Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bartosz trędewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bartosz trędewicz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 stycznia 2012

MUZYKA - Christ Agony - NocturN (2011)

W roku 1990 w Morągu powstał zespół Christ Agony, który trzy lata później zadebiutował płytą "Unholyunion". Był to pierwszy długogrający twór polskich black metalowców. Wcześniej nagrali oni dwa dema - "Sacronocturn" oraz "Epitaph of Christ". Minęło wiele lat, a skład zespołu uległ znacząco zmianie (z pierwszego składu pozostał jedynie wokalista i gitarzysta Cezary "Cezar" Augustynowicz). Obok niego na gitarze basowej gra Tomasz "Reyash" Rejek (między innymi Vader), a za perkusją występuje Zbigniew "Inferno" Promiński, znany choćby z formacji Behemoth i Azarath. W tym oto składzie zespół Christ Agony zarejestrował swój najnowszy longplay, który został wydany przez Mystic Production, a tytuł jego to "NocturN" (prawie jak pierwsze demko).

Warto wspomnieć, że na potrzeby tego wydawnictwa odbyła się sesja zdjęciowa przeprowadzona przez Krzysztofa "Sado" Sadowskiego (Vader, Kobranocka) , która miała miejsce w miejscowości Węsiory. Dokładniej rzecz działa się na cmentarzysku Gotów i Gepidów. Oprawę graficzną (w tym również okładkę) przygotował Michał Grabowski z BlackTeamMedia.

"NocturN" to nie jest jakiś płaski i banalny black metal. Ośmielę się nawet stwierdzić, że nie jest to najczystszy black, gdyż można tu się doszukać brzmień nieco bardziej melodyjnych, które mnie osobiście kojarzą się choćby z gatunkiem zwanym melodic death (np.utwór "The Stigma of Hell"). Nie chcę oczywiście tutaj w żaden sposób obrażać czarnej mocy wlanej w ten krążek. Płyta w końcu zaczyna się od mocnego (słownego) uderzenia nas po uszach słowami "Satan" oraz "Master", więc od razu panowie sugerują nam, że nie mamy do czynienia z niczym innym, tylko z black metalem.

Dostaniemy tutaj niejeden mroczny riff, który swoją mocą sprowadzi nas do pionu, a im głębiej ten album wdrążymy, tym bardziej nas zacznie wciągać. Kompozycje są dość długie. Tylko otwieracz trwa poniżej pięciu minut. Są więc dwa numery trwające ponad sześć minut, a także ponad siedmiominutowy "Flames of Several Suns" z partią bardzo dobrej gitary, która momentami brzmi wprost mistycznie. Moim faworytem jest jednak "Black Star Falling" z udanym rozwinięciem, w którym usłyszymy ładne zwolnienie i świetną, melodyjną solówkę. Longplay jest spięty klamrą w postaci "Opus Sacrum" i "Opus Profanum", które mają dodatkowo swoje tytułowe rozwinięcia. "Opus Sacrum/Reign of Chaos" wybucha kapitalną perkusją i motywem gitarowym, natomiast "Opus Profanum/Fields of Inferno" wydaje się być stosunkowo najspokojniejszym fragmentem płyty, który kończy się za to bardzo klimatycznie.

"NocturN" to naprawdę udana i dobra rzecz, po którą warto sięgnąć. Nie trzeba być przy tym wielkim fanem zespołu, czy black metalu. Wystarczy, że zechcemy się nieco otworzyć na mocniejsze brzmienia, a ten album może nam w tym pomóc.

7/10

czwartek, 5 stycznia 2012

MUZYKA - Serpentia - The Day in the Year of Candles (2011)

01. Archangel
02. On the Wings of Destiny
03. Proclamation Of Tragedy
04. Hole In the Soul
05. Pain No More
06. Exile
07. Death is my Only Friend
08. Thorns from Savior's Crown
09. For "The All" Reasons
10. Psalm bezskrzydły / The Wingless Psalm

Na przełomie roku 1996 i 1997 powstaje polski zespół Serpentia. Od tego czasu formacja ta zanotowała wiele zmian personalnych, i działo się to jeszcze przed wydaniem ich mini albumu zatytułowanego „…and the Angels Descend to Earth”. Był to rok 2000. Po trzech latach zadebiutowali z pełnowymiarowym „Dark Fields of Pain”, a rok później wydali swój drugi studyjny album – „Nails Enigma”.

Od tamtej chwili minęło aż siedem lat i właśnie światło dzienne ujrzał nowy krążek formacji. Długo więc musieli czekać fani na najnowszy materiał zespołu – „The Day in the Year of Candles”. Warto zwrócić uwagę, iż jest to album koncepcyjny, a historia opowiadana przez zespół jest naprawdę niebanalna. Jeśli ktoś poza muzyką interesuje się sensem słów w niej zawartych, na pewno powinien o koncepcji albumu poczytać – warto. Nie ma jednak sensu streszczać tej historii, która ogólnie wydaje mi się dość skomplikowana. Trzeba jednak przyznać, że zespół musiał się naprawdę przyłożyć do stworzenia tego pomysłu. Najważniejsza jest jednak muzyka…

Zaczyna się bez wielkiego ataku agresji, od dość spokojnego „Archangel”. Ładne rozpoczęcie, ale ciekawiej robi się dopiero po kilku minutach, kiedy to mamy do czynienia z „On the Wings of Destiny” i przede wszystkim z „Proclamation of Tragedy”, do którego został także nagrany teledysk. To jeden z mocniejszych punktów tego albumu. Mojego uwaga kieruje się tutaj najbardziej w kierunku świetnie grającej gitary, zarówno w motywie przewodnim, jak i w dalszej części utworu.

Kolejna pozycja ro „Hole in the Soul” i choć wypada pozytywnie to pozostaje w cieniu poprzedniego numeru. Lepiej wypada również kolejny na płycie „Pain No More” z chwytliwą wstawką pod koniec – „Everything is lost…”. Wysoki poziom nie opada, a wręcz przeciwnie – wzrasta. Dzieje się to wraz z kolejnym na tym LP kawałkiem. Mowa tutaj o „Exile”. To chyba mój faworyt jeśli chodzi o najnowsze dokonanie Serpentii. Nie tylko świetne partie wokalne, które z łatwością wbijają się w pamięć, ale również po raz kolejny bardzo dobra gra gitary.

Muszę przyznać, że właśnie po kompozycji zatytułowanej „Exile” muzyka zawarta na „The Day in the Year of Candles” zaczyna nieco nużyć. Nie mówię, że płyta robi się słaba, ale wszystkie najlepsze numery wydają się być już za nami, a do końca słyszymy te, która mogą się podobać, ale jakoś za bardzo nie „rozwalają” – przynajmniej mnie. Najpierw „Death is my Only Friend” i bardzo przyjemny początek w postaci „piszczącej” gitary. Ogólnie to dobry numer, choć nie jest w stanie zagrozić nietykalnej wręcz dla mnie trójki „Proclamation of Tragedy”, „Pain No More” i „Exile”.

Następnie otrzymujemy jeszcze trzy kompozycje. „Thorns from the Saviour’s Crown” oraz „For the All Reasons” wypadają po prostu nieźle, na szczęście kończący płytę „Psalm bezskrzydły” to już powrót do tej lepszej jakości. Nie usłyszymy już mocnego wokalu, lecz melorecytację w języku polskim (autorstwa uznanego aktora Krzysztofa Globisza), i do tego tradycyjnie bardzo ładną grę instrumentalną. W ten sposób kończy się „The Day in the Year of Candles”.

Ogólnie rzecz biorąc to dobra płyta, która ma lepsze i nieco gorsze momenty. Lubię taką muzykę i słucha się tego albumu przyjemnie. Jestem także przekonany, że fani zespołu mogą być tym wydawnictwem bardzo usatysfakcjonowani.

7/10

środa, 4 stycznia 2012

MUZYKA - Redrum - Veto (2010)

Redrum. Nazwa zespołu, którego album miałem okazję w ostatnim czasie słuchać i oceniać była dla mnie pewną zagadką. Odpowiedź znalazłem w miejscu, do którego nasi biedni dziadkowie nigdy nie mięli dostępu – w Internecie. Odpowiedzi udzielił mi Miejski Słownik Slangu, który wytłumaczył, że Redrum to po prostu „morderstwo”. W jakim języku? Podleciało trochę łaciną, ale nic bardziej mylnego, gdyż mowa tutaj o języku angielskim. Redrum = Murder. Czy o to właśnie chodziło tej formacji? Pewności nie mam, ale moja ciekawość została wystarczająco zaspokojona.

Nie obyło się rzecz jasna bez wyszukania czegokolwiek na temat zespołu. W ten sposób wpadłem na ich stronę internetową, która zrobiła na mnie spore wrażenie. Niby nic szalonego się na niej nie dzieje, a jednak jej klimat jest naprawdę znakomity. Zwłaszcza późnym wieczorem – ze słuchawkami na uszach.

Muzyka jaką grają panowie z Redrum to najprościej rzecz ujmując alternative/progressive metal. Ciekawie wypadają tu wpływy innych zespołów. Słychać tu między innymi SOAD, Iron Maiden, czy The Black Dahlia Murder. Z drugiej strony zaś Jean Michel Jarre'a bądź też Clint Mansell.

Zespół powstał w roku 2001, więc trzeba było troszeczkę poczekać na ich nagrania. Mają na swoim koncie co prawda demówki, ale umówmy się, że to nie to samo co longplay. Mają jednak doświadczenie (supportowali choćby Kata, Comę, czy Huntera). Na ich płytę – „Veto” – składa się dziewięć kawałków plus bonus track o ulubionym tytule babki Kiepskiej – „Koziołek Matołek”.

Wszystko zaczyna się od „Pierwszych kropel deszczu” i już tutaj słychać, że teksty w muzyce Redrum odgrywają znaczącą rolę. Tak jest praktycznie do końca. Inną sprawą jest też to, iż w wielu numerach pojawia się motyw, który można wyróżnić, czyli coś czyniącego dany numer łatwym do zapamiętania. W numerze otwierającym, prócz ciekawego rozpoczęcia - dobrej partii instrumentalnej, pierwszych słów i przyjemnego rymu „placu-pałacu” – usłyszymy także mocny motyw: „brać, brać, zawsze chciałeś brać, brać – nic więcej!” Oczywiście moje słowa są tutaj bez znaczenia, ale po przesłuchaniu bardzo łatwo jest się w ów motyw „wkręcić”.

Nie będę opisywał kawałek po kawałku i wymieniał wszystkich motywy, które j przypadły mi do gustu w sposób szczególny, lecz najzwyczajniej zachęcam do zapoznania się z materiałem zespołu Redrum. To dawka dobrego metalu, i choć może nie jakoś wybitnie oryginalnego, to nie porównałbym specjalnie tej twórczości do innych kapel – przynajmniej śpiewających w naszym języku. Idealnym podsumowaniem tego krążka są dwa ostatnie (nie licząc koziołka) tracki, które są w mojej czołówce jeśli chodzi o ten album. Ósemka to kompozycja tytułowa, a ostatnią rzeczą na płycie jest „Jedno” z moim ulubionym tekstem. Całość ma słabsze momenty, ale ogólnie to dobra płyta i mam nadzieję, że o Redrum jeszcze usłyszę.

7,5/10

wtorek, 3 stycznia 2012

MUZYKA - Lou Reed & Metallica - Lulu (2011)


Muszę przyznać, że jako wielki fan formacji Metallica, czekałem na "Lulu" z ogromnym zaciekawieniem. To nic, iż płyta nie była zapowiadana jako kolejny longplay tego zespołu lecz album nagrany wspólnie Lou Reedem. Dla mnie była to bardzo ważna premiera tego roku, a sam pomysł zrobienia czegoś nowego przez tak wspaniałych muzyków, był moim zdaniem jeszcze jednym powodem, dla którego na owe wydawnictwo warto było czekać. Niestety się myliłem.

Płyta "Lulu" określana jest przez samych muzyków jako hybryda dwóch światów - z jednej strony nowojorski król sceny avant-rockowej, z drugiej zaś wybitna potęga thrash metalu - została zainspirowana sztukami niemieckiego ekspresjonisty Franka Wedekinda. Tytuły owych sztuk to "Przebudzenie Wiosny" oraz "Puszka Pandory", a ich główną bohaterką jest upadła tancerka o imieniu Lulu.

Wydawnictwo zawierające dziesięć kompozycji zamkniętych w blisko dziewięćdziesięciu minutach zostało podzielone na dwie płyty. Po pierwszym przesłuchaniu całości pomyślałem, że nie zabiorę się za opisywanie poszczególnych fragmentów tego krążka, ale po lepszym zapoznaniu się z płytą nieco zmieniłem zdanie. W końcu to Metallica - zespół, dla którego warto poświęcić czas, choć w tym przypadku nie otrzymamy za ten czas nagrody, a wręcz przeciwnie - ogromny zawód.

Lou Reed stwierdził, że nie widzi w tym nic dziwnego, że on i Metallica połączyli swoje siły w celu nagrania wspólnej muzyki. Moje odczucia są jednak inne. Jestem szczerze zdziwiony i zadaję sobie pytanie: jak to możliwe, że tak wielki zespół pozwolił jednemu człowiekowi, tak bardzo zniszczyć swoją muzykę? Ale spokojnie i od początku.

"Musical Narrative". Kiedy przeczytałem te dwa słowa w stosunku do tej płyty, byłem nieco zmartwiony. Słyszałem dość dziwny singiel "The View" i pomyślałem, że taka narracja przez prawie półtorej godziny może męczyć niemiłosiernie. Z drugiej zaś strony wiedziałem jednak, że tak doświadczeni muzycy na pewno wymyślą coś, co musi zaintrygować - zwłaszcza biorąc pod uwagę czasy poszczególnych numerów. Moje myślenie było cholernie błędne.

Ciekawość sięgała zenitu, gdy po raz pierwszy odsłuchiwałem otwierający album "Brandenburg Gate". Minęły cztery minuty i ciekawość zamieniła się w potworne zażenowanie, gdyż opener tego krążka okazał się być wprost wstrętną rzeczą, która dla ludzkich uszu jest prawdziwym katem. Instrumentalnie jest po prostu słabo, ale to co robi Lou Reed woła o pomstę do nieba. Litości! Co ten facet wyprawia? "The View" wypada całkiem nieźle jeśli chodzi o Metę, jednak Lou wciąż robi swoje. Nadchodzi więc czas na nieco dłuższy "Pumping Blood", więc moje nadzieje związane z muzyczną rozkoszą były już nieco większe. Nie ma jednak mowy, iż Reed przerwie swoje gadanie, i choć Metallica wypada tutaj już naprawdę dobrze, to jęki tego gościa doprowadzają wciąż do szału. No i jak na złość nie ma mowy, aby przerwał. Partie czysto instrumentalne w zasadzie przez całą płytę nie istnieją. Każdy udany motyw gitarowy zagłuszają bezsprzecznie słabe i niepotrzebne zawody pewnego człowieka, którego imienia po tym albumie nie powinno się raczej wymawiać. W zasadzie Hammett także przechodzi obok tego krążka. Nie usłyszymy poza kilkoma udanymi riffami żadnych rewelacyjnych solówek, a głos Hetfielda pojawia się tak rzadko, iż nie jest w stanie ratować tego koszmaru. Dalej mamy "Mistress Dread" i " Iced Honey" i instrumentalnie wciąż bywa nieźle, ale jeden problem pozostaje - i tak jest już do końca płyty. Już podczas wspomnianego wcześniej "Pumping Blood" chce się głośno krzyknąć: "Lou, do cholery, ucisz się w końcu!" (to najdelikatniejsza wersja jaka przyszła mi do głowy). Ale Lou pozostaje nieugięty i do samego końca bezlitośnie zabija muzykę w sposób mistrzowski. Najbardziej szkoda takich chwil, jak kończący pierwszą część płyty "Cheat on Me". Instrumentalnie kapitalny. Hetfield też pojawia się w bardzo odpowiednim momencie i nawet biadolenie Reeda nie psuje numeru w stu procentach, ale niewątpliwie słychać, jak bardzo nie współgrają ze sobą dwa elementy hybrydy. W zasadzie od początku do końca można zauważyć tutaj pewnego rodzaju walkę między jednym a drugim głosem.

Druga część płyty zaczyna się tytułem idealnie pasującym do klimatu ogólnego płyty. Mowa o "Frustration". Łatwo mogę go porównać do tracków typu "Mistress Dread", czy "Iced honey" - instrumentalnie nieźle, a Lou robi tradycyjne "i tak będę gadał". Znacznie słabiej jest w kolejnym "Little Dog", który poziomem emocji sięga już po prostu dna, od którego potem odbija się najlepsza kompozycja na "Lulu" - "Dragon". Urok tkwi oczywiście w muzyce, która za to nie nadrobi żadnych braków w kończącym całość "Junior Dad". Dwadzieścia minut na najniższym poziomie w bardzo dobry sposób oddaje jakość tego wydawnictwa. Jedyny plus jest taki, że przez ostatnich kilka minut Lou jest już cicho, jednak panowie z Mety i tak nie kwapią się, aby to wykorzystać w jakiś sensowny sposób. Płyta się kończy.

Album ten powinien się raczej nazywać "LouLou". Reed ma ponoć wielu fanów, co mnie osobiście bardzo dziwi. Nie mogę po prostu słuchać jego głosu, którym katuje podczas całości trwania tego LP. Są tutaj naprawdę dobre momenty instrumentalne, które nieco podciągają ocenę łączną płyty, ale jako całość opisywane przeze mnie wydawnictwo irytuje, a z czasem już po prostu nudzi i usypia. Ogromny zawód. Lou Reed koncertowo załatwił ten album, ale i Metallica nie pozostaje tu bez winy.

3/10

poniedziałek, 2 stycznia 2012

MUZYKA - Apple Bells - Rzeka Dam (2011)


Na początku lat 90 powstała w Kobiernicach formacja o nazwie Apple Bells. Wydaje się, że dość dawno, bo członkowie zespołu dziećmi już nie są, ale ich debiutancki projekt – śpiewogra pod tytułem „Rzeka Dam” jest jeszcze ciepły i świeży. Jest to album zawierający bardzo oryginalną muzykę i musze się przyznać do tego, iż potrzebowałem trochę czasu, aby melodie zawarte na tym krążku zaczęły do mnie docierać. Muzycznie jest tutaj bowiem różnie. Usłyszeć możemy fragmenty lekkie i melancholijne, aby za chwilę usłyszeć nieco mocniejsze rockowe partie. To jeszcze nic, bo obok jazzowego grania możemy doświadczyć nawet elementów hip-hopowych…

Właśnie warstwa muzyczna jest dla mnie jednym z plusów tego wydawnictwa, choć i tych lepszych momentów musiałem szukać za każdym razem wsłuchując się w ten album. Bo z „Rzeką Dam” jest właśnie tak, że zyskuje wraz z czasem, który na osłuchiwanie się z owym materiałem poświęcimy. Po pierwszym przesłuchaniu niewiele pamiętałem i, szczerze mówiąc, niewiele miałem ochotę pamiętać, lecz po kolejnych sesjach z Apple Bells było już znacznie lepiej. W każdym utworze szukałem czegoś ciekawego i w większości coś znalazłem. Ciężko mi teraz nawet znaleźć mojego faworyta, choć na początku był nim najdłuższy na płycie „Łan”, który otrzymujemy zaraz po krótkim otwarciu w postaci tytułu „Świt”. „Łan” trwa blisko dziewięć minut (dłużej niż „One” pewnego wielkiego zespołu) i możemy w nim usłyszeć zarówno łagodne fragmenty, jak i ciekawą, agresywną partię instrumentalną.

Na „Rzece Dam” możemy również usłyszeć ciekawe partie zagrane na saksofonie – duży plus. Świetnie się to sprawdza w „Taki jest świat”, który jest poprzedzony wprowadzeniem „Damy radę dojść w tym stanie”. Jest to mniej więcej środek albumu i tutaj zawarte są kompozycje, które należą do tych lepszych (moim zdaniem) momentów płyty. Dostaniemy bardzo udany „Sen” a potem przechodzący w utwór tytułowy „Pamiętnik” z hip-hopowym wokalem. Potem już tylko „Kamienie solne” oraz „Demon” i niecałe trzy kwadranse dobiegają końca.

„Rzeka Dam” tworzy w moim odczuciu nierozerwalną całość. To jak jeden długi utwór, gdzie jego niektóre poszczególne fragmenty w sposób niemal niezauważalny są ze sobą złączone. Jest to dobra całość, która może wzbudzać bardzo skrajne emocje. Dla jednych może być to rzecz wprost nudna a dla innych wyjątkowo ciekawa i poruszająca. Dla mnie jest to po prostu dobry album z ciekawymi tekstami, do którego na pewno jeszcze zdarzy mi się powrócić.

7,5/10

niedziela, 1 stycznia 2012

MUZYKA - Coma - Czerwony album (2011)

01. Białe krowy
02. Na pół
03. La mala educacion
04. Angela
05. Deszczowa piosenka
06. Gwiazdozbiory
07. 0Rh+
08. W chorym sadzie
09. Woda leży pod powierzchnia
10. Rudy
11. Los cebula i krokodyle łzy
12. Jutro

Z niektórymi premierami muzycznymi jest tak, że trzeba na nie czekać i czekać, a wciąż nie wiadomo, kiedy artysta ujawni coś na temat danej płyty, oddalając tym samym owe wydawnictwo niczym wyrok wydany przez kata. Niektóre zespoły lubią jednak zaskoczyć i wydać płytę „z miejsca”. W przypadku nowego krążka Comy wszystko potoczyło się dość szybko, gdyż wszystkie informacje pojawiły się znienacka. W jeden dzień okazało się jaki jest tytuł nowego longplay’a (a w zasadzie jego brak), data premiery, kolor płyty – w tym przypadku jej bardzo istotny element. Do tego zespół od razu zaproponował nam swój nowy singiel, którym stał się utwór „Na pół”. Wielu fanów on przeraził, bo pomyśleli sobie, że wesoła i pozytywna Coma to chyba nie to, co powinno się znaleźć na nowej płycie łódzkiej formacji. Mnie się singiel spodobał, a obawy odnośnie nowego wydawnictwa, jak myślałem, okazały się bezpodstawne. Na „Czerwonym albumie” Coma prezentuje się z bardzo dobrej strony, a piosenka (nienawidzę tego terminu, ale w tym przypadku pasuje jak ulał) „Na pół” jest nie tylko najweselszą rzeczą na płycie, ale i również najsłabszą, co wcale nie ma na celu obrazić tego słodkiego singielka – raczej pochwalić całe wydawnictwo.

Moim zdaniem „Czerwony album” jest krążkiem łatwym w odbiorze. Nie traktuję tego ani jako zaletę, ani wadę. To po prostu fakt, który narzucił mi się przy okazji słuchania płyty już za pierwszym razem. Podczas słuchania „Hipertrofii” musiałem poświęcić sporo czasu, aby wyciągnąć z niej to, co najlepsze. Fenomen poprzedniego wydawnictwa odkryłem po wielu długich, wieczornych „bataliach”, konsumując kawałek po kawałku. Pokochałem ten album i nie mogłem się już doczekać następnego. Tymczasem panowie z Comy zrobili sobie ponad standardową przerwę między studyjnymi długograjami, serwując nam różnego rodzaju czasoumilacze, jak „Live”, „Symfonicznie”, czy „Excess”. Niektórzy stwierdzili, że był to rzut na kasę, ale według mnie były to ciekawe wydawnictwa, które zespół jeszcze bardziej pomogły wybić, choć najważniejsze, że bronią się samą muzyką, zawartą na ich tradycyjnych albumach. Wciąż nie byłem jednak pewien, czy w tym roku nowa Coma ujrzy światło dzienne, czy też stanie się nieco inaczej – niestety. Mój przyjaciel, który jest wielkim fanem zespołu zapewniał mnie jednak kilka miesięcy temu, że czytał newsy, iż płyta powstaje i w tym roku na rynku na pewno się pojawi. Ja jednak wolę pewne informacje i dopóki nie poznam tytułu, ani oficjalnie nie przeczytam o dacie premiery, staram się nie nakręcać. Tool też miał być w tym roku…

Wspomniałem w poprzednim akapicie o tym, że „Czerwona płyta” jest łatwa w odbiorze. Już po pierwszym przesłuchaniu tego albumu byłem zachwycony jej poziomem, a zdarza mi się to bardzo rzadko. Kolejne sesje z tym fenomenem tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z naprawdę świetną płytą, na której znajdę same konkretne numery. Przede wszystkim w kawałkach tkwi mega moc. Bas gra znakomicie (już na „Hipertrofii” był zresztą świetny), riffy miażdżą, perkusja wypada bezbłędnie, a Roguc z zaangażowaniem wyśpiewuje nam kolejną porcję swoich intrygujących tekstów.

Na płytę, której koncept stanowi absolutny brak konceptu (brzmi wybornie :D) składa się dwanaście kawałków. Za otwarcie posłuży nam utwór „Białe krowy”. Od początku jest moc i wysoki poziom, który będzie tylko rósł. Potem mamy singiel promujący („Na pół”), a następnie „La mala educacion”. Dobry riff i ciekawy tekst, ale jeszcze większa siła pojawi się w kolejnym tracku – „Angela”. Tekst, choć nie do końca poważny i głęboki („Penetrujące ręce wsunie pod sukienkę/Bez lęku język wetknie, złe intencje ma jak nic”), to staje się cholernie chwytliwy, zwłaszcza przy tak rewelacyjnej warstwie instrumentalnej. Kapitalnie wypada także potężny refren („Angela proszę cię nie idź z tym chłopcem na dno/On w oczach ma zło”).

Kiedy zobaczyłem tracklistę i pozycję piątą, pomyślałem sobie, że to może być ładna balladka. Nic z tego. „Deszczowa piosenka” to bardzo szybki i mocny kawałek z dobrym riffem. Potem jest wolniej, ale za to z nieprzeciętnym motywem gitarowym. Mowa o kompozycji zatytułowanej „Gwiazdozbiory”, poruszającej temat tandety, którą na co dzień możemy ujrzeć, choćby na ekranie naszych telewizorów („Fiknął w górze kozła jak małpa, baba z brodą wyje jak pies, chłopczyk wsadził rękę do gardła, wyślij na mnie swój esemes”/ „Gonię ogon, gonię ogon, gonię ogon tandety, niestety”). W ten sposób docieramy do połowy tego znakomitego albumu, a najlepsze smaki wciąż jeszcze przed nami, gdyż już za chwilę…

Kolejną „szóstkę” rozpoczyna nam najdłuższa na płycie kompozycja, czyli „0RH+”. Tym razem nie doświadczymy żadnego dziesięciominutowca, gdyż ten numer trwa zaledwie (jeśli tak można powiedzieć) ponad siedem minut. To jednak wspaniała rzecz, którą można podzielić na dwie części. Najpierw mamy wstęp z melorecytacją Roguckiego, a potem od słów „Kropla do kropli, koralowy sznur” utwór się rozkręca. Wspaniały klimat i piękny, cudowny finał („Chętnie utoczę sobie krwi”). Gdy po raz pierwszy usłyszałem ten numer byłem zachwycony, a już chwilę później musiałem zostać sponiewierany jeszcze bardziej. Wszystko za sprawą kolejnych tracków. Najpierw otrzymamy płytową „ósemkę”, czyli „W chorym sadzie” (chyba mój faworyt). Piękny początek i bardzo ładny- negatywny- tekst („Hej! Tu nie dzieje się nic dobrego. Od lat.”). Potem kompozycja świetnie się rozkręca nabierając mocy i odpowiedniego tempa. Finał po prostu rozrywa moje serce na strzępy. Piękny gitarowy motyw i Roguc powtarzający do końca numeru „Na wszelki wypadek postawię znak w powietrzu” z takimi emocjami, że przechodzą mnie ciarki, kiedy tego słucham. Absolutna rewelacja!

Emocje na chwilkę opadają, ale nie ma mowy o odpoczynku, gdyż za chwilę, po bodajże największej perle na „Czerwonej płycie”, pojawia się gromiący kawałek – „Woda leży pod powierzchnią”. Prosty, lecz cholernie chwytliwy i potężny refren dosłownie miażdży mnie i wbija w siedzenie, a skóra przy tym przeżywa kolejne dreszcze dostarczając przy tym sercu następnych przeżyć. Po trzech, absolutnie mistrzowskich, numerach nadszedł czas na dwa niewiele słabsze. „Rudy” oraz „Los cebula i krokodyle łzy”. Nie ma mowy o tym, aby nazwać je zapychaczami. Po prostu są na nieco niższym poziomie niż trzy poprzednie. Mimo wszystko wciąż Coma prezentuje się ze znakomitej strony. Na koniec kolejny z największych – „Jutro”. Jeden z najlepszych tekstów na płycie, fenomenalne motywy instrumentalne i cudowny refren („Lecz cóż gdyby nie wiersz/Mimo jego marnej trwałości…/Ile byłoby mnie?/Lub o ile by mniej?...”). Bezbłędne zakończenie.

Czekałem na nowy krążek Comy z dużym zaciekawieniem, ale nie był to priorytetowy album tego roku. Nie spodziewałem się czegoś tak fantastycznego, ale cieszę się, że zespół jest w tak wybornej formie i udźwignął ciężar ostatniej płyty, co łatwe na pewno nie było. Kapitalna płyta.

9/10

wtorek, 20 września 2011

MUZYKA - Machine Head - Unto the Locust (2011)

1. I Am Hell (Sonata in C#) (8:24)
2. Be Still and Know (5:43)
3. Locust (7:33)
4. This is the End (6:10)
5. The Darkness Within (6:21)
6. Pearls for Swine (7:19)
7. Who We Are (7:11)

Całkowity czas: 48:58

  Machine Head – szósty studyjny album słynnej brytyjskiej formacji Deep Purple. Płyta ukazała się w marcu roku 1972 i pochodzą z niej takie szlagiery zespołu, jak choćby znakomite „Smoke on the Water” oraz „Highway Star”.  

  Machine Head (z angielskiego; stroik, klucz) – element instrumentów strunowych odpowiadający za strojenie oraz trzymanie stroju instrumentów. 

  Machine Head – amerykańska grupa muzyczna grająca thrash/groove metal z Oakland w stanie Kalifornia, założona w roku 1992 przez Roberta Flynna i Adama Duce’a.

  Wszystkie definicje dotyczą muzyki. Skupię się oczywiście na trzeciej, bo przeciez okazja jest ogromna – nowy, długo oczekiwany longplay grupy Machine Head – „Unto the Locust”. 

  4 lata temu miała miejsce premiera ostatniego, jak dotychczas, albumu grupy Machine Head – „The Blackening”. Była to rzecz bardzo dobra, a do tego wyznaczająca panom nieco bardziej progresywny kierunek. Krążek ten zawierał tylko osiem numerów, a trwał nieco ponad godzinę. Dwa kawałki przekraczały dziewięć minut, a otwieracz oraz track kończący złamały nawet granicę dziesięciu minut. Swego rodzaju problem mogli mieć problem fani, którzy długich kompozycji nie lubią i zapatrzeni są wciąż w debiut zespołu. Machine Head już przy okazji wydania „The Burning Red” zaryzykował tworząc dzieło zawierające elementy hip-hopowe. Stracili wówczas sporo fanów, ale „The Blackening” okazała się sukcesem, gdyż płyta osiągnęła znakomitą sprzedaż.

  Czekałem na „Unto the Locust” z dużym oczekiwaniem na kawał dobrego metalowego grania. Na album składa się siedem kompozycji o łącznej wartości nieco mniejszej niż pięćdziesiąt minut. Nie ma tutaj dziesiąciominutowców, ale są i tak długie numery dające wiele urozmaiceń. Pierwszy idzie już na sam początek. „I Am Hell (Sonata in C#)” miażdży zmiennością nastrojów, megaszybkim tempem i solówkami. To chyba największy „killer” tego wydawnictwa, choć nie ma mowy o tym, aby dalej było słabo, gdyż już za chwilę pojawi się na horyzoncie znakomity „Be Still and Know”, którego nieco podniosły refren brzmi niczym metalowy hymn. Dalej mamy singlowy „Locust”, który sprawił, że tak bardzo czekałem na nowy longplay zespołu. Urzeka w nim wszystko od początku do końca, ale w głowie mam przede wszystkim przeromantyczną partię solową z pogranicza czwartej i piątej minuty. 

  Machine Head jest zespołem, który daje mi wiele różnych skojarzeń. Czasem są to nieco metalcore’owe refreny, czasem partie kojarzące się z niektórymi zespołami. Oczywiście słychać tutaj przede wszystkim Machine Head’a mającego swój własny styl i niezwykle charakterystyczny wokal Roberta Flynna. Solówka w kolejnym na płycie utworze przypomina mi thrash’owego giganta, - Metallicę. „This is the End”, bo o nim właśnie mowa, to kolejny świetny numer z bardzo ładnym refrenem. Zaraz po nim dostaniemy „Darkness Within”. Jest to najlżejsza rzecz na płycie, co wcale nie znaczy, że najsłabsza. Wręcz przeciwnie – to bardzo mocny punkt „Unto the Locust”. Po chwili otrzymujemy gromiący swoją siłą „Pearls Before the Swine”. To jedyny moment tego krążka,z którym miałem od początku problem. Nie podchodził mi, lecz w końcu i on stał się godny docenienia. Na koniec „Who We Are”, w którym prócz ładnego wstępu z wokalem chóru dziecięcego dostaniemy świetne partie instrumentów, a także bardzo dobry refren.

  „Unto the Locust” to bardzo mocna pozycja tego roku i sam jestem ciekaw, na którym miejscu skończy w moim końcowym podsumowaniu A.D. 2011. Machine Head na pewno mnie nie zawiódł, gdyż nagrał bardzo dobrą płytę, niegorszą od poprzedniej.

Ocena: 8/10

środa, 7 września 2011

MUZYKA - Anathema: Falling Deeper (2011)

1. Crestfallen (3:07)
2. Sleep in Sanity (3:54)
3. Kingdom (4:28)
4. They Die (2:11)
5. Everwake (3:09)
 6. J’ai Fait Une Promesse (4:24)
7. ...Alone (7:17)
8. We, the Gods (3:03)
 9. Sunset of Age (7:41)

Całkowity czas: 38:58

  Po siedmiu latach czekania na nowy studyjny album Anathemy, rok temu pojawiła się płyta „We’re Here Because We’re Here”. Muszę przyznać, że urzekła mnie ona, stając się zarazem jedną z moich ulubionych pozycji tego zespołu, jak i trzecim najlepszym muzycznym dokonaniem roku ubiegłego. Tym razem zespół zdecydował się nie zwlekać i dać swoim fanom kolejny krążek bardzo szybko. Choć „Falling Deeper” to kompilacja starych kawałków z czasów, gdy Anathema grała doom metal, trzeba przyznać, iż wydane one w kompletnie innej formie muzycznej, tworzą jakby zupełnie nową płytę zespołu. Właśnie dlatego ja osobiście czekałem na „Falling Depper” jak na zupełnie nowy studyjny album zespołu.

  Nie będę owijał w bawełnę i już teraz wyjawię, że „Falling Deeper” mnie nieco zawiodło. Po pierwsze, liczyłem na troszkę inny repertuar. Oczywiście można się kłócić co do tego, jakie kawałki powinny się znaleźć na „FD”, ale brak „A Dying Wish” oraz „Sleepless” jest dla mnie niezmiernie bolesny, gdyż są to według mnie jedne z najlepszych kompozycji nagranych przez zespół w tamtym okresie. To jednak nic w porównaniu z tym, co Anathema robi z niektórymi numerami na tej płycie. Oczywiście jest to zbiór wielu ciężkich kawałków, które, jak jabłko zostają obrane ze swojej skórki – mam tutaj na myśli ciężkie gitary. Wszystko jest w porządku, bo przecież o to chodziło. Nie wiedziałem jednak, że odświeżenie tych numerów doprowadzi do tego, iż jabłko zostanie przekrojone na pół bądź też poćwiartowane! Niektóre utwory skracane są nawet o siedem minut, a mój zdecydowany faworyt (z tamtego okresu) - "Kingdom", został bezczelnie obdarty ze swojego pięknego finału. Nie jest tak, że mi się ona nie podoba. Liczyłem jednak, że końcówka wybuchnie wielkim patosem, a tymczasem urywa się nagle w najlepszym momencie niczym brazylijska telenowela. Tego mi trochę szkoda. I choć ładnie wypadają choćby „Crestfallen”, „Everwake”, czy „J’ai Fait Une Promesse”, to płyta jest moim zdaniem miejscami, aż za spokojna. Dopiero w kończącym „FD” „Sunset of the Age” dostajemy wielkie, emocjonujące zakończenie. Troszkę za mało takich uniesień. To według mnie najlepsza rzecz na tym wydawnictwie.

  „Falling Deeper” to niezła rzecz, ale bez rewelacji, jaką jest choćby wspomniany wcześniej album „We’re Here Because We’re Here”. Warto poznać i zapewne wiele osób się zakocha, ale mnie jakoś wybitnie nie rusza, gdyż zabrakło troszeczkę fantazji w nowych aranżacjach, a przecież sam pomysł był znakomity.

Ocena: 6,5/10

niedziela, 4 września 2011

MUZYKA. Miniaturki - część 12 (Vader, Decapitated, Kat & Roman Kostrzewski)


  Nie pisałem w tym roku zbyt wiele na temat polskiej sceny muzycznej i czas to nadrobić. Jest w końcu o czym pisać. Właśnie dlatego dwunasta część miniaturek poświęcona jest tylko naszym rodakom.

Vader – Welcome to the Morbid Reich

  O tym albumie na łamach naszej Wyspy napisał już Michał. Docenił on najnowsze dokonanie gigantów polskiej sceny death metalowej, ale nic dziwnego w tym nie ma. Trudno nie docenić takiego krążka, jak „Welcome to the Morbid Reich”.  Już od pierwszego ciosu w postaci „Return to the Morbid Reich” czuć świeżość i wyborną formę panów z formacji Vader. Utwór promujący płytę – „Come And See My Sacrifice” – postawił poprzeczkę wysoko. Okazało się jednak, że nadzieje nie były bezpodstawne. Na najnowszym dokonaniu Polaków mamy znacznie więcej szlagierów. Wystarczy wspomnieć, choćby o kapitalnym „I Am Who Feasts Upon Your Soul”, który miażdży partiami gitar. Rewelacyjnie wypada również krótki „Lord of Thorns”, a kiedy Peter śpiewa /„Lord of thorns. A cult of the dead. Master of illusions. A path to the dead end. Lord of thorns. Flesh, blond and pain. Lord of thorns.  Your slavery and shame.”/ dosłownie padam na kolana. Płytę kończy znakomity „Black Velvet And Skulls of Steel”. Na uwagę zasługuje także świetna okładka, która po rozłożeniu wygląda jeszcze lepiej. Książeczka układa się bowiem w plakacik, więc to, co widzimy na przodzie cover artu jest tylko 1/6 pełnej okładki.

Ocena: 8/10

Decapitated – Carnival is Forever

  Kolejna polska płyta, o której Michał już wcześniej naskrobał. Zgadzam się z jego oceną. Decapitated to techniczny death, z którego możemy i powinniśmy być naprawdę dumni. „Carnival is Forever” to ponad czterdzieści minut potężnego łojenia. Praktycznie każdy numer stoi na bardzo wysokim poziomie. Już od samego początku nie ma wytchnienia, gdyż panowie z Decapitated pokazują nam, że przed nami kawał konkretnego grania. „The Knife” oraz „United” sprawiają, że możemy w szybki sposób wczuć się w ten krążek, a wtedy zespół wypala z największym killerem – utworem tytułowym. To według mnie najlepsza rzecz na tym krążku. Prawdziwa esencja tej płyty. Kapitalny riff, świetny klimat, zwolnienie i absolutnie miażdżące zakończenie. Dalej otrzymujemy również mocne i bardzo dobre kawałki, aż na sam koniec pójdzie „Silence”. Lekka i niezwykle klimatyczna kompozycja w bardzo dobry sposób „wyciągnie” nas z tego longplay’a.

Ocena: 8/10

Kat & Roman Kostrzewski

  W sumie to miałem napisać o tej płycie już dawno, gdyż wyszła w kwietniu. Była to jedna z najważniejszych premier tego roku w Polsce – przynajmniej dla mnie. Nie chciało mi się jednak o tym pisać, a teraz robię to poniekąd z obowiązku. „Biało-Czarna” to ogromny zawód – jeden z największych tego roku. Momentami jest nieźle, ale daleko temu do poziomu starego, dobrego Kata. Szkoda, że panowie się podzielili i teraz grają pod takim szyldem. Brakuje tutaj konkretnych partii gitarowych, a i teksty Romana miejscami już wręcz irytują. Nie będę raczej wracał do tego krążka. Przyjdzie poczekać na nowy solowy album Romana. Może będzie lepszy – oby.

Ocena: 5,5/10
 

MUZYKA - Opeth: Heritage (2011)

1.Heritage (2:05)
2. The Devil's Orchard (6:40)
3. I Feel the Dark (6:40)
4. Slither (4:03)
5. Nepenthe (5:40)
6. Häxprocess (6:57)
7. Famine (8:32)
8. The Lines in My Hand (3:49)
9. Folklore (8:19)
10. Marrow of the Earth (4:19)

Całkowity czas: 55:44

  Na nowy album formacji Opeth czekałem z cieknącą ślinką, lecz nie chciałem niczego na sobie wymuszać. Jasne było, że najnowsze dokonanie Szwedów będzie czymś zupełnie innym. Niektórzy nazywają to nawet „Mikael Akerfeldt Project”. Właśnie dlatego, pomimo faktu, iż „Heritage” to dla mnie jedna z najważniejszych premier tego roku, obiecałem sobie, że postaram się podejść do sprawy jak najbardziej obiektywnie i niekoniecznie będę się zmuszał, aby pokochać nowe oblicze zespołu, który już i tak od dawna kocham. Szybko się jednak okazało, że do niczego się zmuszać nawet nie muszę. Nic na to nie poradzę. Nowy album jest powalający od początku do końca. Słychać na nim mnóstwo nowych i ciekawych pomysłów, które wyznaczają nową jakość zespołu, i być może również nową drogę jaką będę teraz panowie z Opeth dzielnie podążali. 

  Już pierwsza kompozycja na „Heritage” – tytułowa – mnie powala na kolana. Niby nic skomplikowanego, ale wprowadza nas w przepiękny klimat tej płyty. Po blisko dwóch minutach obcowania z „Heritage” przeniesiemy się do diabelskiego sadu, gdzie nie będziemy mogli się oprzeć, aby nie zerwać jabłuszka z zakazanego drzewa. „The Devil’s Orchard” znany jest już od dłuższego czasu, gdyż jest to oczywiście singiel zwiastujący ten genialny album. Jest to bardzo dobra rzecz, ale na pewno na najnowszym LP Opeth’a znajdziemy większe perełki. Długo czekać nie musimy, bo z numerem trzecim wystartuje nam „I Feel the Dark”, który po prostu miażdży. Na „Heritage” nie ma zbyt wielu mocniejszych motywów, gdyż to album raczej spokojny, stawiający na klimat. Jeśli jednak mocniejsze wstawki się pojawiają, są rewelacyjne. Tak jest właśnie w przypadku wspomnianego „I Feel the Dark”, choć nie tylko cięższy moment wypada tutaj kapitalnie – cały kawałek jest wspaniały.

  Akerfeldt wspominał, że na „Heritage” wszystkie utwory będą od siebie zupełnie inne. Trzeba przyznać, że faktycznie, pomijając to, iż cała płyta nawiązuje klimatem do dawnych lat będących inspiracją dla Opeth’a, zestawienie poszczególnych numerów jest dość kontrastowe. Obok czwartego na płycie „Slither” usłyszymy „Nepenthe”. Pierwszy z tych dwóch tracków to hard rock. W drugim natomiast mamy zupełnie inny klimat oraz szaloną gitarową wariację, która wypada wyśmienicie. Do tego muzycznie nastrój jest raczej wesoły. Szybko się jednak zmienia za sprawą kompozycji „Haxprocess”. To bardzo spokojny, smutny i piękny kawałek, choć właśnie z nim na początku najdłużej się męczyłem. Nie jest to jednak płyta, która idealnie wchodzi już przy pierwszym przesłuchaniu, więc nie można się do niczego od razu negatywnie nastawiać. 

  Dość długo nie było już mocniejszego uderzenia. Najwyższa pora to zmienić za sprawą „Famine”. To chyba najmroczniejsza rzecz na tym albumie. Początek jest niezwykle tajemniczy, jednak szybko przerodzi się to nam w piękną i raczej pesymistycznie brzmiącą grę na pianinie. Druga część płyty jest ogólnie rzecz biorąc smutniejsza, do czego właśnie ten kawałek się przyczynia. W późniejszej jego fazie pojawi się cięższy motyw gitarowy, na którego tle usłyszymy solówkę na flecie. Znakomity moment tego krążka, a do tego chyba najbardziej psychodeliczny. Następny w kolejności jest „The Lines in My Hand”. Krótki utwór (krótszy od niego jest tylko „Heritage”), ale za to naprawdę udany. Najweselszy wśród ostatniej piątki. W drugiej części nabiera rozpędu i serwuje nam świetną partię gitarową.

  Czas na jeden z najcudowniejszych momentów tego albumu, a być może nawet jest to kompozycja na „Heritage” najlepsza. Trwający nieco ponad osiem minut „Folklore” to rzecz fantastyczna. Każda sekunda, od samego początku jest na swoim miejscu, a finał dosłownie powala pięknem.  W sumie to fragment od 5:49 do końca, jest według mnie najlepszym momentem tej płyty. Na koniec dostaniemy jeszcze instrumentalny kawałeczek „Marrow of the Earth”, który jest chyba idealnym zakończeniem dla tak cudownej płyty, którą stworzył nam Opeth. Cudowny klimat, a pod koniec dochodzi nam jeszcze perkusja. I tak do samego końca, aż muzyka całkowicie się wyciszy.

  „Heritage” to płyta, która na pewno zbierze skrajne opinie. Już w tym momencie pojawiają się różne komentarze: „nieporozumienie”, „piękna płyta” itp. Ja jestem za tym drugim, choć żałuje jednej rzeczy. Szkoda, że na „Heritage” nie usłyszymy choćby przez chwilę najgenialniejszego (według mnie) growlu w historii metalu – growlu Mikaela Akerfeldta.

Ocena: 9/10

sobota, 3 września 2011

MUZYKA. Miniaturki - część 11 (Trivium, Rise to Remain, Chimaira, The Devil Wears Prada)


  Zaczął się wrzesień. Przez najbliższe dwa miesiące będzie więc sporo roboty, gdyż ważnych albumów będzie teraz mnóstwo, a o każdym jakieś słowo wypadałoby powiedzieć. Niektóre (omawiane już przez innych, jak choćby Trivium) będą wymieniane w miniaturkach, o innych napiszę pełnowymiarowe recenzje.

Trivium – In Waves

  O nowej płycie Trivium napisali już u nas Adam i Czarny, więc ze względu na dużą liczbę albumów, o których chcę niebawem napisać, postanowiłem sobie ostatecznie darować pełną recenzję. Tylko z tego powodu, gdyż nie ma mowy o jakimkolwiek lekceważeniu „In Waves”. Ten longplay to swego rodzaju podsumowanie muzycznej działalności zespołu. Czerpią oni tutaj bowiem po trochę z każdego wcześniejszego krążka, co sprawia, iż mamy na „IW” utwory mocniejsze i lżejsze. Takie zróżnicowanie wypada chłopakom naprawdę udanie, a i nowy perkusista – Nick Augusto – nie odbiega według mnie poziomem od Travisa Smitha. Znakomicie sprawdzają się na najnowszym LP amerykanów najmocniejsze numery, czyli „Dusk Dismantled”, „A Skyline’s Severance” i „Chaos Reigns” (zwłaszcza ten drugi). Są to w mojej opinii jedne z jaśniejszych gwiazd na niebie świecącym pod nazwą „In Waves”, choć nie ma również mowy o wypełniaczach – wręcz przeciwnie. Mogę śmiało powiedzieć, że podstawowa wersja płyty jest zbyt uboga, a co za tym idzie, ani razu nie słuchałem płyty bez bonusów, które traktuje, jak wersję „prawdziwą”. Mam tutaj przede wszystkim na myśli całkowite bonusowe nowości „Tryvialne”, czyli krótki „Ensnare the Sun”, genialny „Drowning Slow In Motion z hipnotycznym refrenem, a także lekki i chwytliwy „A Grey So Dark”. Moim największym faworytem jest natomiast „Caustic Are the Ties That Bind” mający nieco progresywne zapędy, których jednak (niestety albo stety) na tej płycie akurat brak. W „CAtTTB” otrzymamy rewelacyjne solo (najlepsze na płycie), bardzo kojarzące się z Iron Maiden, których zresztą Heafy bardzo ceni. Długo zastanawiałem się nad oceną tej płyty, ale ostatecznie stwierdziłem, że nie lubię zawyżać… więc osiem oczek, ale takich pewnych, mocnych i niepodważalnych, jak jasna cholera.

Ocena: 8/10

Rise to Remain – City of Vultures

  Jak najlepiej zareklamować zespół Rise to Remain?  Wystarczy powiedzieć, że wokalistą tego zespołu jest Austin Dickinson, syn niejakiego Paula Bruce’a Dickinsona ze słynnej formacji Iron Maiden. Coż. Z takim ojcem od razu ma się do przodu. Trzeba jednak przyznać, iż panowie z Rise to Remain naprawdę potrafią zagrać, a ich debiutancki krążek „City of Vultures” nie jest jakimś metalcore’owym ochłapem. Jest to udany debiut, a do tego wyjątkowo melodyjny. Austin częściej śpiewa lekkim głosem, niż growlem. Gitary również grają bardzo melodyjnie. Na „CoV” usłyszymy bardzo udane solówki (choćby „God Can Bleed”, czy „Nothing Left”), a także wiele znakomitych partii instrumentalnych, czy wokalnych. Znakomicie wypadają refreny takich kompozycji, jak „The Serpent”, czy „City of Vultures”. Dużym plusem są również „Power Through Fear” oraz kończący album „Bridges Will Burn”, będący także kompozycją tytułową na EP wydanym w zeszłym roku. Jest kilka nieco słabszych momentów, ale ogólnie to udany debiut i jestem bardzo ciekawy, co chłopaki nam jeszcze w przyszłości spłodzą.

Ocena: 7,5/10

Chimaira – The Age of Hell

  Nigdy specjalnie za Chimairą nie szalałem, ale wieść o tym, że wydają nowy krążek przyjąłem z dużym zaciekawieniem. Płyta pod nazwą „The Age of Hell”? Brzmi ciekawie – bardzo metalowo. Muszę przyznać, że już po pierwszym przesłuchaniu wiedziałem, iż to nie będzie płyta do bicia po pysku, gdyż jest tutaj na czym ucho zawiesić. Od mocnego kawałka tytułowego na początek, poprzez naprawdę udane kompozycje do samego końca, gdzie czeka na nas instrumentalny track – „Samsara”. Płyta posiada wiele „fajnych” momentów – zwolnień, lżejszych refrenów i ciekawych partii gitar. Już w drugim na tym LP „Clockwork” poznamy bardzo przyjemny refren. Najbardziej podobają mi się jednak „Time is Running Out” (potężne gitary i szybkie tempo) oraz „Beyond the Grave” – znów świetna partia gitary. Ciekawie wypada również króciutki kawałek „Stoma”. Jest to trwający blisko półtora minuty utwór instrumentalny wprowadzający nad do kolejnej udanej kompozycji – „Powerless”. Nowej Chimairy warto posłuchać, bo to naprawdę dobra rzecz.

Ocena: 7/10

The Devil Wears Prada – Dead Throne

  Na koniec tych metalcore’owych i jedenastych już miniaturek (mojego autorstwa) formacja The Devil Wears Prada i album „Dead Throne”. Jest to najsłabsza pozycja z tych, które w tym tekście proponuję, choć także nie do zlekceważenia, gdyż warto owy album zapoznać, czy też dać mu jakąkolwiek szansę. „Dead Throne” to album niezły, ale nie ma wyróżniających się numerów, które chodzą po głowie. Po prostu w całości słucha się całkiem przyjemnie i tyle. Żadna rewelacja, ale dla fanów gatunku na pewno rzecz, która w tym roku również trochę czasu zajmie. Chociaż znam pewnego człowieka, który fanem gatunku jest, a powiedział, że „trochę bieda”…


Ocena: 6/10

wtorek, 23 sierpnia 2011

GRA - Limbo (2010)

   Otchłań. Totalny mrok ogarniający nas ze wszystkich stron. Cisza i spokój, a co za tym idzie, również niepokój. Upiorny las przekształcający się później w zrujnowane miasto. Tak wygląda skraj piekła - Limbo - zaprezentowany przez duńskie studio PlayDead mieszczące się w Kopenhadze i spiritus movens całego pomysłu - Arnta Jensena.

  "Limbo" to gra, w której wcielimy się w postać małego (w stosunku do otaczającego nas świata nawet wybitnie maleńkiego) chłopca, który wyrusza w wędrówkę po niezwykle tajemniczej krainie w poszukiwaniu swojej zaginionej siostry. Fabuła jest bardzo prosta, nieskomplikowana, gdyż podczas gry żadnych dodatkowych aspektów fabularnych doszukiwać się nie będziemy, co jednak według mnie żadną wadą tej gry nie jest. Muszę przyznać, że wstrząsnęła mną ona od pierwszej chwili, od pierwszej sekundy, kiedy tylko ją ujrzałem. Świat, w którym przyjdzie nam się poruszać wygląda wprost wyśmienicie. Intrygujący las, gdzie wszystko jest nieprawdopodobnie wręcz większe od nas robi niezwykle ogromne wrażenie. Do tego warto zaznaczyć, iż uboga kolorystyka "Limbo" jest chyba jej największym plusem. Czarno-biała kraina oraz brak muzyki podczas rozgrywki sprawia, iż omawiana przeze mnie rzecz jest brutalnie klimatyczna.

  Na naszej drodze staną bardzo różnorodne pułapki. W wielu nasza reakcja będzie musiała być nadwyrężona do granic możliwości, co sprawi, iż niejednokrotnie stracimy życie. Grając w "Limbo" po raz pierwszy nie ma mowy, aby usttrzec się przed wieloma przeszkodami, które w łatwy i szybki sposób rozprawią się z kierowanym przez nas maleńkim chłopczykiem. Sam PlayDead nazwał styl owej gry jako "próby i smierci". Trzeba przyznać, iż ten termin idealnie oddaje to, jak nasza przygoda w mrocznej krainie będzie wyglądała. Zapewniam, że nasz bohater będzie umierał wielokrotnie i na różne sposoby. Nie raz będzie on rozstrzelany, zmiażdżony, połamany, usmażony, rozerwany, przebity na wylot, czy najzwyczajniej w świecie "straci głowę". Przyczynić do tego mogą się nie tylko pułapki, lecz także żyjące w lesie gigantyczne owady, a przede wszystkim mam tutaj na myśli pająka, z któym kilka razy przyjdzie nam się spotkać. Jedyną wadą gry jest według mnie zbyt mała różnorodność napotkanych przez nas przeciwników. PlayDead głównie postawiło na zagadki logiczne i grawitacyjne, których rozwiązywanie momentami może przyprawić o ból głowy (na kilka z nich poświęciłem nieco czasu). Po definitywnym zabiciu pająka (w opini Czarnego - obrzydliwym, w mojej opini - sympatycznym) liczyłem na spotkanie kolejnych "bossów", o ile naszego przyjaciela spidera tak można nazwać. Żadna wielka ropucha, ani kraken niewaidomo skąd się nie pojawi. Mimo wszystko do końca gry nudzić się nie można (zwłaszcza, iż jest cholernie krótka), gdyż pomysłowość przy tworzeniu kolejnych chapterów, których doliczyłem się trzydziestu dziewięciu, jest naprawdę imponująca. Ogromnym plusem jest również według mnie zakończenie gry, którego nie będę zdradzał, jak mnie to uczyniła ciocia - wiki.

   Podsumowując. "Limbo" jest rewelacyjną grą z kapitalnie stworzonym klimatem, na któy składa się nie tylko cudowny obraz otaczającej nas rzeczywistości, lecz także brutalne elementy rozgrywki. Grając w ten produkt należy się często przyglądać i zwracać uwagę na różne rzeczy, które nas otaczają. Wszystko, co ujrzymy na ekranie na pewno znajdzie jakieś zastosowanie, czasem naprawdę dziwne...

Ocena:9/10

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

MUZYKA. Miniaturki - część 10 (Human Mastication, Revolting, Psycho)

Czas na malutki jubileusz, czyli na dziesiątą część miniaturek. Tym razem odnalazłem trzy zespoły z różnych krajów grające death metal. Nie są to jednak "wyjadacze" gatunku...

 Human Mastication - Persecute to Bloodbath

  Jakiś czas temu natknąłem się na formację (pseudo) Apostles of Perversion. Myślałem, że prędko nie spotkam czegoś równie beznadziejnego, ale teraz muszę przyznać, iż sie myliłem. Wszystko za sprawą "wielkich inaczej" z Filipin. Serwują nam oni brutal death metal na najniższym światowym poziomie. Ich muzyka to: "żart, skecz, humoreska...nie wiem, jak mam nazwać to badziewie".Totalne nieporozumienie.Nazwanie Human Mastication zespołym muzycznym jest gruba przesadą.Brzmienie nie stoi na żadnym poziomie. Totalny chaos, dysharmonia, brak jakiejkolwiek melodii. Myślę, że oni sami nie wiedzieli, co chcą zrobić ze swoimi instrumentami. Wokal...ciekawe, czy naprawdę coś śpiewa.

Ocena:0/10

 Revolting - In Grisly Rapture

   Niby nie jest źle. Nienajgorszy wokal, poprawna gra instrumentów. Mimo tego Szwedom z Revolting czegoś brakuje. Na "In Grisly Rapture nie ma jakiegoś konkretego pomysłu na odpalenie naprawdę ciężkiej artylerii w postaci typowych muzycznych "killerów", co sprawia, iż płyta jest zbyt jednostajna, a co za tym idzie - męczy.Kolejne utwory wydają się być dość podobne i tak naprawdę już w połowie albumu jasne staje się to,że "In Grisly Rapture" raczej już do końca nie zaskoczy nas niczym nadzwyczaj ciekawym.




Ocena:4,5/10

Psycho - Pain Addict Pigs

   Rzeczą wyróżniającą death metalowy zespół Psycho jest ich narodowość. Pochodzą oni bowiem z Singapuru, a muszę przyznać, iż uwielbiam wyszukiwać bandów z tak "nietypowych" krajów. Muzyka prezentowana przez nich nie jest jakąś brutalną death metalową masakrą, której ostatnio mam dość, gdyż natykam się na brutal death dość miernej jakości (choćby Filipińczycy z Human Mastication), ale całkiem łatwą w odbiorze, choć rewelacji też nie ma. Skrzeczący wokal, niezłe partie instrumentów, a przede wszystkim wyrazista gra basisty, co jest tutaj dużym plusem. Bas słychać wyraźnie w każdym numerze i nie wtapia się on w grę gitar, które swoją drogą też momentami zagrają nam na "Pain Addict Pigs" naprawdę nieźle.

Ocena:5,5/10

sobota, 20 sierpnia 2011

MUZYKA. Miniaturki - część 9 (Resistiendo Ante Todo, Axegressor, Godslave)

  Nie ukrywam, że thrash metal to jeden z moich ulubionych gatunków muzycznych. Właśnie dlatego dziewiąta część miniaturek jest kontynuacją poprzedniej, w której również skupiłem się na tym gatunku metalowego rzemiosła.

Resistiendo Ante Todo – Resistiendo Ante Todo

  Kolejny przedstawiciel Ameryki Południowej. Ostatnio już miałem okazję się przekonać o słabości Kolumbijczyków i przeciętności Brazylijczyków. Czas na Argentynę, której jest znacznie bliżej do tych drugich, gdyż Kolumbijski Ursus niszczą bez żadnych problemów. Nie jest to żadna rewelacja, ale momentami jest naprawdę ciekawie. Na szczególną uwagę zasługuje otwierające „Resistiendo Ante Todo” intro oraz bardzo dobry kawałek „No Cambiare” z wyjebiście chwytliwym refrenem.




Ocena: 5/10

Axegressor – Next

  Finowie z Axegressor grają ciekawy, agresywny thrash, który może się podobać. Na albumie „Next” usłyszymy szybkie tempa, melodyjne gitary i nieco kojarzący się z Children of Bodom wokal. To wszystko sprawia, iż o tej płycie mogę spokojnie napisać, że jest jedną z lepszych rzeczy tego gatunku jaką miałem okazję usłyszeć na przestrzeni ostatniego miesiąca.






Ocena: 6/10

Godslave – Into the Black

   Z niemieckim Godslave rzecz ma się całkiem podobnie do wspomnianego wyżej Axegressor. Album „Into the Black” stoi na całkiem niezłym poziomie. Otrzymamy tutaj bowiem prawie pięćdziesiąt minut thrashu, który jest agresywny, lecz i melodyjny. Całkiem przyjemne dla ucha solówki i dobry wokal to kolejne atuty płyty, która również wybija się nieco na tle ostatnio wysłuchanych przeze mnie longplay’ów.





Ocena: 6/10

czwartek, 11 sierpnia 2011

Metal Hammer Festival 2011 - Katowicki Spodek

  Kiedy w zeszłym roku wybierałem się na Metal Hammera główną gwiazdą był Korn. Zespół, który cenię i lubię, jednak zespół nie będący wtedy moim priorytetem. Ja jechałem przede wszystkim po to, aby ujrzeć Szwedów z formacji Opeth.  Tym razem było inaczej. Najważniejszym punktem tegorocznego festiwalu była dla mnie gwiazda wieczoru, czyli brytyjska legenda New Wave of Biritsh Heavy Metal – Judas Priest.

  Rok temu podczas MH nie spotkałem chyba nikogo w koszulce Judaszów – byłem chyba jedyny :D. W tym roku chodzące po Spodku koszulki Judas Priest dominowały obok koszulek… Iron Maiden. Nie zabrakło jednak oddanych fanów takich zespołów, jak Vader, Exodus, czy Morbid Angel. Zabrakło jednak stoiska z jedzeniem – jedno na cały Spodek? WTF!? Pomijając małe niedociągnięcia, czas skupić się na muzyce. Metal Hammer A.D. 2010 był dość lekkim, jeśli tak można powiedzieć, festiwalem, jak na imprezę metalową. Katatonia, Riverside, Pain of Salvation, czy Votum nie są zespołami grającymi muzykę „czysto” metalową. Organizatorzy postanowili więc zadbać o to, aby tegoroczna edycja MH była naprawdę mocna – i była.

  Rok temu spóźniłem się troszeczkę na otwierający koncert zespół Votum. Także podczas tegorocznego festiwalu nie omieszkałem chwilkę się spóźnić. Kiedy wszedłem do Spodka, na scenie była już grupa Animations. Nie spieszyło mi się zbytnio, więc zająłem się spokojnym ogarnięciem sytuacji, toaletą i stoiskiem z hot dogami, gdzie kolejki jeszcze pozwalały mieć nadzieje na spożycie czegokolwiek. W momencie gdy szedłem już na halę, grali panowie z Soulburners. Potraktowałem to jako małe przetarcie przed większymi zespołami. Nic szczególnego. Źle nie było, choć słabo było słychać wokal. Tak naprawdę Metal Hammer A.D. 2011 zaczął się jednak w momencie, w którym na scenie pojawił się zespół Mech. Stara polska formacja, która najbardziej zawsze kojarzyła mi się ze znakomitą grą FPP – „Painkiller”. Do tej gry panowie stworzyli calutki soundtrack, dzięki czemu szpila się w nią tak wspaniale. I już na sam początek, gdy na scenie pojawili się we trójkę (jeszcze bez wokalisty), dali czadu z gitarowym kawałkiem z tej właśnie gry (nie pamiętam, która to była runda – chyba doki). Od razu poznałem ten potężny riff grany przez Chancewicza, który miał na sobie ładny, biały kapelusik. Po chwili na scenę wszedł Maciej Januszko i tak grupa zaczęła swój występ na dobre, grając między innymi takie szlagiery jak „Piłem z diabłem bruderschaft”, „Twój morderca”, czy wreszcie „Painkiller”. W pewnym momencie Januszko powiedział: „przekażcie swoim rodzicom, że my jeszcze żyjemy” – przekazane :D. Na koniec gitarzysta rozwalił swoją gitarę o podłogę, a jej resztki poleciały w publiczność. (pewnie źle wspomina następne części "Painkillera" :D - dop. Adam)

  Około godziny 16:00 na scenie miał zameldować się brytyjski zespół Tank. Jeden z przedstawicieli nurtu New Wave of British Heavy Metal promuje wciąż swoją zeszłoroczną płytę „War Machine”, której wydawcą jest polski Metal Mind. Czołg wypadł całkiem nieźle, grając melodyjną i wpadającą w ucho muzykę. Przyznam szczerze, że nigdy za bardzo nie zagłębiłem się w ich twórczość, choć NWoBHM to według mnie jedna z najlepszych rzeczy w muzyce metalowej. Publiczność bawiła się bardzo dobrze, a w moim odczuciu najlepiej wypadł kawałek „Phoenix Rising”. Pozostało czekać na kolejny polski cios – Vader.

  Konferansjer zapowiedział zespół, który za kilka dni wydaje płytę, będącą swego rodzaju powrotem do korzeni. Chodzi oczywiście o nawiązanie do, jak to on powiedział, najsłynniejszej deathmetalowej demówki świata – „Morbid Reich”. Nowy album Vadera nazywa się w końcu „Welcome to the Morbid Reich”. No i cóż... Zawiódł mnie fakt, iż z nowego albumu usłyszeliśmy jedynie singiel – „Come And See My Sacrifice”. Liczyłem, że zespół zdecyduje się na zagranie czegoś więcej, skoro płyta praktycznie już wbiega do naszych sklepów – nic z tego. Vader zagrał jednak naprawdę dobre numery i zostawił na scenie dużo pozytywnej energii przed kolejnymi zespołami. Panowie weszli oczywiście przy muzyce z „Gwiezdnych Wojen”. Po chwili zaczęli z albumem „Necropolis”. Zaserwowali nam miażdżące: „Devilizer” oraz „Rise of the Undead” – było naprawdę dobrze. Powrócili także do starszych albumów (choćby „Black to the Blind”), ale czegoś mi jednak w występie polaków zabrakło. Liczyłem na gromiące kawałki, jak „Helleluyah (Go is Dead)" oraz „Dark Transmission”, które moim zdaniem na koncert są wprost idealne.  Zamiast tego pierwszego dostaliśmy innego przedstawiciela płyty „Impressions In Blood” – „Shadowfear” (chyba najgorszy wybór, jaki mógł tylko paść), a z płyty „The Beast” Vader nie zagrał ani jednego kawałka. Na koniec poszedł za to znakomity Slayer’owy cover – „Raining Blood”, który wypadł naprawdę bardzo dobrze. Liczyłem na nieco lepszy (w moim odczuciu) repertuar, ale i tak ogólnie rzecz biorąc Vader wypadł pozytywnie.

  Exodus to zespół, na który czekałem z ogromnymi nadziejami. Jestem w końcu wielkim fanem thrash metalu, a Exodus to też nie byle jaki przedstawiciel tego właśnie gatunku. Konferansjer zapowiedział, iż zespół przygotował dla nas „A Lesson In Violence”, a Gary Holt będzie sprawdzał zeszyty – „kto nie odrobił będzie miał przesrane!”. Z wielką przykrością muszę przyznać, że po tym zespole spodziewałem się znacznie więcej i jest to dla mnie największe rozczarowanie tegorocznego festiwalu. Czegoś mi po prostu zabrakło. Na początku wiało nudą. Lepiej zrobiło się kiedy poszedł „War is My Shepherd”, jednak zaraz po nim spodziewałem się numeru „Blacklist”, którego już zabrakło. Kilka niezłych numerów to zdecydowanie za mało, bym mógł powiedzieć, iż Exodus spełnił moje oczekiwania.

  Tuż przed godziną 20:00 na scenie miał się zameldować zespół, którego album „Covenant” z roku 1993 jest najlepiej sprzedającym się krążkiem w historii death metalu. Do tego ich gitarzysta Trey Azagthoth jest przez wielu uznawany za najwybitniejszego death-gitarzystę wszech czasów. Nadzieje więc znów powinny być wielkie. Już przed ich występem na scenie zawieszona została wielka flaga z logiem zespołu. Zanim zespół wszedł na scenę, flaga spadła. Potem znów się pojawiła, lecz zaczęła się kołysać. Kiedy Morbid Angel pojawił się na scenie flaga wisiała nierówno, ale dość szybko poradzono sobie z tym „arcytrudnym” zadaniem poprawnego zawieszenia flagi zespołu, po której bokach widniała okładka ich najnowszego wydawnictwa – „Illud Divinum Insanus”. Najbardziej czekałem właśnie na numery z tej płyty. Doczekałem się trzech kawałków, które wypadły naprawdę bardzo dobrze. Były to: „Existo Vulgore”, „Nevermore” oraz „I am Morbid”, przed którym wokalista zadał publiczności jedno bardzo ważne pytanie: „Are you morbid!?”. Niestety zabrakło z nowej płyty numerów, na które czekałem najbardziej. Mam tutaj na myśli najbardziej eksperymentalne rzeczy jakie Morbid Angel nagrał: „Too Extreme!”, Destructors VS. Earth” i „Radicult”. Zespół nie zdecydował się „ryzykować” i zagrać na żywo choćby jeden z wymienionych – szkoda. Zamiast tego dostaliśmy kilka starszych numerów, dzięki czemu fani mogli się „rozpłynąć”. Tak było, choćby przy „Angel of Disease” i „God of Emptiness”. Ogólnie: całkiem nieźle, ale bez rewelacji.

  Ostatnią nadzieją tego wieczoru na coś naprawdę wielkiego była formacja Judas Priest. Oczekiwania były wielkie. Halford i chłopaki mięli dostać aż sto trzydzieści minut – jest to naprawdę godny ich czas. Około godziny 21:20 scena była zasłonięta wielką kurtyną, na której widniał napis „Epitaph”. W pewnym momencie zgasło światło, co sprawiło, że publiczność oszalała. Wszyscy oczekiwali aż kurtyna opadnie. Po chwili zaczęła się świecić na czerwono, a jeszcze chwilę potem opadła – nareszcie. W ten sposób swoje show rozpoczęli Judasi, którzy scenę mięli zrobioną wyraźnie pod siebie. Miejsca było o wiele więcej, co służyło im przez cały występ. Na początek „Rapid Fire” z płyty „British Steel”. Na ekranie pojawił się widok płonącego miasta. Od tej pory wszystkiego było pełno: buchające we wszystkie strony ognie, strzelające po Spodku kolorowe lasery. Na scenie byli w końcu „Metal Gods” – i ten numer pojawił się również jako drugi. 

  Judas Priest zrobiło nam wielką podróż po swojej dyskografii. Zagrali kawałki z wszystkich płyt, na których śpiewał Rob Halford. Pominęli jedynie „Jugulator” i „Demolition” (z Timem "Ripperem" Owensem). Mogliśmy doświadczyć nawet kawałka z tak starej płyty, jak „Rocka Rolla”. Kiedy na ekranie pojawiła się okładka z kapslem Coca-Coli było jasne, że za chwilę usłyszymy „Never Satisfied”, o którym Halford powiedział, że to fantastyczny numer (dziwne, bo kiedyś ponoć stwierdził, że nie znosi swojego debiutu). Zaskoczyło mnie to, że zespół zagrał mój ulubiony track – „Night Crawler”. Nie spodziewałem się tego, ale byłem wręcz wniebowzięty. Klimat rodem z dobrego horroru na żywo wypadł równie genialnie, co na płycie „Painkiller”. Skoro już mowa o tym krążku - jednym z najlepszych momentów koncertu była oczywiście chwila, w której na ekranie można było ujrzeć obracająca się tej właśnie płyty okładkę. Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości, co za moment usłyszymy, to Scott Travis szybko je rozwiał rozpoczynając swoją słynną kanonadę perkusyjną. W ten sposób rozpoczął się tytułowy „Painkiller”. Genialnie zaprezentowali się oczywiście Glenn Tipton oraz Richie Faulkner na gitarach (brak Downinga na koncercie był praktycznie nieodczuwalny). W tej kompozycji Robertowi zdarzyło się nawet zagrowlować (dwukrotnie!). 

  Z „Sad Wings of Destiny” usłyszeliśmy „Victim of Changes” (wtedy po raz pierwszy wystrzeliły lasery w stronę publiczności). Z „Sin After Sin dostaliśmy dwie kompozycje: „Starbreaker” oraz „Diamonds & Rust”, a z albumu „Stained Class” odwiedziła nas kultowa pół-ballada „Beyond the Realms of Death”. Nie było oczywiście mowy o pominięciu takiego LP jak „Killimg Machine”. Priest zaserwował nam „The Green Manalishi (With the Two-Pronged Crown)” oraz kolejny szlagier – „Hell Bent For Leather”. Na początku tego drugiego buchnął dym, a Halford wjechał na scenę swoim motorem, co wywołało wśród publiki ogromny entuzjazm. Muszę przyznać, że sam długo czekałem na ten moment koncertu. Podczas „Breaking the Law” wokalista Judaszów nie zaśpiewał ani słowa, dając pobawić się publiczności. Frontman zespołu udowodnił też, iż ma wielkie poczucie humoru bawiąc się w ze swoimi fanami w powtarzania. Kiedy został na scenie sam, kazał powtarzać za sobą okrzyki typu: „jeee”. Wszyscy oczywiście głośno odpowiadali. W pewnym momencie Rob zrobił sobie jaja i do powtórzenia zaserwował okrzyk tak długi i wysoki, iż normalny śmiertelnik nie ma szans tego wyciągnąć. Zmieszani ludzie oczywiście się pogubili próbując to z siebie wydusić.
 Przedstawicielem płyty „Point of Entry” był, jak można się było spodziewać „Heading out to the Highway”, a „Defenders of the Faith” – „The Sentinel”. Gdy na ekranie pojawiła się okładka płyty „Turbo” po raz kolejny wystrzeliły lasery, a publika miała okazję pospiewać kolejny hit – „Turbo Lover”. Troszkę szkoda, że Judas Priest nie zagrało nam superszybkiego „Ram It Down”, ale zamist tego usłyszeliśmy „Blood Red Skies” które wypadło też naprawdę bardzo udanie. Z najnowszych dokonań zespołu także pojawiły się numery. Chociaż tylko dwa kawałki, to i tak było świetnie. Przed „Angel of Retribution” zgasły światła, a na ekranie pojawił się wielki, czarny anioł. Wtedy cały Spodek oczekiwał „Judas Rising”. Warto wspomnieć, że bogata scenografia, jaką mięli przygotowaną panowie z Judas Priest to nie tylko strzelające lasery, wybuchające dymy, ognie, które napieprzały idealnie równo w rytm muzyki (…się ktoś musiał przy tym cholernie napracować), ale także stroje wokalisty. Robert zmieniał bowiem strój średnio co dwa, trzy numery. Podczas kompozycji z płyty „Nostradamus” („Prophecy”) przebrał się za samego Nostradamusa. Srebrny kaptur zasłaniał jego twarz, a w lewej ręce dzierżył długi kostur zakończony znakiem firmowym Judaszów, czyli krzyżem, który ma wbity w siebie półokrąg, co tworzy trzy „zęby”. Pod koniec tego tracku wystrzeliły z niego płomienie, a wtedy Halford zszedł ze sceny, aby po raz kolejny zmienić przebranie. 

  Z płyty „Screaming for Vengeance” kawałki pojawiły się dosyć późno. Dostaliśmy jednak „You’ve Got Another Thing Comin” , a także poprzedzonego tradycyjnym intrem w postaci „The Hellion” – „Electric Eye”. Podczas tej kompozycji na ekranie pojawiło się wielkie oko rozglądające się po katowickim Spodku. Panowie kilka razy schodzili ze sceny, robiąc wszystkim troszkę stracha, że to już koniec. Po chwili jednak wracali i dalej robili swoje. Po raz ostatni miało to miejsce, gdy Travis został  sam na scenie i powiedział, że zagrają jeszcze jeden kawałek. Już wtedy wszyscy stali i oklaskiwali zespół. Na ekranie pojawił się wielki zegar, a wskazówka lekko przechyliła się za godzinę zwiastującą północ. Oczywiste wtedy było, że na koniec pójdzie „Living Afer Midnight”. Cały Spodek zaśpiewał refren razem z Halfordem, a nikt nawet nie odważył się już usiąść.

  Judas Priest dało koncert, który na pewno przejdzie do historii. Nigdy nie pojawili się w tym składzie w naszym kraju i prawdopodobnie już tego nie zrobią. Kto tego nie widział, ma czego żałować. Wspaniały popis genialnego zespołu – co klasa, to klasa. Metal Hammer A.D. 2011 był bardzo udanym festiwalem, ale warto zaznaczyć, iż różnica w jakości między gwiazdą wieczoru a resztą była wprost miażdżąca. W końcu to Judas Priest – „Metal Gods”.