Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blindead. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blindead. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 marca 2011

KONCERT - Blindead, klub Firlej, Wrocław (25.03.2011)

  Koncert Blindead miał być dobrym rozpoczęciem "sezonu ogórkowego" wiosennych koncertów. Takim, który sprzeda solidnego kopniaka w twarz i przypomni wreszcie o bólu szyi. Zespół wydał przecież fenomenalny album, który - z racji faktu jego budowy, spójności i konceptualnej formy - odgrywany jest na każdym koncercie w całości. I jak miałbym nie traktować za obowiązek ujrzenia na żywo mojego "drugiego" albumu roku 2010? Odpowiedź nie wymaga specjalnej "rozkminy" - musiałem Blindead w końcu zobaczyć. Zaryzykowałem kilka miesięcy temu, odpuszczając wyjazd do Poznania (jakże fortunna decyzja! Wydarzenie zostało odwołane w ostatnim momencie) i bogowie brutalnego metalu muszą mi sprzyjać, bowiem wkrótce zespół ogłosił przyjazd do wrocławskiego klubu Firlej, do którego mam - z zegarkiem w ręku - siedem minut spacerkiem.

  Na początku należy wspomnieć o supporcie. W cenę biletu (wystarczająco niską, więc zakup piwa nie obarczał nikomu sumienia) wliczone były występy czterech grup. Pół godziny każdy. Całkiem sporo, rzeczywiście, ale poznać zaciekle walczących nowicjuszy polskiej sceny (użyję teraz TEGO zwrotu, przeciwnicy zostają ostrzeżeni) postmetalowej - moim skromnym zdaniem - zawsze warto. I przyznam wprost, dobrze bawiłem się na połowie z nich. Szokująco wypadł Obscure Sphinx, który określiliśmy mianem "Cult of Luna z damskim wokalem". Łączyli nastrojowe pejzaże z iście demoniczną "rozpierdolką", którą potęgował fakt, że za złowieszczy growl odpowiadał nie stylizowany na wikinga brodacz, lecz - pisząc wprost - seksowna Wielebna (pseudonim nieadekwatny do ubioru, uspokajam męską część publiczności). Nie stronili od transowego, psychodelicznego brzmienia i pomysłowej elektroniki, czym zabsorbowali moją uwagę i wzbudzili nielichą ciekawość, jak to brzmi po studyjnym dopieszczeniu. Nadchodzący album - "Anaesthetic Inhalation Ritual" z pewnością przewinie się przez moje głośniki.

  Równie intrygująco wypadł projekt klawiszowca Blindead, Hervy'ego, nazwany skrótowo HRV. Bartek zasponsorował wszystkim miażdżaco ciężką mieszankę muzyki elektronicznej, industrialnej, trance i... drone? Ciężko zaszufladkować to istne tsunami mrocznej elektroniki i automatyczną precyzję perkusji. Ale o ile ja w te dźwięki zanurzyłem się natychmiast, tak towarzyszącym mi dookoła metalheadom sprawić to musiało nie lada problem. Ja "przybiłem głową gwoździa" przy HRV z przyjemnością.

  Łatwo już domyślić się, że to właśnie Vidian i Forge of Clouds doprowadziły Waszego uniżonego komentatora do stanu lekkiego znużenia. Ludziom ich krótkie występy (zwłaszcza drugiego bandu)  przypadły do gustu o wiele bardziej, jednak dla mnie okazały się zbyt surowe, za ciężkie. Słysząc niekończące się ryki, ziewnąłem przeciągle kilkukrotnie. Jednak pokaz Forge of Clouds przetrwałem dzielnie pod samą barierką. Wiedziałem, że niebawem zrobi się tłoczno i potrzebowałem odrobiny przestrzeni przed sobą do odpowiedniego "konsumowania" "Affliction XXIX II MXMVI" Krótki soundcheck, błysk świateł i...


  Kapanie wody. Skrzypienie drzwi. Dokładnie tak, jak powinna się zaczynać sceniczna "interpretacja" ostatniego albumu. Chłopaki rozstawili się na małej scenie, Marek Zieliński i Mateusz "Havoc" Smierzchalski chwycili za gitary, Konrad Cieselski usiadł na swoim miejscu za garami, Piotrek Kawalerowski poprawił zbyt luźny pas od swojej gitary basowej, Bartek Hervy od jakiegoś już czasu operował klawiszowym podkładem. Rozpoczęła się smutna melodia, pierwsze uderzenia w bębny. Klimat swymi mrocznymi łapami pochwycił wszystkich. Patryk Zwoliński zbliżał się powoli do mikrofonu, bujając ciałem niczym szmacianą lalką w rytm psychodelicznego walczyka. Wreszcie z jego ust, ku uciesze wszystkich, padły pierwsze słowa i nie było już ucieczki. Nadzieje i marzenia każdego powoli zamieniały się w "Affliction XXIX II MXMVI".

  Brzmienie. Być może nie jestem znawcą, ale Firlej zapunktował w moich oczach. Idealnie słychać było wokal Patryka, zarówno podczas melorecytacji, jak i growlu z piekła rodem. Gitary nie zagłuszały klawiszy, co przecież zdarza się nader często w tego typu muzyce, a perkusja... Przyznam szczerze, to właśnie gary całkowicie mnie miażdżą na "Affliction XXIX II MXMVI". I Cieselski odwalił kawał wspaniałej roboty, jego prywatny teatr z pałeczkami nieustannie rozlewał miód na mą muzyczną duszę.

  Tego typu koncert to niebezpieczne przedsięwzięcie. Po pierwsze, zespół musi naprawdę wybornie oddać koncept album, bez żadnych ujm w jego nastroju i emocjach, jakie winny mu towarzyszyć. Po drugie, nawet jeżeli uda im się to znakomicie, ludzie pod sceną mogą uznać, że było "nudno", bez żadnych zaskoczeń. Ja stałem niejako po drugiej stronie barykady - przedstawienie "Affliction XXIX II MXMVI" w całości traktowałem jako prawdziwy test umiejętności Blindead. Test, który panowie zdali, przyznam od razu. Nawet nie zauważyłem, że minęły trzy kwadranse i podstawowa część setlisty dobiega końca. Osiągnąć to z pewnością pomogły wizualizacje Romana Przylipiaka - równie przygnębiające i psychodeliczne, co ostatnie dzieło Blindead. Chociaż osobie niezaznajomionej z konceptem z pewnością nie udałoby się go rozszyfrować, patrząc wyłącznie na obraz z rzutnika.

  Na koniec chłopaki spełnili moje małe marzenie i zagrali wyjątkowo długi utwór "Impulse", z EPki o tym samym tytule. Oklaski towarzyszyły muzykom jeszcze długo po zejściu ze sceny. Do pełnego spełnienia brakowało mi tylko sześciu podpisów na moim egzemplarzu "Affliction XXIX II MXMVI", które - co przyznam z nieukrywaną satysfakcją - zdobyłem bez problemu. Z klubu Firlej wychodziłem zmęczony i przygłuchy, moja szyja powoli dawała o sobie znać (i nie przestała aż do teraz), ale byłem szczęśliwy. Jeżeli tak rozpoczęła się koncertowa wiosna, nie mogę się doczekać kwietnia :)

poniedziałek, 24 stycznia 2011

MUZYKA - Blindead - Affliction XXIX II MXMVI (2010)



1. Self-consciousness Is Desire and (08:11)
2. After 38 Weeks (04:12)
3. My New Playground Became (06:05)
4. Dark and Gray (06:17)
5. So, It Feels Like Misunderstanding When (06:05)
6. All My Hopes and Dreams Turn Into (07:59)
7. Affliction XXVII II MMIX (07:18)

Całkowity czas: 46:07

  Przyznam szczerze, że na ten album czekałem naprawdę jak na zbawienie. Dlaczego? Poznałem zespół Blindead zaraz po wydaniu płyty „Autoscopia: Murder In Phazes”. Już wtedy był dla mnie jasny pewien fakt – to jest zespół absolutnie wyjątkowy. Cofnąłem się więc o dwa lata wstecz i sięgnąłem po debiutancki „Devouring Weakness”. Nie będę owijał w bawełnę i pisał, że od razu mnie panowie z Blindead swym pierwszym krążkiem urzekli – nie, nie. Na początku słuchało mi się tego bardzo ciężko. Z każdym przesłuchaniem album zyskiwał na wartości, choć nie mogę powiedzieć, że dobił on do poziomu swego następcy – „Autoscopii”. Znam już dobrze pierwsze dwa krążki – przerwa.

  Po dobrym debiucie i kapitalnej wręcz drugiej płycie ukazał się mini album – „Impulse”. Wtedy właśnie o formacji Blindead sobie przypomniałem. Powalającą kompozycją okazał się absolutnie genialny numer tytułowy. Długi, transowy, wciągający i bardzo przestrzenny utwór okazał się być post-metalowym cudem. Wtedy byłem pewien, że Blindead to wielka nadzieja gatunku, który w naszym kraju na pewno dobrze nie prosperuje. Na dodatek nadzieja na skalę światową. Teraz już nie ma wątpliwości. Po „Affliction XXIX II MXMVI” Blindead jest rozpoznawany nie tylko w Polsce. Nową płytą trójmiejskiej kapeli zachwycają się bowiem słuchacze z całego świata. Ci, którzy w gatunku siedzą nie od dziś, twierdzą, iż „Affliction” można stawiać na równi z klasykami takich zespołów, jak Isis, Cult Of Luna, Minsk, czy nawet Neurosis. Trudno się nie zgodzić. Chwała Polakom za to.

  Najnowszy album Blindead to koncept opowiadający historię pewnej dziewczynki chorej na autyzm. Chcąc się zagłębić w sens owej opowieści, należy przeczytać fantastyczne opowiadanie Piotra Kofty – „Rytm”. Znajduje się ono w książeczce, która zresztą stanowi dodatkowy atut albumu. Wydanie jest bowiem wprost przepiękne. Prócz opowiadania możemy ujrzeć teksty napisane w sposób niezwykle charakterystyczny (niestaranny) oraz rysunki autorstwa Katarzyny Sójki, które idealnie pasują do całego konceptu i klimatu, który oddaje nam muzyka zawarta na „Affliction”. W książeczce wszystkie teksty mają wyróżnione jedno zdanie, które jest oznaczone kolorem czerwonym. Do każdego utworu również mamy dopasowane rysunki inspirowane sztuką Leonarda Da Vinci. Wszystko to współtworzy cudowną całość, ale w końcu najważniejszą jej częścią jest sama muzyka…

  Nie sposób mówić o poszczególnych utworach, jak i nie sposób słuchać albumu inaczej niż w całości, w pełnym skupieniu. Siedem pięknych i równych kompozycji zostało podzielonych na dwa zdania, które oddziela od siebie „kropka” pod koniec czwartego tytułu.

  Zdanie pierwsze… „Self – consciousness is desire and after 38 weeks my new playground became dark and gray.”

  Zaczyna się spokojnie, lecz mrocznie. Kapanie wody. Klimatycznie grający kontrabas Bartka Reszelara wciąga nas w początek otchłani, która z każdym dźwiękiem zaczyna się rozkręcać, aż w końcu wybucha potężnym riffem. To jeden z najmocniejszych momentów tego dzieła – już na sam początek. We znaki daje się również pięciostrunowy bass Piotra Kawalerowskiego oraz przeraźliwy wrzask Patryka Zwolińskiego/all the world dreams are / In this picture/. W końcu wszystko się uspokaja. Patryk zaczyna śpiewać delikatnie, a w zasadzie można tutaj nawet mówić o melorecytacji. Gitary są łagodne, w tle pięknie pogrywa trąbka Maćka Lubienieckiego. Melodia powoli przemija – leniwie i melancholijnie./I have a strong sense of assured safety/. Nagle znów wracamy do „żywszego” tempa. Nie ma jednak mowy o ciężkich i brutalnych partiach. Wspaniale spisuje się na perkusji Konrad Ciesielski uderzając równo i w najbardziej odpowiednim momencie. Cudowna i barwna gra smutnych mimo wszystko gitar, uwypukla nam rzecz, która staje się pierwszym planem – dwuliniowy wokal. Z jednej strony potężny krzyk Patryka, z drugiej lekki i czysty śpiew Jana Galbasa będący pięknym tłem i uzupełnieniem dla głównego wokalisty. Nagła eksplozja i przyspieszenie/you never speak my name/. Po raz kolejny zmiana klimatu rzucająca nas w ciemną i szarą przepaść. Tym razem prócz niskiej linii basu i kapitalnie brzmiącej perkusji na pierwszy plan wysuwają się klawisze. Depresyjne brzmienie „psychodelicznej bajki” stworzyli nam tutaj Bartosz Hervy oraz Paweł Smakulski. Patryk ponownie bardziej mówi niż śpiewa, a jego głos brzmi bardzo nienaturalnie. Pierwsze zdanie kończy się w sposób o tyle genialny, co dobijający/A blackness to hurt your ears with listening/.

  Zdanie drugie… „So, it feels like misunderstanding when all my hopes and dreams turn into affliction XXVII II MMIX”

  Smutek powoli wyłania się, jakby z oceanu, by po chwili uderzyć potężną i agresywną falą dźwięku. Wszechmocne gitary Marka Zielińskiego oraz Mateusza Śmierzchalskiego – znanego bardziej pod pseudonimem Havoc – dosłownie wgniatają swoją potęgą. Po chwili robi się spokojniej. Wchodzi wokal, a klawisze wręcz podcinają nogi dając wyraźnie do zrozumienia, iż nic wesołego już się nie wydarzy. Każdy dźwięk wciąga nas w czarną przestrzeń bezradności – królestwo czystości /Kingdom of purity/. Spokój. Smutny spokój prowadzi nas poprzez kolejną bramę. Drugie zdanie już teraz wydaje się być jeszcze smutniejsze od pierwszego. Odgłosy bawiących się dzieci jeszcze bardziej pogłębiają te odczucia. Melancholia rozpaczy. Patryk śpiewa: „I wish I knew how to travel in time”. Sekundy bezradnie mijają do momentu „Cruel betrayal” i kolejnej dawki ciężkich uderzeń /no one want to be alone/. Zakończenie. Odpowiednio wywarzone nuty delikatnie plączą się tworząc atmosferę zwiastującą nadejście kolejnego, ostatniego już wybuchu. Coś wyraźnie wisi w powietrzu. Czuje się to z każdym następnym tchnieniem. Wspaniale grające gitary powoli doprowadzają nas do końca tej niezwykle smutnej, choć pięknej opowieści muzycznej. Wielki finał. Ostateczne, wspomniane już wcześniej uderzenie. Krzyk Patryka, który wyśpiewuje tytuł „Affliction” oraz słowa „I pray for your souls” i… kapanie wody/Well I Shall have to stay here for ever and ever/.

   Po pierwszym przesłuchaniu tego albumu czułem się dość dziwnie. Wydawało mi się, że coś jest nie tak. „Affliction” jednak niczym owoc dojrzewał wraz z każdym następnym odsłuchem i mogę śmiało stwierdzić, iż przebił kapitalną zresztą „Autoscopię”.

  Cóż… wspaniała muzyka, wspaniałe wydanie, wspaniały koncept, wspaniałe opowiadanie Piotra Kofty. To wydawnictwo zbudowane jest po prostu idealnie. Warto więc się zagłębić w muzykę oraz w cały sens albumu, koniecznie czytając przy tym niewesołe (delikatnie mówiąc)  opowiadanie, będące według mnie nieodłączną częścią tego arcydzieła.

Ocena: 10/10

sobota, 22 stycznia 2011

MUZYKA - Podsumowanie roku 2010 w oczach Bartka: część 3/4

Część trzecia bartkowego podsumowania, które zaczyna się tutaj. 
(zapraszamy również do zapoznania się z krótkim zestawieniem płyt roku Adama.)


10. As I Lay Dying – The Powerless Rise

Kolejny album As I Lay Dying udowadnia, że jeśli chodzi o amerykański metalcore, to Lambesis i spółka już dawno odskoczyli takim kapelom, jak choćby Killswitch Engage, czy All That Remains. Porywający i niezwykle melodyjny album, otwierający przy okazji pierwszą dziesiątkę.








9. The Pineapple Thief – Someone Here Is Missing

Złodziej ananasów to kolejny zespół w pierwszej dziesiątce, i muszę przyznać, że stanowi naprawdę mocną pozycję. „Someone Here Is Missing” to album urzekający pięknem, jak choćby w tytułowej kompozycji oraz wspaniałym klimatem, gdzie za przykład posłużyć może wieńczący album „So We Row”. Ósmy album Złodzei ananasów, jak najbardziej powinien skraść i nasze serca.






8. Red Sparowes – The Fear Is Excruciating, But Therein Lies The Answer

Trzecia studyjna płyta wspaniałego kalifornijskiego bandu to ogromny zastrzyk smutku i melancholii, z czego zresztą Red Sparowes słynie nie od dziś. Co ciekawe, pozycję ósmą w zeszłym roku odnotował u mnie również zespół grający instrumentalną odmianę post rocka - Pelican. Wtedy chodziło bowiem o album „What We All Come To Need”. Jest to oczywiście zbieg okoliczności, a najnowsze dzieło Red Sparowes z pewnością na miejsce w pierwszej dziesiątce tego roku zasłużyło. Tym razem (na szczęście - dop. Adam), tytuły poszczególnych utworów nie są długie, co dla tej formacji byłoby oczywistością, o czym może świadczyć choćby tytuł "And by Our Own Hand Did Every Last Bird Lie Silent in Their Puddles, the Air Barren of Song as the Clouds Drifted Away. For Killing Their Greatest Enemy, the Locusts Noisily Thanked Us and Turned Their Jaws Toward Our Crops, Swallowing Our Greed Whole" z albumu „Every Red Heart Shines Towars The Red Sun”, dlatego nie mogę się oprzeć wytypowaniu moich trzech faworytów z nowego wydawnictwa. „Wielkie Trio” tworzą „A Swarm”, A Mutiny” oraz kończący „The Fear Is Excruciating But Therein Lies The Answer” – „As Each End Looms And Subsides”. Tak naprawdę jednak - cały album stoi na niezwykle wysokim i równym poziome.

7. Rosetta – A Determinism Of Morality

Po zespole Red Sparowes wciąż pozostajemy przy kategorii „post”. Tym razem jednak będzie zespół grający ciężej, a do tego z wokalistą. Trzeci album zespołu Rosetta to nic innego, jak czysty post metal, i to taki z „wyższej półki”, co potwierdza jego wysoka pozycja albumu. Nie ma utworu, do którego mógłbym się przyczepić. Od otwierającego „Ayil” do zamknięcia w postaci numeru tytułowego, panowie trzymają nas w magicznym „postnym” klimacie swej znakomitej muzyki.




6. Coheed & Cambria – Year Of The Black Rainbow

Amerykański album roku – tak w skrócie mogę opisać najnowsze dokonanie Coheed & Cambria. „Year Of The Black Rainbow” jest chronologicznie pierwszą częścią ich konceptu „The Amory Wars”, więc chyba w bardzo odpowiednim momencie poznałem, czy w zasadzie polubiłem twórczość owego zespołu. Wcześniej bowiem znałem już Coheed & Cambria, lecz nie przepadałem za nimi (na dodatek głos wokalisty Claudio Sancheza nie przypadał mi do gustu). Od tego albumu wszystko się jednak zmieniło. Bardzo, bardzo dobra rzecz.




5. Frontside – Zniszczyć Wszystko

Ósmy studyjny album królów polskiej sceny metalcore’owej to – śmiało mogę powiedzieć – ich najlepsze wydawnictwo. Chociaż przy okazji wydania poprzedniej płyty, którą była bardzo dobra „Teoria konspiracji”, myślałem, iż sosnowiczan nie stać już na jeszcze lepszą płytę… Myliłem się. „Zniszczyć wszystko” jest albumem świetnie wywarzonym, zachowującym idealne proporcje między czystym metalcore’em, a deathcore’em. Najnowszy longplay formacji Frontside jest również o wiele cięższy nie tylko od „Teorii konspiracji”, ale również od płyt „Absolutus”, a nawet „Zmierzch Bogów – Pierwszy krok do mentalnej rewolucji”. Warto zaznaczyć, iż otwieraczem na nowym krążku jest pierwszy w historii zespołu kawałek tytułowy- naprawdę mocna rzecz, jak zresztą cała płyta – dwanaście świetnych metalowych numerów, z których część miałem okazję już usłyszeć na żywo.

4. Division By Zero – Independent Harmony
Tuż poza podium, kolejny świetny, a do tego polski album. Independent Harmony to płyta wspaniale zachowująca przestrzeń między lekkimi motywami, a cięższymi, metalowymi. Trzeba jednak powiedzieć otwarcie, że debiut w postaci „Tyranny Of Therapy” był nieco cięższy. Nie jest to jednak, broń Boże, żaden zarzut w kierunku albumu, na który czekałem od dawna, i w żadnym wypadku się nie zawiodłem. Panowie z Division By Zero pokazali duże umiejętności w tworzeniu progresywnego metalu na ogromnym poziomie, a i na żywo materiał sprawdza się znakomicie, co miałem już okazję osobiście w zeszłym roku przetestować – już w sumie dwukrotnie. Szkoda tylko że pod sam koniec tego wspaniałego dla Division By Zero roku, odszedł od nich klawiszowiec Robert Gajgier. Oby znaleźli godnego Roberta następcę i nagrywali kolejne znakomite albumy.

3. Anathema – We’re Here Because We’re Here 

Podium otwiera album, który, przyznam się szczerze, był moim faworytem numer jeden do zajęcia pierwszego miejsca w kategorii na najlepszy album roku 2010. Konkurencja okazała się być jednak w tym roku naprawdę potężna, stąd „dopiero” trzecia pozycja tego wspaniałego albumu. Długo kazała nam Anathema czekać na swoje nowe wydawnictwo, bo siedem lat minęło już od pięknej płyty o równie wspaniałym tytule – „A Natural Disaster”. Przez te siedem lat można było zobaczyć w sieci różne tytuły poszczególnych utworów, różne tracklisty nowego albumu a także sama jego nazwa przez długi czas była zupełnie inna od ostatecznej wersji („Horizons”). Nieważne jednak ile czasu minęło, a najważniejsze, iż w końcu Anathema nagrała kolejny piękny, wspaniały album. Oby na następne ich wydawnictwo nie trzeba było czekać kolejnych siedem lat.

2. Blindead – Affliction XXIX II MXMVI

Najlepszy polski album, bez dwóch zdań. O krok od zwycięstwa w ogólnej klasyfikacji, gdyż tak naprawdę, do samego końca zastanawiałem się, czy oni, czy jednak może… . Przed tym zespołem na pewno drzwi do wielkiej przyszłości stoją szeroko otwarte i wręcz proszą się, aby przez nie przejść. Nie ma wątpliwości, że można (i trzeba) być dumnym, iż są polakami, bo co tu ukrywać… na polskiej scenie post-metalowej raczej posucha, a oni mogą spokojnie konkurować z najlepszymi na świecie. „Affliction…” to prawdziwe arcydzieło, na które składa się nie tylko wspaniała warstwa muzyczna, ale i urzekający koncept opowiadający o trzynastoletniej dziewczynce chorej na autyzm, a także przepiękne wydanie albumu.

1. Iron Maiden – The Final Frontier

Cóż… chyba inaczej być nie mogło. Iron Maiden wspięło się na swoje kompozytorskie wyżyny, a możliwości mają ogromne, co udowodnili już niejednokrotnie. „The Final Frontier” jest albumem niezwykle rozbudowanym i progresywnym, o czym świadczy jego długość. Jest to bowiem najdłuższy longplay w historii tego brytyjskiego giganta heavy metalu. Wielkie ukłony dla całego zespołu, który wciąż nagrywa tak wspaniałe płyty. Oby w przyszłości było równie dobrze, co teraz, i oby Ironi uraczyli nas przynajmniej jeszcze jednym studyjnym krążkiem w swojej dyskografii. Warto dodać, że byłby to już ich szesnasty z kolei. „The Final Frontier” to wielki album. Nic dodać, nic ująć.

czwartek, 30 grudnia 2010

MUZYKA - Najlepsze albumy roku 2010, część II (pozycje 6-1)

Pragnę zaznaczyć, że to druga część zestawienia! Pierwszą znajdziesz niżej (użyj umiejętności myszki: scroll) lub pod linkiem, jeśliś leń: Teleportacja!

6. Arcade Fire - The Suburbs

   Oj, nietypowy to album. Długo zastanawiałem się nad dodaniem go do zestawienia, jednak wiedziałem, że "jeśli", to tylko pod samym szczytem. Ale skoro nagrywa się na samym początku kariery album taki, jak "Funeral", to liczyć się trzeba z tym, że trzeba będzie kiedyś tę wysoko zawieszoną poprzeczkę ponownie przeskoczyć. I "The Suburbs" (chyba, wciąż go odkrywam) najwyraźniej tego dokonali. Morze, prawdziwe morze dźwięków, nastrojów, barw i pejzaży. To drugi tak wielce różnorodny album naszego zestawienia (o następnym jeszcze wciąż nie pisaliśmy) i ten eklektyzm stanowi o jego potędze. Usłyszycie dynamiczne utwory, napędzane dziesiątkami bębnów, barokowe skrzypeczki, szalone partie pianina, rozmyte postrockowe gitary, akordeon, hawajski bas i wiele, wiele więcej, a wszystko pięknie domknięte wokalami żeńsko - męskimi. Album żywy, szczery i radosny do szczęku kości.

5. The National - High Violet

  Nagroda za wygenerowanie najbardziej jesiennego krajobrazu 2010 roku, gdyby takowa istniała, bezapelacyjnie trafić powinna do panów z The National. Co ciekawe, chłopaki tworzą naprawdę smutną muzykę, a odnoszą ogromny sukces komercyjny, co dobitnie pokazuje prześcignięcie np. Lady Gagi (czy jak tam się to pisze) w podsumowaniu Last.fm. "High Violet" zjada "Boxera" na śniadanie (chociaż może mi się za taką opinię oberwać) i był najczęściej powtarzanym przeze mnie krążkiem drugiego półrocza. Jeżeli jeszcze nie dałeś się "porwać" The National, albo co gorsza, nazwa ta po raz pierwszy zderza się z Twoją świadomością, leć w te pędy do sklepu! Albo chociaż... No wiesz... ;)



4. Anathema - We're Here Because We're Here

  OK, wchodzimy już do ścisłej czołówki tego roku i płyt, które nie pozostawią żadnego słuchacza obojętnym. "We're Here Because We're Here" to pierwszy studyjny album Anathemy od wydanego siedem lat temu "A Natural Disaster" i jest to rzecz bezgranicznie piękna. Krążek po brzegi wypełniony radością życia, poczuciem spełnienia i chęcią chwytania każdego momentu. Muzycznie, chłopaki łączą znaną już wrażliwość z postrockowymi eskapadami, a nad brzmieniem całości czuwał Steven Wilson, dlatego przestrzenny miks "We're Here..." kopie odbyty. Dodatkowy plus za wykonanie albumu na żywo w Inowrocławiu - był to naprawdę magiczny moment i spełnienie wielkiego marzenia.
Fantastyczna sprawa, wstyd nie znać.


3. Pain of Salvation - Road Salt One

  Przed nami już tylko trzy albumy, z których każdy może okazać się nieprzyswajalny dla zwykłego słuchacza. To płyty wymagające odrobinę chęci, zagrzebania się w ich konceptach, interpretacji tekstów i słuchania w skupieniu. I pierwszy z tej chlubnej trójki jest "Road Salt One" mojej kochanej grupy Pain of Salvation. Mieliśmy co prawda wcześniej albumy z grupy "pokochaj lub znienawidź", ale owe wyrażenie nabiera nowego znaczenia w przypadku pierwszego "Road Salt". Mamy tutaj do czynienia ze "staromodnym" brzmieniem (niczym nagrywane z biegu, bez udziału dźwiękowców i komputerów) i szalone połączenie wielu gatunków ubiegłego stulecia: hardrocka, punku, bluesa, ballad w stylu Queen, a nawet elementy gospel, country i walczyka. Wszystko oprawione w dwuznaczny koncept miłosny z przepyszną wisienką na torcie w postaci głosu Daniela Gildenlowa, jak zawsze fenomenalnego i chwytającego za serce. Ciężko się przebić, to prawda, ale "jak już w końcu póójdzie"..!

2. Blindead - Affliction XXIX II MXMVI

  Na miejscu drugim wielka niespodzianka oraz najbardziej mroczne, ciężkie i przejmujące dzieło roku - "Affliction XXIX II MXMVI", którego sam tytuł już intryguje. Psychodeliczna podróż w głąb świadomości autystycznej dziewczyny, zdominowana przez uczucie osamotnienia, izolacji, beznadziei i niewypowiedziane pragnienia. Słuchanie tego albumu w środku dnia mija się z celem. Rodzime Blindead dostarczyło nam krążek wyjątkowo mroczny, którego walory można docenić jedynie po zmroku. Muzycznie, to także unikalne przeżycie, bowiem jeszcze żaden postmetalowy album tak daleko nie zabrnął w klimatyczne i przeraźliwie zimne więzienie umysłu; najbliżej zawsze był zespół Cult of Luna i - dzięki "Affliction XXIX II MXMVI" - mamy nareszcie artystę (polskiego, kurka!), który nieosiągalny wcześniej poziom Szwedów... Prawdopodobnie przebił. Posłuchać powinno się, jeżeli nie straszne nam naprawdę ciężkie momentami riffy, "wyrzygane" przez wokalistę słowa i obskurny, wybrudzony do granic możliwości mastering. A jeśli nie jesteś pewny, czy takie klimaty do Ciebie trafiają, zapewniam, że najnowsze dzieło Blindead dostarczy Ci dużo, dużo więcej...


1. Lunatic Soul - Lunatic Soul II

  Miejsce pierwsze. Biały Album Lunatic Soul. Zaskoczony?
To zabawne, bo nawet nie potrafię traktować "Lunatic Soul II" jako osobnej, samodzielnej płyty. Słuchać jej powinno się razem z czarną poprzedniczką, a całość traktować inaczej niż grubą większość albumów zalegających na półce. Mariusz Duda stworzył na tym dyptyku dwubarwny świat - czarne limbo i białe więzienie. My, jako słuchacze, towarzyszymy zagubionej duszy w podróży, a właściwie obserwacji obu. Odczuwamy, tak jak ona, tęsknotę, zagubienie, żal, ale i tajemnicę, wszechobecną magię.
  Jeżeli jednak chcielibyśmy traktować "Lunatic Soul II" jako osobne dzieło i odciąć od dwuletniej już, czarnej połówki, to na pierwszym miejscu powinieneś postawić "Affliction XXIX II MXMVI". Jeśli zaś, w swoim poszukiwaniu muzycznej ekstazy, potrafisz odbierać Lunatic Soul w postaci jednego, dwupłytowego wydarzenia, przyznasz mi z pewnością rację, że to najbardziej emocjonalna podróż, jaką można przeżyć w tym roku.


  I to by było na tyle. Mam nadzieję, że powyższa lista przyda się osobom szukającym nowej, ekscytującej muzyki. Jestem też pewny, że Wasze zestawienia różniłyby się całkowicie od mojego, stąd prośba - nie bądźcie samolubni. Podzielcie się tytułami, które poruszyły Wasze serca.