zrozumienia - "albo masz Riverside na wyciągnięcie ręki, której i tak wyciągnąć móc nie będziesz, albo staniesz sobie z tyłu i nawet znajdzie się miejsce na kufel piwa". Wybór był prosty, więc - stojąc sobie pod ścianką ze szklanką boskiego wywaru - miałem czas na kilka refleksji. Riverside przestaje nadawać się na knajpowe koncerty. Wchodzą do pierwszej ligi, więc może czas zaryzykować z jakąś mniejszą halą? Bo nie wierzę, że tak ogromna różnica osób w porównaniu do trasy sprzed dwóch lat spowodowana była wyłącznie supportującymi zespołami...

  O których zresztą przydałby się osobny akapit. Pojawił się szwedzki Paatos, o którym - wbrew powszechnie panującej, bardzo pozytywnej opinii - za wiele dobrego napisać nie potrafię. Typowe, progresywne kawałki w klasycznym sosie i z ciepłą barwą głosu Petronelli Nettermalm to trochę za mało, aby zaciekawić Waszego ulubionego "krytyka - cmokiera" (pozdrawiam moją polonistkę z liceum, dzięki której poznałem swe przeznaczenie!). O wiele bardziej ucieszyłem się na wiadomość, że naszym perełkom w trasie towarzyszyć będzie brytyjski The Pineapple Thief, którego ostatni krążek - "Someone Here Is Missing" - znalazł się w moim prywatnym podsumowaniu najlepszych wydawnictw roku 2010. I ekipa Bruce'a Soorda nie zawiodła moich oczekiwań. Pokazali głównie nowsze kawałki, jak "Nothing At Best" czy "So We Row" (geniusz!), w bardziej rockowej odsłonie, choć bez porzucania całej tej kontrowersyjnej elektroniki. A całkowicie przerobiona solówka w  monumentalnym "Too Much to Lose", przywodząca na myśl amerykańską alternatywę, rzępoląca niczym molestowane kocię i zagrana... butelką? Szacuneczek! Szkoda, że zagrali tak krótko.

  W końcu na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru. Setlista, jak na trasę jubileuszową przystało, przeciągnęła się przez wszystkie albumy (zabrakło wyłącznie czegokolwiek z "Voices In My Head", chociażby robiącego furorę dwa lata temu "Stuck Between" - szkoda), więc powód do radości miała i Stara Gwardia, dla której wybrzmiał klasyczny już "Out of Myself" i "Loose Heart" (nie zabrakło grupowego skandowania z Dudą kończącego utwór growlu "Raise me up, don't let me fall!), i Młodsza Gwardia (czyli niżej podpisany), która zawyła wzruszające "Conceiving You" i oburzyła się skróconym o połowę "Second Life Syndrome" (jak mogli!!!); z kolei zwolennicy "Rapid Eye Movement" dostali obowiązkowe "02 Panic Room" i mile zaskoczeni być mogli rozpoczynającym występ "Beyond the Eyelids" lub szalejącym w samym środku "Ultimate Trip". Najmłodsi fani wyskakali się zaś przy "Egoist Hedonist" i "Left Out" (które to na żywo wciąż gniotą klejnoty) z "Anno Domini High Definition". Dodatkowo pojawiły się dwa utwory ze świeżutkiej niczym poranne bułeczki EPki "Memories in My Head", czyli fan-ta-sty-czny "Living in the Past" (środek utworu, ten mroczny śpiew "Evil clouds don't scare my anymore", łamany iście porkowym riffem, zapadł w pamięć na pewno każdemu) i promujący nowego Wiedźmina "Forgotten Land" - lekko rozmarzony, oparty na chwytliwym motywie basowym przyjemniaczek. Nikt nie mógł narzekać. Występ zakończył się zaiste nietypowym bisem - "The Curtain Falls", przy którym zespół powoli opuścił scenę, pozostawiając nań samego Łapaja z jego klawiszami, a wszystkich fanów z pełnym "muzycznym żołądkiem". O dźwięku pisać nie trzeba, kto widział kiedykolwiek Riverside na żywo, wie z pewnością, że brzmi to niczym na dobrym kinie domowym. Jakaż rzadkość wśród naszym zespołów rockowych.

  Niektórym ludziom to nie wystarczało, dlatego część wyciągnęła chłopaków na piwo, dając jednemu, najwyraźniej bardzo niezadowolonemu brakiem solówki w "Second Life Syndrome" "fanowi" okazję do podwędzenia Piotrkowi Grudzińskiemu gitary. Jak widać, nie wszystkim wystarczał "Memories in My Head" i garść ciepłych wspomnień za pamiątkę. Mam nadzieję, że ten haniebny czyn nie odstraszy zespołu od Wrocławia w przyszłości. Gdzie indziej wyczekiwaliby ich pod sceną wiecznie wstawieni kibice WKSu Śląska? ;)

sobota, 22 stycznia 2011

MUZYKA - Podsumowanie roku 2010 w oczach Bartka: część 3/4

Część trzecia bartkowego podsumowania, które zaczyna się tutaj. 
(zapraszamy również do zapoznania się z krótkim zestawieniem płyt roku Adama.)


10. As I Lay Dying – The Powerless Rise

Kolejny album As I Lay Dying udowadnia, że jeśli chodzi o amerykański metalcore, to Lambesis i spółka już dawno odskoczyli takim kapelom, jak choćby Killswitch Engage, czy All That Remains. Porywający i niezwykle melodyjny album, otwierający przy okazji pierwszą dziesiątkę.








9. The Pineapple Thief – Someone Here Is Missing

Złodziej ananasów to kolejny zespół w pierwszej dziesiątce, i muszę przyznać, że stanowi naprawdę mocną pozycję. „Someone Here Is Missing” to album urzekający pięknem, jak choćby w tytułowej kompozycji oraz wspaniałym klimatem, gdzie za przykład posłużyć może wieńczący album „So We Row”. Ósmy album Złodzei ananasów, jak najbardziej powinien skraść i nasze serca.






8. Red Sparowes – The Fear Is Excruciating, But Therein Lies The Answer

Trzecia studyjna płyta wspaniałego kalifornijskiego bandu to ogromny zastrzyk smutku i melancholii, z czego zresztą Red Sparowes słynie nie od dziś. Co ciekawe, pozycję ósmą w zeszłym roku odnotował u mnie również zespół grający instrumentalną odmianę post rocka - Pelican. Wtedy chodziło bowiem o album „What We All Come To Need”. Jest to oczywiście zbieg okoliczności, a najnowsze dzieło Red Sparowes z pewnością na miejsce w pierwszej dziesiątce tego roku zasłużyło. Tym razem (na szczęście - dop. Adam), tytuły poszczególnych utworów nie są długie, co dla tej formacji byłoby oczywistością, o czym może świadczyć choćby tytuł "And by Our Own Hand Did Every Last Bird Lie Silent in Their Puddles, the Air Barren of Song as the Clouds Drifted Away. For Killing Their Greatest Enemy, the Locusts Noisily Thanked Us and Turned Their Jaws Toward Our Crops, Swallowing Our Greed Whole" z albumu „Every Red Heart Shines Towars The Red Sun”, dlatego nie mogę się oprzeć wytypowaniu moich trzech faworytów z nowego wydawnictwa. „Wielkie Trio” tworzą „A Swarm”, A Mutiny” oraz kończący „The Fear Is Excruciating But Therein Lies The Answer” – „As Each End Looms And Subsides”. Tak naprawdę jednak - cały album stoi na niezwykle wysokim i równym poziome.

7. Rosetta – A Determinism Of Morality

Po zespole Red Sparowes wciąż pozostajemy przy kategorii „post”. Tym razem jednak będzie zespół grający ciężej, a do tego z wokalistą. Trzeci album zespołu Rosetta to nic innego, jak czysty post metal, i to taki z „wyższej półki”, co potwierdza jego wysoka pozycja albumu. Nie ma utworu, do którego mógłbym się przyczepić. Od otwierającego „Ayil” do zamknięcia w postaci numeru tytułowego, panowie trzymają nas w magicznym „postnym” klimacie swej znakomitej muzyki.




6. Coheed & Cambria – Year Of The Black Rainbow

Amerykański album roku – tak w skrócie mogę opisać najnowsze dokonanie Coheed & Cambria. „Year Of The Black Rainbow” jest chronologicznie pierwszą częścią ich konceptu „The Amory Wars”, więc chyba w bardzo odpowiednim momencie poznałem, czy w zasadzie polubiłem twórczość owego zespołu. Wcześniej bowiem znałem już Coheed & Cambria, lecz nie przepadałem za nimi (na dodatek głos wokalisty Claudio Sancheza nie przypadał mi do gustu). Od tego albumu wszystko się jednak zmieniło. Bardzo, bardzo dobra rzecz.




5. Frontside – Zniszczyć Wszystko

Ósmy studyjny album królów polskiej sceny metalcore’owej to – śmiało mogę powiedzieć – ich najlepsze wydawnictwo. Chociaż przy okazji wydania poprzedniej płyty, którą była bardzo dobra „Teoria konspiracji”, myślałem, iż sosnowiczan nie stać już na jeszcze lepszą płytę… Myliłem się. „Zniszczyć wszystko” jest albumem świetnie wywarzonym, zachowującym idealne proporcje między czystym metalcore’em, a deathcore’em. Najnowszy longplay formacji Frontside jest również o wiele cięższy nie tylko od „Teorii konspiracji”, ale również od płyt „Absolutus”, a nawet „Zmierzch Bogów – Pierwszy krok do mentalnej rewolucji”. Warto zaznaczyć, iż otwieraczem na nowym krążku jest pierwszy w historii zespołu kawałek tytułowy- naprawdę mocna rzecz, jak zresztą cała płyta – dwanaście świetnych metalowych numerów, z których część miałem okazję już usłyszeć na żywo.

4. Division By Zero – Independent Harmony
Tuż poza podium, kolejny świetny, a do tego polski album. Independent Harmony to płyta wspaniale zachowująca przestrzeń między lekkimi motywami, a cięższymi, metalowymi. Trzeba jednak powiedzieć otwarcie, że debiut w postaci „Tyranny Of Therapy” był nieco cięższy. Nie jest to jednak, broń Boże, żaden zarzut w kierunku albumu, na który czekałem od dawna, i w żadnym wypadku się nie zawiodłem. Panowie z Division By Zero pokazali duże umiejętności w tworzeniu progresywnego metalu na ogromnym poziomie, a i na żywo materiał sprawdza się znakomicie, co miałem już okazję osobiście w zeszłym roku przetestować – już w sumie dwukrotnie. Szkoda tylko że pod sam koniec tego wspaniałego dla Division By Zero roku, odszedł od nich klawiszowiec Robert Gajgier. Oby znaleźli godnego Roberta następcę i nagrywali kolejne znakomite albumy.

3. Anathema – We’re Here Because We’re Here 

Podium otwiera album, który, przyznam się szczerze, był moim faworytem numer jeden do zajęcia pierwszego miejsca w kategorii na najlepszy album roku 2010. Konkurencja okazała się być jednak w tym roku naprawdę potężna, stąd „dopiero” trzecia pozycja tego wspaniałego albumu. Długo kazała nam Anathema czekać na swoje nowe wydawnictwo, bo siedem lat minęło już od pięknej płyty o równie wspaniałym tytule – „A Natural Disaster”. Przez te siedem lat można było zobaczyć w sieci różne tytuły poszczególnych utworów, różne tracklisty nowego albumu a także sama jego nazwa przez długi czas była zupełnie inna od ostatecznej wersji („Horizons”). Nieważne jednak ile czasu minęło, a najważniejsze, iż w końcu Anathema nagrała kolejny piękny, wspaniały album. Oby na następne ich wydawnictwo nie trzeba było czekać kolejnych siedem lat.

2. Blindead – Affliction XXIX II MXMVI

Najlepszy polski album, bez dwóch zdań. O krok od zwycięstwa w ogólnej klasyfikacji, gdyż tak naprawdę, do samego końca zastanawiałem się, czy oni, czy jednak może… . Przed tym zespołem na pewno drzwi do wielkiej przyszłości stoją szeroko otwarte i wręcz proszą się, aby przez nie przejść. Nie ma wątpliwości, że można (i trzeba) być dumnym, iż są polakami, bo co tu ukrywać… na polskiej scenie post-metalowej raczej posucha, a oni mogą spokojnie konkurować z najlepszymi na świecie. „Affliction…” to prawdziwe arcydzieło, na które składa się nie tylko wspaniała warstwa muzyczna, ale i urzekający koncept opowiadający o trzynastoletniej dziewczynce chorej na autyzm, a także przepiękne wydanie albumu.

1. Iron Maiden – The Final Frontier

Cóż… chyba inaczej być nie mogło. Iron Maiden wspięło się na swoje kompozytorskie wyżyny, a możliwości mają ogromne, co udowodnili już niejednokrotnie. „The Final Frontier” jest albumem niezwykle rozbudowanym i progresywnym, o czym świadczy jego długość. Jest to bowiem najdłuższy longplay w historii tego brytyjskiego giganta heavy metalu. Wielkie ukłony dla całego zespołu, który wciąż nagrywa tak wspaniałe płyty. Oby w przyszłości było równie dobrze, co teraz, i oby Ironi uraczyli nas przynajmniej jeszcze jednym studyjnym krążkiem w swojej dyskografii. Warto dodać, że byłby to już ich szesnasty z kolei. „The Final Frontier” to wielki album. Nic dodać, nic ująć.

środa, 29 grudnia 2010

MUZYKA - Najlepsze albumy roku 2010, część I (pozycje 12-7)

  Przyszedł czas podsumować wszystkie albumy, które miałem przyjemność w tym roku posłuchać i wybrać te, które w mojej opinii, powinien chociaż pobieżnie przesłuchać każdy fan muzyki art rockowej. Proszę pamiętać, że (pomimo wielu nadnaturalnych zdolności) jestem tylko człowiekiem i wielu, wielu ciekawych albumów nie dane mi było przesłuchać, a jeżeli kolejność poniższych płyt wywołuje u Ciebie oburzenie, prawdopodobnie mamy inny gust, duuh.
Skoro wszystko już jasne, ruszamy! Dzisiaj poznamy pierwsze sześć pozycji, jutro pojawi się ostateczne Top Six 2010.

12. Pure Reason Revolution - Hammer and Anvil

  Owszem, było w tym roku kilka pozycji, które mogłyby przewyższyć Pure Reason Revolution i pojawić się na dwunastej pozycji, ale to właśnie ten zespół zasługuje na wyróżnienie. Powody są dwa: podnieśli się z dołka, w który niekwestionowanie wpadli rok temu, wypuszczając diabelskie "Amor Vincit Omnia". Po drugie zaś, "Hammer and Anvil" to arcyszalona jazda bez trzymanki, łącząca elementy klasycznego prog rocka z industrialnym metalem, disco, a nawet  techno. PRR godnie zaczęło reprezentować gatunek new prog - rodzące się dziecko muzyki gitarowej, w którym łamie się wszystkie zasady i tworzy niespotykane dotąd fuzje. Posłuchaj ściany dźwięku w "Open Insurrection", miażdżącego riffu "Last Man, Last Round" i niech Twoje kapcie spadną z wrażenia pod łamiącym szyby beatem "Blitzkrieg". Pokochaj lub znienawidź. Anyway, czekam na więcej!


11. God Is an Astronaut - Age of the Fifth Sun

  Ten album pomógł mi (jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi) w wielu ciężkich momentach. Zwłaszcza kiedy potrzebowałem natchnienia, energii, czy skupienia. Instrumentalne pejzaże stworzone przez Irlandckich magów na tym albumie nie różnią się zbytnio od poprzednich, to fakt, ale dla mnie, każdy ich krążek ma w sobie coś wyjątkowego. "Age of the Fifth Sun" pozwala przenieść się w świat z jego okładki - tajemniczych szczytów górskich, skąpanych w promieniach zachodzącego słońca. Jeżeli jesteś entuzjastą post rocka i malowania obrazów gitarom, powinieneś zainteresować się tym albumem. A dodatkowo polecam też płytkę maturzystom i studentom. Tylko przy nim potrafiłem przygotować się do prezentacji z polskiego i kolokwiów z łaciny! :D


10. The Pineapple Thief - Someone Here Is Missing

  Kolejny, przedostatni w naszym zestawieniu, przykład gorącego romansu muzyki gitarowej z elektroniką. The Pineapple Thief poszło jednak śladami Muse, więc wszystkie te elektroniczne wstawki i smaczki świetnie współgrają z ich muzyką, tworząc coś na wzór "elektronicznej" Anathemy lub Porcupine Tree. Ekipa Bruce'a Soorda już przy okazji "Tightly Unwound" wyrwała się spod wstydliwej etykietki "Porcupine Tree 2" (którą sami sobie pomogli dokleić, nazywając się tak, a nie inaczej), ale dopiero teraz udowadnia, że nie można ich ignorować. "Someone Here Is Missing" zrywa z długimi, progrockowymi utworami i dostarcza dziewięć ciekawych, różnorodnych kawałków. Płyta nie stanowi absolutnego "musisz spróbować", ale wynagradza ciekawość z nawiązką.


9. Linkin Park - A Thousand Suns

  Zbierze mi się za to, ale trudno. Linkin Park, taak. Zespół stricte komercyjny i młodzieżowy, ale ich najnowsze dzieło - "A Thousand Suns" - to równie szalona i bezkompromisowa jazda, co "Hammer and Anvil". Dojrzały, różnorodny, elektroniczny do bólu zębów album. Słucham go od premiery regularnie kilka razy w miesiącu i do dziś wydaje mi się zaskakujący i świeży. Dlatego właśnie, z nieukrywaną satysfakcją, umieszczam go w zestawieniu najlepszych albumów roku. Jeżeli jeszcze nie znasz najnowszego dzieła Amerykanów, musisz to jak najszybciej nadrobić. Tylko upewnij się najpierw, że masz wystarczająco otwarty umysł, aby potrafić go docenić. Po raz kolejny, pokochaj lub znienawidź. Niezależnie od wyniku, spróbować warto.


8. Gazpacho - Missa Atropos

  Gazpacho po raz kolejny skacze bardzo wysoko, jednak tym razem, nie strąca poprzeczki, którą sama sobie powiesiła na pełnej ocenie 10 rok temu, wydając "Tick Tock". Co nie znaczy, że "Missa Atropos" to album słaby, o nie! Jest dłuższy, mniej przystępny, bardziej rozmazany klawiszowymi pejzażami, pełny instrumentalnych przejść i genialnego nastroju. Po raz kolejny mówi się nam o samotności, jednak tym razem, bohater znajduje się w tym stanie z własnego wyboru, zamykając się w odizolowanej latarni morskiej. Jego celem jest stworzenie idealnej pieśni pochwalnej jednej z trzech sióstr przeznaczenia, tytułowej Atropos. To ona przecina nici naszego życia w jego ostatnich chwilach. Piękny album, choć powtarzam go rzadko, stąd "zaledwie" ósma pozycja. (Moja okładka roku!)


7. Avenged Sevenfold - Nightmare

  Na miejscu siódmym, najnowsze dziecko uboższego o jedną osobę (zmarłego w 2009 roku perkusistę zespołu - Jimmy'ego Sullivana) Avenged Sevenfold. I tak wysoką pozycję zawdzięcza nie tylko sentymentalnym wspomnieniom (grupa ta bowiem na dobre wprowadziła mnie w świat muzyki rockowej), ale przede wszystkim wielkiej dawce emocji ukrytej w jedenastu kompozycjach. A7X to obecnie jeden z pionierów amerykańskiego metalu, co potwierdza ogromna baza fanów i kilka platyn na koncie. Dziwi mnie to w świetle wysmakowanego i pełnego wzruszeń "Nightmare" - nie sądziłem, że podobny album mógłby zdobyć szczyt Billboardu. A jednak. W utworze "Fiction" usłyszymy wokal Jimmy'ego, zarejestrowany tuż przed jego zgonem i ten moment można zaliczyć do najbardziej magicznych przeżyć muzycznych. Ale dla wielu o jego mocy stanowić będzie ryjąca beret pierwsza część albumu, gdzie riffy i melodie dosłownie gniotą jaja ;)



  To tyle na dzisiaj. Przed nami wciąż sześć pozycji, które - przypominam - przedstawię jutro (Teleportacja!). Jak na razie, jest kilka zaskoczeń, jak i całkowity brak Stevena Wilsona! Nester, jesteś w szoku? :D

środa, 8 września 2010

MUZYKA - The Pineapple Thief: Someone Here Is Missing (2010)

1. Nothing At Best 04:09
2. Wake Up The Dead 04:24
3. The State We're In 03:19
4. Preparation For Meltdown 07:28
5. Barely Breathing 03:45
6. Show a Little Love 04:00
7. Someone Here Is Missing 03:53
8. 3000 Days 06:10
9. So We Row 08:18

Całkowity czas: 45:29

Wyczekiwałem maja, niczym ministrant kolędy. Odliczałem dni, sprawdzałem codziennie sieć w poszukiwaniu kolejnego strzępka informacji, chwytałem się każdego zajęcia, żeby chociaż chwilowo odwrócić swoje myśli od tego miesiąca. Czekałem, wciąż czekałem... Na Anathemę i Pain of Salvation, a nie The Pineapple Thief. Nie zrozum źle, drogi Czytelniku, ale Złodziejaszków zawsze uważałem za zespół "z niższej półki", chociaż ich poprzednie dzieło - "Tightly Unwound" - to częsty gość mojego domowego sprzętu audio. Takim sposobem, "Someone Here Is Missing" pojawiło się zupełnie nagle, a i oczekiwań nie miałem w żaden sposób wyolbrzymionych; jednym słowem - idealne warunki do obiektywnej oceny, którą na przestrzeni kilku akapitów dostarczę, nie szczędząc przy tym argumentów!

   Największa niespodzianka czekała na samym dysku. The Pineapple Thief postanowiło bowiem gruntownie przemodelować brzmienie swojej muzyki. W tym celu okraszyli ją bardzo dużą ilością elektroniki (głupi rym niezamierzony), z czego wyszło, nie szukając zbyt daleko, coś na wzór Muse. Gitarowa "łupanka" i nostalgiczny posmak poprzedniej płytki nie został całkowicie porzucony, ale kopozycje strcte w tamtym stylu możnaby policzyć na palcach jednej ręki ("Barely Breathing", na siłę nieco tytułowy). Utwory na "Someone Here Is Missing" zostały także znacznie skrócone, większość mieści się teraz w granicach radiowych przebojów, na które zresztą się nadają. Wiadomo, że eksperymenty z elektroniką należy przeprowadzać ostrożnie [tutaj recenzent ze smutkiem wspomina Pure Reason Revolution], ale Złodziejaszkom ta ciężka sztuka wyszła... Niesamowicie dobrze. Sample, beaty, efekty, syntezatorki i inne "przeszkadzajki" atakują nas zewsząd oraz wypełniają tło, kiedy akurat nie mielą gitary. Dzięki temu, każdy utwór nabiera osobliwego charakteru i całość brzmi świeżo. Olbrzymi plus za odwagę i umiejętne przeprowadzenie takich zmian.

   Rdzeń muzyki The Pineapple Thief, czyli nastrój, na szczęście pozostał w niezmienionej formie. Na samym początku zespół zmyla nas singlowym "Nothing At Best", jednak nostalgiczny posmak bardzo szybko powraca. "The State We're In" urzeka udziałem orkiestry, "Barely Breathing" akustyczną gitarą i pianinem, a w tytułowym kawałku głos Soorda emanuje smutkiem. Pisałem, że czasy utworów się zmniejszyły, ale trzy utwory dzielnią bronią łatki "progressive". "Preperation For Meltdown", "3000 Days" i "So We Row", bo o nich mowa, to rozbudowane i wielowątkowe kompozycje, jednak na takie giganty, jak "Too Much To Lose", czy "What We Have Sown", nie ma co liczyć. To chyba największy minus albumu; Bruce Soord przyzwyczaił nas do ogromnego i cudownego killera na zakończenie każdej płyty. Owszem, "So We Row" to najlepsza kompozycja wśród całej dziewiątki, jej finał pozbawia oddechu, ale mogłaby trwać spokojnie kilka minut dłużej. Skoro już narzekam, "Show a Little Love" nie przypadło mi szczególnie do gustu.

   Małe braki, dużo szlagierów, wspaniały nastrój i ogromna niespodzianka - tak można podsumować najnowszy album The Pineapple Thief. Bruce Soord rośnie w oczach, jego zespól wskoczył w moim prywatnym rankingu do "pierwszej ligii". Dawno już zapomniano, że na początku był to jedynie "klon" Porcupine Tree... Szkoda, że "Someone Here Is Missing" trwa jedynie godzinę lekcyjną - przy takiej jakości muzyki dodatkowe dziesięć minut nic by nie zaszkodziło*. A tak, mamy bardzo dobry album, który z dumą można położyć na półce obok "Tightly Unwound" (swoją rolę de facto odgrywa tu okładka autorstwa Storma Thorgersona, faceta od Floydów i - niespodzianka - Muse). Jeżeli sprawdziłeś już wspomniane przeze mnie majowe molochy i nie boisz się romansu z elektroniką, atakuj śmiało.

*Zakupić można specjalną edycję albumu, poszerzoną o dwie kompozycje
Ocena: 8/10