Pokazywanie postów oznaczonych etykietą in waves. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą in waves. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 września 2011

MUZYKA. Miniaturki - część 11 (Trivium, Rise to Remain, Chimaira, The Devil Wears Prada)


  Zaczął się wrzesień. Przez najbliższe dwa miesiące będzie więc sporo roboty, gdyż ważnych albumów będzie teraz mnóstwo, a o każdym jakieś słowo wypadałoby powiedzieć. Niektóre (omawiane już przez innych, jak choćby Trivium) będą wymieniane w miniaturkach, o innych napiszę pełnowymiarowe recenzje.

Trivium – In Waves

  O nowej płycie Trivium napisali już u nas Adam i Czarny, więc ze względu na dużą liczbę albumów, o których chcę niebawem napisać, postanowiłem sobie ostatecznie darować pełną recenzję. Tylko z tego powodu, gdyż nie ma mowy o jakimkolwiek lekceważeniu „In Waves”. Ten longplay to swego rodzaju podsumowanie muzycznej działalności zespołu. Czerpią oni tutaj bowiem po trochę z każdego wcześniejszego krążka, co sprawia, iż mamy na „IW” utwory mocniejsze i lżejsze. Takie zróżnicowanie wypada chłopakom naprawdę udanie, a i nowy perkusista – Nick Augusto – nie odbiega według mnie poziomem od Travisa Smitha. Znakomicie sprawdzają się na najnowszym LP amerykanów najmocniejsze numery, czyli „Dusk Dismantled”, „A Skyline’s Severance” i „Chaos Reigns” (zwłaszcza ten drugi). Są to w mojej opinii jedne z jaśniejszych gwiazd na niebie świecącym pod nazwą „In Waves”, choć nie ma również mowy o wypełniaczach – wręcz przeciwnie. Mogę śmiało powiedzieć, że podstawowa wersja płyty jest zbyt uboga, a co za tym idzie, ani razu nie słuchałem płyty bez bonusów, które traktuje, jak wersję „prawdziwą”. Mam tutaj przede wszystkim na myśli całkowite bonusowe nowości „Tryvialne”, czyli krótki „Ensnare the Sun”, genialny „Drowning Slow In Motion z hipnotycznym refrenem, a także lekki i chwytliwy „A Grey So Dark”. Moim największym faworytem jest natomiast „Caustic Are the Ties That Bind” mający nieco progresywne zapędy, których jednak (niestety albo stety) na tej płycie akurat brak. W „CAtTTB” otrzymamy rewelacyjne solo (najlepsze na płycie), bardzo kojarzące się z Iron Maiden, których zresztą Heafy bardzo ceni. Długo zastanawiałem się nad oceną tej płyty, ale ostatecznie stwierdziłem, że nie lubię zawyżać… więc osiem oczek, ale takich pewnych, mocnych i niepodważalnych, jak jasna cholera.

Ocena: 8/10

Rise to Remain – City of Vultures

  Jak najlepiej zareklamować zespół Rise to Remain?  Wystarczy powiedzieć, że wokalistą tego zespołu jest Austin Dickinson, syn niejakiego Paula Bruce’a Dickinsona ze słynnej formacji Iron Maiden. Coż. Z takim ojcem od razu ma się do przodu. Trzeba jednak przyznać, iż panowie z Rise to Remain naprawdę potrafią zagrać, a ich debiutancki krążek „City of Vultures” nie jest jakimś metalcore’owym ochłapem. Jest to udany debiut, a do tego wyjątkowo melodyjny. Austin częściej śpiewa lekkim głosem, niż growlem. Gitary również grają bardzo melodyjnie. Na „CoV” usłyszymy bardzo udane solówki (choćby „God Can Bleed”, czy „Nothing Left”), a także wiele znakomitych partii instrumentalnych, czy wokalnych. Znakomicie wypadają refreny takich kompozycji, jak „The Serpent”, czy „City of Vultures”. Dużym plusem są również „Power Through Fear” oraz kończący album „Bridges Will Burn”, będący także kompozycją tytułową na EP wydanym w zeszłym roku. Jest kilka nieco słabszych momentów, ale ogólnie to udany debiut i jestem bardzo ciekawy, co chłopaki nam jeszcze w przyszłości spłodzą.

Ocena: 7,5/10

Chimaira – The Age of Hell

  Nigdy specjalnie za Chimairą nie szalałem, ale wieść o tym, że wydają nowy krążek przyjąłem z dużym zaciekawieniem. Płyta pod nazwą „The Age of Hell”? Brzmi ciekawie – bardzo metalowo. Muszę przyznać, że już po pierwszym przesłuchaniu wiedziałem, iż to nie będzie płyta do bicia po pysku, gdyż jest tutaj na czym ucho zawiesić. Od mocnego kawałka tytułowego na początek, poprzez naprawdę udane kompozycje do samego końca, gdzie czeka na nas instrumentalny track – „Samsara”. Płyta posiada wiele „fajnych” momentów – zwolnień, lżejszych refrenów i ciekawych partii gitar. Już w drugim na tym LP „Clockwork” poznamy bardzo przyjemny refren. Najbardziej podobają mi się jednak „Time is Running Out” (potężne gitary i szybkie tempo) oraz „Beyond the Grave” – znów świetna partia gitary. Ciekawie wypada również króciutki kawałek „Stoma”. Jest to trwający blisko półtora minuty utwór instrumentalny wprowadzający nad do kolejnej udanej kompozycji – „Powerless”. Nowej Chimairy warto posłuchać, bo to naprawdę dobra rzecz.

Ocena: 7/10

The Devil Wears Prada – Dead Throne

  Na koniec tych metalcore’owych i jedenastych już miniaturek (mojego autorstwa) formacja The Devil Wears Prada i album „Dead Throne”. Jest to najsłabsza pozycja z tych, które w tym tekście proponuję, choć także nie do zlekceważenia, gdyż warto owy album zapoznać, czy też dać mu jakąkolwiek szansę. „Dead Throne” to album niezły, ale nie ma wyróżniających się numerów, które chodzą po głowie. Po prostu w całości słucha się całkiem przyjemnie i tyle. Żadna rewelacja, ale dla fanów gatunku na pewno rzecz, która w tym roku również trochę czasu zajmie. Chociaż znam pewnego człowieka, który fanem gatunku jest, a powiedział, że „trochę bieda”…


Ocena: 6/10

wtorek, 23 sierpnia 2011

Trivium - In Waves (2011) [M.C.]

1. Capsizing the Sea (1:30)
2. In Waves (5:02)
3. Inception of the End (3:48)
4.. Dusk Dismantled (3:47)
5. Watch the World Burn (4:53)
6. Black (3:27)
7. A Skyline's Severance (4:52)
8. Ensnare the Sun (1:22)
9. Built to Fall (3:08)
10. Caustic Are the Ties That Bind (5:34)
11. Forsake Not the Dream (5:20)
12. Drowning in Slow Motion (4:29)
13. A Grey So Dark (2:41)
14. Chaos Reigns (4:07)
15. Of All These Yesterdays (4:21)
16. Leaving This World Behind (1:32)
17. Shattering the Skies Above (4:45)*
18. Slave New World (2:58)*

Całkowity czas: 67:33

* - Dopiero te utwory traktuję jako swoiste bonusy, a że były znane już na długo przed pojawieniem się krążka, nie wliczam ich do ogólnej oceny płyty.


  Od dawna już nie czekałem na płytę tak, jak czekałem na najnowsze dokonanie Trivium. Przedłużające się miesiące wyczekiwania, codzienne ''szperanie'' w internecie w poszukiwaniu jakiejś najmniejszej wzmianki lub przecieku, ''świętowanie'' każdego nowego udostępnionego przez zespół kawałka. Ba, raz nawet czekałem całą noc aby usłyszeć amerykańskie premiery radiowe ''Black'' i ''Built to Fall''. I w końcu nadszedł ten dzień. Światło dzienne ujrzała płyta, która miała udowodnić... wróć. W ogóle miała cokolwiek udowadniać? Może to, że Trivium stworzy coś zupełnie nowego i jedynego w swoim rodzaju? Nie sądzę, nawet sam uważam (choć to mój ulubiony zespół), że Trivium mimo swojego mniej lub bardziej oryginalnego stylu (nawet ze wskazaniem na to pierwsze) nie tworzy nic nowatorskiego, tylko czerpie z wielu źródeł potrafiąc to wszystko zgrabnie połączyć. Więc może miała udowodnić, że zespół po ''Shogunie'' zabrnie w jeszcze głębsze eksperymentowanie ku mniejszej lub większej uciesze fanów? Też nie, bowiem od samego początku dochodziły do nas wieści, które temu przeczyły. ''Zapomnijcie o długich, progresywnych utworach z ''Shoguna''. Nowe kawałki będą krótsze, mniej rozbudowane, bardziej szybkie i chwytliwe.'' - Tak mniej więcej sprawę przedstawiał na początku nagrywania ''In Waves'' gitarzysta zespołu. I nie pomylił się. Amatorzy ''Shoguna'' zostali więc ostrzeżeni i mogli już w zasadzie przestać ostrzyć sobie ząbki na bardziej progresywne eksperymenty. Więc co w końcu miało udowodnić ''In Waves''? Myślę, że nic. To miała być po prostu świetna i chwytliwa, a do tego najlepsza, płyta Trivium (jak zapowiadał sam Heafy). I taka jest. Z jednym małym ''ale''. Niestety nie jest najlepsza.

  Jeśli miało się do czynienia ze wszystkimi krążkami Trivium (oczywiście tego nie wymagam :P), to od razu słychać jaką drogę przebył wokal Matt'a od ''Ember to Inferno'' aż do ''In Waves''. Nawet słychać znaczne postępy poczynione od niedawnego ''Shoguna''. Wokale po prostu błyszczą. Widać to w śpiewanych zwrotkach (''Of All These Yesterdays''), przejściach (''Caustic Are the Ties That Bind'') czy po prostu w większości refrenów, które dzięki temu dużo zyskują. Brawo, tak trzymać. Jeśli zaś chodzi o growl, istotnych zmian nie zauważam, jest taki jaki powinien być. Druga rzecz bez której nie mogę przejść obojętnie, to oczywiście zmiana bębniarza, którego ''In Waves'' jest przecież pierwszym poważnym sprawdzianem. Myślę, że zdał go śpiewająco. Choć bardzo żałowałem, że zespół stracił część swojego charakteru po odejściu Travisa, to jednak Nick szybko przekonał mnie do siebie tym, co wyczynia na najnowszej płycie aż do tego stopnia, że śmiem nawet stwierdzić, że owa zmiana za bębnami wyszła Trivium na dobre. Dzięki niemu kocham szaleńcze tempo przejścia na ''Chaos Reigns'', ostatni refren w ''Forsake Not The Dream'' czy trochę toporny, ale mimo wszystko miażdżący ''Dusk Dismantled''. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko złożyć kolejne gratulacje i życzyć powodzenia w dalszej pracy.

  Czym jednak jest to całe ''In Waves''? Jak je opisać? Najbardziej trafnym stwierdzeniem będzie po prostu to, że jest to nic innego, jak podsumowanie dotychczasowych osiągnięć zespołu. Trivium w mistrzowski sposób połączyło wszystkie do tej pory znane im patenty i... bum. Mamy ''In Waves''. Najlepszym dowodem na to o czym piszę, jest po prostu duża różnorodność kompozycji. Wystarczy porównać wyżej wymieniony ''Chaos Reigns'' z radiowym wręcz ''A Grey So Dark'', a od razu widać ogromną przepaść jaka zionie pomiędzy nimi. Innymi słowy, każdy może znaleźć tu coś dla siebie. Jednak co zrobić gdy jedni zapragną więcej kawałków a la ''Black'' a innym zamarzy się więcej kombajnów w stylu ''A Skyline's Severance''? Nic. Stąd też może wynikać cała paleta ocen wystawianych przez recenzentów, które Adam zaprezentował w swojej recenzji. Osobiście podoba mi się każdy styl zaprezentowany na ''In Waves'', więc mnie ten problem nie dotyczy.

  Mocne strony albumu? Chwytliwość prawie każdego kawałka. Czasem mam dylemat, który refren z płyty sobie ponucić, bo zawsze do głowy pcha mi się kilka na raz. Niektóre z nich na pewno idealnie sprawdzą się na koncertach - chociażby ''Watch the World Burn'' czy ''Forsake Not The Dream'', który za każdym razem wywołuje u mnie radosne przytupywanie. Cieszą też ciekawe zabiegi, takie jak genialne rozwinięcie w ''Caustic Are the Ties That Bind'' czy pięknie zaśpiewane zwrotki w ''Of All These Yesterdays'', która częściowo może uchodzić za pierwszą balladę Trivium. Bardzo podobają mi się również instrumentalki - marszowy ''Capsizing the Sea'', przywołujące na myśl bezkresną pustynię ''Ensnare the Sun'' i ciekawie zakończony ''Leaving This World Behind''. Oczywiście nie uważam ich za mocną stronę ''In Waves'', jednak dobrze wpasowują się w całość płyty, a skoro piszę o tym co mi się podoba, to chciałem wspomnieć również o nich. Moje ulubione kawałki? Numero uno to chyba gigant w postaci ''Caustic Are the Ties That Bind'' za genialną solówkę  i rozwinięcie oraz kapitalne zwrotki, czyli w sumie za całość. Szczenięcą miłością pokochałem również króciutki ''A Grey So Dark'', ale mam słabość do takich kawałków. Niewątpliwie wśród najlepszych znajduje się też ''A Skyline's Severance'' za chwytliwy wstęp, zabójczą moc i mistrzowskie zakończenie. Szczerze mówiąc, to w każdym kawałku odnajduję coś, co pozwala mi przekonać się, że jest bardzo dobry. Nawet początkowa niechęć do ''Chaos Reigns'' zniknęła po kolejnych przesłuchaniach. ''In Waves'' jako całość potrafi niebezpiecznie się wkręcić.

  A co mnie ubodło? Można pomyśleć, że nic skoro bardzo lubię każdy kawałek, jednak jest taka jedna rzecz. Mianowicie chodzi o to, że zespół hucznie obiecywał, że będzie to najlepsza technicznie płyta. I pod niektórymi względami tak jest - wokal czy budowa niektórych utworów jest naprawdę świetna, ale jeśli spojrzeć np. na solówki, to już nie jest tak różowo. Fakt, takie kawałki jak wałkowany przeze mnie w kółko ''Caustic Are the Ties That Bind'' czy ''A Skyline's Severance'' dobitnie udowadniają, że chłopaki nie zaczęli grać prymitywu, ale w innych kawałkach sola są już mniej wyszukane czy zbyt krótkie lub co gorsza, nie ma ich wcale, co może niestety doskwierać. Skoro jestem już przy wadach, to pozwolę sobie jeszcze raz odnieść się do wady, którą według Adama jest brak pasji i spontaniczności, czyli nadmierne rzemieślnictwo ,z którym się nie zgodziłem (dla wnikliwch - moja litania pod jego recenzją). I dalej się nie zgadzam. Bowiem nie znam metalowych zespołów (nie mówię, że ich nie ma), które wbijają ''na spontanie'' do studia żeby nagrać płytę, aby nie było czuć rzemieślnictwa (no, może Motorhead). Znam tylko jeden zespół, który każdy swój krążek robi na pełnym ''spontanie''(dosłownie) a i tak zawsze wychodzi z tego coś bardzo dobrego. Tym zespołem jest Ortega Cartel, jednak chłopaki z tego składu tworzą rap, więc nie pasuje to do omawianej tu kwestii. Jedyną rzeczą, która może być na poparcie rzemieślnictwa jako wady jest czas powstawania albumu, a były to aż trzy lata. Lecz gdyby zespół wypuścił płytkę rok wcześniej to czy byłaby taka dobra jak jest teraz?

   Kończąc moją prywatną "Iliadę'' o ''In Waves'' chcę napisać tylko, że jest to recenzja z fanowskiego punktu widzenia i nie zdziwię się jeśli niektórym płyta się nie spodoba, innych odrzuci jak po bliskim wystrzale z shotguna, dla jeszcze innych będzie średniakiem czy też krokiem wstecz bo liczyli na coś innego. Każdy przecież ma prawo do własnej opinii, a w naszej mocy leży tylko ciekawa dyskusja skąd się ona wzięła. Nie zdziwię się również, jeśli dla niektórych płyta będzie wyśmienita lub po prostu znajdą na niej coś dla siebie, co pozwoli im do niej wracać. Myliłem się ponad miesiąc temu pisząc w ''pierwszym kęsie'', że od zespołu dostanę prezent w postaci ''Ascendancy vol. II''. Nic bardziej mylnego, dostałem coś zupełnie, zupełnie innego. Nie mniej, dalej jest to prezent. Pewnie zastanawiacie się (o ile chciało się Wam to wszystko czytać), jaką wystawię ocenę płycie, na której każdy utwór jest mi bardzo bliski. W mojej ocenie ''In Waves'' nie przebija ''Ascendancy'', bowiem posiadam do niej zbyt wielki sentyment i zbyt wielkim darzę ją uczuciem. Jednak jako podsumowanie tego, co Trivium nagrało do tej pory, ''In Waves'' wypada świetnie i w starciu z innymi płytami, ''Ember to Inferno'' i ''The Crusade'' bezskutecznie kruszą kopie na ''In Waves'', a nawet ''Shogun'' w walce w zwarciu z najnowszą płytą po straceniu równowagi zdziwiony spada z rumaka, zaś ''In Waves'' wraca z tych potyczek z otwartą przyłbicą. Uwielbiam ten krążek.

Moja ocena : 9,5/10  

niedziela, 7 sierpnia 2011

MUZYKA - Trivium: In Waves (2011)

1. Capsizing the Sea (1:30)
2. In Waves (5:02)
3. Inception of the End (3:48)
4. Watch the World Burn (4:53)
5. Dusk Dismantled (3:47)
6. Black (3:27)
7. Built to Fall (3:08)
8. Caustic Are the Ties That Bind (5:34)
9. A Skyline's Severance (4:52)
10. Forsake Not the Dream (5:20)
11. Of All These Yesterdays (4:21)
12. Chaos Reigns (4:07)
13. Leaving This World Behind (1:32)

Całkowity czas: 51:21

  Oto album, który podniesie tumany kurzu pod wojowniczymi stopami wszystkich fanów muzyki metalowej. Zgromadzi gigabajty burzowych chmur nad każdym pojedynczym forum internetowym. Stanie się gwoździem do trumny kilku recenzentów, podczas gdy dla całej reszty stanowić będzie dręczący niczym dziura w zębie problem, orzech, który rozgryzą tylko najmocniejsi dziadkowie. Bo kiedy grupa o statusie jednej z największych amerykańskich gwiazd ciężkiej muzyki, domniemana "Metallica nowego pokolenia", nagrywa taki album jak "In Waves", nie ma mowy o spokojnym przyjęciu. Załóż hełm, drogi Czytelniku, ponieważ wchodzimy na prawdziwe pole bitwy i nie chciałbym Cię stracić zbyt wcześnie.

  Nigdy tego nie robiłem w recenzji, ale chciałbym Cię zaintrygować przed wyłożeniem własnej, niefanowskiej i przez to, śmiem twierdzić, całkiem obiektywnej opinii. "In Waves" zbiera calutką paletę ocen od liczących się w świecie muzyki periodyków i portali, co szybciutko udowodnię. Revolver - trzy punkty na pięć. "Niezgodny album z pewnymi przebłyskami". Sputnik - "dwójeczka" w skali pięciostopniowej. "Tak banalnie nie brzmieli od czasów "Ember to Inferno". Trzynaście osób na trzynaście zgadza się z recenzją. The Guardian - dwie gwiazdki z sześciu. "Nigdy nie jest dobrze, gdy najlepszy utwór na płycie to intro". Ponownie Sputnik, inny recenzent - tutaj ocena maksymalna. Trzy na trzydzieści siedem (!) osób zgadzają się z recenzją. Nie musisz chcieć wiedzieć, jakie są powody tak mieszanego odbioru, Czytelniku, i tak Ci wytłumaczę.

  Fani kochali "Ascendancy". "The Crusade" jedni polubili, inni spuścili z wodą w klozecie, lecz do piaskownicy wskoczyły media i zapaliły kilka reflektorów nad zespołem, czym spowodowano powszechne zainteresowanie całych rzeszy nowych, krnąbrnych fanów. Kwartet poczuł wiatr w żaglach i nagrał swoje - przynajmniej w moich oczach - opus magnum, Ambicjusza Wielkiego aka "Shogun". Niestety nie ma róży bez kolców, a gdy po takiej płytce robi się krok do tyłu na ewolucyjnej ścieżce (bo tym właśnie jest "In Waves"), nieważne jak wymierzony i udany by nie był, trzeba liczyć się z nadmiernym pieniactwem i sporym szumem. Być może właśnie o to chodziło zespołowi, który jest o krok od stania się prawdziwym muzycznym gigantem, a być może chcieli wszystkim pokazać, jak prezentowałoby się brakujące ogniwo między "Krucjatą" i "Szogunem". Niemniej nagrali trzynaście kompozycji, stanowiących teoretycznie wymarzone połączenie metalcore'owych korzeni z przebojowym thrashem. "Teoretycznie", ponieważ, jak sam widziałeś, Amerykanom najwyraźniej takiego połączenia nie było potrzeba. Czyli co, miał być hicior, a wyszedł...

  Gicior, wyszedł gicior, zapewniam. "In Waves" to pędząca na złamanie karku, wypolerowana niczym stojące w salonie Porsche i solidnie przemyślana lokomotywa metalowego czadu i chwytliwej przebojowości. "Album pod radio / publiczkę"? W pewnym sensie tak, bo liczba wpadających w ucho melodii przywodzi o ból głowy, a refreny co niektórych kompozycji jakby samodzielnie nuciły się nam pod nosem. Zaprawionego w bojach metalowca takie "Built to Fall", "Watch the World Burn" lub "Inception of the End" może nawet nieco oburzyć. Opadnie mu za to szczęka przy miażdżącym wszystko na swojej drodze riffie kawałka tytułowego, wzorowanym chyba na twórczości Devina Townsenda syko-growlu w "Dusk Dismantled" (pomylę się, jeżeli napiszę, że tak ciężko Heafy jeszcze nigdy nie wył?), czy też gitarowym karabinie maszynowym w stylu Meshuggah strzelającym z drugiej połowy "Black". Solówek również "tysiąc pięćset sto dziewięćset", szkoda tylko, że krótkich. Chciałoby się dwukrotnie dłuższego "samodzielniaka" z mającego progresywne zapędy "Caustic Are the Ties That Bind" lub częstszego popisu tańca palców na strunach w stylu koszącego trawniki "A Skyline's Severance". Co nie zmienia faktu, że każdy odnajdzie tu jakieś szlagiery dla siebie.

  Czego jednak zabrakło? Pogrom krytyków nie wziął się przecież z powietrza. Brzmienie jest wypieszczone jak pupcia jedynaka i - mówiąc szczerze - brakuje mu nieco szorstkości. Takie czasy - metalowe albumy lśnią i niepotrzebnie dbają o wygładzanie każdego dźwięku, a o wiele bardziej "komercyjna" muzyka niezależna swą zadziornością rozpierdala głośniki. Można też wytknąć zbyt dużą ilość kompozycji, ale Trivium ma w zwyczaju nagrywać płyty długie (należy dodać, że edycja specjalna jest dłuższa o ponad kwadrans!) Głównym problemem "In Waves" jest jednak... czyste rzemieślnictwo. Panowie męczyli te kompozycje miesiącami, to naprawdę czuć. W efekcie zabrakło choć odrobiny luzu i jakiejś malutkiej iskierki, która pozwoliłaby uwierzyć w pasję, z jaką piąty studyjny album Trivium został poczęty. Powstała idealna maszyna z określonym celem, taki "Uniwersalny żołnierz". Bez znanej z poprzedniego krążka chęci odkrywania czegoś nowego i ostrożnego eksperymentowania (bo za takie chyba nie uznamy szeptów w breakdownie tytułowego kawałka, pseudoballady "Of All These Yesterdays" i intra /outra). Znany z setek przypadków "syndrom następnej płyty po TAMTEJ" staremu fanowi być może nie przeszkodzi w rubasznej konsumpcji, autorowi tej stanowczo za długiej już recenzji jednak delikatnie doskwiera.

  Podsumowując, mamy do czynienia z dobrym albumem, który poległ jednak w starciu z eksperymentalnym poprzednikiem i cofnął zespół w ewolucji, stety lub nie. Taki odgrzewany kotlet od ukochanej babci, którego i tak wpałaszujesz ze smaczkiem. Dla starego fana będzie to albo radosny powrót do przeszłości, albo bukiet róż od ukochanego niegdyś zespołu w ramach przeprosin za przeszłe wybryki. Zieloni w temacie będą tupać nóżką jak emeryt na dancingu, nie ma co do tego wątpliwości. Nie widzę więc powodów, aby album odradzać, co robią moi koledzy zza oceanu. Może po prostu "nie znam się", a może znać się nie chcę, gdy do czynienia mam z równie miłym wydawnictwem.

Ocena: 7/10

piątek, 1 lipca 2011

MUZYKA. Pierwszy Kęs - Trivium: In Waves

  Całkiem niedawno napisałem o Trivium "Od Deski do Deski". Nadszedł czas, aby skupić się już tylko i wyłącznie na najnowszym longplay'u amerykanów z Florydy. W związku z tym, chociaż płyta jeszcze się nie ukazała (pojawi się 9 sierpnia), postanowiliśmy z Marcinem napisać kilka słów o tym, co już o nowej płycie wiemy. Najważniejszymi jej częściami są oczywiście dwa znane już nam tracki, i o nich właśnie napiszemy kilka słów.

  Warto wspomnieć też o naprawdę ciekawej, choć dość nietypowej dla Trivium okładce. Przedstawia ona skałę unoszącą się nad wodą. Mówię, iż jest nietypowa dla zespołu, gdyż zawsze covery Trivium były różnokolorowe, natomiast w przypadku "In Waves" mamy w całości okładkę szarą.

  Doszliśmy z Czarnym ("Czarny" to, jak łatwo się domyślić, ksywka naszego kolegi, Marcina - dop. red.) do wniosku, że "In Waves" jest, jako pojedynczy kawałek, najsłabszym numerem tytułowym w historii zespołu. Mimo wszystko łatwo odnajduje w tej kwestii usprawiedliwienie dla zespołu. Ważną sprawą jest bowiem umiejscowienie konkretnych kawałków na albumie, w tym również (a może przede wszystkim) tytułowego. Singlowa kompozycja jest otwieraczem poprzedzonym krótkim intrem "Capsizing the Sea" i należy potraktować "In Waves" jako typowy opener, a nie płytowy "killer". Na takie przyjdzie pewnie czas, a owa rzecz i tak jest naprawdę dobra. Warto zauważyć, że drugi ze znanych nam już tracków jest kompletnie inny. "Dusk Dismantled" to, jak mówi Czarny, najcięższy kawałek w historii zespołu. Czy naprawdę najcięższy? Na pewno jeden z najcięższych. Potężny refren, świetne partie gitar i mocny wokal. Trzeba przyznać, że także nowy perkusista Nick Augusto trzyma poziom wyznaczony już dawno temu przez Travisa Smitha. Tylko czekać na więcej.


Czarny: Na ten krążek czekam już od czasu kiedy dobrze zaznajomiłem się z ''Shogunem''. Oczekiwania były wielkie, jak zwykle zresztą, ale kiedy zespół po ciekawie wymyślonej zagadce (podoba mi się sposób w jaki chłopaki promują ''In Waves'') wypuścił kawałek tytułowy, przestałem się denerwować. ''In Waves'' po prostu (może poza breakdownami) brzmi jak Trivium. To dobry kawałek, z miłym dla ucha refrenem i dość ciekawymi solówkami. Widać lekki powrót do czasów nieśmiertelnego ''Ascendancy''. Kiedy zaś usłyszałem drugi z nowych utworów, czyli ''Dusk Dismantled'' jestem już niemalże pewien, że w sierpniu od zespołu dostanę prezent w postaci płyty, którą na spokojnie będę mógł nazwać ''Ascendancy vol. 2", o którym marzyłem już od czasów ''The Crusade''. Bo nie ukrywajmy, że zespół od ostatnich dwóch płyt eksperymentował, co oczywiście wyszło mu jak najbardziej na zdrowie, jednak dlaczego by nie wrócić do korzeni i nagrać płytę w podobnym stylu, dojrzalszą i być może nawet lepszą? Bo kto powiedział, że zespół który nie nagrywa cały czas nowatorskich płyt się cofa? Dla mnie to lekka ignorancja, bo co złego jest w swoistym powrocie do korzeni? Chyba nic, ale to już kwestia gustu i poglądów. Rozpisałem się, a nie wspomniałem nawet słówkiem o ''Dusk Dismantled''. Miażdżący kawałek, łazi za mną praktycznie cały czas od premiery. Potężny jak mityczny tytan i zabójczy niczym rozpędzony czołg. Bezapelacyjnie najmocniejszy utwór w historii zespołu. Wraz z ''In Waves'' świetnie rokują na całość albumu. Pozostaje nam tylko czekać i poszaleć głową w rytm refrenu ''Dusk Dismantled''.

wtorek, 14 czerwca 2011

MUZYKA. Od Deski do Deski - Trivium

  Trivium. Amerykańska grupa wykonująca thrash metal. Tak chyba najprościej. Chociaż tak naprawdę dla mnie definicją tego gatunku będzie Metallica, a Trivium to troszkę coś innego. Zresztą ta grupa gra muzykę, którą nie możemy włożyć do tej jednej szufladki. Zwłaszcza na początku Trivium określało się mianem zespołu metalcore’owego. Myślę jednak, że wystarczy powiedzieć, iż ten zespół to po prostu kawał dobrego metalowego grania.

  Kiedy poznałem Trivium (przez Czarnego), mięli na koncie tylko dwa studyjne albumy („Ember to Inferno” i „Ascendancy”). Już niebawem, bo 9 sierpnia ukaże się już piąty longplay zatytułowany „In Waves”. Z tej okazji nadszedł czas na dotychczasowe podsumowanie dyskografii zespołu.

Ember to Inferno

  W Trivium najlepszą rzeczą jest to, że nigdy nie zeszli poniżej określonego poziomu – bardzo wysokiego. Każda dotychczasowa płyta wydaje się nie być krążkiem przypadkowym, lecz naprawdę ważnym w ich dyskografii. I tak właśnie jest od samego początku. Podarowałem sobie EP „Trivium”, gdyż znajdziemy tam repertuar powtórzony na debiutanckim LP (ponad 50% tej epki to kawałki zawarte na EtI). „Ember to Inferno” to płyta, o której niewątpliwie można powiedzieć, że słychać na niej, iż jest to debiut. Ale debiut niezwykle udany. Ładne intro, a po zaraz po nim „Pillars of Serpent” – kawałek, którego kiedyś nie lubiłem. Teraz wydaje mi się lepszy, choć i tak są tutaj znacznie mocniejsze pozycje, jak „Requiem”, czy fenomenalny tytułowy track ze wspaniałymi gitarami. Zresztą partie gitar są dużą siłą tego wydawnictwa. Mam tutaj na myśli przede wszystkim gitarowe motywy przewodnie. Świetne partie w „Fugue (A Revelation)”, a także znakomity wstęp do „To Burn the Eye”. To tylko przykłady. Każda kompozycja coś wnosi, a zakończenie w postaci „When All Light Dies” połączonego z outrem wypada cudownie. 

Ocena: 7,5/10

Ascendancy

  Płyta, od której zacząłem przygodę z zespołem. Po pierwszym przesłuchaniu praktycznie nic mi się nie podobało, ale już jakiś czas potem „Ascendancy” szybko sprawiła, że miałem ochotę lepiej się poznać z Trivium. Wtedy jednak nie było jeszcze za bardzo z czym, gdyż mięli oni w swoim dorobku dwa krążki. Miałem więc sporo czasu na zapoznanie się z drugim LP amerykanów. Znów dostajemy świetne intro, ale potem zamiast niezłego otwieracza, jakim był „Pillars of Serpent” dostaniemy miażdżący „Rain”. Zresztą każda kompozycja zawarta na tej płycie jest bardzo dobra. Najsłynniejsze to chyba „Pull Harder Strings of Your Martyr” oraz „A Gunshot to the Head of Trepidation”. Naprawdę znakomite kawałki, choć moim faworytem i tak będzie „The Deceived” z niezwykle poruszającym refrenem i partią gitary w nim zawartą. „Ascendancy” to bardzo dobry i bardzo mocny krążek. Ale już na następnym „The Crusade” usłyszymy nieco inne Trivium.

Ocena: 8/10

The Crusade

  Typowy thrash metal, bez screamu i wydzierania się wniebogłosy. To właśnie „The Crusade”. Płyta lżejsza od poprzednich dwóch, ale wciąż na wysokim poziomie. Pamiętam, jak się pojawiła. Początkowo miała się ukazać w dzień moich urodzin, ale ostatecznie premierę przyspieszono o pięć dni i wyszła dziesiątego października. Tym razem nie pojawiło się intro, lecz od razu typowy kawałek – „Ignition”. Świetny opener ze znakomitym refrenem. Nieco słabiej wypada według mnie kolejny na płycie numer – „Detonation”. Nie znaczy to jednak, że jest to słaba rzecz. Po nim natomiast zaczyna się już naprawdę świetnie. Niektóre kawałki są wprost wyśmienite: „Entrance of the Conflagration”, „Unrepentant”, „To The Rats”. Ogólnie rzec biorąc to kolejny longplay, z którego nie wyrzuciłbym ani jednej kompozycji. Tym razem najlepsze Trivium serwuje nam na sam koniec. Płytę kończy bowiem trwający ponad osiem minut utwór tytułowy. Warto wspomnieć, iż jest to kawałek instrumentalny.

Ocena: 7,5/10

Shogun

  Pamiętam, że nie oczekiwałem tego albumu z wielkim zapałem. Może dlatego, że między „The Crusade” i właśnie płytą „Shogun”, Trivium spadło u mnie na troszkę dalsze miejsce. Zapewne przez takie podejście płyta na początku nie przypadła mi zbytnio do gustu. Nieco ją zlekceważyłem, ale po pewnym (niedługim) czasie nadrobiłem to i „Shogun” wynagrodził mi to stając się moim ulubionym longplay’em zespołu. Trivium wróciło na swoje miejsce w mojej hierarchii zespołów. Przyczyniły się do tego między innymi takie tracki, jak „Throes of Perdition”, „Insurrection”, czy „The Calamity”. Znakomite refreny, dużo ciekawych partii instrumentalnych, solówki… a na koniec trwający ponad jedenaście minut kawałek tytułowy. Motyw otwierający ową kompozycję, a zarazem ją kończący jest dla mnie jednym z najlepszych fragmentów w historii zespołu. Coś wspaniałego. A długo nie doceniałem tej kompozycji…

Ocena: 8,5/10

In Waves

   Pozwoliłem sobie na okładkę singla, bo płyty jeszcze nie jest znana. Szkoda jednak, że znamy już kompozycje tytułową z najnowszej płyty Trivium. To chyba nie był z ich strony najlepszy pomysł, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że „In Waves” ustępuje praktycznie wszystkim numerom tytułowym, które do tej pory nagrali.  Dobra kompozycja, ale troszkę za słaba jako reprezentant tytułu płyty. No coż… jeszcze trochę poczekamy i zobaczymy, co nam Trivium spłodziło.
Ocena:?