Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dust bowl. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dust bowl. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 lipca 2011

MUZYKA - Joe Bonamassa: Dust Bowl (2011)

1.Slow Train (6:49)
2. Dust Bowl (4:32)
3. Tennessee Plates (4:18)
4. The Meaning of the Blues (5:43)
5. Black Lung Heartache (4:13)
6. You Better Watch Yourself (3:30)
7. The Last Matador of Bayonne (5:23)
8. Heartbreaker (5:48)
9. No Love on the Street (6:31)
10. The Whale That Swallowed Jonah (4:45)
11. Sweet Rowena (4:33)
12. Prisoner (6:48)

Całkowity czas: 62:53

   Ten Joe to ma motywację. "Black Rock" dopiero co weszło w świadomość słuchaczy, a on już atakuje z nowym materiałem studyjnym pod własnym szyldem i wraz z wesołą kompanią Black Country Communion. Ktoś tu wyrasta na Stevena Wilsona (lub bardziej na czasie - Devina Townsenda) blues rocka. Można mieć zatem pewne wątpliwości dotyczące poziomu jego nowej muzyki, całkiem zrozumiałe zresztą. Ale sam Bonamassa tak "nagrzał się" na "Dust Bowl", że przynajmniej niżej podpisany spał spokojnie. Czułem, że będzie "dobrze", i to w najgorszym przypadku. Ale, jako że kobietą nie jestem, i moja intuicja może czasem zawodzić, czyż nie?

   Mam Cię, drogi Czytelniku. Jeżeli nie zaglądnąłeś do oceny przed rozpoczęciem lektury, wprowadziłem do Twojego umysłu lekką konsternację. Zupełnie bezpodstawnie, bowiem najnowsze wydawnictwo wirtuoza gitary to wciąż cholernie sycąca i bogata w treści rzecz. Cofnijmy się w czasie. Wydany w zeszłym roku "Black Rock" stanowił wybuchową mieszankę greckiej sielanki i brudnego, mogącego na spokojnie brać udział w wojnie głośności rzępolenia. Strawa tego dziwactwa okazała się zaskakująco przyjemna i był to jeden z najczęściej odtwarzanych przeze mnie albumów ubiegłego rocznika. Joe Bonamassa nie chciał osiąść na zasłużonych laurach i padła obietnica, że następny krążek zerwie z tą stylistyką na rzecz bardziej klasycznego, amerykańskiego blues rocka. Naszym zadaniem będzie rozpatrzyć, czy entuzjastyczne obietnice znalazły pokrycie w rzeczywistości.

   Jedyną pozostałością po greckich klimatach jest cudowny "Black Lung Heartache", który jako urozmaicenie sprawdza się "w pytkę". Brzmienie rzeczywiście zostało wygładzone, gitary nie starają się już wyrwać z głośników i ruszyć w krwiożerczym pościgu za słuchaczem. Podkreślona została rola pianina, które zaiste nadaje części kompozycji brzmienie na tyle klasyczne, że żadnym grzechem byłoby wskazanie ubiegłego wieku jako daty ich powstania. Utwory brzmią bardziej spontanicznie, jak gdyby artysta nagrał je z zespołem podczas jam session, nastrój również uległ upozytywnieniu. Klasycznego feelingu dodają również gościnne występy przy mikrofonie: w "Tennessee Plates" usłyszymy Johna Hiatta, w "Sweet Rowena" o względy pięknej kobiety upomni się z Bonamassa Vince Gill, a do śpiewania "Heartbreaker" dołączył dobry przyjaciel artysty z Black Country Communion - Glenn Hughes. Joe nie jest wybitnym wokalistą (choć przyznać trzeba, że poprawia się wraz z każdym wydawnictwem), dlatego gościnne struny głosowe bardzo dobrze urozmaicają znajomość z "Dust Bowl", wypełniając przy okazji do końca założenie "stworzenia klasycznego, amerykańskiego" nastroju. Teraz zadaj sobie pytanie, drogi Czytelniku, czy taki nastrój na pewno Ci odpowiada?

   Jeżeli nie, wujaszek Bonamassa nie poskąpił rzeczy bardziej eklektycznych i rozbudowanych. Wspominany już "Black Lung Heartache" z greckimi wstawkami, bazującymi na partiach buzuki (odmiana gitary), bębnach i klaskaniu (świetny motyw!) to przystawka do iście "kowbojskiego" utworu tytułowego, opartego na bujającym basie lub prawdziwej perełki w środku albumu - wolnego, bardzo smutnego "The Last Matador of Bayonne" z motywem wygranym na trąbce. Na "Dust Bowl" usłyszymy także cztery "kolosiki", czyli "Slow Train", "The Meaning of the Blues", "No Love On the Street" i "Prisoner", w których częściej od artysty dochodzi do głosu jego gitara. Bo chyba nikt nie wątpił, że Joe daruje sobie solówki. W każdym utworze pojawia się tak zwany moment "A teraz słuchajcie i padnijcie na kolana, śmiertelnicy!". Joe rozpoczyna wtedy solo, skacze po progach niczym młodziutka baletnica, wyprowadza dziesiątki uderzeń w trakcie kilku sekund, ale robi to w sposób tak emocjonalny, szczery i jakby entuzjastyczny, że słuchaczowi nie pozostaje nic więcej niż, nomen omen, paść na kolana w zachwycie.

   Wyjątkowo różniące się od "Black Rock", pełne młodzieńczej pasji (chociaż Joe dawno po trzydziestce), nieokiełznanej energii, ale ujęte w klasyczną, wygładzającą formę, która - ostrzegam - nie wszystkim przypadnie do gustu. Jeżeli Bonamassa nie zwolni, za pięć lat obcować będziemy z prawdziwą legendą blues rocka. Osoby czujące się w tym gatunku jak ryba w wodzie mogą, a nawet powinny podwyższyć ocenę o pół oczka.

Ocena: 8/10

niedziela, 13 marca 2011

Pierwszy kęs - Joe Bonamassa: Dust Bowl


Data premiery: 21 marca 2011

  Będzie krótko, bo premiera albumu lada moment. Joe Bonamassa, jeden z najwybitniejszych władców gitary współczesnej muzyki (nie tylko bluesowej!), nie ma zamiaru zwalniać. Po wydaniu świetnego "Black Rock" i koncerciwa Blu-Ray artysta powraca z kolejnym materiałem studyjnym. Jego jedenasty album "Dust Bowl", którego klimatyczną okładkę można zobaczyć "na lewo stąd", przyniesie nam dwanaście nowych utworów, tradycyjnie utrzymanych w klimacie blues-rocka. Już dzisiaj możemy posłuchać kompozycji tytułowej, ściągając ją na dysk po zostawieniu swojego adresu mailowego pod tym linkiem lub, jeśli należymy do osób leniwych i wygodnych, za pośrednictwem filmiku poniżej.

  Nie będę owijał w bawełnę, "Dust Bowl" brzmi rewelacyjnie. Oparty na pulsującym basie i "południowych" riffach, wylewa na nas z głośników pokłady żaru. Niemal czuć żwir w zębach, zwłaszcza gdy mistrz rozpoczyna swoją solówkę. Nie muszę chyba nikomu zaznajomionemu z Bonamassą tłumaczyć, ile emocji potrafi przekazać gitarą. Jeżeli zaś należysz do szerokiego grona osób, które twórczości tego pana wciąż nie znają, nie czekaj dłużej - świetną okazję na przyjacielski bruderszaft masz kilka centymetrów niżej. Przeczuwam, że nadchodzi prawdziwe tornado klimatu (na co wskazuje okładka) i jeden z czarnych koni mojej muzycznej przygody w roku 2011.