Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adam piechota. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adam piechota. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 września 2011

MUZYKA - Steven Wilson: Grace for Drowning (2011)

  CD 1 (Deform to Form a Star):
1. Grace for Drowning (2:05)
2. Secretarian (7:41)
3. Deform to Form a Star (7:50)
4. No Part of Me (5:44)
5. Postcard (4:28)
6. Raider Prelude (2:23)
7. Remainder the Black Dog (9:26)
CD 2 (Like Dust I Have Cleared From My Eye:
1. Belle de Jour (2:59)
2. Index (4:48)
3. Track One (4:15)
4. Raider II (23:21)
5. Like Dust I Have Cleared From My Eye (8:00)

Całkowity czas: 83:00

  Jakież to szczęście, że uczelnia nie dawała mi o sobie zapomnieć przez ostatnie tygodnie, wymuszała czytanie po nocach, szalone rajdy przez miasto po wpisy i pisanie niepotrzebnych zupełnie prac na temat konceptów w twórczości Jana Andrzeja Morsztyna (któremu dziękuję serdecznie za śliczną piątkę w indeksie!). To była najlepsza wymówka, jaką mogłem sobie wymarzyć. "Przed czym wymówka?" - pytasz, drogi Czytelniku, ale odpowiedź masz już na końcu języka. Przed pisaniem recenzji "Grace for Drowning", przed oficjalnym pojedynkiem ze Stevenem Wilsonem, moim przewodnikiem, muzycznym Wergiliuszem, który przepchnął mnie przez całe piekło, czyściec i zostawił pod bramą raju ambitniejszych odmian rocka. Każdy myśli, że wysmażenie tekstu o ulubionym artyście to bułeczka z masełkiem lub piwko z orzeszkami. Błąd. Już podczas przeprowadzonego kilka dni temu wywiadu łapy trzęsły mi się jak agrestowa galaretka, a zdolność trzeźwego myślenia i utrzymywania duchowego spokoju czmychnęła gdzieś daleko w kąt. A teraz mam stać się jednym z pierwszych w Polsce wieszczów nowego wydawnictwa Bosonogiego Majstra. Ubi sunt?! Gdzież zniknęła wołająca mnie na obiad matka i słowa: "Przestań tyle pisać, przecież i tak nikt tego nie czyta!"?

  Pisanie muzyki jest jak opowiadanie komuś historii

  W dzisiejszych czasach zanika akt słuchania albumów. Słucha się muzyki jako towaru, pobieranego na gwałt z czeluści Pirackich Zatok, rozcinanego na bardziej lubiane kawałki, wrzucanego na podpisane markerem płyty lub przenośny odtwarzacz. Lecimy na zakupy, poznając nowe zespoły między półkami z psią karmą i papierem toaletowym. Dostosowujemy się do czasów, w których przyszło nam żyć i w których każda sekunda staje się bardziej wartościowa niż sztabka złota. Tę jedną lub dwie godziny wolnego w dniu tracimy przed komputerem / telewizorem lub przesypiamy, ładując akumulatory przed następnym biegiem. Nie zrozum mnie źle, Czytelniku, nie oceniam. Pośpiech uzależnia i ułatwia życie. Ucisza sumienie, które ryczy od czasu do czasu, że chciałoby zostawić na tym świecie cokolwiek po swoim właścicielu. Ucisza duszę, która domaga się uniesień. Wygasza emocje, pulsujące wraz z krwią w naszych żyłach. Dla niektórych staje się równie potrzebny jak jedzenie lub picie, niezbędny, "fizjologiczny". 

  Ale cała ta misternie budowana zasłona dosyć często pęka. Znasz na pewno przypadki filmów, po których jakby ktoś Cię dotknął magiczną różdżką, pstryknął jakiś dziadowski przełącznik w twojej głowie. Emocje wypływają na zewnątrz, nie możesz zasnąć, myślisz o tym wszystkim, co było, co bolało, co koiło, o ludziach, którzy niegdyś stanowili część twojego życia, a teraz nie chcą pamiętać Twojego imienia. Jestem pewny, że mógłbyś kiwnąć głową na znak zgody (gdybyś, oczywiście, nie żył w czasach czytania materiałów w Sieci tylko w celu odnajdywania jakichś sprzeczności i informowania o tym biednego autora), bo tak "było ostatnio" po jakimś "Forrest Gump", "Requiem dla snu" czy innym "500 dni miłości". Struktura wybucha, z jej zgliszczy wychyla się krucha dusza człowieka, dostrzegająca wielkość każdego oddechu, łaknąca doznań. Życia nie ciałem, tylko umysłem.

  I zdarzają się takie płyty CD z muzyką. Słuchasz ino pierwszy raz, gdzieś tam właśnie w Biedronce lub KFC, łapiesz się za ucho, które lekko drapiesz i dochodzisz do wniosku, że "to trzeba będzie poznać wieczorem". Być może nawet zamiast megahitu na Polsacie. Wracasz do domu, rozprawiasz się z korespondencją na skrzynce mailowej, sprawdzasz ulubione portale, zamykasz komunikator, wyłączasz komputer. Szykujesz przekąskę, coś do picia i siadasz naprzeciw głośników. Zaczynasz wielką przygodę, podczas której Twoje emocje przestają się kryć i wybuchają niczym prehistoryczny wulkan. Podczas której całe te "dzisiejsze czasy" ujawniają swoją pustkę. No, no, przyznaj, że bywały takie albumy. I to nie tylko w złotych latach 60. / 70. ubiegłego wieku. Teraz też się trafi podobna przygoda, choć - podobnie jak wyśmienity film - raz na ruski rok.

  Pisanie recenzji jest jak... pisanie muzyki

  Stevena Wilsona cenię tak bardzo nie dlatego, że właśnie takie Wielkie Albumy tworzy, gdyż nawet jemu ta nader ciężka sztuka udaje się od czasu do czasu w całym tym morzu projektów, z którymi jest związany, lecz dlatego, iż tak uparcie do tego dąży. Nigdy nie poprzestaje na tym, co stworzył, zawsze znajduje nową ścieżkę, inne priorytety, następny Cel. Po drodze tworzy albumy nieco mniej udane, czasami trochę sztuczne. Niemniej co kilka lat popełnia rzecz, o której nie sposób napisać inaczej niż "muzyczna podróż" właśnie. Coś na wzór idealnie nakręconego, mądrego i wciągającego jak rura od odkurzacza filmu. Ostatnią wielką rzecz nagrał trzy lata temu i wypuścił, wiedząc chyba o jakości dzieła, pod własnym nazwiskiem. "Insurgentes" nie zawsze spotyka się z podobnym przyjęciem, ale mnie, słuchane zwłaszcza w miksie wielokanałowym, powala na kolana i absorbuje w całości. Nawet podarte kapcie same z nóg zeskakują, chowając się z piskiem pod kanapą.

  Wystarczyło pierwsze odsłuchanie "Grace for Drowning", aby obudził się tak długo nieodczuwany impuls. Pierwsze dźwięki pianina Jordana Rudessa w otwierającej tego kolosa kompozycji i wszystko było jasne - to taki album, którego w inny sposób słuchać można nie będzie. Tylko po zmroku, w pustym mieszkaniu, z zamkniętymi oczami. Jest tu pewien pierwiastek niepokoju, który towarzyszył nam (według niektórych w nachalny sposób) na "Insurgentes". Kilka razy możesz złapać się na nerwowym rozglądaniu po zatopionym w mroku pomieszczeniu i przyspieszonym biciu serca. Kolejny apartament odnalazł też sentymentalny smutek, takich ballad artysta nie nagrał od dawna i jeżeli słysząc te piękne chóry w finale jednej z nich nie przejdzie Ci po ciele dreszcz uniesienia, byłbym gotów nazwać Cię gburem. Kilka razy przypomną o sobie elektroniczne czary Stevena, fala noisu, triphopowy podkład i radiogłowe cykadełka.

  Ale są też i pewne zmiany. Machina czasu przenosi się z syntetycznych dolin na pasma jazzowych gór i psychodelicznych pastwisk. Cofamy się do najwspanialszych wybryków Roberta Frippa w służbie Jego Karmazynowej Wysokości. Słyszymy szalone popisy Theo Travisa na flecie, rozbrajające sola saksofonu. Nie brakuje wielowątkowych, postrzępionych i narkotycznych sekcji instrumentalnych, podczas których wzrok sam ucieka w stronę kurzących się na półce albumów King Crimson. Jest i dziwacznie zatytułowany, ponad dwudziestominutowy gigant, o którym będzie głośno przez najbliższe kilka lat i którego wykonania na żywo nie mogę się już doczekać.

  Na pewno zauważyłeś już, Czytelniku, że próbuję uciec z miejsca zbrodni, nie zostawiając żadnych dowodów, nie pisząc nawet tytułu pojedynczego utworu. Już kiedyś stosowałem podobne sztuczki, z gorszym lub lepszym skutkiem. Tym razem jednak nie czuję potrzeby rozdrabniania się - te utwory będą już wkrótce na ustach wszystkich silnie powiązanych z muzyką progresywną osób. Już pojawiają się krzyki o "albumie roku", pierwszym wielkim wydawnictwie dekady, i to z ust autorytetów (nie byle gówniarzy jak ja) naszego dziwnego, hermetycznego światka. Nie wiem, czy będzie to najlepsza rzecz roku 2011, ale na pewno miejsce na moim prywatnym podium ma zapewnione. A uwierz, że jestem wyjątkowo wymagającym fanem. Jest to też jedna z niewielu płyt o dłuższym niż osiemdziesiąt minut czasie trwania, których nie potrafiłbym przerwać.

  Często zazdrości się "dziennikarzom muzycznym". Bo my to dostajemy płyty na kilka tygodni przed całym światem i pod wymówką jakiejś tam recenzji słuchamy ich do woli. Ma to swoje plusy, nie zaprzeczę, ale tym razem to ja zazdroszczę Tobie, drogi Czytelniku. Zazdroszczę tego, że poznasz i zachwycisz się "Grace for Drowning" ze wszystkimi fanami na świecie i nie  będziesz musiał tych wszystkich emocji tak bezczelnie chować i czekać tylko, aż miną, aby napisać "jakąś tam recenzję".

Ocena: 9/10 (drugi raz w roku 2011 wystawiam tę notę długogrającej płycie. Pierwszą była "Passion" Pendragon i gdybym wiedział, że wiele miesięcy później na świat przyjdzie taki gigant, musiałbym solidnie przemyśleć pierwszą "dziewiątkę")

sobota, 17 września 2011

WYWIAD - Steven Wilson

  Zaczynam się przyzwyczajać do pewnej reguły mojego szalonego żywota. Zupełnie jak gdyby przy narodzinach małego Adasia ktoś krzyknął z niebios: "Jeżeli ten chłopiec postanowi zacząć nowy etap w swoim życiu, zrobi to z impetem godnym Jeźdźca Apokalipsy!". Toteż początek każdego nowego etapu ma zawsze ogromną skalę i sprawia mi więcej stresu niż ustna matura z polskiego. Pierwszy koncert, jaki miałem przyjemność zobaczyć na własne oczy, to Radiohead w Poznaniu. Samotna podróż pociągiem ponad sześć godzin i wielki, liczący dziesiątki tysięcy tłum. Szaleństwo. Szok. Radość!
  Pierwszy poważny wywiad w swoim życiu (proszę, nie liczmy rozmowy z Bartkiem Wroną i Rudim Schubertem na potrzeby lokalnego radia) przeprowadziłem z moim muzycznym mistrzem, najbardziej zapracowanym człowiekiem w tym biznesie i jedynym gitarzystą na świecie, którego nikt jeszcze nie widział w butach - Stevenem Wilsonem. Stres? Cholerny. Plątanie języka? Bez przerwy. Satysfakcja? Bezcenna.

- Halo?
- Cześć, dobrze mnie słychać?
- Tak, a mnie?
- Również.
- Jak się masz, Steven?
- Dobrze, dobrze, dziękuję.
- W takim razie zacznijmy...  

  Na początku chciałbym z Tobą porozmawiać, rzecz jasna, o Twoim najnowszym albumie - "Grace for Drowning". Słucham go od jakiegoś czasu i naprawdę uwielbiam to, co słyszę! Martwiłem się o to wydawnictwo, ponieważ "Insurgentes" stał się moim ulubionym albumem roku 2008 i nie byłem do końca pewien, czy dasz radę przeskoczyć tak wysoko zawieszoną poprzeczkę. Mogłeś wydać ten materiał jako dwa osobne albumy, jednak postanowiłeś stworzyć pojedynczą, epicką podróż. Wiem, że "nie powinno się go traktować jako jednego wydawnictwa, lecz dwa osobne albumy w jednym opakowaniu", jednak nie potrafiłbym po zakończeniu "Remainder the Black Dog" przerwać tego muzycznego "seansu". To jak przerywanie filmu w połowie! Czy nie uważasz, że taki ruch był nieco ryzykowny w dzisiejszych czasach?  

  Myślę, że ciężko jest przekonać dzisiejszego człowieka do słuchania i skupiania się na muzyce, która - przyznajmy - jest całkiem intensywna; to nie coś, czego ludzie mogą słuchać bez odpowiedniego skupienia. To jeden z powodów, dla których podzieliłem album na połowę, dwa muzyczne doświadczenia. Mówisz, że dla ciebie to coś normalnego, słuchanie albumu od początku do końca, ale od wielu fanów nie można tego oczekiwać. Myślę, że podzielenie "Grace for Drowning" było bardzo dobrym pomysłem. Era winyli była okresem, który stworzył ogrom albumów słuchanych do dzisiaj z ogromną pasją. W tamtych latach czas, jaki potrafiliśmy poświęcić na pełne skupienie, prawdziwe słuchanie, nie był zbyt długi. Dzisiaj ten czas, głównie z powodu iPodów i ściągania muzyki w plikach, jest jeszcze krótszy. Ludzie nudzą się o wiele szybciej. Masz rację, oczekiwanie od ludzi, aby posłuchali tak długiego, intensywnego albumu, jest obecnie nieco ryzykowne, ale z drugiej strony - dlaczego miałoby mnie to ograniczać? Staram się tworzyć właśnie takie albumy, zaangażować słuchacza i wciąż są tam ludzie, którym się to podoba. Dla takich właśnie osób tworzę, nie dla tych, którzy słuchają muzyki w trybie shuffle na swoim iPodzie. Nie mogę o nich myśleć, gdy tworzę swoje albumy. 

  Polscy dziennikarze, z którymi rozmawiałem na temat "Grace for Drowning", są zachwyceni tym nowym, "karmazynowym" Stevenem Wilsonem. Słychać, że prace nad remiksami albumów King Crimson bardzo na ciebie wpłynęły. To jednorazowy wybryk, czy możemy się tego jeszcze spodziewać w przyszłości?


  Racja, praca nad muzyką King Crimson wyjątkowo na mnie wpłynęła i wiele doświadczenia z miksowania tamtych albumów wniosłem do "Grace for Drowning". Moja głowa była tym przepełniona, naturalnym był fakt, że tego typu muzyka pojawi się na nowym albumie. Czy wpłynie to na przyszłość? Nie potrafię powiedzieć. Gdybyś powiedział mi podczas tworzenia "Insurgentes", że niebawem nagram taki album, nie uwierzyłbym. Nie staram się nigdy wybiegać myślami w daleką przyszłość, to chyba właśnie powód ciągłej ewolucji mojej muzyki. Nie lubię nagrywać tego samego albumu dwukrotnie, wolę zaskakiwać fanów. Owszem, czasami są niezadowoleni z wyników, ale to część naszej "umowy" - czasami ludzie są zachwyceni, innym razem wieszają na mnie psy. Tak czy inaczej, jestem naprawdę dumny z "Grace for Drowning". Nie uważam, że to zupełny koniec tego kierunku i zdecydowanie potrafię sobie wyobrazić więcej muzyki w podobnym stylu, więc... Zobaczymy.

  Wiadomo, że przy nowym albumie pomogło Ci wielu wyśmienitych muzyków. Czy mógłbyś ich wymienić?

  Użyłem wielu muzyków jazzowych. To jedna z rzeczy, którą wyniosłem z prac nad starymi albumami King Crimson - brzmią tak dobrze jak brzmią, ponieważ to nie byli muzycy rockowi grający muzykę rockową. To muzycy jazzowi grający muzykę rockową. Michael Giles, Ian McDonald, Keith Tippett - jazzmani, którzy w oryginalny sposób podeszli do świata muzyki rockowej. To oni sprawili, że King Crimson był czymś wyjątkowym. Podchodząc do tworzenia nowego albumu, byłem pewny od samego początku - nie użyję rockowego perkusisty, zaproszę bębniarza jazzowego, dlatego właśnie na "Grace for Drowning" zagrał Nic France, gwiazda sceny jazzowej, poza nią w ogóle nieznany. Pomógł mi też Theo Travis, z którym pracowałem już wielokrotnie i który zagrał na flecie i saksofonie (również muzyk znany głównie na scenie jazzowej). Takich gości, muzyków z innego świata połączyłem z kilkoma szerzej znanymi nazwiskami: Tony Levin (Peter Gabriel), Jordan Rudess (Dream Theater), Steve Hackett (Genesis) - taka kombinacja właśnie mnie interesowała.

  To Jordan Rudess tak pięknie gra we wstępie do "Deform to Form a Star"?

  Gra cały utwór. Nie tylko zresztą, pojawia się też w utworze tytułowym i "Raider II". Gra naprawdę cudownie, to prawda.

  Właśnie, "Raider II". Czy za tym 24-minutowym gigantem kryje się jakaś większa historia?

  Czy zawsze musi być jakaś historia? Gdy zaczynam pisać utwór, nie mam pojęcia, czy wyjdzie z niego krótki, 3-minutowy utwór, czy trwający ponad kwadrans gigant. Pisanie muzyki jest jak opowiadanie komuś historii lub żart. Jeżeli potrzebujesz dwudziestu pięciu minut na dokończenie historii - tyle właśnie będzie trwała. "Raider II" sam ewoluował, cały czas rósł; za każdym razem, gdy napisałem jego część, sugerowała ona kolejną, swoją naturalną kontynuację. Działo się to automatycznie. Nie planowałem tak długiej kompozycji, w pewnym momencie nawet nie zdawałem sobie sprawy, że jest tak wielka. "Raider II" niemal sam wyznaczył swoje czasowe granice. Właśnie tyle czasu było potrzeba na opowiedzenie tej historii. Nie było jakiegoś genialnego planu stworzenia giganta. Jak zapewne wiesz, całkiem dobrze odnajduję się w długich utworach, wychodzą mi zdecydowanie lepiej niż mieszczenie się w krótkich utworach. Nie jest to zatem dla mnie coś nowego, choć fakt - dawno nie stworzyłem czegoś aż tak długiego. "Anesthetize" z "Fear of a Blank Planet" trwało osiemnaście minut, "Raider II" jest od tamtej kompozycji o ponad sześć minut dłuższy, ale jestem z niego naprawdę, naprawdę dumny.

  Mówisz, że jesteś lepszy w pisaniu długich utworów. Ale przecież na "Grace for Drowning" jest wiele rewelacyjnych, krótszych kompozycji! Weźmy na przykład "No Part of Me" - piękna rzecz, do tego nie brzmi jak żaden z Twoich wcześniejszych utworów. Ma świetne, jakby orientalne zakończenie z zadziorną solówką na gitarze. To Ty ją grałeś?

  Nie, nie (śmiech), to nie gitara. To saksofon, bardzo przesterowane solo na saksofonie, które tylko brzmi jak gitara.

  Możliwość przeprowadzenia wywiadu zawdzięczam swojej redakcji, serwisowi Rock Area, na którym można przeczytać dalszą część mojej rozmowy ze Stevenem Wilsonem. Zapraszam :)

czwartek, 15 września 2011

KSIĄŻKA - Andriej Bielanin: Tajny wywiad cara Grocha

Liczba stron: 272
Wydawca: Fabryka Słów

   Wyobraź sobie, drogi Czytelniku, że Ty, świeżo upieczony milicjant z wysokimi ambicjami, jakimś złośliwym zbiegiem złośliwych okoliczności losu wszedłeś podczas ćwiczeń w terenie do starej piwnicy i, widząc, że nic tam ciekawego tak właściwie nie ma, próbujesz wyjść z powrotem na górę. Tą samą drogą, to chyba oczywiste. Drzwiczki jednak jakby zapomniały, że kilka sekund temu dawały się bezproblemowo otwierać i nie chcą teraz Cię wypuścić. Denerwujesz się niebagatelnie. Wiesz, że żartowniś, z którego winy tutaj siedzisz, kimkolwiek by nie był, słono za to zapłaci. Po dłuższej chwili ciekawska do bólu rzepek w kolanach natura ludzka wygrywa, podchodzisz do drzwiczek raz jeszcze. Napierasz ciałem, niespodzianka - spróchniałe drewienko z łatwością się otwiera. Wracasz...
   Świat, do którego z taką radością wychodzisz z piwniczych lochów, okazuje się jednak jakiś dziwny. Panuje nieznajoma aura, w powietrzu unosi się wiejski (dość nieprzyjemny, przyznajmy wprost) zapaszek. Ponadto wychodzisz nie do opuszczonego domu na rosyjskich przedmieściach (tak, w roztargnieniu zapomniałem dodać, że jesteś Rosjaninem), ale baśniowo urządzonej, swojskiej chatki. Poznajesz jej właścicielkę - brzydką jak ukraińska noc czarownicę. Nie zwracasz uwagi na jej zrzędzenie, oznaki zdziwienia. Podbiegasz do okna, aby ujrzeć zupełnie inne niebo, wiejskie dróżki, słomę, drewno. Otwierasz szeroko usta. Coś tu nie gra, czyżbyś nie był w domu? Piłeś? Nie, to przecież jasne, jesteś na służbie. Babka bije Cię po plecach starą miotłą, krzyczy, że jesteś złodziejem i powinieneś - ujmując delikatnie - opuścić jej mieszkanie. 
  Dlaczego na mnie patrzysz z wyrzutem? To nie moja wina, że ciekawość zaciągnęła młodego policjanta do Łukoszkina - świata ze starych rosyjskich baśni, gdzie "aż kipią czary" i rządzi iście sarmacki car Groch. Może nie powinienem tak szybko o tym mówić, ale nigdy już nie będziesz mógł wrócić do domu, przykro mi. 
  
  Co byś zrobił w takiej sytuacji? Nikita Iwaszow nie miał najmniejszych problemów z decyzją - udał się do cara i rozpoczął milicyjną służbę w świecie, który nigdy z prawdziwą definicją prawa nie miał do czynienia. Na krótki czas po objęciu przez ambitnego milicjanta urzędu (za komisariat służyć będzie dom wcześniej wspominanej wiedźmy, Baby Jagi) z carskiego skarbca znika kufer monet. Nieświadomy kryjącego się za prostą kradzieżą spisku o skali krajowej milicjant rozpoczyna swoje pierwsze wielkie śledztwo. Tak mniej więcej przebiega pierwsze dwadzieścia stron kolejnej powieści Andrieja Bielanina (autora chociażby "Mojej żony wiedźmy") wydanej przez wielce popularną Fabrykę Słów. 

  "Tajny wywiad cara Grocha", po zapoznaniu się z powyższymi realiami, nie zaskakuje właściwie niczym. To prosta, podszyta nienajgorszym humorem historyjka z pogranicza sensacji i fantastyki, nieodkrywcza, ale całkiem przyjemna. Postaci, które na potrzeby intrygi kreuje Rosjanin, są równie wielowymiarowe jak klasyczna gra "lecim w prawo" z wąsatym hydraulikiem Mario w roli głównej (a szkoda, bo autor udowodnił w innych dziełach, że nawet do nieskomplikowanych charakterów da radę przyciągnąć niczym magnes; jako przykład wskazuję tutaj Ancyfera i Farmazona z "Mojej żony..."), ich poznawaniu nie towarzyszy nawet nutka zainteresowania. Nawet głównemu bohaterowi brakuje jakiejkolwiek głębi. Najciekawiej w całym towarzystwie wypada wybuchowy car Groch i Baba Jaga, twardsza niż wulkaniczna skała, zaprawiona w magicznych sztuczkach, a zarazem przemiła (bo "urocza" z pewnością nie!) i kochająca. Wydaje mi się, że bez jej pomocy Nikita po kilkudziesięciu stronach padłby niczym pacnięta łapką mucha.

  Co wspomina się w recenzjach niejednokrotnie: polski czytelnik może mieć problem z "wkręceniem się" w świat przedstawiony przez Bielanina. Poskąpił on jakichkolwiek wytłumaczeń (ba, nawet opisów Ci tu na lekarstwo, drogi Czytelniku), przez co osoba niezaznajomiona z rosyjską "mitologią" może poczuć się jak niedźwiedź polarny na Saharze. Ja bynajmniej nie mogłem się odnaleźć, dlatego uwagę skupiłem na samej intrydze i tym, za co Rosjanina cenię najbardziej - dialogach! Nieważne, czy Nikita rozprawia z przygłupim Mitką (chłop jak sklep, tylko towaru jak za PRL-u), podejrzanymi w sprawie czy samym carem Grochem - dialogi są świetne, błyskotliwe i humorystyczne. Sama intryga, choć prosta, również wciąga. Czy warto zatem dla tych plusów zainwestować w "Tajny wywiad cara Grocha"?

   Można, tak po prostu. Oczarowanym nie będzie pewnie nikt, rozgoryczonym także. Książka Bielanina to rzecz przeznaczona jako chwilowa "odskocznia" od poważniejszych powieści, intelektualnych przeciążeń i nieprzespanych od nadmiaru wrażeń nocy. W ten sposób traktowana, potrafi zadowolić i wciągnąć.

Ocena: 6/10

poniedziałek, 12 września 2011

KONCERT - Ino-Rock Festival 2011

  Jak szybko minął rok od poprzedniej edycji inowrocławskiego festiwalu Ino-Rock, wiedzą tylko ci, którzy spotkali się w sobotni wieczór po tych dwunastu miesiącach, uścisnęli sobie serdecznie ręce, wypili ochrzczone piwo za złotych cztery i obserwowali z uśmiechem na ustach scenę rozświetloną pomarańczowym światłem zachodzącego słońca. To bodaj jedyne tak charyzmatyczne wydarzenie koncertowe w Polsce, festiwal pachnący niemal małomiejskim klimatem lub imprezą z okazji dożynek (tylko karuzeli obok brakuje, doprawdy), na którym zobaczyć można największe gwiazdy szeroko pojętej muzyki progresywnej. Nikt mnie specjalnie zachęcać do przejechania pół kraju nie musiał, pamiętam wciąż przepiękny koncert Anathemy w zeszłym roku (zakończony nocną wyprawą po sennych ulicach z Danielem Cavanagh), a do tego rzucono hasło, że jedną z gwiazd wieczoru będzie Pain of Salvation. Zespół, którego motorem napędowym są moje ulubione struny głosowe prog rocka - Daniel Gildenlöw (z tym "ö" zawsze są problemy, chölera). Nie bacząc nawet na będącą w trakcie studencką kampanię wrześniową (której jestem uczestnikiem, niestety), spakowałem swój nieodłączny plecaczek i ruszyłem w podróż przepełnioną pociągowym ściskiem i wonią potu wymieszaną z nutką przedwczorajszych skarpetek. Czego, moi kochani, oszczędzę Wam w poniższym sprawozdaniu. Nie zmienia to jednak faktu, że korzystający z usług PKP podróżnicy powinni te skarpety regularnie zmieniać, bo w końcu jakiś Greenpeace czy Przyjaciele Ziemi się do nich dobiorą, toż to regularne skażanie środowiska.

   Teatr Letni był uroczy, uwielbiam tę miejscówkę. Skąpany w promieniach żegnającego się z naszą półkulą słoneczka, okrążony drzewkami, przypominający losowy wiejski amfiteatr - cud, miód, orzeszek. Kilka namiocików z prowiantem, frytasy za czwórkę, kurczak niemal dwie dyszki, do wyboru, do koloru. Stała ekipa, najwięksi zapaleńcy muzyczni, redaktorzy zarówno z mojej śmietanki, jak i pozostałych, wszyscy w dobrym humorze, gotowi na wielką dawkę emocji (jak widać, nikt oprócz nas nie wpadł na pomysł, aby dzień wcześniej wrzucić umysł na rozgrzaną patelnię pod tytułem "Oszukać przeznaczenie 5" i skazać go tym samym na utratę ostatnich szarych komórek). Festiwal zaczął się punktualnie, na scenę wkroczył szczeciński zespół Lebowski. Chłopaki "czują" dobrze swoją muzykę, stworzyli bardzo miłą ścieżkę dźwiękową do zachodu słońca. Marcin Grzegorczyk szybko złapał wiatr w żagle, znaczy się we włosy, powiewające niczym na hardrockowym teledysku z lat osiemdziesiątych, dzięki czemu zwracał najwięcej uwagi. Zagrano nawet co nieco z nadchodzącego albumu i wszystkich zwolenników "Lebałskjego" uspokajam - materiał ma więcej energii, brzmi nośnie i przyjemnie. 



   Jeżeli jednak o nośności mowa, trzeba wspomnieć o czarnym koniu Ino-Rock 2011, czyli brytyjskim zespole Wolf People. Panów znałem wcześniej jedynie z radiowej Trójki, jednak zrozumienie dla Kosiakowych zachwytów przyszło dopiero podczas sobotniego występu. Muzyka, którą proponuje kwartet wyglądający jak wypuszczone z garażu obdarciuchy, to rewelacyjnie przyrządzony retro rock z folkowymi wpływami. Dźwięki ich utworów są tak nośne, że aż chce się skakać i wygląda na to, że porwali każdego bez wyjątku, nie spotkałem się jeszcze z negatywną opinią na temat występu (inna sprawa, że większość osób, z którymi rozmawiałem, poznała Wolf People lepiej, w warunkach niekoniecznie koncertowych). Zebrali ogromny aplauz i nie kryli zaskoczenia taką sytuacją. Wrócą do nas, o to jestem spokojny.

    Słońce zaszło, pod sceną zrobiło się tłoczno (miejsce przed barierką to trofeum, po które sięgnęliśmy zawczasu, znaczy jeszcze podczas występu Wolf People), napięcie wzrosło, wszystko było jasne - czas na prawdziwą gwiazdę wieczoru (z całym szacunkiem dla Perry'ego, ale ewidentnie "przegrał" na tym festiwalu). Serce ruszyło mi szybciej przy dźwiękach puszczonego z taśmy "Remedy Lane". Na scenę wkroczyło całe Pain of Salvation, jednak największą wrzawę podniósł, rzecz jasna, główny herös - Daniel Gildenlöw. Dalej wszystko potoczyło się jak w zeszłym roku na Metal Hammerze - "Of Two Beginnings" połączone z poruszającym "Ending Theme". Problemy natury technicznej szybko znikły za sprawą czujnych dźwiękowców, niesamowity głös wybił się na prowadzenie. Umiejętności, jakie posiada ten uwielbiany przez damską część fanów jegomość, są po prostu zatrważające. Przejście z chrypliwego szeptu w szokujący krzyk przychodzi mu z taką łatwością, jak mnie zjedzenie paczki żelek-miśków w drodze pociągiem. Mocno uderzyli wraz z wymęczonym "Linoleum" - głównym reprezentantem ostatniego krążka. Oprócz niego był także dłuższy o kilka wersów "No Way", wzruszający "Road Salt" i grany od miesięcy "Conditioned" z "Road Salt Two" (puszczonego z taśmy "Of Dust" nie uwzględniam, nie liczy się, tej). A co z ludźmi, których "surowe" dokonania Szwedów sprzed roku mniej pociągają? Usłyszeli nieśmiertelne "Ashes" (dziwi brak "Used"), poszaleli przy "Diffidentii" (nie jestem pewny, czy powinienem odmieniać, ryzykuję), wysłuchali monologu na temat kierunku, w jakim zmierza rasa ludzka ("Kingdom of Loss") i przypomnieli sobie stare czasy przy "Nightmist" (podczas którego 1) pojawiła się wstawka reggae 2) Daniel przeprosił za rozszalałą, heavymetalową solówkę słowami: "To był 1997, wybaczcie"). Lider pokazał też swoje umiejętnöści perkusyjne, gdy zajął miejsce Léo Margarita podczas coveru "Working Class Heroes" (zagranego, jeżeli wierzyć słowom zespołu, po raz pierwszy). Całość zwieńczyli bez większej niespodzianki, rozpierdalając system wydłużonym o "Falling" tytułowym utworem z "The Perfect Element". 

   Widać było, że zespół jest w formie i są gotowi ruszyć w świat ze swoim najmłodszym dzieckiem,  "Road Salt Two", którego premierę zaplanowano na 26 września. Świetnie wykorzystano ubogie oświetlenie i maszyny do dymu, nadając każdemu momentowi większy charakter i dodając kilka punktów do poziomu wzruszenia. Zespół nie kazał długo na siebie czekać pod sceną, wyszli do fanów, uzbrojeni zaledwie w długopisy i nieustający uśmiech na ustach. Największą cierpliwość okazał Gildenlöw, wyczekał do samiusieńkiego końca wygłodniałych zwolenników zdjęć typu "patrzcie, znam wokalistę Pain of Salvation, byliśmy razem na piwku!" (nie śmieję się, sam takie zdjęcie, jak widać, zdobyłem). Gdy Pain of Salvation wróciło za scenę, koncert Brendana Perry'ego był już w toku. Przyznam jednak szczerze, że ani chęci, ani siły na muzykę męskiej części Dead Can Dance już nie wykazywałem i byłbym pewnie przysnął na jednej z ławeczek, gdyby nie...

- Adam Piechota z Wyspy Jowisza?! Mogę sobie z tobą zdjęcie cyknąć?!
- Jasne, stary.
  Ekipa z Wolf People, która bardzo nie chciała iść spać i szukała imprezowego towarzystwa. Zgadnijcie, w kim takowe odnaleźli! Inowrocław do największych miast nie należy, ale miejscówka o nazwie American Pub zaoferowała nam swoje usługi do godziny późnonocnej. Na tym jednak zakończymy, drodzy Czytelnicy, ponieważ nie o wlewaniu z zespołami w swe gardła nadmiernej ilości zagadkowo nazwanych trunków przyszliście tutaj przeczytać, prawda? Niech twarze panów z Wolf People podsumują wszystko za mnie! 
   No dobrze, Ino-Rock to wspaniała impreza, której za rok nie możesz za nic w świecie opuścić ;)


poniedziałek, 5 września 2011

MUZYKA - Dream Theater: A Dramatic Turn of Events (2011)

1. On the Backs of Angels (8:45)
2. Build Me Up, Break Me Down (6:59)
3. Lost Not Forgotten (10:11)
4. This Is the Life (6:57)
5. Bridges In the Sky (11:03)
6. Outcry (11:24)
7. Far From Heaven (3:56)
8. Breaking All Illusions (12:25)
9. Beneath the Surface (5:26)

Całkowity czas: 77:05

  Nigdy nie miałem okazji przyznać się do tego publicznie, więc czas najwyższy napisać, że do fana Dream Theater jest mi, mówiąc delikatnie, dość daleko. Fakt, że redakcja dała niżej podpisanemu zielone światło na zajęcie się jedenastym albumem studyjnym Nowojorczyków oznacza zapewne tyle, iż zwolennicy największego zespołu progmetalowego świata są "A Dramatic Turn of Events" oczarowani. I przydałby się bardziej obiektywny kontrargument, wyrażający zdanie narodowej mniejszości "nie-fanów". Oto zatem jestem, wystawiony na pożarcie, obelgi, żarciki i kosz świeżych pomidorów wycelowanych prosto w moje skromne lico. Zanim to jednak nastąpi, mam kilka akapitów, żeby pożegnać się z hukiem, wprowadzić fanów w stan białej gorączki i postawić najbardziej kontrowersyjną recenzję roku.

  Zaintrygowani? To dobrze, za to mi "płacą". Ale żartowałem nieco.
  Zacznijmy od początku, tak bowiem zostało ustalone w czasach antycznych brodaczy o niebywałych "skillach" w retoryce, aby publiczną wypowiedź budować na mających ręce i nogi schematach. Dream Theater od pewnego czasu, dokładnie od świetnego, agresywnego "Train of Thought", lewituje sobie leniwie we własnym uniwersum i ani myśli włosa wystawiać choćby kilka centymetrów poza jego obszar. Tworzą dość podobne albumy, raz lepiej ("Systematic Chaos"), raz gorzej ("Octavarium") lub tak pośrodku (dwuletnie "Black Clouds & Silver Linings", o którym do dziś nie mam sprecyzowanej opinii) i jakoś nikomu nie wydaje się to przeszkadzać. Od czasu do czasu pojawiają się opinie, że zespół kąsa własny ogon i daleko mu już do świetności z końcówki ubiegłego wieku, ale znikają szybko w morzu pochwalnych pieśni tysięcy młodych fanów. Jednak gdy Mike Portnoy oświadczył, iż jego przygoda z Teatrem Marzeń dobiegła końca i woli pojechać w trasę ze szczeniakami z Avenged Sevenfold, a sam zespół zapewnił, że mała roszada w składzie nie pokrzyżuje planów nagrania kolejnego dzieła, pojawiło się pewne światełko nadziei. Bo jak brzmieć będzie krążek, w którego komponowaniu nie pomagała trójnoga ikona progresywnego metalu?

  Wciąż tak samo! To wręcz niesamowite, że obyło się bez żadnych "dramatycznych obrotów wydarzeń" i znanych z okładki spacerów po linie, wszelkie zmiany są nie więcej niż kosmetyczne. Wygląda na to, że trzeba się już z tym pogodzić. Na jedenastym albumie Amerykanów dostajemy siedemdziesiąt siedem minut pełnej patosu muzyki spod rąk niesamowitych rzemieślników. Bryluje jak zawsze Petrucci, którego wyczynów będzie słuchać z przyjemnością każdy fan cięższego grania. Na pochwałę zasługuje również "świeżak", Mike Mangini, którego technika odpowiada mi bardziej niż "pięćset uderzeń stopą na sekundę" Portnoy'a. Ba, nawet Myong nie został zapomniany w miksie. "Słabsza" część ekipy zasługuje na kilka klapsów z wiadomych powodów: Rudess, jak wielkim klawiszowcem by nie był, lubi przesadzić z cyrkowymi wstawkami pobudzającymi do życia mój kultowy Gejometr, a i jakieś dziwne zamiłowanie do syntezowanych chórków tutaj przejawia, w każdym refrenie na płycie da się takowe usłyszeć; LaBrie to z kolei klasyczny przykład porzuconego w połowie drogi Plastusia, który powyje niezręcznie cudze teksty kilka minut, żeby następnie oddać przestrzeń dźwiękową kolegom i ich szalonym popisom instrumentalnym; nie idzie mu zbyt dobrze na "A Dramatic Turn of Events".

  Odkryłem dziwną zależność. Zdecydowanie lepiej "wchodzą mi" utwory parzyste. Podoba się bardzo elektroniczny, agresywny "Build Me Up, Break Me Down", w którym nawet LaBrie pokazuje, że ma niezłe cojones (tytułową frazę krzyczy w tak wysokich tonacjach, że aż chciałoby się posłuchać Dream Theater w stricte metalowym wcieleniu), lubię rozwijający się jak prawdziwy progresywny kawałek "This is the Life", który wzlatuje na niemal symfoniczne wyżyny, imponuje mi rozszalała środkowa część "Outcry", tak niedorzeczna w pewnym momencie, że odechciewa się wierzyć, jakoby naprawdę to grali ludzie z krwi i kości oraz naprawdę OGROMNY finał tej kompozycji i czuję niezłą wkrętkę podczas stadionowego "Breaking All Illusions". Za wyjątkowo bezpłciowe uważam wszystkie numery nieparzyste, o których ciężko mi coś wymyślić nawet po kilku solidnych przesłuchaniach albumu. Oczywiście, miota tam chłopakami jak szatan i w sekcjach instrumentalnych wciąż palą kapcie na nogach, ale ani refrenów zapadających w pamięć, ani szczególnych urozmaiceń. Ciągną się te długasy i ciągną, końca nie widać. Nawet ballada "Far From Heaven" okazuje się niepotrzebnym zapychaczem płyty. Jedyny utwór nieparzysty, przy którym nie mam ochoty ziewnąć ostentacyjnie, to wycelowany w radioodbiorniki "Beneath the Surface". Tak, lubię takie komercyjne Dream Theater, takie bezczelne "smutasy" pod publiczkę. Raz, że kompozycja przypomina mi Porkowe "Where We Would Be" z "Lightbulb Sun", dwa, iż LaBrie w pewnym momencie całkiem ślicznie wyje. I miło kończy ten przydługi krążek.

  Największym problemem "A Dramatic Turn of Events" wydaje mi się zupełny brak charakteru. Płyta jest bardziej spójna niż jej poprzednik (a i pyszny duet okładka & tytuł ma ciekawszy), ale nie o taką spójność chodziło. Puśćmy obojętnie jaki kawałek z "Train of Thought" - od razu czuć ten trashowy feeling, przed oczami staje czarno - biała okładka, wszystko jest jasne - wyczuwamy zmysłami wbudowany w album nastrój. Gdyby ktoś puścił mi utwór z najnowszego krążka, musiałbym poczekać na chórki w refrenie, żeby krzyknąć z triumfem, co właśnie słyszę. Chłopaki powinni posłuchać swoich kolegów z Pain of Salvation lub złożyć preorder na dziesiąte dzieło Opeth. Posłuchać, jak w muzykę przelać można wiecznie ewoluującą duszę. Ale Dream Theater woli bezpieczniejszą drogę i produkowanie co dwa lata podobnych gigantów. Shame.

   Nie zachwyca "A Dramatic Turn of Events", zdecydowanie nie. Ale też grzechem byłoby stwierdzić, że "odrzuca"; po prostu sobie jest i, mówiąc bardzo kolokwialnie, sobie będzie. Na miejsce w moim podsumowaniu najciekawszych pozycji roku nie ma jednak szans. Mnie już dawno wynudziła ta formuła. Fani spragnieni kolejnej megadawki technicznego szaleństwa na najwyższym poziomie poczują się pewnie jak w starym fotelu z postrzępionymi kapciami na stópkach. Ludzie, którzy śmiali się dotąd głośno na samą myśl o połączeniu zwrotu "muzyka progresywna" z nazwą Dream Theater, chichotać będą nadal. Świat się nie zmienia, nic nie staje do góry nogami. Dlatego wracam do rozszyfrowywania najnowszego Opeth. Oto prawdziwy "a dramatic turn of events".

Ocena: 5,75/10

niedziela, 21 sierpnia 2011

Andriej Bielanin: Moja żona wiedźma

Liczba stron: 552
Wydawca: Fabryka Słów

(A dlaczego by nie o książce? Ostrzegam tylko, że w tej dziedzinie sztuki naprawdę ciężko mną wstrząsnąć :) )

   Szerzy nam się na rynku rosyjska fantastyka, to fakt niepodważalny. I minusów tej literackiej wolty ciężko raczej się doszukać; kto nie lubi, nie czyta, wiadomo. Jeżeli jednak wcześniej wzdychaliśmy do nielicznych wąsaczy z Kraju Lejącej się Gorzałki, możemy w końcu poczuć się jak przysłowiowa rybka w wodzie, mogąc dokonywać wyboru z szerokiej palety autorów. Swoje pięć groszy w temacie (czy też nawet pięć złotych) dołożyła Fabryka Słów, wśród której bogatej kolekcji znaleźć możemy wybrane powieści Andrieja Bielanina, domniemanego herszta humorystycznego odłamu rosyjskiej fantastyki. I zaczęła od "Mojej żony wiedźmy" właśnie.

   Siergiej Gniedin to poeta z - jak twierdzi się na kartach powieści - prawdziwym talentem od Boga. A do tego swój chłop, lekkoduszny i sympatyczny, choć stroniący od alkoholu (czyżby nierodowity mieszkaniec Mateczki Rosji?). Jak się zakocha, to na amen. Jeżeli na amen, to nie ma innego wyjścia, niż zaprowadzenie ukochanej do urzędu stanu cywilnego i szybki ożenek. Co jednak, gdy takiemu niezdrowemu romantykowi świeża małżonka wyjawi, iż odziedziczyła po babci nietypowy dar - czarodziejski fach? 

  Nic, można się przyzwyczaić, przynajmniej - cytując hasło promocyjne z okładki książki Bielanina - znika problem kto pozmywa po kolacji. Siergiejowi nie dane jednak będzie tak szybko szczęśliwe happily ever after. Pewnego dnia ukochana znika, a nasz poeta nie boi się ruszyć za nią w jedyne miejsce, którego obiecywał nigdy nie odwiedzać - Ciemne Światy, czyli rzeczywistości, w których coś poszło inaczej niż u nas. Ot, szaleją hiszpańskie inkwizycje, wciąż żyją norweskie bóstwa, na świecie nie ma istot pozamagicznych lub rosyjscy panicze polujący bez przerwy na niedźwiedzie żenią się z wampirzycami. Okaże się także, że recytowana poezja ma tam inne, o wiele bardziej potężne efekty niż poruszanie artystycznej duszy. W swojej wielkiej misji ratunkowej nie będzie sam, bowiem już chwilę po zniknięciu małżonki w kuchni skromnego petersburskiego mieszkania zastanie swojego anioła stróża, Ancyfera i... jego piekielne przeciwieństwo - Farmazona.

   Odwzorowujące duszę bohatera istoty to niepodważalnie największy plus "Mojej żony wiedźmy". Ancyfer będzie odradzał alkohol, pakowanie się w kłopoty, kłamanie, radzić będzie bez przerwy pokorą i modlitwą, gdy Farmazon z chęcią wypełni pusty kieliszek, "przypadkiem" zapląta bohatera w jakąś intrygę, nie raz pomoże złamać ósme przykazanie Dekalogu i wspomoże bohatera w bójkach. Nie obędzie się także bez znanych ze starych animacji kłótni na ramionach bohatera, bójek, przezwisk, a nawet łamania zasad swojej profesji w celu pomocy lekkodusznemu poecie. Napisane prostym językiem dialogi aż iskrzą i wielokrotnie wywołują uśmiech pod nosem.

   Inaczej ma się sprawa z całą fabułą, która wydaje się tym całym poszukiwaniem utraconej kochanki usprawiedliwiać chęć wrzucenia do jednej książki jak największej ilości różnorodnych pomysłów, światów i postaci. W efekcie powstaje fantastyczno - mitologiczny kocioł, bliższy swą konstrukcją do klasycznej powieści łotrzykowskiej / przygodowej. Bielanin zdaje się nie przejmować mnożącymi się w oczach, ciekawszymi (jak wizyta w Asgardzie lub polowanie na wampirzycę) lub nie (inkwizycyjna awantura w Hiszpanii i pomoc armii zmutowanych szczurów) wątkami i - co ciekawe - całkiem przyjemnie wszystko ze sobą związuje w dwóch ostatnich, zdecydowanie najlepszych "aktach". Nie ma tu jednak mowy o głębszym przesłaniu. "Moją żonę wiedźmę" czyta się dla przyjemności i świeżych pomysłów, których, jak widać, autorowi nie brakuje.

  Gdybym miał wskazać potencjalnego odbiorcę powieści Bielanina, wskazałbym... nie, nie siebie, choć i ja spędziłem z "Moją żoną wiedźmą" miłe chwile. To rzecz dla rozkochanych w lżejszej fantastyce, szukających ciągle przygód moli książkowych. Lub czytelników lubiących błyskotliwe dialogi i ciekawszy humor sytuacyjny niż ten znany z telewizji. Można spróbować, zgrzytów zębów z powodu wywalonych w błoto pieniążków nie musicie się obawiać.

Ocena: 6,5/10

wtorek, 9 sierpnia 2011

The Kills - Blood Pressures (2011)

1. Future Starts Slow (4:05)
2. Satellite (4:14)
3. Heart Is a Beating Drum (4:20)
4. Nail in My Coffin (3:32)
5. Wild Charms (1:14)
6. DNA (4:32)
7. Baby Says (4:28)
8. The Last Goodbye (3:41)
9. Damned If She Do (3:52)
10. You Don't Own the Road (3:22)
11. Pots and Pans (4:35)

Całkowity czas: 41:54

  Jack White wziął zasłużony urlop, więc jedna z jego szalenie popularnych partnerek, Alison Mosshart, miała okazję wrócić do macierzystego The Kills, czyli multiinstrumentalisty Jamie'ego Hince'a (The Kills to duet) i zabrać się za nagrywanie nowego materiału. Na pewno pomogło w tym doświadczenie wyciągnięte z bluesowego szaleństwa The Dead Weather, którego wpływy czuć na całej przestrzeni "Blood Pressures". Obędzie się jednak bez radosnego plagiatorstwa, duet ma przecież własny staż i prywatną, niezwykle luźną wizję muzyki.

  "Blood Pressures" charakteryzuje pewnego rodzaju minimalizm - największy efekt osiąga się najprostszymi środkami. Czy są to rytmiczne bębny z rozstrojoną gitarą ("Future Starts Slow"), klaskanie i sample brzmiące jak uderzenie kija bilardowego ("Heart Is a Beating Drum"), nucone melodie na wzór stadionowych zaśpiewek ("Satellite"), czy sama, rozstrojona do granic możliwości gitara ("Baby Says") - nie ma znaczenia, bowiem wszystko tutaj buja słuchaczem na wszystkie strony niczym szmacianą lalką. Kawałki są nośne, a wmieszanie ich na ścieżkę dźwiękową porządnej domówki nie spowodowałoby najmniejszej złośliwej uwagi od gości. Alison udowadniać nic nie musi, ale jej wokalne wyczyny to wciąż zdecydowana górna półka amerykańskiej muzyki rockowej, wszystko brzmi nad wyraz seksownie i fascynująco (wokalny szczyt albumu to "You Don't Own the Road"). W większości utworów wtóruje jej Jamie i przyznajmy szczerze - w duecie brzmi przyjemnie, gdy nokautuje na chwilę partnerkę i przejmuje mikrofon i jęczy samotnie (senne "Wild Charms"), coś jest zdecydowanie nie tak, ucieka cały klimat beztroskiej, rozhulanej sielanki. Równie niepotrzebnie wypada ballada "The Last Goodbye", choć jest to utwór zaprawdę słodki (być może powinien zamykać album?). Słuchacz z "Blood Pressures" najchętniej wyrzuciłby oba zwolnienia i bujał nieprzerwanie przez cały "muzyczny seans". A tak pojawia się pewnego rodzaju konsternacja (Hamlet ująłby to słowami "bujać się albo się nie bujać?"). 

  Cóż mógłbym dodać... Więcej takich płyt! Więcej równie udanej, zdystansowanej, świeżej i chwytliwej muzyki. To nie są albumy, które zapiszą się złotymi zgłoskami w Wielkiej Księdze Muzycznych Arcydzieł, ale bez podobnych płytek nasz świat byłby strasznie napuszony i drętwy. Rozmawiałem ostatnio z kumplem przez słoneczny komunikator na temat "Blood Pressures" i w zakończeniu doszedł on do prostego wniosku, który pozwolę sobie przytoczyć: "Pozostawia radość w sercu, chęć na więcej i po prostu buja, a to chyba najważniejsze".

Ocena: 7/10

niedziela, 7 sierpnia 2011

MUZYKA - Trivium: In Waves (2011)

1. Capsizing the Sea (1:30)
2. In Waves (5:02)
3. Inception of the End (3:48)
4. Watch the World Burn (4:53)
5. Dusk Dismantled (3:47)
6. Black (3:27)
7. Built to Fall (3:08)
8. Caustic Are the Ties That Bind (5:34)
9. A Skyline's Severance (4:52)
10. Forsake Not the Dream (5:20)
11. Of All These Yesterdays (4:21)
12. Chaos Reigns (4:07)
13. Leaving This World Behind (1:32)

Całkowity czas: 51:21

  Oto album, który podniesie tumany kurzu pod wojowniczymi stopami wszystkich fanów muzyki metalowej. Zgromadzi gigabajty burzowych chmur nad każdym pojedynczym forum internetowym. Stanie się gwoździem do trumny kilku recenzentów, podczas gdy dla całej reszty stanowić będzie dręczący niczym dziura w zębie problem, orzech, który rozgryzą tylko najmocniejsi dziadkowie. Bo kiedy grupa o statusie jednej z największych amerykańskich gwiazd ciężkiej muzyki, domniemana "Metallica nowego pokolenia", nagrywa taki album jak "In Waves", nie ma mowy o spokojnym przyjęciu. Załóż hełm, drogi Czytelniku, ponieważ wchodzimy na prawdziwe pole bitwy i nie chciałbym Cię stracić zbyt wcześnie.

  Nigdy tego nie robiłem w recenzji, ale chciałbym Cię zaintrygować przed wyłożeniem własnej, niefanowskiej i przez to, śmiem twierdzić, całkiem obiektywnej opinii. "In Waves" zbiera calutką paletę ocen od liczących się w świecie muzyki periodyków i portali, co szybciutko udowodnię. Revolver - trzy punkty na pięć. "Niezgodny album z pewnymi przebłyskami". Sputnik - "dwójeczka" w skali pięciostopniowej. "Tak banalnie nie brzmieli od czasów "Ember to Inferno". Trzynaście osób na trzynaście zgadza się z recenzją. The Guardian - dwie gwiazdki z sześciu. "Nigdy nie jest dobrze, gdy najlepszy utwór na płycie to intro". Ponownie Sputnik, inny recenzent - tutaj ocena maksymalna. Trzy na trzydzieści siedem (!) osób zgadzają się z recenzją. Nie musisz chcieć wiedzieć, jakie są powody tak mieszanego odbioru, Czytelniku, i tak Ci wytłumaczę.

  Fani kochali "Ascendancy". "The Crusade" jedni polubili, inni spuścili z wodą w klozecie, lecz do piaskownicy wskoczyły media i zapaliły kilka reflektorów nad zespołem, czym spowodowano powszechne zainteresowanie całych rzeszy nowych, krnąbrnych fanów. Kwartet poczuł wiatr w żaglach i nagrał swoje - przynajmniej w moich oczach - opus magnum, Ambicjusza Wielkiego aka "Shogun". Niestety nie ma róży bez kolców, a gdy po takiej płytce robi się krok do tyłu na ewolucyjnej ścieżce (bo tym właśnie jest "In Waves"), nieważne jak wymierzony i udany by nie był, trzeba liczyć się z nadmiernym pieniactwem i sporym szumem. Być może właśnie o to chodziło zespołowi, który jest o krok od stania się prawdziwym muzycznym gigantem, a być może chcieli wszystkim pokazać, jak prezentowałoby się brakujące ogniwo między "Krucjatą" i "Szogunem". Niemniej nagrali trzynaście kompozycji, stanowiących teoretycznie wymarzone połączenie metalcore'owych korzeni z przebojowym thrashem. "Teoretycznie", ponieważ, jak sam widziałeś, Amerykanom najwyraźniej takiego połączenia nie było potrzeba. Czyli co, miał być hicior, a wyszedł...

  Gicior, wyszedł gicior, zapewniam. "In Waves" to pędząca na złamanie karku, wypolerowana niczym stojące w salonie Porsche i solidnie przemyślana lokomotywa metalowego czadu i chwytliwej przebojowości. "Album pod radio / publiczkę"? W pewnym sensie tak, bo liczba wpadających w ucho melodii przywodzi o ból głowy, a refreny co niektórych kompozycji jakby samodzielnie nuciły się nam pod nosem. Zaprawionego w bojach metalowca takie "Built to Fall", "Watch the World Burn" lub "Inception of the End" może nawet nieco oburzyć. Opadnie mu za to szczęka przy miażdżącym wszystko na swojej drodze riffie kawałka tytułowego, wzorowanym chyba na twórczości Devina Townsenda syko-growlu w "Dusk Dismantled" (pomylę się, jeżeli napiszę, że tak ciężko Heafy jeszcze nigdy nie wył?), czy też gitarowym karabinie maszynowym w stylu Meshuggah strzelającym z drugiej połowy "Black". Solówek również "tysiąc pięćset sto dziewięćset", szkoda tylko, że krótkich. Chciałoby się dwukrotnie dłuższego "samodzielniaka" z mającego progresywne zapędy "Caustic Are the Ties That Bind" lub częstszego popisu tańca palców na strunach w stylu koszącego trawniki "A Skyline's Severance". Co nie zmienia faktu, że każdy odnajdzie tu jakieś szlagiery dla siebie.

  Czego jednak zabrakło? Pogrom krytyków nie wziął się przecież z powietrza. Brzmienie jest wypieszczone jak pupcia jedynaka i - mówiąc szczerze - brakuje mu nieco szorstkości. Takie czasy - metalowe albumy lśnią i niepotrzebnie dbają o wygładzanie każdego dźwięku, a o wiele bardziej "komercyjna" muzyka niezależna swą zadziornością rozpierdala głośniki. Można też wytknąć zbyt dużą ilość kompozycji, ale Trivium ma w zwyczaju nagrywać płyty długie (należy dodać, że edycja specjalna jest dłuższa o ponad kwadrans!) Głównym problemem "In Waves" jest jednak... czyste rzemieślnictwo. Panowie męczyli te kompozycje miesiącami, to naprawdę czuć. W efekcie zabrakło choć odrobiny luzu i jakiejś malutkiej iskierki, która pozwoliłaby uwierzyć w pasję, z jaką piąty studyjny album Trivium został poczęty. Powstała idealna maszyna z określonym celem, taki "Uniwersalny żołnierz". Bez znanej z poprzedniego krążka chęci odkrywania czegoś nowego i ostrożnego eksperymentowania (bo za takie chyba nie uznamy szeptów w breakdownie tytułowego kawałka, pseudoballady "Of All These Yesterdays" i intra /outra). Znany z setek przypadków "syndrom następnej płyty po TAMTEJ" staremu fanowi być może nie przeszkodzi w rubasznej konsumpcji, autorowi tej stanowczo za długiej już recenzji jednak delikatnie doskwiera.

  Podsumowując, mamy do czynienia z dobrym albumem, który poległ jednak w starciu z eksperymentalnym poprzednikiem i cofnął zespół w ewolucji, stety lub nie. Taki odgrzewany kotlet od ukochanej babci, którego i tak wpałaszujesz ze smaczkiem. Dla starego fana będzie to albo radosny powrót do przeszłości, albo bukiet róż od ukochanego niegdyś zespołu w ramach przeprosin za przeszłe wybryki. Zieloni w temacie będą tupać nóżką jak emeryt na dancingu, nie ma co do tego wątpliwości. Nie widzę więc powodów, aby album odradzać, co robią moi koledzy zza oceanu. Może po prostu "nie znam się", a może znać się nie chcę, gdy do czynienia mam z równie miłym wydawnictwem.

Ocena: 7/10

sobota, 6 sierpnia 2011

MUZYKA - Arctic Monkeys: Suck It and See (2011)

1. She's Thunderstorms (3:55)
2. Black Treacle (3:35)
3. Brick by Brick (2:59)
4. The Hellcat Spangled Shalalala (3:00)
5. Don't Sit Down 'Cause I Moved Your Chair (3:04)
6. Library Pictures (2:22)
7. All My Own Stunts (3:52)
8. Reckless Serenade (2:43)
9. Piledriver Waltz (3:24)
10. Love Is a Laserquest (3:12)
11. Suck It And See (3:46)
12. That's Where You're Wrong (4:17)

Całkowity czas: 40:09

  Mieli świat muzyki indie pod nogami, mogli wszystko (wyniki sprzedaży dwóch pierwszych albumów Arctic Monkeys, wyższe niż zadłużenie Polskich Kolei Państwowych, mówią same za siebie, nawet jeżeli ktoś ma je za "rozhukane pierdolstwo").Wtedy rozwydrzony kwartet uderzył z prośbą do znanego z Queens of the Stone Age Josha Homme'a, zdradził setki tysięcy fanów post-punku, zwrócił oczy ku pociągającym krainom południowego rocka i wydał na świat naprawdę dobry "Humbug". A teraz wracają. I nie sposób uniknąć analogii do Kings of Leon, opisywanego przeze mnie kilka miesięcy temu. Bo co zrobić, gdy chce się zadowolić każdego, dobrze sprzedać i zostać zaproszonym na największe festiwale letnie świata? Oprócz przedstawienia światu najbardziej zjawiskowej okładki roku 2011? Jeszcze nie wiecie..?

  "Suck It and See" samo nie wie, czym jest. Stara się być bardzo ostrożną płytą, nasycić i fanów południowo -amerykańskiej psychodelii, i trafić do tak ogromnej ilości radioodbiorników, jak to tylko możliwe. Stąd na płycie zderzają się dwa odmienne, niezbyt pasujące do siebie światy. I co ma powiedzieć rozsmakowany w brudnym riffie "Don't Sit Down 'Cause I Moved Your Chair" słuchacz, kiedy usłyszy iście plażowy bas i kojącą gitarę "Piledriver Waltz"? Jak zareaguje skaczący do wybornej solówki "Library Pictures" szaleniec, kiedy Alex Turner zanuci mu spokojniutkim głosem "Lekkomyślną Serenadę" przy rozmytym plumkaniu strun? Co zrobi zakochana w porywających, seksownych zwrotkach "Brick by Brick" fanka po usłyszeniu bezpłciowej kompozycji tytułowej? Ja byłbym naprawdę zmieszany. Cholera jasna, jestem zmieszany!

  Prawdziwe fifty-fifty. W połowie udana kontynuacja "Humbug", w połowie idiotyczna papka pod radio. Jestem osobą, która ceni sobie różnorodność w muzyce, ale nie znoszę, gdy ktoś robi słuchacza w konia, sprzedając tego typu "eksperymenty". Inteligencji odbiorcy uwłaczają również teksty, których grafomania może co niektórych zwalić z krzesła. Jestem bardzo ciekawy, jak profesor Miodek zinterpretowałby na przykład takie dwa wiersze: "Give me an eeny, meeny, miny, moe / Or an ip dip, dog shit, rock and roll". Lub chociaż sprawdziłbym używki, na których był Turner podczas "tworzenia", odlot musi być naprawdę niezły.

  Ile bym jednak nie narzekał, "Suck It and See" słuchałem w miarę regularnie i bez większej niechęci. Album to niezły, bo wiadomo, że Małpki nagle zdolności kompozytorskich nie stracą. Szkoda tylko, że w ich wielkiej karierze (przypominam, że "Whatever People Say I Am, That's What I'm Not" pozostaje najlepiej sprzedającym się debiutem w historii Wielkiej Brytanii) nadszedł moment niepewności i wyboru, w którą stronę dalej się udać: w kierunku samospełnienia czy wielkiej sławy komercyjnej. Najnowszy krążek pokazuje dobitnie, że wciąż stoją na skrzyżowaniu i decyzja wciąż przed nimi. Można posłuchać, ale większych rewelacji nie oczekujcie.

Ocena: 6/10

niedziela, 31 lipca 2011

FILM - Harry Potter i Czara Ognia (2005)

Reżyseria: Mike Newell
Czas trwania: 157 minut
Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Goblet of Fire

  Nadszedł taki moment, w którym i twórcy filmowych "Potterów", i fani czarodziejskiej ekranizacji musieli zająć jedno z dwóch przeciwległych stanowisk. Wybrać lojalność wobec książki lub spore cięcia w fabule i gromy na forach internetowych. Pod względem finansowym, każda decyzja była opłacalna - zachowanie wszystkich ważniejszych wątków opasłej "Czary Ognia" w wielkiej (kto wie, czy na pewno jednoczęściowej) epopei na miarę "Władcy Pierścieni" zagotowałoby krew w żyłach wszystkich krytyków, ale sprowadziło do kina jeszcze więcej fanów. Z kolei bycie rebeliantem, które ostatecznie wybrali twórcy pod sztandarem Mike'a Newella (nowego reżysera) w kontrowersyjny sposób przyniosło równie pozytywne skutki. Wilk jest syty, tego możemy być pewni. Pytanie tylko, co z owcą..?

  Tym razem zmiana! Czarne chmury nie zbierają się tylko nad Hogwartem, ale zaczerniają przyszłość caluteńkiego świata czarodziejów. Gdy tytułowy kufel wypluwa nazwisko Harry'ego, zobowiązując go tym samym do udziale w Turnieju Trójmagicznym (Euro to przy nim pan Pikuś!), wszyscy wiedzą, że ktoś, stojący w cieniu lalkarz, w którego władzy są wszystkie sznurki, knuje niebagatelną intrygę. I gdy dojdzie ona do skutku, a sam Beznosy Pan Ciemności powróci na świat żywych, naszym oczom ukażą się fundamenty trzech następnych części, od teraz wręcz nierozerwalnych. "Czara Ognia" to ostatni film w serii, którego seans jest zjadliwy dla nieobytych w temacie mugoli, a zarazem ostatni obraz nastawiony na przygodowe kino familijne z elementami mroku i przytłaczającej młodą makówkę fantazji. Potem serię przejmie David Yates i uczyni z niej paczkę depresantów, zatem "wcinajmy póki gorące".


  Nie należę do książkowych purystów, więc koło ogona lata mi fakt pominięcia finału mistrzostw świata w Quidditchu (choć skrócenie następującej po nim sekwencji aż śmieszy), pobytu u Dursley'ów, Zgredka lub przekazania pieniędzy bliźniakom, o ile rzecz jasna nie przeszkadza to w zrozumieniu fabuły. "Czara Ognia" jakoś wraca z tej bitwy z tarczą, jest zjadliwa i zrozumiała, co niekoniecznie uda się przy okazji następnych epizodów. Trwa tylko o pięć minut krócej niż "Komnata Tajemnic", ale zapewniam - nie odczuwa się tej długości, nawet w brzuchu nie zaczyna człowiekowi burczeć. Powód? Przedstawienie trzech konkurencji Turnieju udało się wprost rewelacyjnie - potyczkę ze smokiem wydłużono o efektowną sekwencję zabawy w kotka i myszkę na dachach Hogwartu, a labirynt wyczyszczono ze wszystkich potworków, zostawiając tylko psychodeliczną duchotę i aurę niepewności. Głębia jeziora w książce do mnie nie przemawiała, tutaj "wchodzi" bez problemu. Last but not least - Lord Voldemort w wykonaniu Ralpha Fiennesa. Pojawi się tylko na kilka minut, ale zwróci uwagę każdego. Słowem - nie ma czasu na nudę.


  Być może podchodzę do filmu zbyt sentymentalnie - "Czara Ognia" do dziś zostaje moją ulubioną częścią książkowego tasiemca. Ale nie jestem osamotniony w opinii, że Newell bardzo dobrze poradził sobie z przeniesieniem tego kolosa na taśmę filmową, zachowując zdrowy dystans i pozwalając na kilka rozładowujących napięcie scen. Kto sobie z kolei nie poradził? Radcliffe. Jego kreacja balansowała na krawędzi już w poprzedniej części, tutaj wypada po prostu sztucznie. Na szczęścia cała reszta obsady skutecznie rozmywa negatywne wrażenie i pozwala uwierzyć, że "Czara Ognia" to film zwyczajnie dobry. W następnym epizodzie trzeszcząca od nadmiaru zawartości skrzynia z patosem pęknie. Baśń z dzieciństwa rozmyje się w powietrzu niczym samo dzieciństwo, a seria filmowa, po ostatniej roszadzie na stołku reżyserskim, zmieni tor na dobre.

Ocena: 7/10

czwartek, 28 lipca 2011

FILM - Harry Potter i Więzień Azkabanu (2004)

Reżyseria: Alfonso Cuarón
Czas trwania: 141 minut
Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Prisoner of Azkaban

  Koniec wakacyjnego obijania się i pompowania własnych ciotek do rozmiarów znanego z okładki albumu Led Zeppelin sterowca Hidenburg (sic, cwaniakujemy!). Harry Potter wraca do Hogwartu i wielce myli się każdy, kto sądzi, że los po spotkaniu z Bazyliszkiem nie zasponsoruje trzynastoletniemu czarodziejowi kolejnej dawki przygód. Z Azkabanu (tutejszego Alcatraz) uciekł bowiem Gary Oldman, ojciec chrzestny Harry'ego i zarazem osoba, przez którą zginęli jego rodzice. Tytułowy rzezimieszek nie spocznie, póki nie dorwie chłopaka i doprowadzi tym samym do końca zbrodnię sprzed lat. Spirala wydarzeń, które przyczynią się do wielkiego odrodzenia Czarnego Pana (tak wielkiego, że zapomni zabrać z zaświatów własnego nosa!) właśnie rozpoczyna się nakręcać. W serii książek oznacza to ponad sto trzydzieści stron tekstu więcej, w realiach filmowych - czas na istotne decyzje. Chris Columbus radził sobie dobrze przede wszystkim z wiernym trzymaniem się oryginału i tworzeniem obrazu dla młodocianego odbiorcy. Taki człowiek za kamerą dobrze nadawał się do "Kamienia filozoficznego" i "Komnaty Tajemnic", celowanych w ten sam fragment rynku. Jeżeli jednak Rowling od trzeciej części wzwyż porzuca na dobre kolorowe bajkopisarstwo, czyniąc z tytułowych mokrych klusek zbuntowanego wojownika, a z radosnego i tylko troszkę niebezpiecznego świata czarodziejów - pełen czekających na zmartwychwstanie truposzy, gotycki cmentarz, to... "wiedz, że coś się dzieje" i czas (najwyższy!) na oddanie kinowej serii w inne ręce.

  Alfonso Cuarón nie bał się powiedzieć "To ja jestem szeryfem, będzie po mojemu!". "Więzień Azkabanu" zmienia tyle, ile zmienić można było bez spowodowania krucjaty fanów pod wieżę wodną Warner Bros. Inna jest scenografia. Od teraz wokół Hogwartu zobaczymy piękne doliny, majestatyczny most (o ile pamięć mnie nie myli - przyszła wizytówka filmowej serii) i pochmurną, deszczową aurę (z tajnych źródeł wiem, że zdjęcia do większości scen na świeżym powietrzu kręcone były w deszczu, co pozwoliło na stworzenie tej "zmierzchowej" atmosfery). Widoczki mogą ucieszyć niejedno pragnące wrażeń artystycznych oko. Lepsze są również same zdjęcia - mniej chaotyczne, wysmakowane i bardziej dojrzałe. W kwestii wizualnej "Harry Potter" stał się filmem. Takim prawdziwym, który mógłby obejrzeć nawet ktoś całkowicie zielony w kwestii magii i czarodziejstwa.


  Cięcia zaliczyła - stety lub nie - fabuła. Zrezygnowano z większości wątków pobocznych, chociażby Quidditcha, którego mecz ujrzymy wyłącznie raz (łatwo się domyślić, który). Skupiono się na tytułowym bohaterze, dwójce jego przyjaciół i - co nie powinno dziwić - nowym profesorze obrony przed czarną magią, Remusowi Lupinowi (David Thewlis stworzył "innego" Lupina niż w książce, ale chyba równie sympatycznego). Dzięki takiemu sprytnemu zabiegowi udało się skrócić film o ponad dwadzieścia minut względem "dwójki" i uratować mój żołądek od samostrawienia podczas seansu. Fani książek wybuchnęli płaczem, zebrali się w klany, uzbroili po dziurki w nosie i zażądali odcięcia od reszty ciała co niektórych głów. Następną część stworzył już inny reżyser, nad czym wielce ubolewam. Cuarón mógł stać się dla "Pottera" tym, czym dla "Władcy Pierścieni" był Peter Jackson - człowiekiem z wizją, mogącym stworzyć serię o własnym, innym od oryginału (choć nie gorszym!) charakterem.


  Miałem dylemat, jak ocenić "Więźnia Azkabanu". Sentyment do książki krzyczał te siedem lat temu (broda tęskni za czasami, gdy nie musiała być codziennie golona) z kinowego siedliska niczym mordowany jeniec wojenny; dzisiaj jestem zupełnie innego zdania, ponieważ skupiam się na filmie jako samoistnym dziele. I przyjmując tę zacną filozofię, odważę się na szaloną tezę - trzecia część "Harry'ego" jest, jak dotąd, najlepszym filmem w serii. Potwierdza to majaczące w pamięci wspomnienie wspaniałej sceny lotu nad jeziorem i - zaskoczenie - poniższa ocena.

Ocena: 7,5/10

środa, 27 lipca 2011

FILM - Harry Potter i Komnata Tajemnic (2002)

Reżyseria: Chris Columbus
Czas trwania: 161 minut
Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Chamber of Secrets

  Wakacje, jak mają w zwyczaju, dobiegły końca. Dla Harry'ego znaczy to tylko jedno - czas na powrót do jego "domu", Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Jednak i fan książkowego tasiemca, i wnikliwy obserwator plakatów filmowych (wymowne hasło "Coś złego czai się w Hogwarcie!") domyśli się, że drugi rok szkolny posiadacza seksownej blizny w kształcie błyskawicy daleki będzie od sielanki, picia po kryjomu piwka, podrywania dziewczyn w kusych spódniczkach i tej, jak ona się nazywa... Nauki. Spokój życia uczniów zakłóci bowiem tytułowa Komnata i jej obślizgła zawartość. Parafrazując popularny cytat z drugiej części "Harry'ego Pottera" - długość taśmy filmowej została powiększona... Strzeżcie się, wrogowie adaptacji filmowych!

  Obyło się bez zmian na stołku reżyserskim, więc Chris Columbus mógł dalej rozwijać swoją wizję kinowego Pottera. Skutkiem bezgranicznego zapatrzenia w książkę, przynajmniej jednym z tych bolesnych, jest długość filmu. "Komnata Tajemnic" to najdłuższa część w serii, niebezpiecznie zbliża się do granicy trzech godzin czasu trwania. Ciekawy jestem, jak według pana Chrisa wyglądałaby adaptacja "Zakonu Feniksa", a dokładniej - ile części by przewidywała. Wszyscy mugole powinni zatem zaopatrzyć się w sporych rozmiarów przekąskę, żeby nie zacząć zagłuszać seansu bolesnym burczeniem w brzuchu. Ale wspomniałem o "skutkach", nie "skutku", więc...


  Uwaga, opuszczamy zasłony! Drugi "Potter" celuje w klimaty mroczne i śniące się młodocianym fanom po nocach. Zaczynając od stylistyki, która po podobnym nastrojowo do poprzednika wstępie (szalony "pościg" latającym Maluchem) wywija orła i przechodzi na Ciemną Stronę Mocy (wystarczy porównać okładki "jedynki" i "dwójki", aby zobaczyć kolosalną różnicę), nie zapominając o muzyce, częstującej nas teraz Williamsowym motywem przewodnim o wiele rzadziej (pojawia się za to trochę ambientu i świetna, psychodeliczna melodia w scenach z uciekającymi pajączkami), a kończąc na iście horrorowym designie wszelkiego typu maszkar. Mamy putinopodobnego Zgredka, zabójcze pająki i skrzętnie ukrywanego w toaletowych rurach, mrożącego krew w nastoletnich żyłach Bazyliszka. Za dużo dla dzieciaków? Skądże, przecież właśnie dzięki tego typu stylistyce Rowling odniosła tak miażdżący sukces komercyjny. I to jeszcze na długo przed ogłoszeniem Dumbledore'a homoseksualistą.


  Obniżymy ocenę o pół oczka. "Komnata Tajemnic" jest filmem równie udanym jak jego poprzednik, ale przynajmniej o kwadrans za długim. Intryga związana z petryfikacjami i tajemniczym "głosem" (który wydaje się słyszeć wyłącznie Harry) kręciła dwa razy bardziej w książkowym wydaniu, tutaj po jakimś czasie staje się przykrym obowiązkiem, wynagrodzonym w finale za pomocą dwudziestometrowego węża. A jeżeli kogoś dwudziestometrowe węże nie kręcą? 
Kurczę, nie wiem, mnie kręcą :D

Ocena: 6,5/10

wtorek, 26 lipca 2011

FILM - Harry Potter i Kamień Filozoficzny (2001)

Reżyseria: Chris Collumbus
Czas trwania: 152 minuty
Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Sorcerer's Stone

  Radosna mania na porównywanie ostatniego kinowego odcinka kultowej już serii o dorosłych facetach, którzy machają na lewo i prawo swymi różdżkami, do Jacksonowego "Powrotu Króla" trwa w najlepsze, więc dlaczego Wyspa Jowisza miałaby nie dołożyć swoich własnych, jakże istotnych dla świata pięciu groszy do dyskusji. Ale zrobię to dopiero wtedy, gdy przypomnę sobie (lub poznam) wszystkie poprzednie części "Po-prostu Harry'ego" (pozdrawiam osobę, która się w tym momencie uśmiechnęła). Czeka nas zatem solidna przeprawa przez dziesięć lat kinematografii, gadające czapki, klozety służące do "odsiewania" myśli, krwawiące dzienniki Bridget Jones, latające sprzęty kuchenne i tony innych, równie radośnie niekatolickich wymysłów. 

  Daruję sobie przypominanie, jak wielkim hukiem był "Harry Potter" w wersji drukowanej oraz ile błyszczących oczu skierowanych było w stronę kinowej jego adaptacji. To nie będzie wielki wywód, tylko sentymentalne (i w miarę możliwości trzeźwe) spojrzenie wstecz. Jest więc książka, duża książka, krytycy huczą coś niewyraźnie, księża gromią z radioodbiorników, ale wszyscy się cieszą, bo dzieciaki wracają do czytania. A skoro wróciły już do czytania, czas im przypomnieć o telewizji, odciągnąć na powrót od książek i zarobić równowartość kilku krajów tak zwanego Trzeciego Świata - powstaje kinowy "Harry Potter i Kamień Filozoficzny". Dziesięć lat temu (ludzie, jak to zleciało!) - jak wszyscy moi znajomi - byłem tym faktem poruszony, zniesmaczony ("Jak mogli?!"), ale i zaintrygowany ("Ciekawe, jak zrobią to, albo tamto, albo w ogóle coś innego!"). Pognałem do kina, dałem zielone światło twórcom na kontynuację radosnego wycinania grubych milionów zielonych. A jak film ma się do książki?

"Aleś śliczna! Tylko skąd ja cię w ogóle mam..?"
  Zaskakująco dobrze. Nawet po dekadzie. Zekranizowanie pierwszego tomu "Harry'ego Garncarza" nie należało do rzeczy szczególnie ciężkich, książka nie była tak rozpasiona jak jej córeczki, wielka intryga jako taka jeszcze nie istniała. "Kamień Filozoficzny" był przyjemną opowieścią z mnóstwem elementów fantastycznych, dającymi się polubić bohaterami i prostym, acz miodnym wątkiem tajemniczo - przygodowym. Idealny fundament pod kasowy przebój. I możliwości zostały wykorzystane. Świetnie przedstawiono świat czarodziejów, który poznajemy wraz z młodocianym Harry'ym, jest plastycznie, kolorowo, baśniowo i na wskroś brytyjsko. "Wkręcić się" w nowe realia doskonale pomaga John Williams ze swoją ścieżką dźwiękową, choć ostrzegam - nawet jeżeli podoba Ci się, drogi Czytelniku, motyw przewodni filmu, uzbrój się w anielską cierpliwość, ponieważ będziesz go słyszeć BEZ PRZERWY. Sam tytułowy kruszec zepchnięty został na drugi tor, pozwalając na bezstresowe poznanie realiów życia w Hogwarcie nawet najzieleńszym w temacie mugolom, ale wraca w odpowiednim momencie i skutecznie przyspiesza akcję filmu.


  Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że film jest za długi. Owszem, przekracza dwie godziny, ale widz tego nie odczuwa. Chciałbym jednak zauważyć, że nie zdołał uniknąć pewnych wad. Książkowi puryści przyczepią się do totalnego spłaszczenia lub pominięcia kilkunastu wątków (narzekali, narzekali, a nie wiedzieli, co ich czeka w przyszłości!), miłośnicy świetnych wizualizacji skrzywią się na widok (latka lecą, niestety) plastikowych efektów specjalnych i widocznego nawet dla laika zielonego ekranu (mecz Quidditcha ad exemplum), a ludzie szukający głębszego przesłania... Zaraz, dlaczego tacy ludzie mieliby ostrzyć zęby na "Harry'ego Pottera"? To nie ta działka, nie te grządki. "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" w swojej filmowej wersji to nic innego, jak udany film fantastyczny przeznaczony dla młodszego widza lub podstarzałego już, niestety, fana. Nie zastąpi książki, ale sprawdzi się idealnie na... zachęcenie do niej. Koło się zamyka ;) Zobaczymy, jak prezentować się będą następne części...

Ocena: 7/10

środa, 20 lipca 2011

MUZYKA. Pierwszy Kęs - Steven Wilson: Grace for Drowning

CD 1, Deform to Form a Star:
1. Grace For Drowning (2.00)
2. Sectarian (8.00)
3. Deform to Form a Star (8.00)
4. No Part of Me (5.45)
5. Postcard (4.30)
6. Raider Prelude (2.30)
7. Remainder the Black Dog (9.15)

CD 2, Like Dust I Have Cleared From My Eye:
1. Belle de Jour (3.00)
2. Index (4.45)
3. Track One (4.15)
4. Raider II (23.15)
5. Like Dust I Have Cleared From My Eye (8.00) 


  Marcin czeka na nowe Trivium, Bartek codziennie przeszukuje Sieć w celu usłyszenia choćby kilku sekund dziesiątego Opeth, a ja równie niecierpliwie wyczekuję kolejnego wydawnictwa najważniejszego w moim muzycznym życiu artysty, Stevena Wilsona. Następca wybitnego "Insurgentes", czyli dwupłytowy moloch pod wspólnym tytułem "Grace for Drowning", zagości w naszych głośnikach 26 września, przynajmniej w wersji Blu-Ray, bo nie ma co liczyć tym razem na dochowanie tajemnicy do samiusieńkiego końca. Potwierdza to sam Stefan, który wczoraj udostępnił niemal dwadzieścia minut muzyki z "Grace for Drowning" (1/4 całości!). Posłuchać można zwodniczych jak zawsze sampli każdej kompozycji i pełnego utworu, "Remainder the Black Dog".



  Utwór ten kończy pierwszy krążek ("Deform to Form a Star"), usłyszeć w nim możemy Bose Bożyszcze za mikrofonem i na klawiszach, wieloletniego towarzysza Wilsona, Theo Travisa na flecie i saksofonie, Steve'a Hacketta (sic!) na gitarze, Nicka Beggsa na basie i Nica France'a na perkusji. Zacne towarzystwo. A sam utwór? Zaczyna się jak typowa dla Stevena ballada, delikatnym wokalem i krótką partią klawiszy, przewijającą się przez całe dziewięć minut kompozycji. Wszystko jednak łamie się dość szybko, pokazując dobitnie, w jakim kierunku wędrował będzie "Grace for Drowning" - jazz rock, i to taki spod znaku wczesnego King Crimson. Rozimprowizowane, psychodeliczne sola, zmiany tempa, zabawa muzyką. Coś, co na żywo daje przeogromne pole do popisu. Porównując "Remainder the Black Dog" do "Harmony Korine", które rządziło w moich głośnikach jakiś czas przed premierą "Insurgentes", przyznam bez obaw, że nowe dzieło Wilsona idzie bardzo, bardzo daleko od poprzedniego, a nawet od całej dotychczasowej twórczości. Wystarczy spojrzeć na polskie forum zespołu - brak negatywnych opinii. Choć wciąż czekamy na najstarszych ze Starej Gwardii :)

  Sample postanowiłem opisać w formie krótkich reakcji związanych z poszczególnymi fragmencikami:

  CD 1:
1. Grace for Drowning - album zaczyna się tam, gdzie kończył "Insurgentes" - zmysłowa ballada z samym fortepianem. Sądząc po czasie trwanie, obędzie się bez zaskoczeń.
2. Secretarian - czyli jak zacząć "z pierdolnięciem" na modłę Karmazynowego Króla i... i właściwie tyle, choć słychać, że kawałek może pójść w zupełnie innym kierunku.
3. Deform to Form a Star - kolejny 8-minutowy gigant, który - przynajmniej na podstawie próbki - mógłby być przepiękną balladą z typowymi dla Stefka harmoniami wokalnymi. Taki nie będzie - nie z nami te numery, Bruner!
4. No Part of Me - pretendent do mojego ulubionego kawałka na "Deform to Form a Star". Rozmarzona zwrotka i orientalny wybuch, przy którym próbka się urywa nie dadzą mi spać do września!
5. Postcard - murowany przebój na miarę "Harmony Korine"? Słodziutki, wzruszający, z chóralną wstawką; wyciśnie niejedną łzę z oczu wrażliwego słuchacza :)
6. Raider Prelude - dobrze znany z zapowiedzi albumu, ambientowy maluszek. Klimatyczny!
7. Remainder the Black Dog - jazzowy freestyle, z którym zmierzyć się możecie powyżej. Dziwny wybór na zwieńczenie krążka.

CD 2:
1. Belle de Jour - bardzo tajemnicza, instrumentalna perełka, która przywodzi na myśl soundtrack do "Labiryntu Fauna". Już wyobrażam sobie, jak to będzie brzmiało w wersji wielokanałowej...
2. Index - singiel, do którego nakręcony został klip. Ale "Harmony Korine" to on nie przypomina w ogóle, bardziej narkotyczną, trip-hopową jazdę w mrocznych klimatach!
3. Track One - "Abandoner" "Grace for Drowning" - kiedy myślisz, że nic się nie stanie, uderza fala mroku tak ciężka, że kolana łamią się niczym suchy chruścik :)
4. Raider II - nie da się za wiele wywnioskować na temat 23-minutowej kompozycji na podstawie tej skromnej próbki. Ma być jazzowo i tak, jak Steven Wilson jeszcze nigdy nie grał.
5. Like Dust I Have Cleared From My Eye - klasyczne zakończenie w stylu Stefana czy być może wielowątkowy szaleniec? Stawiam na to pierwsze, oczekuję pięknego happy endu tej wielkiej podróży.