Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 września 2011

KONCERT - Ino-Rock Festival 2011

  Jak szybko minął rok od poprzedniej edycji inowrocławskiego festiwalu Ino-Rock, wiedzą tylko ci, którzy spotkali się w sobotni wieczór po tych dwunastu miesiącach, uścisnęli sobie serdecznie ręce, wypili ochrzczone piwo za złotych cztery i obserwowali z uśmiechem na ustach scenę rozświetloną pomarańczowym światłem zachodzącego słońca. To bodaj jedyne tak charyzmatyczne wydarzenie koncertowe w Polsce, festiwal pachnący niemal małomiejskim klimatem lub imprezą z okazji dożynek (tylko karuzeli obok brakuje, doprawdy), na którym zobaczyć można największe gwiazdy szeroko pojętej muzyki progresywnej. Nikt mnie specjalnie zachęcać do przejechania pół kraju nie musiał, pamiętam wciąż przepiękny koncert Anathemy w zeszłym roku (zakończony nocną wyprawą po sennych ulicach z Danielem Cavanagh), a do tego rzucono hasło, że jedną z gwiazd wieczoru będzie Pain of Salvation. Zespół, którego motorem napędowym są moje ulubione struny głosowe prog rocka - Daniel Gildenlöw (z tym "ö" zawsze są problemy, chölera). Nie bacząc nawet na będącą w trakcie studencką kampanię wrześniową (której jestem uczestnikiem, niestety), spakowałem swój nieodłączny plecaczek i ruszyłem w podróż przepełnioną pociągowym ściskiem i wonią potu wymieszaną z nutką przedwczorajszych skarpetek. Czego, moi kochani, oszczędzę Wam w poniższym sprawozdaniu. Nie zmienia to jednak faktu, że korzystający z usług PKP podróżnicy powinni te skarpety regularnie zmieniać, bo w końcu jakiś Greenpeace czy Przyjaciele Ziemi się do nich dobiorą, toż to regularne skażanie środowiska.

   Teatr Letni był uroczy, uwielbiam tę miejscówkę. Skąpany w promieniach żegnającego się z naszą półkulą słoneczka, okrążony drzewkami, przypominający losowy wiejski amfiteatr - cud, miód, orzeszek. Kilka namiocików z prowiantem, frytasy za czwórkę, kurczak niemal dwie dyszki, do wyboru, do koloru. Stała ekipa, najwięksi zapaleńcy muzyczni, redaktorzy zarówno z mojej śmietanki, jak i pozostałych, wszyscy w dobrym humorze, gotowi na wielką dawkę emocji (jak widać, nikt oprócz nas nie wpadł na pomysł, aby dzień wcześniej wrzucić umysł na rozgrzaną patelnię pod tytułem "Oszukać przeznaczenie 5" i skazać go tym samym na utratę ostatnich szarych komórek). Festiwal zaczął się punktualnie, na scenę wkroczył szczeciński zespół Lebowski. Chłopaki "czują" dobrze swoją muzykę, stworzyli bardzo miłą ścieżkę dźwiękową do zachodu słońca. Marcin Grzegorczyk szybko złapał wiatr w żagle, znaczy się we włosy, powiewające niczym na hardrockowym teledysku z lat osiemdziesiątych, dzięki czemu zwracał najwięcej uwagi. Zagrano nawet co nieco z nadchodzącego albumu i wszystkich zwolenników "Lebałskjego" uspokajam - materiał ma więcej energii, brzmi nośnie i przyjemnie. 



   Jeżeli jednak o nośności mowa, trzeba wspomnieć o czarnym koniu Ino-Rock 2011, czyli brytyjskim zespole Wolf People. Panów znałem wcześniej jedynie z radiowej Trójki, jednak zrozumienie dla Kosiakowych zachwytów przyszło dopiero podczas sobotniego występu. Muzyka, którą proponuje kwartet wyglądający jak wypuszczone z garażu obdarciuchy, to rewelacyjnie przyrządzony retro rock z folkowymi wpływami. Dźwięki ich utworów są tak nośne, że aż chce się skakać i wygląda na to, że porwali każdego bez wyjątku, nie spotkałem się jeszcze z negatywną opinią na temat występu (inna sprawa, że większość osób, z którymi rozmawiałem, poznała Wolf People lepiej, w warunkach niekoniecznie koncertowych). Zebrali ogromny aplauz i nie kryli zaskoczenia taką sytuacją. Wrócą do nas, o to jestem spokojny.

    Słońce zaszło, pod sceną zrobiło się tłoczno (miejsce przed barierką to trofeum, po które sięgnęliśmy zawczasu, znaczy jeszcze podczas występu Wolf People), napięcie wzrosło, wszystko było jasne - czas na prawdziwą gwiazdę wieczoru (z całym szacunkiem dla Perry'ego, ale ewidentnie "przegrał" na tym festiwalu). Serce ruszyło mi szybciej przy dźwiękach puszczonego z taśmy "Remedy Lane". Na scenę wkroczyło całe Pain of Salvation, jednak największą wrzawę podniósł, rzecz jasna, główny herös - Daniel Gildenlöw. Dalej wszystko potoczyło się jak w zeszłym roku na Metal Hammerze - "Of Two Beginnings" połączone z poruszającym "Ending Theme". Problemy natury technicznej szybko znikły za sprawą czujnych dźwiękowców, niesamowity głös wybił się na prowadzenie. Umiejętności, jakie posiada ten uwielbiany przez damską część fanów jegomość, są po prostu zatrważające. Przejście z chrypliwego szeptu w szokujący krzyk przychodzi mu z taką łatwością, jak mnie zjedzenie paczki żelek-miśków w drodze pociągiem. Mocno uderzyli wraz z wymęczonym "Linoleum" - głównym reprezentantem ostatniego krążka. Oprócz niego był także dłuższy o kilka wersów "No Way", wzruszający "Road Salt" i grany od miesięcy "Conditioned" z "Road Salt Two" (puszczonego z taśmy "Of Dust" nie uwzględniam, nie liczy się, tej). A co z ludźmi, których "surowe" dokonania Szwedów sprzed roku mniej pociągają? Usłyszeli nieśmiertelne "Ashes" (dziwi brak "Used"), poszaleli przy "Diffidentii" (nie jestem pewny, czy powinienem odmieniać, ryzykuję), wysłuchali monologu na temat kierunku, w jakim zmierza rasa ludzka ("Kingdom of Loss") i przypomnieli sobie stare czasy przy "Nightmist" (podczas którego 1) pojawiła się wstawka reggae 2) Daniel przeprosił za rozszalałą, heavymetalową solówkę słowami: "To był 1997, wybaczcie"). Lider pokazał też swoje umiejętnöści perkusyjne, gdy zajął miejsce Léo Margarita podczas coveru "Working Class Heroes" (zagranego, jeżeli wierzyć słowom zespołu, po raz pierwszy). Całość zwieńczyli bez większej niespodzianki, rozpierdalając system wydłużonym o "Falling" tytułowym utworem z "The Perfect Element". 

   Widać było, że zespół jest w formie i są gotowi ruszyć w świat ze swoim najmłodszym dzieckiem,  "Road Salt Two", którego premierę zaplanowano na 26 września. Świetnie wykorzystano ubogie oświetlenie i maszyny do dymu, nadając każdemu momentowi większy charakter i dodając kilka punktów do poziomu wzruszenia. Zespół nie kazał długo na siebie czekać pod sceną, wyszli do fanów, uzbrojeni zaledwie w długopisy i nieustający uśmiech na ustach. Największą cierpliwość okazał Gildenlöw, wyczekał do samiusieńkiego końca wygłodniałych zwolenników zdjęć typu "patrzcie, znam wokalistę Pain of Salvation, byliśmy razem na piwku!" (nie śmieję się, sam takie zdjęcie, jak widać, zdobyłem). Gdy Pain of Salvation wróciło za scenę, koncert Brendana Perry'ego był już w toku. Przyznam jednak szczerze, że ani chęci, ani siły na muzykę męskiej części Dead Can Dance już nie wykazywałem i byłbym pewnie przysnął na jednej z ławeczek, gdyby nie...

- Adam Piechota z Wyspy Jowisza?! Mogę sobie z tobą zdjęcie cyknąć?!
- Jasne, stary.
  Ekipa z Wolf People, która bardzo nie chciała iść spać i szukała imprezowego towarzystwa. Zgadnijcie, w kim takowe odnaleźli! Inowrocław do największych miast nie należy, ale miejscówka o nazwie American Pub zaoferowała nam swoje usługi do godziny późnonocnej. Na tym jednak zakończymy, drodzy Czytelnicy, ponieważ nie o wlewaniu z zespołami w swe gardła nadmiernej ilości zagadkowo nazwanych trunków przyszliście tutaj przeczytać, prawda? Niech twarze panów z Wolf People podsumują wszystko za mnie! 
   No dobrze, Ino-Rock to wspaniała impreza, której za rok nie możesz za nic w świecie opuścić ;)


czwartek, 11 sierpnia 2011

Metal Hammer Festival 2011 - Katowicki Spodek

  Kiedy w zeszłym roku wybierałem się na Metal Hammera główną gwiazdą był Korn. Zespół, który cenię i lubię, jednak zespół nie będący wtedy moim priorytetem. Ja jechałem przede wszystkim po to, aby ujrzeć Szwedów z formacji Opeth.  Tym razem było inaczej. Najważniejszym punktem tegorocznego festiwalu była dla mnie gwiazda wieczoru, czyli brytyjska legenda New Wave of Biritsh Heavy Metal – Judas Priest.

  Rok temu podczas MH nie spotkałem chyba nikogo w koszulce Judaszów – byłem chyba jedyny :D. W tym roku chodzące po Spodku koszulki Judas Priest dominowały obok koszulek… Iron Maiden. Nie zabrakło jednak oddanych fanów takich zespołów, jak Vader, Exodus, czy Morbid Angel. Zabrakło jednak stoiska z jedzeniem – jedno na cały Spodek? WTF!? Pomijając małe niedociągnięcia, czas skupić się na muzyce. Metal Hammer A.D. 2010 był dość lekkim, jeśli tak można powiedzieć, festiwalem, jak na imprezę metalową. Katatonia, Riverside, Pain of Salvation, czy Votum nie są zespołami grającymi muzykę „czysto” metalową. Organizatorzy postanowili więc zadbać o to, aby tegoroczna edycja MH była naprawdę mocna – i była.

  Rok temu spóźniłem się troszeczkę na otwierający koncert zespół Votum. Także podczas tegorocznego festiwalu nie omieszkałem chwilkę się spóźnić. Kiedy wszedłem do Spodka, na scenie była już grupa Animations. Nie spieszyło mi się zbytnio, więc zająłem się spokojnym ogarnięciem sytuacji, toaletą i stoiskiem z hot dogami, gdzie kolejki jeszcze pozwalały mieć nadzieje na spożycie czegokolwiek. W momencie gdy szedłem już na halę, grali panowie z Soulburners. Potraktowałem to jako małe przetarcie przed większymi zespołami. Nic szczególnego. Źle nie było, choć słabo było słychać wokal. Tak naprawdę Metal Hammer A.D. 2011 zaczął się jednak w momencie, w którym na scenie pojawił się zespół Mech. Stara polska formacja, która najbardziej zawsze kojarzyła mi się ze znakomitą grą FPP – „Painkiller”. Do tej gry panowie stworzyli calutki soundtrack, dzięki czemu szpila się w nią tak wspaniale. I już na sam początek, gdy na scenie pojawili się we trójkę (jeszcze bez wokalisty), dali czadu z gitarowym kawałkiem z tej właśnie gry (nie pamiętam, która to była runda – chyba doki). Od razu poznałem ten potężny riff grany przez Chancewicza, który miał na sobie ładny, biały kapelusik. Po chwili na scenę wszedł Maciej Januszko i tak grupa zaczęła swój występ na dobre, grając między innymi takie szlagiery jak „Piłem z diabłem bruderschaft”, „Twój morderca”, czy wreszcie „Painkiller”. W pewnym momencie Januszko powiedział: „przekażcie swoim rodzicom, że my jeszcze żyjemy” – przekazane :D. Na koniec gitarzysta rozwalił swoją gitarę o podłogę, a jej resztki poleciały w publiczność. (pewnie źle wspomina następne części "Painkillera" :D - dop. Adam)

  Około godziny 16:00 na scenie miał zameldować się brytyjski zespół Tank. Jeden z przedstawicieli nurtu New Wave of British Heavy Metal promuje wciąż swoją zeszłoroczną płytę „War Machine”, której wydawcą jest polski Metal Mind. Czołg wypadł całkiem nieźle, grając melodyjną i wpadającą w ucho muzykę. Przyznam szczerze, że nigdy za bardzo nie zagłębiłem się w ich twórczość, choć NWoBHM to według mnie jedna z najlepszych rzeczy w muzyce metalowej. Publiczność bawiła się bardzo dobrze, a w moim odczuciu najlepiej wypadł kawałek „Phoenix Rising”. Pozostało czekać na kolejny polski cios – Vader.

  Konferansjer zapowiedział zespół, który za kilka dni wydaje płytę, będącą swego rodzaju powrotem do korzeni. Chodzi oczywiście o nawiązanie do, jak to on powiedział, najsłynniejszej deathmetalowej demówki świata – „Morbid Reich”. Nowy album Vadera nazywa się w końcu „Welcome to the Morbid Reich”. No i cóż... Zawiódł mnie fakt, iż z nowego albumu usłyszeliśmy jedynie singiel – „Come And See My Sacrifice”. Liczyłem, że zespół zdecyduje się na zagranie czegoś więcej, skoro płyta praktycznie już wbiega do naszych sklepów – nic z tego. Vader zagrał jednak naprawdę dobre numery i zostawił na scenie dużo pozytywnej energii przed kolejnymi zespołami. Panowie weszli oczywiście przy muzyce z „Gwiezdnych Wojen”. Po chwili zaczęli z albumem „Necropolis”. Zaserwowali nam miażdżące: „Devilizer” oraz „Rise of the Undead” – było naprawdę dobrze. Powrócili także do starszych albumów (choćby „Black to the Blind”), ale czegoś mi jednak w występie polaków zabrakło. Liczyłem na gromiące kawałki, jak „Helleluyah (Go is Dead)" oraz „Dark Transmission”, które moim zdaniem na koncert są wprost idealne.  Zamiast tego pierwszego dostaliśmy innego przedstawiciela płyty „Impressions In Blood” – „Shadowfear” (chyba najgorszy wybór, jaki mógł tylko paść), a z płyty „The Beast” Vader nie zagrał ani jednego kawałka. Na koniec poszedł za to znakomity Slayer’owy cover – „Raining Blood”, który wypadł naprawdę bardzo dobrze. Liczyłem na nieco lepszy (w moim odczuciu) repertuar, ale i tak ogólnie rzecz biorąc Vader wypadł pozytywnie.

  Exodus to zespół, na który czekałem z ogromnymi nadziejami. Jestem w końcu wielkim fanem thrash metalu, a Exodus to też nie byle jaki przedstawiciel tego właśnie gatunku. Konferansjer zapowiedział, iż zespół przygotował dla nas „A Lesson In Violence”, a Gary Holt będzie sprawdzał zeszyty – „kto nie odrobił będzie miał przesrane!”. Z wielką przykrością muszę przyznać, że po tym zespole spodziewałem się znacznie więcej i jest to dla mnie największe rozczarowanie tegorocznego festiwalu. Czegoś mi po prostu zabrakło. Na początku wiało nudą. Lepiej zrobiło się kiedy poszedł „War is My Shepherd”, jednak zaraz po nim spodziewałem się numeru „Blacklist”, którego już zabrakło. Kilka niezłych numerów to zdecydowanie za mało, bym mógł powiedzieć, iż Exodus spełnił moje oczekiwania.

  Tuż przed godziną 20:00 na scenie miał się zameldować zespół, którego album „Covenant” z roku 1993 jest najlepiej sprzedającym się krążkiem w historii death metalu. Do tego ich gitarzysta Trey Azagthoth jest przez wielu uznawany za najwybitniejszego death-gitarzystę wszech czasów. Nadzieje więc znów powinny być wielkie. Już przed ich występem na scenie zawieszona została wielka flaga z logiem zespołu. Zanim zespół wszedł na scenę, flaga spadła. Potem znów się pojawiła, lecz zaczęła się kołysać. Kiedy Morbid Angel pojawił się na scenie flaga wisiała nierówno, ale dość szybko poradzono sobie z tym „arcytrudnym” zadaniem poprawnego zawieszenia flagi zespołu, po której bokach widniała okładka ich najnowszego wydawnictwa – „Illud Divinum Insanus”. Najbardziej czekałem właśnie na numery z tej płyty. Doczekałem się trzech kawałków, które wypadły naprawdę bardzo dobrze. Były to: „Existo Vulgore”, „Nevermore” oraz „I am Morbid”, przed którym wokalista zadał publiczności jedno bardzo ważne pytanie: „Are you morbid!?”. Niestety zabrakło z nowej płyty numerów, na które czekałem najbardziej. Mam tutaj na myśli najbardziej eksperymentalne rzeczy jakie Morbid Angel nagrał: „Too Extreme!”, Destructors VS. Earth” i „Radicult”. Zespół nie zdecydował się „ryzykować” i zagrać na żywo choćby jeden z wymienionych – szkoda. Zamiast tego dostaliśmy kilka starszych numerów, dzięki czemu fani mogli się „rozpłynąć”. Tak było, choćby przy „Angel of Disease” i „God of Emptiness”. Ogólnie: całkiem nieźle, ale bez rewelacji.

  Ostatnią nadzieją tego wieczoru na coś naprawdę wielkiego była formacja Judas Priest. Oczekiwania były wielkie. Halford i chłopaki mięli dostać aż sto trzydzieści minut – jest to naprawdę godny ich czas. Około godziny 21:20 scena była zasłonięta wielką kurtyną, na której widniał napis „Epitaph”. W pewnym momencie zgasło światło, co sprawiło, że publiczność oszalała. Wszyscy oczekiwali aż kurtyna opadnie. Po chwili zaczęła się świecić na czerwono, a jeszcze chwilę potem opadła – nareszcie. W ten sposób swoje show rozpoczęli Judasi, którzy scenę mięli zrobioną wyraźnie pod siebie. Miejsca było o wiele więcej, co służyło im przez cały występ. Na początek „Rapid Fire” z płyty „British Steel”. Na ekranie pojawił się widok płonącego miasta. Od tej pory wszystkiego było pełno: buchające we wszystkie strony ognie, strzelające po Spodku kolorowe lasery. Na scenie byli w końcu „Metal Gods” – i ten numer pojawił się również jako drugi. 

  Judas Priest zrobiło nam wielką podróż po swojej dyskografii. Zagrali kawałki z wszystkich płyt, na których śpiewał Rob Halford. Pominęli jedynie „Jugulator” i „Demolition” (z Timem "Ripperem" Owensem). Mogliśmy doświadczyć nawet kawałka z tak starej płyty, jak „Rocka Rolla”. Kiedy na ekranie pojawiła się okładka z kapslem Coca-Coli było jasne, że za chwilę usłyszymy „Never Satisfied”, o którym Halford powiedział, że to fantastyczny numer (dziwne, bo kiedyś ponoć stwierdził, że nie znosi swojego debiutu). Zaskoczyło mnie to, że zespół zagrał mój ulubiony track – „Night Crawler”. Nie spodziewałem się tego, ale byłem wręcz wniebowzięty. Klimat rodem z dobrego horroru na żywo wypadł równie genialnie, co na płycie „Painkiller”. Skoro już mowa o tym krążku - jednym z najlepszych momentów koncertu była oczywiście chwila, w której na ekranie można było ujrzeć obracająca się tej właśnie płyty okładkę. Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości, co za moment usłyszymy, to Scott Travis szybko je rozwiał rozpoczynając swoją słynną kanonadę perkusyjną. W ten sposób rozpoczął się tytułowy „Painkiller”. Genialnie zaprezentowali się oczywiście Glenn Tipton oraz Richie Faulkner na gitarach (brak Downinga na koncercie był praktycznie nieodczuwalny). W tej kompozycji Robertowi zdarzyło się nawet zagrowlować (dwukrotnie!). 

  Z „Sad Wings of Destiny” usłyszeliśmy „Victim of Changes” (wtedy po raz pierwszy wystrzeliły lasery w stronę publiczności). Z „Sin After Sin dostaliśmy dwie kompozycje: „Starbreaker” oraz „Diamonds & Rust”, a z albumu „Stained Class” odwiedziła nas kultowa pół-ballada „Beyond the Realms of Death”. Nie było oczywiście mowy o pominięciu takiego LP jak „Killimg Machine”. Priest zaserwował nam „The Green Manalishi (With the Two-Pronged Crown)” oraz kolejny szlagier – „Hell Bent For Leather”. Na początku tego drugiego buchnął dym, a Halford wjechał na scenę swoim motorem, co wywołało wśród publiki ogromny entuzjazm. Muszę przyznać, że sam długo czekałem na ten moment koncertu. Podczas „Breaking the Law” wokalista Judaszów nie zaśpiewał ani słowa, dając pobawić się publiczności. Frontman zespołu udowodnił też, iż ma wielkie poczucie humoru bawiąc się w ze swoimi fanami w powtarzania. Kiedy został na scenie sam, kazał powtarzać za sobą okrzyki typu: „jeee”. Wszyscy oczywiście głośno odpowiadali. W pewnym momencie Rob zrobił sobie jaja i do powtórzenia zaserwował okrzyk tak długi i wysoki, iż normalny śmiertelnik nie ma szans tego wyciągnąć. Zmieszani ludzie oczywiście się pogubili próbując to z siebie wydusić.
 Przedstawicielem płyty „Point of Entry” był, jak można się było spodziewać „Heading out to the Highway”, a „Defenders of the Faith” – „The Sentinel”. Gdy na ekranie pojawiła się okładka płyty „Turbo” po raz kolejny wystrzeliły lasery, a publika miała okazję pospiewać kolejny hit – „Turbo Lover”. Troszkę szkoda, że Judas Priest nie zagrało nam superszybkiego „Ram It Down”, ale zamist tego usłyszeliśmy „Blood Red Skies” które wypadło też naprawdę bardzo udanie. Z najnowszych dokonań zespołu także pojawiły się numery. Chociaż tylko dwa kawałki, to i tak było świetnie. Przed „Angel of Retribution” zgasły światła, a na ekranie pojawił się wielki, czarny anioł. Wtedy cały Spodek oczekiwał „Judas Rising”. Warto wspomnieć, że bogata scenografia, jaką mięli przygotowaną panowie z Judas Priest to nie tylko strzelające lasery, wybuchające dymy, ognie, które napieprzały idealnie równo w rytm muzyki (…się ktoś musiał przy tym cholernie napracować), ale także stroje wokalisty. Robert zmieniał bowiem strój średnio co dwa, trzy numery. Podczas kompozycji z płyty „Nostradamus” („Prophecy”) przebrał się za samego Nostradamusa. Srebrny kaptur zasłaniał jego twarz, a w lewej ręce dzierżył długi kostur zakończony znakiem firmowym Judaszów, czyli krzyżem, który ma wbity w siebie półokrąg, co tworzy trzy „zęby”. Pod koniec tego tracku wystrzeliły z niego płomienie, a wtedy Halford zszedł ze sceny, aby po raz kolejny zmienić przebranie. 

  Z płyty „Screaming for Vengeance” kawałki pojawiły się dosyć późno. Dostaliśmy jednak „You’ve Got Another Thing Comin” , a także poprzedzonego tradycyjnym intrem w postaci „The Hellion” – „Electric Eye”. Podczas tej kompozycji na ekranie pojawiło się wielkie oko rozglądające się po katowickim Spodku. Panowie kilka razy schodzili ze sceny, robiąc wszystkim troszkę stracha, że to już koniec. Po chwili jednak wracali i dalej robili swoje. Po raz ostatni miało to miejsce, gdy Travis został  sam na scenie i powiedział, że zagrają jeszcze jeden kawałek. Już wtedy wszyscy stali i oklaskiwali zespół. Na ekranie pojawił się wielki zegar, a wskazówka lekko przechyliła się za godzinę zwiastującą północ. Oczywiste wtedy było, że na koniec pójdzie „Living Afer Midnight”. Cały Spodek zaśpiewał refren razem z Halfordem, a nikt nawet nie odważył się już usiąść.

  Judas Priest dało koncert, który na pewno przejdzie do historii. Nigdy nie pojawili się w tym składzie w naszym kraju i prawdopodobnie już tego nie zrobią. Kto tego nie widział, ma czego żałować. Wspaniały popis genialnego zespołu – co klasa, to klasa. Metal Hammer A.D. 2011 był bardzo udanym festiwalem, ale warto zaznaczyć, iż różnica w jakości między gwiazdą wieczoru a resztą była wprost miażdżąca. W końcu to Judas Priest – „Metal Gods”.

sobota, 11 czerwca 2011

KONCERT - FAMA 2011 (rock / funk), Lulu Belle Cafe, 28 V 2011

  Choć wielu osobom dzień 28 maja kojarzył się wyłącznie z finałem Ligi Mistrzów, przeżywaniem go w piwnym uniesieniu wraz ze znajomymi i życzeniem nagłej choroby zawodnikom Barcelony / Manchesteru, to we Wrocławiu znaleźli się zwolennicy niezależnej muzyki gotowi poświęcić piłkarskie wybryki dla FAMY - "największego interdyscyplinarnego wydarzenia młodej kultury i sztuki" (do tej definicji jeszcze wrócimy), a dokładniej - jej trzeciego dnia, skupiającego się wokół szeroko rozumianej muzyki rockowej. Znalazłem się i ja, stojący pośrodku, któremu udało się zobaczyć i opisywany event, i drugą połowę finału. Dla chcącego nic trudnego! 

   Na czym polega FAMA? Wbrew pozorom, to nie nowy wymysł; festiwal (dla ułatwienia posłużmy się tym zwrotem) odbywa się rokrocznie od czterdziestu pięciu lat, narodził się w Świnoujściu. Na celu ma wyciąganie z mrocznych odmętów podziemia ciekawe grupy artystyczne i delikatną pomoc im w rozpoczęciu - jakże ciężkiej na polskich ziemiach - kariery. Każdego dnia festiwalu organizowany jest przegląd zespołów (w tym roku kategoriami były: teatr, hip-hop / reggae, rock / blues / funk, jazz i piosenka), z których jury wybiera tych "naj-naj". Zwycięzca "rockowego dnia" dostaje możliwość zarejestrowania swoich kawałków w profesjonalnym studiu, toteż młode, utalentowane zespoły, które nie śpią na pieniądzach (co nasuwa pytanie: a są inne?) mają nie lada okazję do "wystartowania" na poziomie. Do rywalizacji we wrocławskim Lulu Belle Cafe stanęło pięć grup, każda niejako z innego świata muzycznego; zaprezentować mieli po trzy utwory własnego autorstwa, co pozwalało liczyć na porcję ciekawej, świeżej muzyki.

   Po występach stało się jasne, że walka o tytuł zwycięzcy rozegra się pomiędzy trzema grupami, dlatego najpierw opiszę... pozostałą dwójkę :) Niemrawo, nieco sztampowo zaprezentował się pierwszy ze wszystkich zespołów, który wyszedł na deski Lulu Belle, czyli Bolilol. Muzyka grana przez chłopaków (starszych od swoich konkurentów, należy dodać) była co prawda energiczna, ale nie posiadała tego czegoś, pierwiastka wyróżniającego, KLUCZOWEGO elementu zdaniem Waszego uniżonego recenzenta. Nic bowiem bardziej mnie nie męczy, niż zespoły / albumy, których dźwięki są tak typowe i przewidywalne, że mógłbym zatkać uszy i sam sobie wyobrazić dalsze sekundy utworów. Ba, zakładam, że w mojej głowie okraszone zostałby chociaż intrygującą partią klawiszy, smyczkami lub szaleńczą solówkę, której po odsłonięciu narządów słuchu z pewnością bym nie usłyszał. Za wiele przeciętnej muzyki dookoła, żeby z radością witać następną. Panowie, do roboty proszę. Inaczej sprawa miała się z grupą Limitowana Seria Duchów, która, owszem, wyróżniała się, lecz - według mojego gustu - na swoją niekorzyść. Zaprezentowali młodzieżową mieszankę funkowego basu, beztroskiej perkusji przypominającej garażowe jam session i punkowego wokalu. Było brudno i chaotycznie, trochę studencko. I nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś chłopaków za tę luzacką nawalankę polubił, ale to zwyczajnie "nie moja działka". I, jak widać, żadnego członka jury też nie, bowiem "na pudle" Limitowana Seria Duchów nie stanęła.

   Stanął za to metalcore'owy Beyond the Awekened. Metalcore! Już za sam fakt istnienia tego typu muzyki w okolicach Wrocławia należą się brawa. Gatunek to niewdzięczny, prawda, ponieważ został już "zamknięty" - na jego ziemiach odkryto i przeorano każdy metr kwadratowy terenu, obecnie zauważa się powolne zamykanie tego rozdziału historii muzyki metalowej. Ale jeżeli ktokolwiek miał z nim kiedyś styczność i znajomość tę wspomina pozytywnie, słysząc oklepane do bólu, ale wciąż szaleńcze riffy Beyond the Awekened, miałby nieodpartą ochotę zeskoczyć z kanapy i wbić się "z łokcia" w wielkie pogo. Gdyby takie było, oczywiście. Zdobyte miejsce trzecie należało się chłopakom. Najcięższą decyzją okazał się wybór zwycięzcy. Jak wiadomo, "rock" to pojęcie głębsze niż niejeden rów na Pacyfiku, toteż można było podejrzewać, że sobotniego wieczoru w Lulu Belle Cafe pojawią się choć dwie diametralnie od siebie różne grupy. I tak było, a dodać należy, że obie pokazały świetny poziom. Z jednej strony, zaskakująco przestrzenna muzyką oczarował nas progresywny zespół Echoe - byli pewni siebie, mieli dystans do własnej muzyki, bawili się konwencją niczym rasowi wyjadacze sceny, a przejścia z szybkich riffów w klawiszowe szaleństwo (czasem irytujące) na miarę Dream Theater uskuteczniali, jak gdyby grali już od co najmniej kilku lat; z drugiej zaś wszystkie kobiety rozpaliły się pod wpływem Clock Machine i przyjemnych, przebojowych kompozycji w poprockowych (czy nawet indie-rockowych) klimatach, które bez problemu trafić by mogły do radia lub MTV pod szyldem "polskie Kings of Leon". Nie powiem, oba zespoły zasłużyły na wyróżnienie, ale moja artrockowa dusza postawiła się po stronie Echoe. Krytyków zaś ujęła nieposkromiona energia chłopaków z Clock Machine i to oni sięgnęli po zwycięstwo. Wszystkich zadowolić na tego typu wydarzeniach nie sposób, niestety.

   Zgodnie z wcześniejszą obietnicą, należy co nieco wyjaśnić. Tego dnia na FAMie nie pojawiło się zbyt wiele osób. Nie przesadzę chyba, jeśli stwierdzę, że wydarzenie oglądało coś koło czterdziestu widzów, wliczając w to organizację (pozdrawiam dziewczyny!) i jury. Szkoda zaprawdę, że takie inicjatywy spotykają się z ignorancją. Chociaż istnieje spora szansa, że osób pojawiłoby się o wiele więcej, gdyby Barcelona kopała dupsko Manchesterowi dzień później. Miejmy nadzieję, że za rok frekwencja skoczy do góry o dwieście procent. Takie wydarzenia na to zasługują.

PS: O nagłośnieniu nie wspominam, bo nie o nie przecież tutaj się rozchodzi. Ważne, że "było słychać", bębenki też żadnego uszkodzenia nie uświadczyły ;)

niedziela, 5 czerwca 2011

KONCERT - Riverside, The Pineapple Thief, Paatos - Eter, Wrocław, 25 V 2011

  Nie licząc zeszłorocznego Metal Hammer Festival, na którym chłopaki pokazali króciutki "secik", ostatni raz Riverside na żywo widziałem dwa lata temu, również we Wrocławiu, w klubie WZ. Koncert promował świeżutkie wówczas "Anno Domini High Definition". Latka lecą, nowej płyty co prawda jeszcze nie ma, ale dekada stuknęła, to i w trasę by się przydało ruszyć. I niby wszystko teraz było tak samo: Piotrek Grudziński po lewej, czerwony ptaszek na klawiszach Michała Łapaja, Kozieradzki przed występem mignął mi gdzieś w tłumie, a Duda nie miał nawet o centymetr dłuższych włosów - etykieta polskiego Stevena Wilsona zobowiązuje. Niby, kurczę, bo nie przypominam sobie stania w kilkudziesięciometrowej kolejce przed klubem te dwa lata temu!

  Riverside szybko zdobył sobie całe rzesze młodych fanów. Naprawdę cieszy fakt, że inny młody zespół niż Coma lub Myslovitz ma szansę zdobyć szczyty popularności w nadwiślańskim państewku. Jubileuszowa trasa odbyła się szybko i z niemałym przytupem; chłopaki przelecieli przez największe miasta niczym olimpijska błyskawica. Mnie i moim znajomym przyszło podziwiać show inicjujące ten szalony tydzień. Zwolenników moich podróżnych przygód będę musiał zasmucić - nic ciekawego podczas trwającego kwadrans spacerku do Eteru się nie stało (o ile nie liczymy wspomnianej megakolejki, oczywiście). Po krótkim czasie czekania weszliśmy do środka klubu; ścisk pod sceną dał jednoznacznie do zrozumienia - "albo masz Riverside na wyciągnięcie ręki, której i tak wyciągnąć móc nie będziesz, albo staniesz sobie z tyłu i nawet znajdzie się miejsce na kufel piwa". Wybór był prosty, więc - stojąc sobie pod ścianką ze szklanką boskiego wywaru - miałem czas na kilka refleksji. Riverside przestaje nadawać się na knajpowe koncerty. Wchodzą do pierwszej ligi, więc może czas zaryzykować z jakąś mniejszą halą? Bo nie wierzę, że tak ogromna różnica osób w porównaniu do trasy sprzed dwóch lat spowodowana była wyłącznie supportującymi zespołami...

  O których zresztą przydałby się osobny akapit. Pojawił się szwedzki Paatos, o którym - wbrew powszechnie panującej, bardzo pozytywnej opinii - za wiele dobrego napisać nie potrafię. Typowe, progresywne kawałki w klasycznym sosie i z ciepłą barwą głosu Petronelli Nettermalm to trochę za mało, aby zaciekawić Waszego ulubionego "krytyka - cmokiera" (pozdrawiam moją polonistkę z liceum, dzięki której poznałem swe przeznaczenie!). O wiele bardziej ucieszyłem się na wiadomość, że naszym perełkom w trasie towarzyszyć będzie brytyjski The Pineapple Thief, którego ostatni krążek - "Someone Here Is Missing" - znalazł się w moim prywatnym podsumowaniu najlepszych wydawnictw roku 2010. I ekipa Bruce'a Soorda nie zawiodła moich oczekiwań. Pokazali głównie nowsze kawałki, jak "Nothing At Best" czy "So We Row" (geniusz!), w bardziej rockowej odsłonie, choć bez porzucania całej tej kontrowersyjnej elektroniki. A całkowicie przerobiona solówka w  monumentalnym "Too Much to Lose", przywodząca na myśl amerykańską alternatywę, rzępoląca niczym molestowane kocię i zagrana... butelką? Szacuneczek! Szkoda, że zagrali tak krótko.

  W końcu na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru. Setlista, jak na trasę jubileuszową przystało, przeciągnęła się przez wszystkie albumy (zabrakło wyłącznie czegokolwiek z "Voices In My Head", chociażby robiącego furorę dwa lata temu "Stuck Between" - szkoda), więc powód do radości miała i Stara Gwardia, dla której wybrzmiał klasyczny już "Out of Myself" i "Loose Heart" (nie zabrakło grupowego skandowania z Dudą kończącego utwór growlu "Raise me up, don't let me fall!), i Młodsza Gwardia (czyli niżej podpisany), która zawyła wzruszające "Conceiving You" i oburzyła się skróconym o połowę "Second Life Syndrome" (jak mogli!!!); z kolei zwolennicy "Rapid Eye Movement" dostali obowiązkowe "02 Panic Room" i mile zaskoczeni być mogli rozpoczynającym występ "Beyond the Eyelids" lub szalejącym w samym środku "Ultimate Trip". Najmłodsi fani wyskakali się zaś przy "Egoist Hedonist" i "Left Out" (które to na żywo wciąż gniotą klejnoty) z "Anno Domini High Definition". Dodatkowo pojawiły się dwa utwory ze świeżutkiej niczym poranne bułeczki EPki "Memories in My Head", czyli fan-ta-sty-czny "Living in the Past" (środek utworu, ten mroczny śpiew "Evil clouds don't scare my anymore", łamany iście porkowym riffem, zapadł w pamięć na pewno każdemu) i promujący nowego Wiedźmina "Forgotten Land" - lekko rozmarzony, oparty na chwytliwym motywie basowym przyjemniaczek. Nikt nie mógł narzekać. Występ zakończył się zaiste nietypowym bisem - "The Curtain Falls", przy którym zespół powoli opuścił scenę, pozostawiając nań samego Łapaja z jego klawiszami, a wszystkich fanów z pełnym "muzycznym żołądkiem". O dźwięku pisać nie trzeba, kto widział kiedykolwiek Riverside na żywo, wie z pewnością, że brzmi to niczym na dobrym kinie domowym. Jakaż rzadkość wśród naszym zespołów rockowych.

  Niektórym ludziom to nie wystarczało, dlatego część wyciągnęła chłopaków na piwo, dając jednemu, najwyraźniej bardzo niezadowolonemu brakiem solówki w "Second Life Syndrome" "fanowi" okazję do podwędzenia Piotrkowi Grudzińskiemu gitary. Jak widać, nie wszystkim wystarczał "Memories in My Head" i garść ciepłych wspomnień za pamiątkę. Mam nadzieję, że ten haniebny czyn nie odstraszy zespołu od Wrocławia w przyszłości. Gdzie indziej wyczekiwaliby ich pod sceną wiecznie wstawieni kibice WKSu Śląska? ;)

niedziela, 17 kwietnia 2011

KONCERT - Blackfield, klub Progresja, Warszawa (14.04.2011)

  - Nie ma na co czekać, stary! - krzyknął zapewne Steven Wilson do swojego najlepszego kumpla, Aviva Geffena, po wydaniu trzeciego, budzącego niemałe kontrowersje albumu Blackfield, "Welcome to My DNA". - Chciałbym skupić się w końcu na swojej solowej płycie, więc miejmy to z głowy i let's take this show on the road, baby!

  Dwukrotna wizyta duetu w Polsce nikogo nie mogła zdziwić - czasami wydaje mi się, że Blackfield jest u nas jeszcze bardziej ceniony niż Porcupine Tree. Na pewno przez moją ukochaną Starą Gwardię, która metalowe romanse Jeżozwierzy wciąż kwituje gromkim śmiechem, ale ja sam jakoś nigdy nie potrafiłem traktować dwóch brytyjsko - izraelskich krążków w stu procentach poważnie. I ciężko podać mi nawet konkretny powód. Utwory znałem przecież na pamięć. Być może potrzeba mi było "przeżyć" premierę albumu Blackfield na własnej skórze (w momencie wydania "dwójki" dopiero zaczynałem swoją przygodę z prawdziwą muzyką), poczuć dreszcz niepokoju i niepewność przy zapoznawaniu się ze świeżym materiałem. "Welcome to My DNA" umożliwił mi to wszystko, na deser podał zaś porcję naprawdę udanej muzyki, która (całe szczęście) nieznacznie różni się od "starych" dokonań duetu. Dzięki temu, tłukąc się pociągiem w ostatni czwartek do stolicy, w pewnym momencie pomyślałem dokładnie to samo, co dwa lata temu przy okazji wrocławskiego koncertu Porcupine Tree: "Cholercia, przede mną naprawdę wielki wieczór!".

  Siedem godzin w trasie minęło wręcz komfortowo. Tym razem obyło się bez typów spod ciemnych gwiazd, awarii lokomotyw, wędrówek pieszo w deszczu, dzikiej walki o miejsca siedzące, pomyłek przystanków czy pseudokibiców.  Dla Czytelnika to być może minus, bo gromkiego śmiechu nie będzie, ale przynajmniej miałem okazję powtórzyć kilka razy "Welcome to My DNA" na swoim iPodzie. Tak, dokładnie takim, jakie z radością niszczy na wszelkie możliwe sposoby Steven Wilson. Przez chwilę myślałem nawet, że poproszę go o autograf na tylnej obudowie, jednak szybko ten pomysł porzuciłem, przez wzgląd na wartość materialną sprzętu, własne zdrowie i ewentualną furię każdego, kto dzień później w Krakowie nie uświadczyłby wyjścia obrażonego muzyka na scenę.

  Gdy dotarłem do naszej cudownej stolicy, nie było czasu na wędrówki krajoznawcze. Szybka wizyta w KFC (które to w Warszawie serwuje półtora więcej "jedzenia" za te same ceny, co dla przykładu we Wrocławiu - zanotowałem to sobie z wielkim bólem w sercu), łapanko - macanko taksówki i pół godziny przebijania się przez korki do Progresji. Należy oddać szacunek panu kierowcy, drugiemu najbardziej zakręconemu bohaterowi dzisiejszej relacji (do pierwszego jeszcze wrócimy), wielkiemu znawcy stolicy i aktywnemu obywatelowi Rzeczypospolitej. Przytoczę pytanie:
  - A gdzie tu można ewentualnie napić się piwa po koncercie?
  - No tutaj, widzi pan, taki zajebisty klub jest - wskazał palcem na mijany właśnie lokal o dużo mówiącej nazwie Play House. - Goł goł mają, niezłe ceny i pokoiki na górze, to nie trzeba wychodzić nawet, żeby się pobawić.

  Progresja. Nigdy chyba nie nauczę się, że na koncert nie wolno wnosić butelek z napojami. Więc wyrzucenie plastiku i znowu Progresja. Idealnie na czas, gdyż na scenie rozkładał się właśnie Mati Gavriel, support Blackfield. Niestety, nie jesteśmy równie godni co Amerykanie, którym przyjdzie rozczulić się przy Anathemie, chociaż na chłopaka wyjątkowo narzekać nie sposób - zaprezentował zestaw delikatnych utworów i dał niezły pokaz umiejętności wokalnych (kwestia samego głosu to rzecz sporna, mi nie przeszkadzał). Taki "gorszy" Petter Carlsen. Muzykę puszczał sam z taśmy, co wyraźnie odbiło się na walorach wizualnych i szybko wynudziło publiczność, jednak - wielkie dzięki wszystkim mitologicznym bóstwom - na gwiazdę wieczoru nie przyszło długo czekać. Mniej więcej w momencie osiągnięcia temperatury czterdziestu stopni Celsjusza (ciekawe, jak podobny koncert zniosłaby Progresja w lecie?) zespół wyszedł na scenę. "I zaczął się teatr"...

"Gitarowe megaskupienie" on, do not switch off!
  Pochwalić należy wszystko. No, może poza akustyką klubu, lekko "piwniczną" (jak to uznał mój dobry znajomy) i eliminującą dobitnie uczucie głębi dźwięku. Steven z roku na rok śpiewa coraz lepiej (zabawne, bo tak samo uznałem po wrocławskim występie Porcupine Tree), nie ma też mowy o gapieniu się ciągle na własne, brudne, spocone i (wiadomo) nagie stopy - to już naprawdę "international popstar", świadomy swojego kultu, wyrachowany i - niestety - bardziej niedostępny. Jakże więc ucieszyły mnie dwie drobne wpadki z jego strony: wpadnięcie podczas solówki w mikrofon i utrata sławetnego "gitarowego megaskupienia" oraz moment "Waving", w którym zapomniał jednego wersu, krzywo popatrzył się na wszystkich i zaśpiewał "nananana" do melodii, żeby tylko wypełnić lukę. Dzięki temu wiem, że do czynienia miałem z żywym muzykiem, nie koncertowo zaprogramowanym cyborgiem.

Izrealska gwiazda jakby nieco zagubiona
  Absolutną klasę pokazał Aviv Geffen, od którego spodziewałem się wyłącznie ogromnej ilości fałszu i okazania wklęsłej klaty. Jednak ani jedno, ani drugie nie nastąpiło tak prędko - Izraelczyk zaprezentował się naprawdę rewelacyjnie w "swoich" utworach, czyli kontrowersyjnym "Go to Hell" (napisanym, jak przyznał, dla jego rodziców), "Glow", które wykonał niemal zupełnie samotnie na scenie lub przebojowym "Oxygene". Jego nieokiełznany głos nie wpadał w typowe wibracje, śpiewał czysto, czasami tylko za wysoko, ale to pewnie kwestia ekscytacji. Widać było, że Aviv przeżywa tę trasę o wiele bardziej niż Wilson. Największe pochwały zostawiłem sobie na koniec, gdyż nie należą się żadnej z omawianych gwiazd, a szalonemu perkusiście, który w wiele oklepanych motywów wprowadził tyle ekspresji i życia, że ukradł sporą część całego show. Tommer Z - bo tak się go przedstawia, wygrywa moją własną Nagrodę Publiczności.

  Po raz pierwszy w historii zespołu nie zagrano wszystkich utworów ze studyjnych krążków. Nie powinno nikogo dziwić, że Blackfield skupił się na kawałkach z "Welcome to My DNA" (zabrakło wyłącznie przepięknego "Far Away") i przedstawieniu ich orkiestralnej natury w bardziej rockowych barwach. Niesamowicie zabrzmiało tak nielubiane "Dissolving with the Night" (czy ktoś może mi podać powód niechęci do tak intrygującej piosenki?), w którym - zamiast smyczkowego budowania napięcia - usłyszeliśmy miażdżące riffy Stevena. Prawdziwych ciarek przysporzył wszystkim z pewnością "DNA" (moja ulubiona kompozycja z nowego krążka), ale nawet "On the Plane", wcześniej przeze mnie nierozumiane, wypadł super, mówiąc w najbardziej kolokwialny sposób. Publiczność przyjmowała z istnym szaleństwem wszystkie powroty do dwóch starszych albumów Blackfield, które zahaczyły o "dwójkowe" "Epidemic" (kudosy za wykonanie), "Miss U", "Once" (Tommer Z tutaj wymiótł towarzystwo) i "Where Is My Love?" oraz "jedynkowe" "Blackfield", "Pain", "Glow" i zjawiskowe "The Hole in Me", którego wybuchowe refreny wypadły bardziej nastrojowo niż niejedna kolacja przy świecach.

"Cloudy Now" zagramy jak będą grzeczni"
    Trzy kawałki na bis porwały wszystkich, bez wyjątku i właśnie ten krótki moment, obok "DNA", wspominać będę najcieplej. Prawdziwe hymny wilsonowej społeczności: "Hello", "End of the World" i - OCZYWIŚCIE - "Cloudy Now", których nie śpiewać mogli już chyba tylko całkowici ignoranci. Co ciekawe, publiczność składała się zarówno z osób starszych, młodzieży, jak i dzieci z podstawówki w koszulkach "Welcome to My DNA", którym to wybaczę, że nie wrzeszczały "We are the fucked up generation!", jednak zauważcie, drodzy Czytelnicy, ile tych "popierdolonych generacji" już mamy. I jak cudownie taka pieśń może połączyć pokolenia :)

  Nawiązując do poprzedniego akapitu, z idealnym przedstawicielem naszej pokręconej generacji miałem styczność w pociągu do Katowic, którym wracałem po koncercie. Wyszedłem z przedziału, bowiem dojeżdżaliśmy już do stolicy Śląska i miałem tam poczekać godzinkę na kolejny rozpadający się w oczach pociąg. Usłyszałem hałas, jakby ktoś biegł przez pociąg i rzeczywiście, w moim kierunku zmierzał zakapturzony osobnik, z którego aż buchało niewyczerpanym testosteronem. Poczułem strach, że ujście dla hormonów odnajdzie w sprowadzeniu mnie do parteru, ale nie miałem gdzie uciec; nie pozostawało nic innego niż próba wyminięcia byczka. Biegł w moim kierunku, "wkurwiony jak sto pięćdziesiąt", jednak metr przede mną zatrzymał się, otworzył z hukiem drzwi do przedziału po swojej lewej (budząc niewinne starsze panie), wszedł do środka, zgasił światło (?) i - zwracając wybałuszone do granic ludzkiego organizmu oczyska na mnie - ryknął głosem Mikaela Åkerfeldta: "PRZECHOOOOODŹ". Usłuchałem. "Popieprzony, ale kulturalny" - pomyślałem podczas wychodzenia z pociągu.


Było świetnie. Ale teraz czekamy na drugi solowy album Stevena Wilsona i - miejmy nadzieję - najbardziej intrygujący koncert roku w ramach jego promocji. 

PS: Fotografie wykonała Agnieszka "Lothien" Lenczewska, którą, do pary z Tomkiem Lepichem, serdecznie pozdrawiam

niedziela, 27 marca 2011

KONCERT - Blindead, klub Firlej, Wrocław (25.03.2011)

  Koncert Blindead miał być dobrym rozpoczęciem "sezonu ogórkowego" wiosennych koncertów. Takim, który sprzeda solidnego kopniaka w twarz i przypomni wreszcie o bólu szyi. Zespół wydał przecież fenomenalny album, który - z racji faktu jego budowy, spójności i konceptualnej formy - odgrywany jest na każdym koncercie w całości. I jak miałbym nie traktować za obowiązek ujrzenia na żywo mojego "drugiego" albumu roku 2010? Odpowiedź nie wymaga specjalnej "rozkminy" - musiałem Blindead w końcu zobaczyć. Zaryzykowałem kilka miesięcy temu, odpuszczając wyjazd do Poznania (jakże fortunna decyzja! Wydarzenie zostało odwołane w ostatnim momencie) i bogowie brutalnego metalu muszą mi sprzyjać, bowiem wkrótce zespół ogłosił przyjazd do wrocławskiego klubu Firlej, do którego mam - z zegarkiem w ręku - siedem minut spacerkiem.

  Na początku należy wspomnieć o supporcie. W cenę biletu (wystarczająco niską, więc zakup piwa nie obarczał nikomu sumienia) wliczone były występy czterech grup. Pół godziny każdy. Całkiem sporo, rzeczywiście, ale poznać zaciekle walczących nowicjuszy polskiej sceny (użyję teraz TEGO zwrotu, przeciwnicy zostają ostrzeżeni) postmetalowej - moim skromnym zdaniem - zawsze warto. I przyznam wprost, dobrze bawiłem się na połowie z nich. Szokująco wypadł Obscure Sphinx, który określiliśmy mianem "Cult of Luna z damskim wokalem". Łączyli nastrojowe pejzaże z iście demoniczną "rozpierdolką", którą potęgował fakt, że za złowieszczy growl odpowiadał nie stylizowany na wikinga brodacz, lecz - pisząc wprost - seksowna Wielebna (pseudonim nieadekwatny do ubioru, uspokajam męską część publiczności). Nie stronili od transowego, psychodelicznego brzmienia i pomysłowej elektroniki, czym zabsorbowali moją uwagę i wzbudzili nielichą ciekawość, jak to brzmi po studyjnym dopieszczeniu. Nadchodzący album - "Anaesthetic Inhalation Ritual" z pewnością przewinie się przez moje głośniki.

  Równie intrygująco wypadł projekt klawiszowca Blindead, Hervy'ego, nazwany skrótowo HRV. Bartek zasponsorował wszystkim miażdżaco ciężką mieszankę muzyki elektronicznej, industrialnej, trance i... drone? Ciężko zaszufladkować to istne tsunami mrocznej elektroniki i automatyczną precyzję perkusji. Ale o ile ja w te dźwięki zanurzyłem się natychmiast, tak towarzyszącym mi dookoła metalheadom sprawić to musiało nie lada problem. Ja "przybiłem głową gwoździa" przy HRV z przyjemnością.

  Łatwo już domyślić się, że to właśnie Vidian i Forge of Clouds doprowadziły Waszego uniżonego komentatora do stanu lekkiego znużenia. Ludziom ich krótkie występy (zwłaszcza drugiego bandu)  przypadły do gustu o wiele bardziej, jednak dla mnie okazały się zbyt surowe, za ciężkie. Słysząc niekończące się ryki, ziewnąłem przeciągle kilkukrotnie. Jednak pokaz Forge of Clouds przetrwałem dzielnie pod samą barierką. Wiedziałem, że niebawem zrobi się tłoczno i potrzebowałem odrobiny przestrzeni przed sobą do odpowiedniego "konsumowania" "Affliction XXIX II MXMVI" Krótki soundcheck, błysk świateł i...


  Kapanie wody. Skrzypienie drzwi. Dokładnie tak, jak powinna się zaczynać sceniczna "interpretacja" ostatniego albumu. Chłopaki rozstawili się na małej scenie, Marek Zieliński i Mateusz "Havoc" Smierzchalski chwycili za gitary, Konrad Cieselski usiadł na swoim miejscu za garami, Piotrek Kawalerowski poprawił zbyt luźny pas od swojej gitary basowej, Bartek Hervy od jakiegoś już czasu operował klawiszowym podkładem. Rozpoczęła się smutna melodia, pierwsze uderzenia w bębny. Klimat swymi mrocznymi łapami pochwycił wszystkich. Patryk Zwoliński zbliżał się powoli do mikrofonu, bujając ciałem niczym szmacianą lalką w rytm psychodelicznego walczyka. Wreszcie z jego ust, ku uciesze wszystkich, padły pierwsze słowa i nie było już ucieczki. Nadzieje i marzenia każdego powoli zamieniały się w "Affliction XXIX II MXMVI".

  Brzmienie. Być może nie jestem znawcą, ale Firlej zapunktował w moich oczach. Idealnie słychać było wokal Patryka, zarówno podczas melorecytacji, jak i growlu z piekła rodem. Gitary nie zagłuszały klawiszy, co przecież zdarza się nader często w tego typu muzyce, a perkusja... Przyznam szczerze, to właśnie gary całkowicie mnie miażdżą na "Affliction XXIX II MXMVI". I Cieselski odwalił kawał wspaniałej roboty, jego prywatny teatr z pałeczkami nieustannie rozlewał miód na mą muzyczną duszę.

  Tego typu koncert to niebezpieczne przedsięwzięcie. Po pierwsze, zespół musi naprawdę wybornie oddać koncept album, bez żadnych ujm w jego nastroju i emocjach, jakie winny mu towarzyszyć. Po drugie, nawet jeżeli uda im się to znakomicie, ludzie pod sceną mogą uznać, że było "nudno", bez żadnych zaskoczeń. Ja stałem niejako po drugiej stronie barykady - przedstawienie "Affliction XXIX II MXMVI" w całości traktowałem jako prawdziwy test umiejętności Blindead. Test, który panowie zdali, przyznam od razu. Nawet nie zauważyłem, że minęły trzy kwadranse i podstawowa część setlisty dobiega końca. Osiągnąć to z pewnością pomogły wizualizacje Romana Przylipiaka - równie przygnębiające i psychodeliczne, co ostatnie dzieło Blindead. Chociaż osobie niezaznajomionej z konceptem z pewnością nie udałoby się go rozszyfrować, patrząc wyłącznie na obraz z rzutnika.

  Na koniec chłopaki spełnili moje małe marzenie i zagrali wyjątkowo długi utwór "Impulse", z EPki o tym samym tytule. Oklaski towarzyszyły muzykom jeszcze długo po zejściu ze sceny. Do pełnego spełnienia brakowało mi tylko sześciu podpisów na moim egzemplarzu "Affliction XXIX II MXMVI", które - co przyznam z nieukrywaną satysfakcją - zdobyłem bez problemu. Z klubu Firlej wychodziłem zmęczony i przygłuchy, moja szyja powoli dawała o sobie znać (i nie przestała aż do teraz), ale byłem szczęśliwy. Jeżeli tak rozpoczęła się koncertowa wiosna, nie mogę się doczekać kwietnia :)

wtorek, 14 września 2010

KONCERT - Dziękuję, na zdrowie, zajebiście! -Inowrocław Ino-Rock Festival 2010 (11 IX)



  Nie ma co ukrywać, Anathema to jeden z moich ulubionych zespołów. Kocham ich od dawien dawna, ale - jak to w każdym związku bywa - miewałem także chwile słabości. Bo ile w końcu można ociągać się z wydaniem nowego albumu? W pewnym momencie sprawa zrobiła się równie niedorzeczna, co w przypadku "Chinese Democracy", jednak "Klątwiarze" nie podzielili losu gwardii Axla, zmienianej chyba tak często jak zużyte skarpetki i wydali album, ku wielkiej uciesze fanów z całego świata, "zaledwie" siedem okrążeń Ziemi wokół Słońca po premierze "A Natural Disaster", a następnie ruszyli w oficjalną trasę koncertową. Na tegorocznym Ino-Rocku pojawić się mieli jako gwiazda wieczoru, więc siłą rzeczy musiałem się tam zjawić i ja. (jak zawsze opiszę też wszystkie ciekawostki związane z wyjazdem, dlatego pragnących jedynie relacji z koncertu zapraszam pod wycapslockowane "Ino-Rock Festival")

  Wyjazd: piątek, godzina 9:31. Z radością stwierdzam, że coraz lepiej znoszę te wszystkie olbrzymie wycieczki pociągowe, bo dziewięć godzin minęło całkiem szybko. Pomógł mi w tym trzeci tom "Kłamcy" Kuby Ćwieka (polecam, a co!) i największy przyjaciel wszystkich pasjonatów muzyki, czyli przenośny odtwarzacz. No, wszystkich oprócz Stevena Wilsona. Wyjątkowo zabawnych wydarzeń tym razem w wagonach nie było, chociaż nieufni mężczyźni po trzydziestce, którzy poczęstowali się żelkami dopiero wtedy, gdy sam zjadłem kilka i wciąż żyłem, zapadną mi w pamięć.

  Po jakimś czasie za oknem przestały pojawiać się lasy i różnego rodzaju wybrzuszenia powierzchni, ich miejsce zajęły zaś łyse równiny przepełnione ziemniakami, co oznaczało, że powoli zbliżałem się na miejsce. Niektóre słowa, jak "ziomek", "łach" i "zrywka", musiały na jakiś czas popaść w zapomnienie, pozwalając plugawić umysł wszystkimi "kolesiami", "zwałami" i nieśmiertelnym "tej!" oraz "jo", które to, wierzcie lub nie, drodzy przyjaciele, w dwóch literach zawiera całe wyrażenie "poważnie?" wraz ze znakiem zapytania.

   Dworzec w Inowrocławiu przywitał mnie zaiste nieciekawym zapaszkiem, ale gdyby nie on, przegapiłbym wysiadkę i kombinował później, jakim sposobem wydostać się z jakiejś pobliskiej wioski. Poza tym, Monika, z którą rok temu wybrałem się na Radiohead, zapewniała, iż zazwyczaj inowrocławski dworzec wcale tak nie pachnie. Postanowiłem sobie to zapamiętać i przekonać się w niedzielę. Mieliśmy prawie dobę do koncertu, więc najpierw zostawiłem bagaż w domu Moniki, gdzie zapoznałem się z Funią - wyjątkowo okrutną morderczynią, działającą według jeszcze bardziej okrutnej zasady "zabij, następnie przeproś", następnie wypiliśmy rozsądną ilość chmielowego nektaru i zobaczyliśmy "Resident Evil: Afterlife" w 3D. Albert Wesker przed ostatnim pojedynkiem rzucił w widzów przeciwsłonecznymi okularami, cwana bestia. Ja zdążyłem się uchylić, ale Monika chyba oberwała, gdyż osunęła się na oparcie i zasnęła :) Ostatecznie Wesker zginął, a fani kultowej gry wystraszeni zostali zapowiedzią kolejnego sequela. My zaś wróciliśmy do domu, gdzie oddaliśmy się w mięciutkie objęcie Morfeusza.

  Sobota upłynęła na gaworzeniu i spacerkach. W jednej z restauracyjek dostrzegłem naszego polskiego Wilsona, który ukrywa się pod imieniem Jarek i nickiem Orzechowy w internecie, a którego znam dobrze z wrocławskiego koncertu Porcupine Tree (a raczej jego afterku). Jak się okazało, jeszcze go spotkam w piwnym kąciku na samym festiwalu, umówię się na piwo i później zgubię go w tłumie. Szkoda. Miejmy nadzieję, że wątek afterparty poruszymy jeszcze raz przy najbliższej okazji. Wizyta w McDonaldzie przebiła tę po Metal Hammerze, tym razem udało mi się najeść za sześć złotych! I to chyba ostateczna cenowa granica w przybytku rozpusty czerwonowłosego klauna z piekła. Zwiedziliśmy także wspaniały park solankowy, po którego niegdyś piękniejszej części hasają teraz beztrosko koparki, co budzi ogromne niezadowolenie Moniki. Testowe dźwięki "Dreaming Light" dochodzące z kierunku Teatru Letniego przypomniały nam, na co tak naprawdę czekamy cały dzień, więc pospieszyliśmy ile sił w dupie i nogach do domu na szybki prysznic, zjedliśmy obiadek, pochwyciliśmy bilety, ja zapomniałem książeczki "A Natural Disaster", którą miała mi podpisać Anathema ("eee... I tak pewnie nie będzie okazji" - pomyślałem za chwilę, nie wiedząc jeszcze, w jakim błędzie byłem) i wyruszyliśmy na...

INO-ROCK FESTIVAL

  Pierwsze spostrzeżenie - wspaniała lokacja. Teatr Letni, skąpany w promieniach zachodzącego słońca poszarpanego koronami drzew już na wejściu zachwycił progresywną część mojej duszy. To idealne miejsce na tego typu muzykę, chociaż aż dziw człowieka bierze, że udało się tam ściągnąć takie gwiazdy. Na scenie grał już jedyny tegoroczny reprezentant nadwiślanego narodu, czyli zespół Votum, na który po raz kolejny się spóźniłem. Krótki występ wypadł trochę lepiej niż w Katowicach na Metal Hammerze, ale wciąż uważam, że ta grupa nie potrafi jeszcze wykorzystać potencjału swojej muzyki na żywo. Osobom, które nie znają zespołu, zdecydowanie polecam kupno któregoś albumu, zamiast wypadu ze znajomymi na koncert. Nie nabierzcie uprzedzeń do tych chłopaków, poczekajcie aż poczują się pewniej, albo ktoś im zasponsoruje lepszy sprzęt.

  Słońce zaczęło się z nami żegnać, gdy na scenie pojawił się norweski zespół Airbag. No i co tu dużo ukrywać, panowie zachwycili chyba wszystkich obecnych. Długie, nieskomplikowane kompozycje wprowadzały w senny trans, zespół czuł się bardzo pewnie, czym z pewnością zdobył sobie nowych fanów, w tym także mnie. Największe wrażenie robił Bjørn Riis, który podczas solówek wyglądał niemal jak David Gilmour. Ten sam styl, podobne gesty, cholera, nawet uroda zbieżna. Z radością uznałem, że niecałe trzy metry przed sobą mam klona jednego Floyda, a w tłumie po prawej wystawała głowa kopii Wilsona. Jak pisałem, wielkie gwiazdy zawitały do Inowrocławia w tym roku! :D Nikt ze stojących pod sceną nie zapomni na pewno niezidentyfikowanego faceta, krzyczącego jak poparzony "A-IR-bag!", dziadowsko naciskając na tę drugą sylabę słowiańskim akcentem. Wstyd i hańba, ludzie, wstyd i hańba... Poduszki powietrzne pod koniec zaskoczyły coverem "Embryo" (w ten sposób gitarzysta wypełnił swoją przemianę w Gilmoura) i pożegnali się "Homesick". Słońce zaszło a ja wiedziałem, że już właściwie jestem "usy - tasy" z koncertu. A przecież do Anathemy jeszcze dwie godziny.

Airbag

   Ozric Tentacles. Nie jestem szczególnie wielkim fanem, ale bardzo ciekawy byłem występu grupy na żywo. I zagrali dokładnie tak, jak można się było spodziewać. Szalone kompozycje, świdrujące żołądek psychodelią, lokomotywa dźwięków, niezwykle uzdolniony Ed Wynne, popalający przez cały koncert papierosa i jego żona, Brandi, "pierdząca" na basie. To właśnie ona miała najlepszy kontakt z publicznością, nie mogła wyjść z podziwu, jak wiele fanów Ozriki w naszym kraju mają. Non stop się śmiała i zagadywała tłum, który ochoczo ryczał na każde zdanie. Jednak w pewnym momencie odczułem znużenie ich występem. Muzyka instrumentalna na dłuższą metę potrafi być męcząca, nawet jeżeli stoi na wysokim poziomie. Moje odczucia okazały się osamotnione, gdy prowadzący wyszedł zaraz po Brytyjczykach na scenę i na pytanie "A kto zagra teraz?!" uderzyła go fala skandująca: "Ozric! Ozric!". Zakładam, że zespół nie spodziewał się takiego przyjęcia, ergo - wrócą do nas nie raz.

   Swoją drogą, jakże ogromne było moje zdziwienie, gdy podczas ostatnich utworów Ozric Tentacles spojrzałem w lewo i koło siebie ujrzałem Danny'ego Cavanagh z Anathemy. Uśmiechnął się, jakby chcąc powiedzieć: "Daj spokój, oglądajmy koncert.", i tak zrobiłem. Później okazało się, że cała Anathema po angielsku wślizgnęła się między publikę; wyjawił nam to Vincent, który w przerwie między występami wyszedł podpisać kilka autografów i zrobić sobie zdjęcia z fanami.

Vincent

Danny
   Nadszedł moment, na który wszyscy czekali. Na scenie pojawili się bracia Cavanagh, małżeństwo Douglas i Les Smith. Rozbrzmiały dźwięki "Thin Air". Marzenia prawie stały się faktem! "Prawie", ponieważ przez pierwsze dwa utwory zespół borykał się z problemami technicznymi, więc i dynamiczne "Summernight Horizon" brzmiało nieco chaotycznie, co przynajmniej mi nie przeszkadzało w dobrej zabawie. Na dźwięk "Dreaming Light" przeszły mi ciarki po plecach, byłem szalenie ciekawy tego kawałka na żywo. I rozpłynąłem się w zachwycie niczym masełko na patelni. Delikatny wokal Vincenta czarował (ogólnie obyło się bez większych fałszów, chłopak się podszkolił od czasu nagrywania DVD) a gitara Danny'ego, nareszcie dająca się usłyszeć, epicko wystrzeliła kompozycję w kosmos w jej finale. Radość wymieszaną ze strachem przyniósł "Everything" - czyżby mieli zamiar zagrać nową płytę od początku do końca? Uwielbiam "We're Here Because We're Here", ale od koncertu oczekiwałem materiału przekrojowego. Anathema nie nagrała nigdy albumów, których mogłaby się wstydzić.

   Moje wątpliwości rozwiał Vincent, podchodząc do klawiszów i sprawdzając "komputerowy" wokal. Większość już wiedziała, co zapowiada cyborgowe "Dziękuję! Na zdrowie! Zajebiście!" (jedyne trzy polskie zwroty, jakie znał Cavanagh, więc chwalił się nimi od czasu do czasu). Moje ukochane "Closer", po którym Lee zaśpiewała samotnie tytułową kompozycję z "A Natural Disaster", doprowadziło mnie do łez. Nie ostatni raz tego wieczoru. Dzięki temu utwierdziłem się w przekonaniu, że dzieła Anathemy stanowią coś więcej niż jedynie "muzykę". Docierają do głębi ludzkiej duszy, pozostawiając w niej ślad na lata. Tymczasem Anathema powróciła do swojego najnowszego albumu, prezentując "Angels Walk Among Us". I zupełnie jak w wersji studyjnej, nikt nie dostrzegł pana Ville'a Valo :D Trzeba było się zadowolić chórkami Vincenta. I wszyscy się zadowolili.

   Zespół czuł się na scenie jak wśród najbliższych przyjaciół. Mnóstwo żartów, popisów, uśmiechów, czym jeszcze bardziej zjednali sobie publiczność. Jedynie Jamie stał cały czas z tyłu; jak później sam mi powiedział, był chory. Chwilowy powrót do przeszłości w postaci "Deep" całkowicie zmiażdżył moje przyrodzenie - "Judgment" to ukochany album Anathemy niżej podpisanego. Następnie "A Simple Mistake", po którym Lee zeszła ze sceny z butelką wina i, jak się okazało nieco później, spędzonego z nią czasu nie zmarnowała. Postrockowy wybuch utworu prezentował się równie imponująco, co na płycie. Jeszcze raz cofnęliśmy się w czasie, tym razem za sprawą "Flying" (te solo śni mi się od lat!) i przyszedł czas na pożegnanie się z "We're Here Because We're Here", przy dźwiękach dwóch ostatnich zeń kompozycji. Jeżeli ktoś, jakimś cudem, nie lubił "Uniwersal" lub "Hindsight" (zróbcie mi przysługę, nie przyznajcie się), w kilka minut radykalnie zmienił swoje poglądy. Nie wierzę, że mogłoby się stać inaczej.


   Jednak koncert na tym się nie zakończył, a dopiero wręcz rozkręcił. Wszystkich fanów ucieszyły trzy kompozycje z "Alternative 4", tak uwielbianego w naszym kraju. Radość z ostatniego dzieła zastąpiło duszne poczucie smutku i nostalgia. "Shroud of False" dobitnie zakomunikowało, że "jesteśmy tylko momentem w czasie, błyskiem oka", a pierwsze takty "Lost Control" wywołały istną euforię. Emocje sięgały zenitu i wtedy właśnie rozpoczęło się "Empty", które jako pierwsze rozruszało wreszcie całą publiczność. Fakt, że Vincent wokalnie nie wyrabiał co niektórych partii z tych utworów, przeszedł bez większego echa. No i zakończenie podstawowego zestawu utworów, szczęście, łzy w oczach, dławiące uczucie w gardle. Czy jest inny utwór Anathemy, który porusza bardziej niż "One Last Goodbye"? Szkoda, że tak ważny w ich życiu tekst został zapowiedziany z żartem, ale panowie byli już w zbyt dobrych humorach. Nieśmiertelne "Fragile Dreams", odśpiewane na koniec przez całą widownię i Brytyjczycy usunęli się ze sceny. Nikt nie wątpił, że istnym trzęsieniem ziemi wywołamy ich z powrotem. Pytanie jedynie, na jak długo? Ile jeszcze minut żyć będziemy tylko muzyką, oddychać każdym dźwiękiem, traktując wszystkich naokoło niczym prawdziwą rodzinę?

   Powrócił jedynie Danny. Chwycił gitarę akustyczną i zagrał "Are You There?" w wersji znanej z płyty "Hindsight". Pod sceną, ku uciesze gawiedzi i niewiedzy gitarzysty, reszta zespołu robiła sobie mało wykwintne żarciki. Ci jednak, którzy tego nie widzieli, zajęci byli śpiewaniem cudownego utworu wraz z Danielem. Reszta zespołu powróciła na scenę, a krótki wykład o doom metalu ("Co to jest, ten dium mejtal?", "To my go, kurwa, stworzyliśmy!", "My... No, i Paradise Lost", "A właściwie, Paradise Lost. My tylko zgapiliśmy. Ale byliśmy pierwsi!") poprzedził rewelacyjne wykonanie "Angelici" z "Eternity". Na prawdziwe zakończenie dostaliśmy "Sleepless" z debiutanckiego krążka Anathemy. Vincent zabawnymi gestami uświadomił mu, że growl nie jest jego najmocniejszą stroną, ale ostateczne "SLEEPLESS!" wycharczał tak dobrze, że sam Darren White byłby dumny. Chyba. Ja byłem. Z zespołu, który stanowi część mojego życia i który kocham teraz jeszcze bardziej. Najlepszy koncert roku? Tak, przebił nawet Archive i Muse. Setliście do absolutnego ideału brakowało jedynie "Judgment" i "Temporary Peace", ale - jak to z ukochanymi grupami bywa - ciężko dostać wszystko, czego chcemy.

   ...Ludzie całkiem szybko opuścili teren Teatru Letniego, jednak my zostaliśmy pogawędzić z Dannym przez barierkę. Któż mógłby wtedy przypuszczać, że bez problemu przejdziemy za scenę, porozmawiamy ze wszystkimi członkami zespołu, posłuchamy półpijackich wynurzeń Lee, która przyznała, że zdążyła już skończyć wino, z którym zeszła ze sceny w połowie koncertu, zdobędziemy podpis każdego, a koniec końców, odprowadzimy spragnionego miłości Danny'ego do hotelu. Tak, chciał zagrać prywatny koncert akustyczny. Nie, nie dla mnie. Zdążyłem wyrobić sobie opinię na temat wszystkich braci Cavanagh i uważam, że Vincent to jeden z najmilszych muzyków w naszym progresywnym światku. Tej nocy zasypiałem z dziesiątkami nowych, niezaschniętych jeszcze wspomnień. Zasypiałem w pełni szczęśliwy.

   O godzinie dziewiątej siedzieliśmy już na dworcu, gdzie przyszedł moment pożegnania. Obyło się bez emocji na poziomie "Casablanci", ale gdzieś tam w głębi duszy i ja, i Monika, byliśmy smutni, że taki cudowny weekend właśnie się kończy. I rzeczywiście, tym razem nic nie śmierdziało na dworcu ;)

   Life is eternal

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

KONCERT - Kto nie skacze, ten z policji! - Kraków Coke Live Music Festiwal 2010 (21 VIII)

  Muse. Zespół wielbiony, poważany, popularny jak sam Lucyfer, a zarazem mieszany z błotem, wyśmiewany. Z jednej strony "skończyli się na "Orgin of Symmetry"", z drugiej "dopiero rozwinęli skrzydła na "Absolution"". W mrocznej otchłani internetu można znaleźć tyle samo pieśni pochwalnych, co totalnego gnojenia. Ale kilka miesięcy temu, kiedy ogłoszono tegoroczne gwiazdy Coke Live Music Festiwal, wszyscy byli zgodni - koncert Muse trzeba zobaczyć. No bo przecież nikt nie odmówi chłopakom jednego - na żywo rozpierdalają sufit! Gdy piszę te słowa, dzieli mnie półtora dnia od krakowskiego występu grupy. Myśli cały czas wracają pod ogromną scenę, a opaska na ręce wciąż delikatnie drapie w miarę wycierania klawiatury. Nie potrafiłbym nie podzielić się swoimi przeżyciami.

  Na początek, jak zawsze, zajmę się podróżą, dlatego zainteresowanych jedynie samym koncertem zapraszam do akapitu pod zdjęciem. Z naszej ukochanej metropolii wybrało się - uwaga - sześć osób (w tym jedna przyjezdna, której całkiem nieźle się powodzi w popularnej ostatnio Leśnej, co to ich tam fale zalewają). Świadomi ośmiogodzinnej przeprawy pociągami, która nas czekała, uzbrojeni po zęby w prywatne odtwarzacze muzyki i słuchawki oraz bardzo dobry nastrój, wsiedliśmy do obskurnego wagonu. Na zegarku 5:35 rano, czyli "to już za siedemnaście i pół godziny". Niestety, miny zrzedły na widok plastikowych siedzeń i zapach pociągowej toalety o poranku. Z trzygodzinnej wędrówki do Wrocławia, czyli jedynego otwartego na świat miasta w pobliżu, miło wspominać będę konduktora, który opuścił nam trzy złote za przejazd. "Na czekoladę!", jak to sam uznał. Zdążyliśmy też obstawić po piętnaście utworów, jakie Muse według nas miałoby zagrać (specjalnie nie sprawdzaliśmy setlist z ostatnich występów), każdy własną. Zwycięzcy obiecaliśmy piwo... Które kupi sobie sam.

  Wrocław przywitał nas rozkręcającym się upałem. Miła odmiana po całym miesiącu deszczów i zachmurzeń. Godzina patrzenia w przestrzeń i nurek w pociąg linii TLK, wraz z morzem napalonych ludzi, którzy na weekend postanowili chyba odwiedzić babcię mieszkającą na trasie Wrocław - Kraków. Pozytywne zaskoczenie - przedziały; w naszym województwie jakby zapomniane. Negatywne zaskoczenie - wszystkie zajęte. Czarne chmury zgromadziły się nad moją głową, ale zanim spadły pierwsze krople deszczu, doczepili do nas dwa świeżutkie wagony. I takim sposobem, w podróży na Śląsk towarzyszył nam zabawny Ślązak bez przedniego zęba, który sam przedstawił się jako "Ślązak drugiej klasy", czyli nie-do-końca-Ślązak. W każdym razie - mieszkał na Śląsku i częstował nasze kobiety cukierkami od babci, które te potajemnie chowały, ze względu na klasyczne "nie bierz słodyczy od miłego nieznajomego".

  W Katowicach dopiero nasza koncertowa gromadka została do końca skompletowana, zostały tylko dwie godziny drogi do Krakowa. Właśnie wtedy po raz pierwszy przekląłem słońce (dorzuciło do pieca, termometry wskazywały okolice trzydziestu stopni) i powoli traciłem nadzieję na jakiekolwiek zachmurzenie, ciesząc się w myślach, że główny koncert odbędzie się bardzo późno, gdy nocny wiatr dobrze przewietrzy teren festiwalu. Pozostała droga minęła dosyć szybko, głównie za sprawą klozetowych dowcipów (pozdrawiam Gutka! :D)

  Kraków tętnił życiem jeszcze bardziej niż zwykle. Na miejsce koncertu postanowiliśmy dojechać darmowymi autobusami zorganizowanymi przez miasto. Tych z kolei było niewiele, więc wepchanie się do środka zawdzięczam jedynie własnej przebiegłości i łokciom. Summa summarum, w autobusie upchało się chyba trzy razy więcej osób niż jest to dopuszczalne przez wszelkie przepisy BHP. Stałem obklejony przez ludzi, jedną rękę ledwo trzymałem się najbliższej rurki. Humor dopisywał wszystkim, grupowe "łooooo" towarzyszyło każdemu zakrętowi. Nie zapomnę wariata, który jakoś zdołał przez chwilkę hycać w miejscu i krzyknąć "Kto nie skacze, ten z policji!". Autobus zatrzymywał się na stacjach, ale nikt do nas nie chciał wejść - czyżby zapach dziesiątek skrępowanych w powietrzu pach?

scena główna


 Coke Live Music Festiwal - ostatni letni koncert zorganizowany przez Alter Art. Olbrzymia impreza aspirująca do miana drugiego Open'era. Wielkie pole na terenie starego lotniska wyglądało majestatycznie w promieniach zachodzącego słońca (żegnałem się z nim, rozradowany w duszy). Mniejsze sceny pozostały dla mnie nieznane - od jednej odstraszał mnie pulsujący beat, od drugiej lista wykonawców. Skupiłem się na daniu głównym - wielgachnej, czerwonej budowli, na której grać zaczął właśnie The Big Pink.

The Big Pink

Brytyjski duet, Robbie Furze i Milo Cordell, wspomagany na scenie przez Japonkę Akiko Matsuura, zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie.Transowa i głośna muzyka, brytyjska do szpiku kości, duża ilość elektroniki, która na żywo przypominała mi Archive - wystarczyło, żebym z zainteresowaniem obserwował scenę i posłuchał debiutu grupy w najbliższym czasie. Zespół grał do zmroku, a po jego występie nadszedł czas na chrzczonego Heinekena i - niestety - wstanie z trawki. Zaczął się robić ścisk, bo na scenie rozkładał się popularny w naszym kraju Panic! At the Disco.

Panic! At the Disco
  Amerykanie szybko rozluźnili się na scenie, w czym z pewnością pomógł im pisk setek fanek i ogólne ożywienie w tłumie. Ich muzyki również do tej pory nie znałem, ale kilka utworów łatwo wpadło w ucho. Wokalista, Brendon Urie, przylizał się kilka razy, jakoby był to "najlepszy koncert, na jakim występował" i że chciałby nas wszystkich fuck. Należy mu oddać, że żywotności ma za dwóch, skakał, tulił się do kolegów, było go po prostu wszędzie pełno, czym wypełniał braki we własnym głosie. Za nic nie rozumiałem słów. Sama muzyka, choć skoczna i szalona (tempo zmieniało się co chwilę), w połowie trochę zaczęła mnie nudzić. "Bo nie znasz zespołu, kmieciu!" - krzykniecie, ale The Big Pink również nie znałem, a nie przeszkadzało mi to w dobrej zabawie. Tak więc, z zespołów "rozgrzewających" lepiej wspominam ten pierwszy.

  Panikarze przestali grać chwilę przez godziną 22, co oznaczało tragiczną godzinę czekania w tłumie. Jeszcze straszniejsza była za to suchość gardeł, dlatego wraz z kumplem (pozdrawiam Adama! :D) zdecydowaliśmy się na heroiczny gest - kupienie wszystkim wody. Ludzi za nami zebrało się już multum, ale staliśmy w charakterystycznym miejscu, co pomogło nam wrócić z wodą... Za pół godziny. W tym miejscu z chęcią zadałbym organizatorowi imprezy takie oto drobne pytanko: kto, do cholery, na festiwalu tak ogromnym (ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi) stawia dwa namioty z napojami innymi niż Heineken? Dziękuję cudownej nieznajomej, która kupiła dla nas cztery beskidzkie Krople. Szybkie nadrobienie płynów i najdłuższy kwadrans czekania... Wydłużony o dziesięć minut. Z takim bowiem spóźnieniem na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru.
typowy wygląd sceny w czasie Muse
Muse
  Było wiadomo, że oglądniemy nieco okrojone show, ale scena i tak robiła niesamowite wrażenie. Ekrany w kształcie plastrów miodu, fenomenalne lasery, dziesiątki świateł - wszystko wybuchło jak jeden mąż wraz z rozpoczęciem "New Born". Akurat tego utworu nie spodziewałem się na rozpoczęcie, ale - wraz z poszarpanym riffem - olbrzymi tłum zafalował w podskokach. Wokal Bellamy'ego był rewelacyjny, ten człowiek na żywo potrafi wszystko zaśpiewać z taką perfekcją, jak w studiu. Czyli wszystkie opinie w tym temacie okazały się prawdziwe. Nie wierzę, że ktokolwiek stał prosto na "Map of the Problematique". Wizualia topiły gałki oczne, a czysty dźwięk, z basem Chrisa na czele, zatrzymywał serce.
 Wtedy uświadomiłem sobie naprawdę, na jakim koncercie jestem. Podczas "Uprising" słowa refrenu wyświetlały się na "plastrach", ale nie sądzę, aby było to ludziom potrzebne. Tysiące głosów odśpiewało buntowniczy refren z rękoma w powietrzu. Wyglądaliśmy wtedy jak prawdziwa armia. Bardzo dobrze, że Tadeusz daleko w Toruniu nie był w stanie tego zobaczyć. Przestraszyłby się nie na żarty. Pierwszą część koncertu zakończył "Supermassive Black Hole", który zawstydził każdego próbującego nucić z Mattem refren (w tym mnie, oczywiście :D)

  
Następne (pi razy drzwi) dwadzieścia minut Muse przeznaczyło na cichszą kontemplację. "Guiding Light", jeden z moich ukochanych kawałków z najnowszego albumu, zachwyciło patosem. Matt tutaj nie śpiewał,on wznosił się w niebiosa. Krótki przerywnik w postaci nieznanego mi dotąd "Nishe" (nawet nie wiedziałem, że to osobny utwór!) i lider zasiadł do lśniącego fortepianu. To mogło oznaczać tylko jedno - "United States of Eurasia".

prawdziwy wariat na scenie
 Kochane przez jednych, przez drugich nienawidzone. Ja zaliczam się do pierwszej grupy, dlatego byłem w siódmym niebie, krzycząc z tłumem "Eurasia! SIA! SIA!". Niestety, zabrakło znanej z płyty chopinowskiej nokturny. Tę spokojniejszą część występu zespół zakończył singlowym "Undisclosed Desires", na który zaplanowana była akcja z latarkami. W tylnej część publiki mnóstwo osób włączyło wtedy flesze w telefonach i aparatach, z przodu ponoć "zapomniano". Szkoda.

Zwiane piłeczki z "Plug In Baby"
  Pierwsze, nieco zmienione dźwięki "Bliss" zwiastowały powrót tych bardziej dynamicznych utworów. To jeden z moich ulubionych utworów, dlatego niemalże ze łzami w oczach wyłem słowa refrenu. "Resistance" - co nie zaskakujące - zabrzmiał jak prawdziwy stadionowy hymn, podniosły refren zatrząsł Krakowem niczym Godzilla. Po nim - "Boże, nareszcie" (autor nie ukrywa uwielbienia) - pojawił się pierwszy reprezentant z potraktowanego po macoszemu "Absolution", genialny "Time Is Running Out". Wstęp do refrenu odśpiewała publiczność ("Bury it / I won't let you bury it / I won't let you smother it / I won't let you mu...nana na!" - ostatnio wers trochę się "rozmył" :D), ale wszyscy - razem z Mattem - szaleli podczas tłustego riffu, każdy też jęczał "ja ja ija ija!". Na kolana powalił ostatni kawałek przed przerwą - "Plug In Baby". Istny szał, nawet jeżeli kultowe piłkooczy zwiał nam wiatr.

 Na bis trio zafundowało drugiego killera z "Absolution" - "Hysteria". Bas miażdżył jajka, a solówka Bellamy'ego, zaskakująco zgodna z wersją studyjną (zapomniałem dodać, gitarowe popisy często różniły się od tych znanych z albumów), gdyby mogła, podpaliłaby pewnie scenę. Na sam koniec Christopher zaczął grać na harmonijce "Man With a Harmonica" Ennio Morircone, co mogło oznaczać tylko jedną, wspaniałą i smutną zarazem wiadomość - czas na ostatnie "Knights of Cydonia". Chyba nie muszę nawet pisać, że bawił się każdy. Po raz ostatni pole pod sceną Coke Live Music Festiwal zabrzmiało tysiącami głosów, wszyscy wiedzieli, że "You and I must fight to survive!". Po tym utworze na scenie wzniosły się kolumny dymu, w których zniknął zespół Muse.


  Coke Live Music Festiwal 2010 zakończył się z przysłowiową "pompą" - wyjątkowo długim pokazem sztucznych ogni w rytm patetycznej muzyki. Idealne zwieńczenie koncertu Muse. Pozostało tylko napić się chrzczonego piwa i udać się do długiej kolejki oczekującej na darmowe autobusy. Usłyszałem raz "Gdzie jest krzyż?", więc humor w dalszym ciągu dopisywał. Pan w żółtym kubraczku skandował ("Czyżby? Tak! To następny żółty autobus, gotowy do wyjazdu!"), w towarzystwie jego słów bez problemu wsiedliśmy do pojazdu i odjechaliśmy na peron.

  Będzie co wspominać? A jak myślisz? ;)

  Chciałbym serdecznie pozdrowić wszystkich, dzięki którym ten wyjazd był tak wspaniały, to jest Nestera, Gutka, Kej-Keja, Snoszka, Ping-Ponga, Tomka i Michała. Wszyscy też dziękujemy Agnieszce i Bajdziochowi za gościnę, płatki śniadaniowe i prysznic! :) Fotografie możecie oglądać dzięki uprzejmości Oli Roczek (całą resztę znajdziecie pod tym linkiem)