Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierwszy kęs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierwszy kęs. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 lipca 2011

MUZYKA. Pierwszy Kęs - Steven Wilson: Grace for Drowning

CD 1, Deform to Form a Star:
1. Grace For Drowning (2.00)
2. Sectarian (8.00)
3. Deform to Form a Star (8.00)
4. No Part of Me (5.45)
5. Postcard (4.30)
6. Raider Prelude (2.30)
7. Remainder the Black Dog (9.15)

CD 2, Like Dust I Have Cleared From My Eye:
1. Belle de Jour (3.00)
2. Index (4.45)
3. Track One (4.15)
4. Raider II (23.15)
5. Like Dust I Have Cleared From My Eye (8.00) 


  Marcin czeka na nowe Trivium, Bartek codziennie przeszukuje Sieć w celu usłyszenia choćby kilku sekund dziesiątego Opeth, a ja równie niecierpliwie wyczekuję kolejnego wydawnictwa najważniejszego w moim muzycznym życiu artysty, Stevena Wilsona. Następca wybitnego "Insurgentes", czyli dwupłytowy moloch pod wspólnym tytułem "Grace for Drowning", zagości w naszych głośnikach 26 września, przynajmniej w wersji Blu-Ray, bo nie ma co liczyć tym razem na dochowanie tajemnicy do samiusieńkiego końca. Potwierdza to sam Stefan, który wczoraj udostępnił niemal dwadzieścia minut muzyki z "Grace for Drowning" (1/4 całości!). Posłuchać można zwodniczych jak zawsze sampli każdej kompozycji i pełnego utworu, "Remainder the Black Dog".



  Utwór ten kończy pierwszy krążek ("Deform to Form a Star"), usłyszeć w nim możemy Bose Bożyszcze za mikrofonem i na klawiszach, wieloletniego towarzysza Wilsona, Theo Travisa na flecie i saksofonie, Steve'a Hacketta (sic!) na gitarze, Nicka Beggsa na basie i Nica France'a na perkusji. Zacne towarzystwo. A sam utwór? Zaczyna się jak typowa dla Stevena ballada, delikatnym wokalem i krótką partią klawiszy, przewijającą się przez całe dziewięć minut kompozycji. Wszystko jednak łamie się dość szybko, pokazując dobitnie, w jakim kierunku wędrował będzie "Grace for Drowning" - jazz rock, i to taki spod znaku wczesnego King Crimson. Rozimprowizowane, psychodeliczne sola, zmiany tempa, zabawa muzyką. Coś, co na żywo daje przeogromne pole do popisu. Porównując "Remainder the Black Dog" do "Harmony Korine", które rządziło w moich głośnikach jakiś czas przed premierą "Insurgentes", przyznam bez obaw, że nowe dzieło Wilsona idzie bardzo, bardzo daleko od poprzedniego, a nawet od całej dotychczasowej twórczości. Wystarczy spojrzeć na polskie forum zespołu - brak negatywnych opinii. Choć wciąż czekamy na najstarszych ze Starej Gwardii :)

  Sample postanowiłem opisać w formie krótkich reakcji związanych z poszczególnymi fragmencikami:

  CD 1:
1. Grace for Drowning - album zaczyna się tam, gdzie kończył "Insurgentes" - zmysłowa ballada z samym fortepianem. Sądząc po czasie trwanie, obędzie się bez zaskoczeń.
2. Secretarian - czyli jak zacząć "z pierdolnięciem" na modłę Karmazynowego Króla i... i właściwie tyle, choć słychać, że kawałek może pójść w zupełnie innym kierunku.
3. Deform to Form a Star - kolejny 8-minutowy gigant, który - przynajmniej na podstawie próbki - mógłby być przepiękną balladą z typowymi dla Stefka harmoniami wokalnymi. Taki nie będzie - nie z nami te numery, Bruner!
4. No Part of Me - pretendent do mojego ulubionego kawałka na "Deform to Form a Star". Rozmarzona zwrotka i orientalny wybuch, przy którym próbka się urywa nie dadzą mi spać do września!
5. Postcard - murowany przebój na miarę "Harmony Korine"? Słodziutki, wzruszający, z chóralną wstawką; wyciśnie niejedną łzę z oczu wrażliwego słuchacza :)
6. Raider Prelude - dobrze znany z zapowiedzi albumu, ambientowy maluszek. Klimatyczny!
7. Remainder the Black Dog - jazzowy freestyle, z którym zmierzyć się możecie powyżej. Dziwny wybór na zwieńczenie krążka.

CD 2:
1. Belle de Jour - bardzo tajemnicza, instrumentalna perełka, która przywodzi na myśl soundtrack do "Labiryntu Fauna". Już wyobrażam sobie, jak to będzie brzmiało w wersji wielokanałowej...
2. Index - singiel, do którego nakręcony został klip. Ale "Harmony Korine" to on nie przypomina w ogóle, bardziej narkotyczną, trip-hopową jazdę w mrocznych klimatach!
3. Track One - "Abandoner" "Grace for Drowning" - kiedy myślisz, że nic się nie stanie, uderza fala mroku tak ciężka, że kolana łamią się niczym suchy chruścik :)
4. Raider II - nie da się za wiele wywnioskować na temat 23-minutowej kompozycji na podstawie tej skromnej próbki. Ma być jazzowo i tak, jak Steven Wilson jeszcze nigdy nie grał.
5. Like Dust I Have Cleared From My Eye - klasyczne zakończenie w stylu Stefana czy być może wielowątkowy szaleniec? Stawiam na to pierwsze, oczekuję pięknego happy endu tej wielkiej podróży.

czwartek, 14 lipca 2011

MUZYKA. Pierwszy Kęs - Kasabian: Velociraptor!

  Bardzo, ale to bardzo pierwszy to będzie kęs, zaledwie jeden singielek. Ale mogę zrobić taki wyjątek w przypadku jednej z pięciu najbardziej oczekiwanych przeze mnie albumów drugiej połowy roku 2011 - "Velociraptor!" (tak, z wykrzyknikiem. Bo to groźny velociraptor zapewne) grupy Kasabian. Nawet jeżeli okładki wciąż nie znamy. Od jakiegoś czasu po sieci krąży przedostatnia kompozycja z nadchodzącego krążka i - co by tu za dużo nie skrobać - wymiata. Posłuchać możecie sami poniżej. "Switchblade Smile" to utrzymana w duchu debiutanckiego albumu grupy, bardzo elektroniczna i bujająca kompozycja, w której znalazło się nieco miejsca dla kluczowego elementu Kasabian - psychodelii. Zespół ostrzega, że swojego "Sierżanta Pieprza" ma za sobą (całkiem słusznie - inaczej bym "West Ryder Pauper Lunatic Asylum" sam nie nazwał), teraz czas ponoć na komercyjny sukces pełną gębą. Wiem jednak, ze źródeł, których teoretycznie zdradzać nie powinienem (pozdrawiam za to panią Annę!), że chłopaki wciąż zapatrzeni są w dźwięki retro, pojawią się brzmienia orientalne, a całość znów brzmieć będzie jak przemyślany soundtrack do filmu drogi, nie wymierzona w radia składanka hiciorów. 
   
  Wniosek? Spodziewam się połączenia wszystkich trzech albumów w nowej, jeszcze bardziej eklektycznej formie. I miejsca w pierwszej dziesiątce płyt roku, przynajmniej tej mojej. Szamajcie "Switchblade Smile", warto "zakęsić" ;)


piątek, 1 lipca 2011

MUZYKA. Pierwszy Kęs - Trivium: In Waves

  Całkiem niedawno napisałem o Trivium "Od Deski do Deski". Nadszedł czas, aby skupić się już tylko i wyłącznie na najnowszym longplay'u amerykanów z Florydy. W związku z tym, chociaż płyta jeszcze się nie ukazała (pojawi się 9 sierpnia), postanowiliśmy z Marcinem napisać kilka słów o tym, co już o nowej płycie wiemy. Najważniejszymi jej częściami są oczywiście dwa znane już nam tracki, i o nich właśnie napiszemy kilka słów.

  Warto wspomnieć też o naprawdę ciekawej, choć dość nietypowej dla Trivium okładce. Przedstawia ona skałę unoszącą się nad wodą. Mówię, iż jest nietypowa dla zespołu, gdyż zawsze covery Trivium były różnokolorowe, natomiast w przypadku "In Waves" mamy w całości okładkę szarą.

  Doszliśmy z Czarnym ("Czarny" to, jak łatwo się domyślić, ksywka naszego kolegi, Marcina - dop. red.) do wniosku, że "In Waves" jest, jako pojedynczy kawałek, najsłabszym numerem tytułowym w historii zespołu. Mimo wszystko łatwo odnajduje w tej kwestii usprawiedliwienie dla zespołu. Ważną sprawą jest bowiem umiejscowienie konkretnych kawałków na albumie, w tym również (a może przede wszystkim) tytułowego. Singlowa kompozycja jest otwieraczem poprzedzonym krótkim intrem "Capsizing the Sea" i należy potraktować "In Waves" jako typowy opener, a nie płytowy "killer". Na takie przyjdzie pewnie czas, a owa rzecz i tak jest naprawdę dobra. Warto zauważyć, że drugi ze znanych nam już tracków jest kompletnie inny. "Dusk Dismantled" to, jak mówi Czarny, najcięższy kawałek w historii zespołu. Czy naprawdę najcięższy? Na pewno jeden z najcięższych. Potężny refren, świetne partie gitar i mocny wokal. Trzeba przyznać, że także nowy perkusista Nick Augusto trzyma poziom wyznaczony już dawno temu przez Travisa Smitha. Tylko czekać na więcej.


Czarny: Na ten krążek czekam już od czasu kiedy dobrze zaznajomiłem się z ''Shogunem''. Oczekiwania były wielkie, jak zwykle zresztą, ale kiedy zespół po ciekawie wymyślonej zagadce (podoba mi się sposób w jaki chłopaki promują ''In Waves'') wypuścił kawałek tytułowy, przestałem się denerwować. ''In Waves'' po prostu (może poza breakdownami) brzmi jak Trivium. To dobry kawałek, z miłym dla ucha refrenem i dość ciekawymi solówkami. Widać lekki powrót do czasów nieśmiertelnego ''Ascendancy''. Kiedy zaś usłyszałem drugi z nowych utworów, czyli ''Dusk Dismantled'' jestem już niemalże pewien, że w sierpniu od zespołu dostanę prezent w postaci płyty, którą na spokojnie będę mógł nazwać ''Ascendancy vol. 2", o którym marzyłem już od czasów ''The Crusade''. Bo nie ukrywajmy, że zespół od ostatnich dwóch płyt eksperymentował, co oczywiście wyszło mu jak najbardziej na zdrowie, jednak dlaczego by nie wrócić do korzeni i nagrać płytę w podobnym stylu, dojrzalszą i być może nawet lepszą? Bo kto powiedział, że zespół który nie nagrywa cały czas nowatorskich płyt się cofa? Dla mnie to lekka ignorancja, bo co złego jest w swoistym powrocie do korzeni? Chyba nic, ale to już kwestia gustu i poglądów. Rozpisałem się, a nie wspomniałem nawet słówkiem o ''Dusk Dismantled''. Miażdżący kawałek, łazi za mną praktycznie cały czas od premiery. Potężny jak mityczny tytan i zabójczy niczym rozpędzony czołg. Bezapelacyjnie najmocniejszy utwór w historii zespołu. Wraz z ''In Waves'' świetnie rokują na całość albumu. Pozostaje nam tylko czekać i poszaleć głową w rytm refrenu ''Dusk Dismantled''.

piątek, 1 kwietnia 2011

Pierwszy kęs: Lech Roch ''Skorpion'' Pawlak

  
   O tej płycie mówi się już od lat. Nikt nie wie kiedy ma się ukazać, nikt nie zna liczby kawałków, tytułu ewentualnie jakiś featuringów. Nawet na jakiś czas mistrz opolskiego rapu usunął się w cień, gdyż ponoć antyfani (których posiada każdy szanujący się raper) ,,grozili mu śmiercią''. Jednak król liryki powstał z grobu niczym zombie i znów zagościł w mediach (szczególnie na jakże popularnym serwisie Youtube). Powrót Lecha nie oznaczał jednak wydania swojego pierwszego solowego albumu, ba! z czasem nawet popularność jego ''songów'' znacznie zmalała i kiedy wszystko wskazywało na to, że tak wielki talent zostanie zmarnowany, nadeszły wieści o tym, że ''solówka'' LR''S''P niedługo ujrzy światło dzienne. Stąd mój dzisiejszy krótki artykuł, w którym pokrótce przedstawię znane i lubiane kawałki ''Skorpiona'', które być może usłyszymy na jego krążku.

   Ten kawałek zna chyba każdy. Słyszeli go chyba nawet najstarsi górale, bo przecież mówi się, że jest starszy niż węgiel. Lech jak na swój debiutancki utwór od razu osiągnął szczyty. W mistrzowski sposób połączył różne konwencje w jednym (diss, beatbox, freestyle [światowy poziom!] a nawet nawijkę w bardzo trudnej odmianie tzw. ''ulicznego francuskiego'' znanego tylko niektórym). Warstwa liryczna też daje po jajach - zresztą posłuchajcie sami. To nagranie świetnie rokuje na resztę płyty, wierzę również że znajdzie się na krążku, ale podzielone na osobne części bo właśnie wtedy daje najlepszy efekt.

   Drugi prezentowany przeze mnie utwór to już krótka muzyczna wariacja ze strony mistrza ''Skorpiona'', ale w jakże szampańskim stylu. Sam Lech nadał nazwę temu stylowi jakim jest ''Fransuła Żelafrą''. Wgniatający w fotel bit i nieposkromiona dykcja jednego z najlepszych raperów w Polsce pozwala nam słuchać tego kawałka bez końca choć trwa tylko lekko ponad minutę. Pokazuje to również artystyczny kunszt Lecha, który w czasie, w którym mieści się zaledwie jakieś zwykłe intro, potrafi stworzyć coś tak pełnego emocji i do bólu prawdziwego. Pozostaję nam tylko bić brawo.
   
   Jak widać dzisiaj nie rozpisywałem się za długo, choć o talencie ''Skorpiona'' można by napisać 14-tomową sagę, jednak na razie wolałem wstrzymać swój entuzjazm i poczekać na pełnowymiarowe wydawnictwo, które na pewno porazi nas swoją oryginalnością i techniką. Tak więc do zobaczenia na pewno niedługo po premierze płyty i niech Roch będzie z Wami.

niedziela, 13 marca 2011

Pierwszy kęs - Joe Bonamassa: Dust Bowl


Data premiery: 21 marca 2011

  Będzie krótko, bo premiera albumu lada moment. Joe Bonamassa, jeden z najwybitniejszych władców gitary współczesnej muzyki (nie tylko bluesowej!), nie ma zamiaru zwalniać. Po wydaniu świetnego "Black Rock" i koncerciwa Blu-Ray artysta powraca z kolejnym materiałem studyjnym. Jego jedenasty album "Dust Bowl", którego klimatyczną okładkę można zobaczyć "na lewo stąd", przyniesie nam dwanaście nowych utworów, tradycyjnie utrzymanych w klimacie blues-rocka. Już dzisiaj możemy posłuchać kompozycji tytułowej, ściągając ją na dysk po zostawieniu swojego adresu mailowego pod tym linkiem lub, jeśli należymy do osób leniwych i wygodnych, za pośrednictwem filmiku poniżej.

  Nie będę owijał w bawełnę, "Dust Bowl" brzmi rewelacyjnie. Oparty na pulsującym basie i "południowych" riffach, wylewa na nas z głośników pokłady żaru. Niemal czuć żwir w zębach, zwłaszcza gdy mistrz rozpoczyna swoją solówkę. Nie muszę chyba nikomu zaznajomionemu z Bonamassą tłumaczyć, ile emocji potrafi przekazać gitarą. Jeżeli zaś należysz do szerokiego grona osób, które twórczości tego pana wciąż nie znają, nie czekaj dłużej - świetną okazję na przyjacielski bruderszaft masz kilka centymetrów niżej. Przeczuwam, że nadchodzi prawdziwe tornado klimatu (na co wskazuje okładka) i jeden z czarnych koni mojej muzycznej przygody w roku 2011.

piątek, 4 marca 2011

Pierwszy kęs - R.E.M.: Collapse Into Now (2011)

Data premiery: 7 marca 2011
Czas trwania: 41:05

  R.E.M. - słusznie lub nie - uważa się za pionerów alternatywnego rocka. W swojej karierze (trzydzieści jeden lat!) tworzyli albumy wybitne, dobre oraz (niestety) przeciętne. I być może właśnie dlatego tłumy czekają na każdą następną płytkę z zapartym tchem. Trzyletni już "Accelerate" co niektórych zachwycił, innych wynudził, ale jednego dokonał na pewno - odświeżył wizerunek tych niemłodych już jegomości.

  W przyszłym tygodniu swoją premierę będzie miał piętnasty album R.E.M., zatytułowany optymistycznie "Collapse Into Now". Nagrany ponownie z Jacknife'em Lee, ale mający być o wiele bardziej różnorodny. "Nie chcieliśmy ograniczać się do jednego typu piosenek. Na albumie są naprawdę piękne, wolne kompozycje, kilka w średnim tempie i trzy lub cztery prawdziwe rockery" - powiedział basista grupy, Mike Mills. Jako dowód tej tezy, zespół udostępnił już dwie kompozycje, na podstawie których "ukąsimy" nowy krążek Amerykanów.



  Pierwszym singlem jest "Mine Smell Like Honey", kawałek reprezentujący z pewnością tę "trójkę lub czwórkę prawdziwych rockerów". Oparty na szybkim rytmie, dynamicznych riffach i naprawdę pogodnej melodii. Refren daje pozytywnego kopniaka w mój wymrożony przez zimę tyłek, dlatego utwór uważam za udany. Ale rewelacji nie ma, oczywiście.



  O wiele ciekawiej wypada drugi radiowy reprezentant "Collapse Into Now" - "ÜBerlin" (tytuł, którego nasi bracia zza oceanu chyba nie zdołają wymówić). Przywodzi na myśl czasy największej popularności R.E.M., choć nie niesie w sobie tyle emocji, co "najsmutniejszy utwór w historii", znany również pod tytułem "Everybody Hurts". Wręcz przeciwnie, Stipe postanawia przeczekać noc, ujrzeć wschodzące słońce nowego dnia. Wydaje się, że album całościowo będzie starał się przekonać nas do radosnej strony życia. Przywołajmy na przykład tytuł "Every Day Is Your to Win". Mi to odpowiada, muzykom grającym już czwartą dekadę nie wypada się zbytnio smucić.

  Jak album wypadnie, przekonamy się już wkrótce. Na podstawie powyższych utworów stwierdzam, że można spać spokojnie - panowie wiedzą, co robią. Zapowiada się świetna dawka muzyki do obserwowania narodzin kolejnej (nareszcie!) wiosny. Recenzji zaś spodziewajcie się, jeżeli nie zostanę przypadkiem pobity w drodze na uczelnię, w drugiej połowie przyszłego tygodnia :)

czwartek, 17 lutego 2011

Pierwszy kęs: Children Of Bodom - Relentless Reckless Forever (2011)

Data premiery: 8 marca 2011

Adam: Tak się składa, że każdy z autorów Wyspy Jowisza słuchał kiedyś Children of Bodom i wszyscy z pewnością po nowy album sięgniemy, dlatego dzisiejszy Pierwszy kęs napiszemy wspólnie (BTW: to pierwszy "wspólny tekst" na Wyspie Jowisza). "Relentless Reckless Forever", czyli siódme dzieło wymiataczy pod wodzą Alexiego Laiho, zaserwuje nam dziewięć nowych "wymiataczy", które po raz kolejny brzmieć będą niemal identycznie jak starsze albumy (sytuacja ta ma miejsce od "Follow the Reaper") i nie przekroczą swym ogólnym czasem trwania magicznej granicy czterdziestu minut (again, tyle tylko, że nawet mój kochany "pijacki" debiut trwał równo trzydzieści sześć sześćdziesięciosekund). Okładka również nie zrywa z tradycją, chociaż Kostucha-Rolnik na posiadłości za miastem (ewidentnie widocznym) to całkiem kontrowersyjna rzecz.



  Przejdźmy jednak do muzyki. Pierwszy kawałek, którego można posłuchać, to promujący "Relentless Reckless Forever" "Was It Worth It?" (filmik powyżej), o którym sam Alexi prawi: "Absolutnie imprezowy kawałek. Nie brzmi jak typowe CoB, ale to jeden z moich ulubieńców i piekielnie ciężka rzecz". Z jedną częścią wypowiedzi mogę się zgodzić - miks jest bardzo "ciężki", bas aż huczy, a wokal, dzięki dziwacznemu efektowi, brzmi jak ostatni czort. Reszta utworu, niestety, zawodzi. Słaba melodia, bezpłciowy refren - a zazwyczaj są to najmocniejsze strony ich muzyki. Szkoda, że kawałek na płycie zajmuje przedostatnią pozycję - czyżby zakończenie miało przynudzać? Oddam jednak, iż podoba mi się... Solówka na klawiszach! A to się Marcin pewnie zaśmieje :)

  Drugim utworem, którego można posłuchać bez konsekwencji prawnych,  gdyż  zespół przedstawił go kilka dni przed "Was It Worth It?", jest "Ugly", zajmujący na albumie pozycję numer sześć. Dużo szybszy kawałek, z ciekawszą melodią i szalonymi solówkami, pięknie wkomponowanymi między brutalne partie wokalne. Tego słucha się o wiele przyjemniej, taki być powinien singiel.

  Nie byłem zadowolony "czarnym" "Blooddrunk", w głębi swojego już-nie-tak-metalowego serducha liczę na powrót do formy z czasów "Hate Crew Deathroll". Obecnie, spełnienie moich nadziei widzę tak "fifty - fifty". Wydaje mi się, że sam Alexi jest już tym oklepanym do bólu stylem grania lekko zmęczony, chciałby te stare prześcieradło wywalić do góry nogami i porządnie przetrzepać, ale wciąż coś go od tego powstrzymuje. Fani? Czy będą nadal tak chętni kurczowego trzymania się melodic death metalu, gdy dostaną przeciętne wydawnictwo? A może moje proroctwa są błędne i "Relentless Reckless Forever" okaże się wyczesaną płytką? Jak myślicie?




Bartek: No cóż... Miało być nieco inaczej. Dlaczego? Przede wszystkim, ten album miał być wydany w zeszłym roku, ale widocznie "Dzieci Bodomu" miały jakieś opóźnienia (biedne, zamordowane dzieciaki). W sumie, tworząc albumy dość podobne do siebie, trwające po trzydzieści sześć minut... No dobra, czepiam się. Fakt, jestem niecierpliwym człowiekiem. Ale przejdźmy już do najważniejszej kwestii, czyli nowego albumu, "Relentless Reckless Forever". Na tle poprzednich dwóch albumów wyróżnia się już okładką. Oczywiście w sensie pozytywnym. Kosiarz wygląda tu o wiele ciekawiej w porównaniu do krwawego "Blooddrunk" oraz niewyraźnego "Are You Dead Yet?" (mam tutaj na myśli same okładki, rzecz jasna). Jeśli jednak chodzi o poziom muzyczny, to mam pewne obawy...
 
  Children of Bodom znam już od dłuższego czasu. Wydaje mi się, że ich obecna forma kompozytorska nie jest najlepsza, o czym świadczyć mogą nie tylko ostatnie krążki, ale i dwa kawałki z nowego albumu (te, które już znamy). Fakt, że ostatnie dwie płyty do ich szlagierów na pewno nie należą. Z drugiej strony też, nie są niczym tragicznym. Trzeba jednak przyznać, że ostatnią naprawdę dobrą rzeczą, jaką "Dzieciaki" nagrały była płyta "Hate Crew Deathroll", która ukazała się w roku 2003. "Strzelecka" niemoc trwa już więc od ośmiu lat, i jest to czas najwyższy, aby ją przełamać. Łatwe to jednak nie będzie. "Was It Worth It"? oraz "Ugly" przełomu nie zwiastują.

Okładka singla "Was It Worth It" promującego płytę
"Relentless Reckless Forever"
  Okładka singlowego "Was It Worth It?" całkiem niezła, z samym kawałkiem nieco gorzej. Nie jest on taki zły, zwłaszcza przy kilkakrotnym wysłuchaniu, ale do szlagierów pokroju "Children of Decadence" traci raczej sporo. Nawet klawisze nie powalają czymś wyjątkowym, choć prędzej jestem w stanie sobie wyobrazić CoB bez gitar, niż bez nich. Podobnie sprawa ma się z "Ugly", choć zgodnie z chłopakami stwierdzamy, że ta kompozycja wypada nieco lepiej. Mimo wszystko poczekajmy na całą płytę, bo też inaczej będzie się słuchało tej dwójki znając cały album. W zeszłym roku Iron Maiden wydało niby przeciętny singiel, jakim było "El Dorado", a wielu fanów zmieniło zdanie na temat tej kompozycji po wysłuchaniu całego "The Final Frontier". Czekajmy więc cierpliwie i miejmy nadzieję, że Children of Bodom nas nie zawiedzie.

  Marcin:  Napiszę krótko i zwięźle, bo w mojej ocenie ten tekst wygląda już prędzej na recenzję całej dyskografii Finów, a przecież miały być to tylko wrażenia po pierwszych dwóch kawałkach, więc można się lekko udławić tym ''Pierwszym kęsem''. ''Was It Worth It?'' ewidentnie zyskuje po kilku przesłuchaniach i choć zgodnie z pozostałymi autorami stwierdziłem, że ''Ugly'' lepiej rokuje na całość albumu, to jednak na obecną chwilę muszę stwierdzić, że to właśnie singiel wyzwala we mnie bardziej pozytywne odczucia. Niemniej, utwory te nie są tym, na co stać tak naprawdę Children of Bodom. A może po prostu zespół cierpi na brak dobrych pomysłów? Ekipę pana Laiho bardzo cenię i lubię, między innymi za oryginalność, jednak kwestia tego, jak panowie wypadną w tym roku z nowym materiałem nie jest dla mnie aż tak ważna. Jeśli źle, to na pewno płakał i zgrzytał zębami nie będę, jeśli zaś dobrze to na pewno po prostu zatrzymam się na dłużej przy tym wydawnictwie (jak narazie jednak wydaje mi się, że szału nie będzie). Pozostaje nam tylko czekać i być dobrej myśli.

poniedziałek, 7 lutego 2011

Pierwszy kęs: Blackfield - Welcome to My DNA (2011)

Data premiery: 28 marca 2011
RECENZJA ALBUMU

Kiedy ja walczyłem w łóżku i zatłoczonych tramwajach z gorączką o życie, brytyjsko - izraelski duet Stevena Wilsona i Aviva Geffena rozpoczął promocję swojego nowego dziecka, które - jako pierwszy album Blackfield - zostanie wydany pod JAKIMŚ tytułem. Teraz więc, zamiast "Blackfield III", przyjdzie nam podpisywać krążek "Welcome to My DNA". Dlaczego taki tytuł? "Stanie się wszystko jasne, gdy kompozycję tytułową usłyszycie!" - rzekłby Yoda, gdyby tylko istniał, ale skoro nie istnieje, Wilson musiał napisać to bez łamania zasad gramatyki na swoim Facebooku. Po raz kolejny także, wydawnictwo Kscope stworzyło specjalną stronę albumu (taką ładną), na której dominuje okładka przyszłego dzieła zespołu - całkiem piękna, co przyznacie pewnie sami. Czytałem gdzieś, że to jedna z odrzuconych przez Marillion propozycji do artworku "Somewhere Else". I rzeczywiście, kolorystyka całkiem podobna, tematyka również. Jeżeli to prawda, pozostaje się cieszyć, że nie tamten krowi placek zdobi owe zdjęcie :)



  "Glass House", pierwszą kompozycję z "Welcome to My DNA", można pobrać za darmo, rejestrując się na stronie albumu. Jako zachęta do zakupu, przynajmniej moim zdaniem, sprawdza się wyjątkowo średnio. Powolny kawałek, pozbawiony ciekawego refrenu - chwytliwej wizytówki Blackfield, z prostą gitarką, smyczkami w tle i nuconym "lalala". Przekonać się możecie sami, ale mnie bardzo "Szklany domek" zawiódł. Z ratunkiem nadszedł Piotr Kosiński, którego nazwisko na Wyspie Jowisza pojawia się niemal cyklicznie. Puścił w swojej Nocy Muzycznych Pejzaży prawdopodobnie prawdziwy singiel, czyli kompozycję "Waving" (której możecie posłuchać, puszczając filmik poniżej). I tym razem, uśmiechnąłem się rubasznie pod nosem. Czuć tutaj wiosenną energię i totalną beztroskę, której od dawien dawna brakowało Stefanowi. Wyklaskiwany rytm i prosty riff pasują bardziej do amerykańskiej muzyki niezależnej niż do angielskiego artrocka. Miłe zaskoczenie! Dziękować mogę Geffenowi, który stoi za większością materiału na "Welcome to My DNA". 



  O wynik końcowy nie mam wielkich obaw, bowiem Wilson smykałkę do melodii wciąż dzierży w swych łapskach i puścić nie chce za żadne skarby. Marzy mi się jednak, żeby nie wyszła płyta "na siedem", tylko taka, którą z dumą postawię na półce i, być może, dołożę w grudniu do zestawienia najciekawszych albumów roku. Przekonamy się w marcu, a czas minie szybko, bo to przecież "tylko Blackfield" (dużo ciężej będzie wyczekać na następcę "Insurgentes"). Wtedy też zdecydujemy, czy wyjazd na koncert duetu należy do tegorocznych obowiązków, czy też lepiej oszczędzić gotówkę :)

PS: Pierwszy kęs to taki eksperyment. Być może się przyjmie i zagości na stałe, być może nie i zginie w lochach :D