Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rise to remain. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rise to remain. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 października 2011

MUZYKA - Rise to Remain - City of Vultures [2011]

1. Intro 0:51
2. The Serpent 3:36
3. This Day Is Mine 3:19
4. City Of Vultures 4:59
5. Talking In Whispers 4:07
6. God Can Bleed 3:46
7. Power Through Fear 3:51
8. Nothing Left 3:05
9. We Will Last Forever 4:14
10. Illusions 4:07
11. Roads 4:18
12. Bridges Will Burn 5:08
 
Całkowity czas: 45:21

   Po dłuższej nieobecności postanowiłem zrecenzować debiutancki album Brytyjczyków z Rise to Remain noszący nazwę ''City of Vultures'', który znam już niemal na pamięć. Co jednak wyróżnia RtR na tle pozostałych debiutujących zespołów tego typu? Na pewno nie muzyka - przecież każdy lepiej lub gorzej może grać melodyjny metalcore. Mianowicie, chodzi o to, że wokalista i frontman zespołu Austin Dickinson, jest synem legendarnego już w świecie metalowym Bruce'a, który już niemal od 3 dekad przewodzi Żelaznej Dziewicy. Można więc pomyśleć, że chłopak na wejściu ma fory z powodu tatusia. A może jest właśnie na odwrót i od zespołu oczekuje się czegoś ekstra, skoro frontman ma ojca takiego kalibru? Dziś, już ponad miesiąc po premierze longplay'a, można się tylko zastanawiać, czy ''Miasto Sępów'', choć jego premiera nie była nie wiadomo jak ważna, dołożyło swoje ''3 grosze'' wkładu w rozwój gatunku i na ile były one poważne. Od razu we wstępie uchylę rąbka tajemnicy i napiszę tylko, że owe drobniaki na pewno włożyło, a skalę ich powagi określić już musimy sami.

   Zanim skupię się na zawartości ''CoV'', mam krótki komunikat do osób, które spodziewają się, że płyta soczyście ''urywa tyłek'' pod względem mocy - otóż nie doświadczycie tego moi drodzy. Zamiast tego dostaniecie masę świetnych melodii, niesamowitych refrenów i całkiem pokaźną ilość dobrych riffów. Zacznę może od intra, które jest zupełnie niepotrzebne i nieudane - dźwięki hałasującego miasta, które z wolna zamieniają się w melodię - szkoda na nie czasu, lepiej od razu przejść do konkretów. A takie dostajemy od razu - ''The Serpent'', to jeden z tych przebłysków z ''mocą''. Zadziorny początek, po którym władzę przejmuje już trochę spokojniejsze przejście do refrenu, no i sam chorus - lekkość i chwytliwość, bez żadnych zastrzeżeń. I tak w zasadzie jest przez cały kawałek, z wyjątkiem przejścia, ale to nic złego. Utwór jest po prostu świetny. Służy też jako dobry przykład wokali Austina - dość ciekawego growlu, jak i lżejszych, miejscami wręcz post-hardcore'owych wokali. Tu też nie zauważam zgrzytów - słucha się tego naprawdę przyjemnie. ''The Day Is Mine'' idealnie nadaje się na singiel. Lekki, przyjemny, z radiowym refrenem i niemęczącą solówką. Kolejna mocna pozycja na krążku. Po nim natrafimy na kawałek tytułowy. I tu przychodzi nieznaczny zawód - owszem, jest dość ciekawie, miły refren, choć niespecjalnie zapadający w pamięć i dobry riff, ale jako utwór tytułowy pozostawia ogólny niedosyt. Wielki plus za przejście z solówką - naprawdę udany zabieg. Następny ''Talking In Whispers'' z powodzeniem moglibyśmy puszczać na każdej imprezie, gdzie nie znajdziemy ludzi, którzy choć trochę boją się muzyki gitarowej. Od początku do końca lekki, z niesamowicie ładnym refrenem i udaną solówką - kolejny kandydat na singla. Przyszła kolej na mojego ulubieńca, którym jest ''God Can Bleed''. Ten kawałek powinien być podręcznikowym przykładem dla innych zespołów jak stworzyć płytowego ''killera''. Moc wpisana w genialny, choć typowy riff, refren który masz ochotę puścić paręnaście razy z rzędu i świetna solówka z tej wyższej półki - brawa dla gitarzystów (ogólnie za linię melodyczną utworu). Coś niesamowitego, chylę czoła. Tym sposobem jesteśmy już na półmetku płyty, ale to nie znaczy, że druga połowa będzie gorsza, trzyma praktycznie ten sam poziom, co można zauważyć już od kawałka który ją rozpoczyna - ''Power Through Fear''. Jest dosyć mroczniejszy od innych, jednak wcale nie gorszy o czym przekonamy się dzięki dobrej linii melodycznej oraz tradycyjnie udanej solówce i refrenie. Kolejny to najkrótszy na płycie singiel promujący ''Miasto Sępów'', czyli ''Nothing Left''. Kolejny przykład tego, że panowie wiedzą jak tworzyć zapadające w pamięć melodie, solówki i refreny. Ten z ''Nothing Left'' podśpiewywałem chyba przez cały tydzień. ''We Will Last Forever'' przywodzi na myśl stare pop-punkowe hity z refrenami ociekającymi młodzieńczym patosem. I tak właśnie jest, ale to nic złego. Na uwagę zasługuje szczególnie końcówka utworu - jest naprawdę bardzo ładna. Kolejny ''Illusions'', choć miły dla ucha, niczym się nie wyróżnia. Nie jest złym utworem, ale jakoś często do niego nie wracam. Przyszła kolej na jedyną balladę na ''CoV'', czyli ''Roads'', która muszę przyznać wypadła bardzo dobrze. Spokojniesza, z przejmującym refrenem i nezgorszym tesktem, ciekawie odstaje od reszty utworów. Tym sposobem doszliśmy do zamykacza płyty, znanego już z wcześniejszej EP'ki zespołu, a mowa tu o ''Bridges Will Burn''. Moim zdaniem jest w ogóle niepotrzebny. Nie o to chodzi, że mi się nie podoba, jest całkiem dobry, ale skoro pojawił się już na EP'ce to nie rozumiem czemu wsadzać go jeszcze na płytę. Może w charakterze zapychacza - w końcu jest najdłuższy na płycie, bo trwa lekko ponad 5 minut. Przecież ładniej wygląda, jeśli płyta trwa 45, a nie tylko 40 minut, jak większość w swoim gatunku. A może nie o to chodzi? Może panowie tak lubią ten kawałek, że bez niego by się nie obeszli tworząc ''Miasto Sępów''? Tak czy inaczej - dla mnie jest zupełnie niepotrzebny.

   Cóż mogę napisać w podsumowaniu, żeby już nie przedłużać? Może polecę starą śpiewką. Myślę, że debiut Rise to Remain to rzecz naprawdę godna uwagi i pozycja obowiązkowa dla fanów tego typu muzyki. Jeśli jeszcze nie miałeś okazji usłyszeć ''City of Vultures'' lub po prostu nie chciałeś tego robić, koniecznie musisz to zmienić, chociażby po to, żeby samemu wyrobić sobie opinię o muzyce stworzonej przez tych obiecujących debiutantów. Sądzę iż ich ''3 gorsze'' ze wstepu na pewno wniosły lekki powiew świeżości, który odkurzył zakurzoną półkę z napisem ''melodyjny metalcore'' i wróżę chłopakom dość spory sukces, niecierpliwie oczekując ich kolejnych dokonań. Polecam potrójnie!

Moja ocena : 8,5/10

sobota, 3 września 2011

MUZYKA. Miniaturki - część 11 (Trivium, Rise to Remain, Chimaira, The Devil Wears Prada)


  Zaczął się wrzesień. Przez najbliższe dwa miesiące będzie więc sporo roboty, gdyż ważnych albumów będzie teraz mnóstwo, a o każdym jakieś słowo wypadałoby powiedzieć. Niektóre (omawiane już przez innych, jak choćby Trivium) będą wymieniane w miniaturkach, o innych napiszę pełnowymiarowe recenzje.

Trivium – In Waves

  O nowej płycie Trivium napisali już u nas Adam i Czarny, więc ze względu na dużą liczbę albumów, o których chcę niebawem napisać, postanowiłem sobie ostatecznie darować pełną recenzję. Tylko z tego powodu, gdyż nie ma mowy o jakimkolwiek lekceważeniu „In Waves”. Ten longplay to swego rodzaju podsumowanie muzycznej działalności zespołu. Czerpią oni tutaj bowiem po trochę z każdego wcześniejszego krążka, co sprawia, iż mamy na „IW” utwory mocniejsze i lżejsze. Takie zróżnicowanie wypada chłopakom naprawdę udanie, a i nowy perkusista – Nick Augusto – nie odbiega według mnie poziomem od Travisa Smitha. Znakomicie sprawdzają się na najnowszym LP amerykanów najmocniejsze numery, czyli „Dusk Dismantled”, „A Skyline’s Severance” i „Chaos Reigns” (zwłaszcza ten drugi). Są to w mojej opinii jedne z jaśniejszych gwiazd na niebie świecącym pod nazwą „In Waves”, choć nie ma również mowy o wypełniaczach – wręcz przeciwnie. Mogę śmiało powiedzieć, że podstawowa wersja płyty jest zbyt uboga, a co za tym idzie, ani razu nie słuchałem płyty bez bonusów, które traktuje, jak wersję „prawdziwą”. Mam tutaj przede wszystkim na myśli całkowite bonusowe nowości „Tryvialne”, czyli krótki „Ensnare the Sun”, genialny „Drowning Slow In Motion z hipnotycznym refrenem, a także lekki i chwytliwy „A Grey So Dark”. Moim największym faworytem jest natomiast „Caustic Are the Ties That Bind” mający nieco progresywne zapędy, których jednak (niestety albo stety) na tej płycie akurat brak. W „CAtTTB” otrzymamy rewelacyjne solo (najlepsze na płycie), bardzo kojarzące się z Iron Maiden, których zresztą Heafy bardzo ceni. Długo zastanawiałem się nad oceną tej płyty, ale ostatecznie stwierdziłem, że nie lubię zawyżać… więc osiem oczek, ale takich pewnych, mocnych i niepodważalnych, jak jasna cholera.

Ocena: 8/10

Rise to Remain – City of Vultures

  Jak najlepiej zareklamować zespół Rise to Remain?  Wystarczy powiedzieć, że wokalistą tego zespołu jest Austin Dickinson, syn niejakiego Paula Bruce’a Dickinsona ze słynnej formacji Iron Maiden. Coż. Z takim ojcem od razu ma się do przodu. Trzeba jednak przyznać, iż panowie z Rise to Remain naprawdę potrafią zagrać, a ich debiutancki krążek „City of Vultures” nie jest jakimś metalcore’owym ochłapem. Jest to udany debiut, a do tego wyjątkowo melodyjny. Austin częściej śpiewa lekkim głosem, niż growlem. Gitary również grają bardzo melodyjnie. Na „CoV” usłyszymy bardzo udane solówki (choćby „God Can Bleed”, czy „Nothing Left”), a także wiele znakomitych partii instrumentalnych, czy wokalnych. Znakomicie wypadają refreny takich kompozycji, jak „The Serpent”, czy „City of Vultures”. Dużym plusem są również „Power Through Fear” oraz kończący album „Bridges Will Burn”, będący także kompozycją tytułową na EP wydanym w zeszłym roku. Jest kilka nieco słabszych momentów, ale ogólnie to udany debiut i jestem bardzo ciekawy, co chłopaki nam jeszcze w przyszłości spłodzą.

Ocena: 7,5/10

Chimaira – The Age of Hell

  Nigdy specjalnie za Chimairą nie szalałem, ale wieść o tym, że wydają nowy krążek przyjąłem z dużym zaciekawieniem. Płyta pod nazwą „The Age of Hell”? Brzmi ciekawie – bardzo metalowo. Muszę przyznać, że już po pierwszym przesłuchaniu wiedziałem, iż to nie będzie płyta do bicia po pysku, gdyż jest tutaj na czym ucho zawiesić. Od mocnego kawałka tytułowego na początek, poprzez naprawdę udane kompozycje do samego końca, gdzie czeka na nas instrumentalny track – „Samsara”. Płyta posiada wiele „fajnych” momentów – zwolnień, lżejszych refrenów i ciekawych partii gitar. Już w drugim na tym LP „Clockwork” poznamy bardzo przyjemny refren. Najbardziej podobają mi się jednak „Time is Running Out” (potężne gitary i szybkie tempo) oraz „Beyond the Grave” – znów świetna partia gitary. Ciekawie wypada również króciutki kawałek „Stoma”. Jest to trwający blisko półtora minuty utwór instrumentalny wprowadzający nad do kolejnej udanej kompozycji – „Powerless”. Nowej Chimairy warto posłuchać, bo to naprawdę dobra rzecz.

Ocena: 7/10

The Devil Wears Prada – Dead Throne

  Na koniec tych metalcore’owych i jedenastych już miniaturek (mojego autorstwa) formacja The Devil Wears Prada i album „Dead Throne”. Jest to najsłabsza pozycja z tych, które w tym tekście proponuję, choć także nie do zlekceważenia, gdyż warto owy album zapoznać, czy też dać mu jakąkolwiek szansę. „Dead Throne” to album niezły, ale nie ma wyróżniających się numerów, które chodzą po głowie. Po prostu w całości słucha się całkiem przyjemnie i tyle. Żadna rewelacja, ale dla fanów gatunku na pewno rzecz, która w tym roku również trochę czasu zajmie. Chociaż znam pewnego człowieka, który fanem gatunku jest, a powiedział, że „trochę bieda”…


Ocena: 6/10