Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 sierpnia 2011

Andriej Bielanin: Moja żona wiedźma

Liczba stron: 552
Wydawca: Fabryka Słów

(A dlaczego by nie o książce? Ostrzegam tylko, że w tej dziedzinie sztuki naprawdę ciężko mną wstrząsnąć :) )

   Szerzy nam się na rynku rosyjska fantastyka, to fakt niepodważalny. I minusów tej literackiej wolty ciężko raczej się doszukać; kto nie lubi, nie czyta, wiadomo. Jeżeli jednak wcześniej wzdychaliśmy do nielicznych wąsaczy z Kraju Lejącej się Gorzałki, możemy w końcu poczuć się jak przysłowiowa rybka w wodzie, mogąc dokonywać wyboru z szerokiej palety autorów. Swoje pięć groszy w temacie (czy też nawet pięć złotych) dołożyła Fabryka Słów, wśród której bogatej kolekcji znaleźć możemy wybrane powieści Andrieja Bielanina, domniemanego herszta humorystycznego odłamu rosyjskiej fantastyki. I zaczęła od "Mojej żony wiedźmy" właśnie.

   Siergiej Gniedin to poeta z - jak twierdzi się na kartach powieści - prawdziwym talentem od Boga. A do tego swój chłop, lekkoduszny i sympatyczny, choć stroniący od alkoholu (czyżby nierodowity mieszkaniec Mateczki Rosji?). Jak się zakocha, to na amen. Jeżeli na amen, to nie ma innego wyjścia, niż zaprowadzenie ukochanej do urzędu stanu cywilnego i szybki ożenek. Co jednak, gdy takiemu niezdrowemu romantykowi świeża małżonka wyjawi, iż odziedziczyła po babci nietypowy dar - czarodziejski fach? 

  Nic, można się przyzwyczaić, przynajmniej - cytując hasło promocyjne z okładki książki Bielanina - znika problem kto pozmywa po kolacji. Siergiejowi nie dane jednak będzie tak szybko szczęśliwe happily ever after. Pewnego dnia ukochana znika, a nasz poeta nie boi się ruszyć za nią w jedyne miejsce, którego obiecywał nigdy nie odwiedzać - Ciemne Światy, czyli rzeczywistości, w których coś poszło inaczej niż u nas. Ot, szaleją hiszpańskie inkwizycje, wciąż żyją norweskie bóstwa, na świecie nie ma istot pozamagicznych lub rosyjscy panicze polujący bez przerwy na niedźwiedzie żenią się z wampirzycami. Okaże się także, że recytowana poezja ma tam inne, o wiele bardziej potężne efekty niż poruszanie artystycznej duszy. W swojej wielkiej misji ratunkowej nie będzie sam, bowiem już chwilę po zniknięciu małżonki w kuchni skromnego petersburskiego mieszkania zastanie swojego anioła stróża, Ancyfera i... jego piekielne przeciwieństwo - Farmazona.

   Odwzorowujące duszę bohatera istoty to niepodważalnie największy plus "Mojej żony wiedźmy". Ancyfer będzie odradzał alkohol, pakowanie się w kłopoty, kłamanie, radzić będzie bez przerwy pokorą i modlitwą, gdy Farmazon z chęcią wypełni pusty kieliszek, "przypadkiem" zapląta bohatera w jakąś intrygę, nie raz pomoże złamać ósme przykazanie Dekalogu i wspomoże bohatera w bójkach. Nie obędzie się także bez znanych ze starych animacji kłótni na ramionach bohatera, bójek, przezwisk, a nawet łamania zasad swojej profesji w celu pomocy lekkodusznemu poecie. Napisane prostym językiem dialogi aż iskrzą i wielokrotnie wywołują uśmiech pod nosem.

   Inaczej ma się sprawa z całą fabułą, która wydaje się tym całym poszukiwaniem utraconej kochanki usprawiedliwiać chęć wrzucenia do jednej książki jak największej ilości różnorodnych pomysłów, światów i postaci. W efekcie powstaje fantastyczno - mitologiczny kocioł, bliższy swą konstrukcją do klasycznej powieści łotrzykowskiej / przygodowej. Bielanin zdaje się nie przejmować mnożącymi się w oczach, ciekawszymi (jak wizyta w Asgardzie lub polowanie na wampirzycę) lub nie (inkwizycyjna awantura w Hiszpanii i pomoc armii zmutowanych szczurów) wątkami i - co ciekawe - całkiem przyjemnie wszystko ze sobą związuje w dwóch ostatnich, zdecydowanie najlepszych "aktach". Nie ma tu jednak mowy o głębszym przesłaniu. "Moją żonę wiedźmę" czyta się dla przyjemności i świeżych pomysłów, których, jak widać, autorowi nie brakuje.

  Gdybym miał wskazać potencjalnego odbiorcę powieści Bielanina, wskazałbym... nie, nie siebie, choć i ja spędziłem z "Moją żoną wiedźmą" miłe chwile. To rzecz dla rozkochanych w lżejszej fantastyce, szukających ciągle przygód moli książkowych. Lub czytelników lubiących błyskotliwe dialogi i ciekawszy humor sytuacyjny niż ten znany z telewizji. Można spróbować, zgrzytów zębów z powodu wywalonych w błoto pieniążków nie musicie się obawiać.

Ocena: 6,5/10

środa, 13 lipca 2011

MUZYKA - My TV is Dead: Freedomatic (2009)

1. Any Kind of Heat (3:40)
2. Thinking of You (5:13)
3. Riot Love (4:19)
4. Strange Fruit (3:52)
5. Daydream (5:12)
6. As Fast As You Can (5:08)
7. Just Another Day (4:07)
8. Love In Stereo (4:04)
9. Believer (4:37)
10. By Your Side (3:44)
11. Riding Horses (4:12)
12. Awake (3:49)
13. Soft Parade (3:30)
14. Rolling (4:22)
15. I Wish (5:47)

Całkowity czas: 65:36

   My TV is Dead to muzyczny duet z Brukseli, w którego skład wchodzą Amaury Massion i Joel Grignard. Wedle tego, co udało mi się o chłopakach wyszukać w sieci, cieszą się sporą popularnością w swoich stronach, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wydany dwa lata temu "Freedomatic" to dopiero debiut żałobników opiewających techniczną śmierć telewizora. Płytka trafiła w moje ręce niemal przypadkiem, za pośrednictwem sił naczelnych redakcji, nikt inny najwyraźniej nie odnajduje się tak dobrze w alternatywnym rocku spod znaku...

   Radiohead. Czuć zapach twórczości Króli Kończyn (tej po "OK Computer") niemal na całym krążku. Czy to elektroniczny beat w tle "Strange Fruit", ewidentnie podwędzona gitara w "As Fast As You Can", chórki w "Just Another Day", tempie i wokalach "Love In Stereo" - słowem: "Radiohead jest wszędzie". Zadaj sobie pytanie, czy interesuje Cię kolejny zespół grający w ten sposób. Jeżeli odpowiedź będzie przecząca, daruj sobie i "Freedomatic", i dalszy ciąg recenzji. Jeżeli jednak nie przeszkadza Ci inspirowanie się gigantami gatunku, możemy wymienić cechy rozróżniające My TV is Dead od Radiogłowych. Głos Massiona daleki jest od Yorke'owych wyżyn, brzmi jak cieplejsza wersja Trenta Reznora z Nine Inch Nails, co przyjemnie podkreśla od czasu do czasu bujający basik. Młodość i fakt debiutowania na scenie muzycznej nie zabrania także duetowi na romans z brzmieniem czysto radiowym, nikogo zatem nie powinien zdziwić refren "sia la la" w "Thinking of You", rewelacyjny refren "Love In Stereo" lub czysto dyskotekowe rytmy "Believer". Tak, zbiór piętnastu kompozycji jest bardzo eklektyczny, co w żadnym wypadku nie powinno być rozpatrywane jako wada.

  Co nie znaczy, że debiut My TV is Dead jest od takowych wolny. Że nie odkrywają nowych terenów w gatunku, to już zdążyliśmy jasno ustalić. Drugim problemem dotyczącym albumu jest nieumiejętność odnalezienia w tych wszystkich kompozycjach swojego własnego "ja". Na moje ucho duet odnajduje się lepiej w ruszających serce balladkach i lekko ambientowych nastrojach, mam nadzieję, że w tym kierunku zwrócą się w przyszłości. Trzecim zaś - paradoksalnie - jest ilość utworów. Za długi to album. Ja wiem, że jak się dopiero zaczyna, to i ze dwadzieścia kawałków chciałoby się na ten srebrny krążek upchnąć, ale prawdą jest, iż idealna długość wydawnictwa alternatywnego została tutaj przekroczona o prawie kwadrans.

   Dla kogo zatem jest "Freedomatic"? Dla całkowicie otwartych słuchaczy, wiecznie szukających nowych przystani. Oni na pewno znajdą na tym krążku coś dla siebie. Reszta pewnie uzna go za "przymułę" lub zbiór zbyt prostych piosenek. Ja osobiście będę doń wracał, bo kilka momentów potrafi przyspieszyć bicie nostalgicznego serducha. Wystawiłbym "siódemkę", ale wydaje mi się to nieuczciwe w świetle wyżej wymienionych wad. Ocen ćwiartkowych nie uznaję, dlatego ostatecznym werdyktem będzie lekko zaniżona...

Ocena: 6,5/10

poniedziałek, 13 czerwca 2011

FILM - 500 dni miłości (2009)

Reżyseria: Mark Webb
Czas trwania: 95 minut
Tytuł oryginalny: (500) Days of Summer
  
  Miłość. Czymże ona jest? To nieprawdopodobne uczucie, silne i nierozerwalne. Całkowicie ogłupia człowieka, który pod jej wpływem zachowuje się niczym opętany. To „choroba”, na którą cierpią ludzie bez względu na wiek, kolor skóry, czy podział płci. Ale w tym przypadku skupimy się na miłości mężczyzny do kobiety. Facet pod wpływem miłości zdolny jest do absolutnie wszystkiego, aby zdobyć swoją ukochaną. Zrobi wszystko i zaryzykuje wszystkim, co istnieje, aby tylko być z tą jedną jedyną. Odczuwa on bowiem coś tak silnego, że trudno sobie to wyobrazić, a zazwyczaj (praktycznie zawsze) jego ukochana kompletnie się nie domyśla, jak bardzo ten ją kocha – mimo jego zapewnień. Mam na myśli tutaj głównie przypadek, w którym taki mężczyzna jest romantykiem wierzącym w jedną – prawdziwą miłość na całe życie, i o przypadku, kiedy to znajduje dziewczynę, która (według niego) na pewno jest tą jedyną. Taaak… miłość jest paskudna.


  Tom (Joseph Gordon-Levitt) jest niezwykle sympatycznym chłopakiem, któremu pewnie niejedna by się nie mogła oprzeć. Tylko, co z tego? Skoro on nie szuka dziewczyny na weekend, czy na jakiś czas, lecz na całe życie. Tom należy do grupy tak zwanych romantyków, czyli mężczyzn głęboko przekonanych, że światem kieruje przeznaczenie, a bez tej jedynej (wiem, że nadużywam tego określenia :P) nigdy nie doświadczy się szczęścia (Tom, jedziemy na jednym wózku :]). Pewnego dnia w jego życiu pojawia się dziewczyna o fenomenalnym imieniu – Summer (Zooey Deschanel). Pierwszą rzeczą jaką można stwierdzić na temat owej panienki jest fakt, iż ma w sobie tak ogromną dawkę wdzięku, że się to w głowie zwykłego człowieka nie mieści. Nie jest może jakąś wybitną pięknością, ale uroku ma w sobie tyle, iż w tej kategorii spokojnie bym jej wystawił ocenę 500/20 (to w takiej dziwnej skali naszego redakcyjnego kolegi, Marcina :P). Nic dziwnego, że Tom w szybki sposób całkowicie jej ulega.

  Przygoda Toma i Summer zostaje pokazana w dość nietypowy sposób. Losowo zostają pokazane dni ich znajomości, kompletnie nie po kolei. Wszystko oczywiście układa się w jedną całość. Razem z głównym bohaterem przeżywamy wzloty i upadki dotyczące jego ukochanej Pani Lato. Historia wydaje się być niezwykle prawdziwa i życiowa. Marc Webb stworzył film, który potrafi jednocześnie śmieszyć (w końcu to komedia romantyczna), a także najzwyczajniej w świecie zdołować. To właśnie analogizm, czy też odzwierciedlenie rzeczywistości potrafi człowieka sprowadzić na ziemię. A może powinno się to po prostu nazwać esencją prawdy o miłości faceta do kobiety?

  Ten film potrafi bardzo długo chodzić po głowie. To jest jego siła, a zarazem przekleństwo. Mimo wszystko na jego korzyść, gdyż filmy, po których człowiek zmusza się do myślenia są przecież najbardziej intrygujące. Do tego dochodzi bardzo przyjemna i pasująca do obrazu muzyka. Dopełnia ona całości rzeczy, która jest czymś naprawdę niezwykle wyjątkowym. 

 Na zakończenie chciałem wspomnieć o jednej z moich ulubionych scen „500 dni miłości”. Moment, w którym Tom pojawia się na imprezie u Summer. Ma on wtedy wielkie nadzieje, oczekiwania wobec tego, co może się wydarzyć. Scena ta dobitnie pokazuje, jak „high hopes” (kocham ten tytuł) mogą się skończyć. Można powiedzieć, że Tom czekał na jakiś dar od losu, liczył na prezent, który nadejdzie. Prezent od miłości? Ale cóż, okazało się inaczej… „miłość to nie święty mikołaj” – nie rozdaje prezentów, niestety nie. Nawet jeśli się tak bardzo na ten prezent czeka.

Ocena: 10/10

Recenzja Adama 

czwartek, 19 maja 2011

MUZYKA -Soap&Skin: Lovetune for Vacuum (2009)

1. Sleep (2:44)
2. Cry Wolf (3:48)
3. Thanatos (2:34)
4. Extinguish Me (2:38)
5. Turbine Womb (3:46)
6. Cynthia (2:57)
7. Fall Foliage (2:44)
8. Spiracle (2:50)
9. Mr. Gaunt Pt. 1000 (2:27)
10. Marche Funebre (2:59)
11. The Sun (3:14)
12. DDMMYYYY (3:38)
13. Brother of Sleep (5:25)

Całkowity czas: 41:54

  "Lovetunes for Vacuum” jest prezentem z pewnej wyprawy na wieś. Prezentem od mojej najlepszej przyjaciółki. Prezentem, którym zachłysnęłam się od pierwszego usłyszenia. Do tamtego momentu wszystko, co mroczne w muzyce kojarzyło mi się z cierpiętną pokazówką, stylizacją i, ogólnie, czymś sztucznym. Ta płyta jednak udowodniła mi, że smutek, choroba, samotność i cierpienie mogą być ukazane w sposób szczery, nieprzerysowany, prosty i głęboki jednocześnie. Po dłuższym zastanowieniu się przyznam, że nie znam czegoś, co bardziej chwyta mnie za serce. W smutnym tego słowa znaczeniu. I mimo, że znajdują się na płycie dodające nadziei na lepsze kawałki ("Extinguish Me”), to są nieliczne i służą tylko temu, żeby słuchacz nie popadł po wysłuchaniu płyty w głęboką, psychodeliczną depresję. Jednak piękne są te smęty. Piękne tą swoją zszarzałą, ciemną cudownością.

  Inicjatorką i wykonawczynią projektu jest Anja Franziska Plaschg, panienka pochodząca z Austrii, swoisty, muzyczny geniusz. Zaczęła na fortepianie grać w wieku lat sześciu, dołączyła do duetu skrzypce mając lat czternaście, a pierwszą (i niestety jedyną jak do tej pory), opisywaną przeze mnie płytę nagrała jako piękna dziewiętnastka. W stworzonych przez nią kawałkach dominują fortepian i gdzieniegdzie dodawane skrzypce. Wokal jest bardzo złożony. Ponakładane na siebie głosy tworzą iście psychodeliczne wrażenie.Całkiem często dochodzi do głosu mroczna, dudniąca elektronika. Do tego jeszcze wywodzące się aż z trzewi krzyki, płacz dziecka, odgłosy robienia zdjęć i inne dziwne dźwięki. Dlatego też uprzedzam, że przesłuchanie płyty nocą przez niedoświadczonego słuchacza, grozi bezsennością. ;)

  Na płycie nic nie jest takie, jak się wydaje. Nawet najjaśniejszy tytuł, "The Sun”, wiąże się z jednym z (o ironio!) najmroczniejszych kawałków. "Which face is myself?” – zastanawia się wokalistka nad tym i wieloma innymi pytaniami -wynikłymi z cudownych, głębokich tekstów- oczywiście, pozostającymi bez odpowiedzi. Ukazuje się w nich przegniły świat, wszelkie ludzkie choroby, niemożność poradzenia sobie z własnym życiem, potwory powstające w zakamarkach ludzkiej świadomości ("No, don't follow him! Swallow him.”). Ale przede wszystkim, przejmująca do szpiku kości samotność. Samotność, która w końcu powoduje wypowiedzenie zawierającego w sobie błagalną prośbę twierdzenia: "I dream of what I call love”.

  Szczególnie godnymi polecenia kawałkami są "Thanatos” – ze względu na tekst puentujący w zasadzie całą płytę, "Turbine Womb” – z powodu niezwykłego ładunku znajdujących się w nim emocji, niepopartych tekstem, a tylko czystą muzyką, "Spiracle” -  manifest kontrastu między młodością a dorosłą codziennością, choroby ducha i wołań o pomoc oraz "Marche Funebre”, kawałek okraszony niezwykle mrocznym, jak mówi sam tytuł, żałobnym, marszowym rytmem.

  Cóż mogę jeszcze dodać? Płytę polecam każdemu, zdrowemu i najlepiej optymistycznie patrzącemu na świat człowiekowi (bo, jak wspominałam wyżej, innym może zaszkodzić). To istna pożywka dla konesera, godna kilkunastokrotnego wysłuchania ze względu na znajdujące się w niej tysiące muzycznych „smaczków”. Tak więc miłego słuchania, a na koniec puenta:
"Ages of delirium curse of my oblivion”.

Ocena: 10/10

środa, 11 maja 2011

MUZYKA - Marilyn Manson: The High End of Low (2009)

1. Devour (3:46)
2. Pretty as a Swastika (2:45)
3. Leave a Scar (3:55)
4. Four Rusted Horses (5:00)
5. Arma-Goddamn-Motherfuckin-Geddon (3:39)
6. Blank and White (4:27)
7. Running to the Edge of the World (6:26)
8. I Want to Kill You Like They Do in the Movies (9:02)
9. WOW (4:55)
10. Wight Spider (5:33)
11. Unkillable Monster (3:44)
12. We're from America (5:04)
13. I Have to Look Up Just to See Hell (4:12)
14. Into the Fire (5:15)
15. 15 (4:21)

Całkowity czas: 72:12

  Nie ukrywam, że ciężko jest mi pisać o wydawnictwie Marilyn Mansona, którego uważam za wielkiego artystę. Niestety ostatnio o wiele bardziej doceniam jego malarstwo niż muzykę. Na "The High End of Low" czekałem z wypiekami na twarzy. W końcu była zapowiadana jako powrót do doskonałego i dość popularnego ”tryptyku” ("Antichrist Superstar", "Mechanical Animals", "Holy Wood"). Niestety ukazała się płyta dość przeciętna.

  Po raz pierwszy w przypadku tego zespołu już pierwsze przesłuchanie nie było zbyt entuzjastyczne. Co prawda pierwsze cztery utwory nastrajają bardzo optymistycznie. Głośne, miejscami psychodeliczne "Devour", brzmiące jak wyznanie porzuconego szaleńca, "Pretty as a Swastika" – dźwiękowy powrót do przeszłości – przesterowana, brudna gitara, chrapliwy głos. Można więc powiedzieć, że w jakimś sensie to powrót do obrazoburczego "Antichrist Superstar". "Leave a Scar" to również krok wstecz, jednak nie aż tak duży. Ta kompozycja brzmi raczej jak odrzut z "Eat Me, Drink Me", a więc poprzedniczki opisywanej tu płyty. "Four Rusted Horses" to ponura ballada z dość ironicznym tekstem.

  Po takim wstępie można mieć bardzo wygórowane oczekiwanie co do reszty. I tu niestety następuje największy zawód. To, co następuje później to dość niskiej jakości próby powrotu do tego, z czym zespół był od zawsze kojarzony ("Arma-Goddamn-Motherfuckin-Geddon" czy "Blank and White"). W dalszej części albumu zdarzają się kompozycje bardziej udane (doskonała ballada "Running to the Edge of the World"; długi, duszny "I Want to Kill You Like They Do In the Movies" czy szalony "I Have to Look Up Just to See Hell").

  Niestety znajdziemy tu też bardzo wiele ”zapychaczy” takich, jak "Wight Spider", "Unkillable Monster" czy "We're From America". Finał albumu należy do udanych. "Into the Fire" i "15" to bardzo osobiste, wręcz emocjonalnie pornograficzne ballady. Pod względem muzycznym również bardzo ciekawe. Szczególnie "Into the Fire" z piękną partią fortepianu i ognistą partią gitary.

  To, co do tej pory było charakterystyczne dla Marilyn Mansona, to teksty i tworzenie albumów jako całych opowieści a nie jedynie zbioru piosenek. W tym wypadku jest niestety inaczej. Brakuje jakiejś klamry spinających poszczególnie kompozycje w całość. Niektóre z nich opowiadają o nieszczęśliwej miłości, porzuceniu, zemście. Inne są krytyką amerykańskiego społeczeństwa, polityki lub przemysłu muzycznego.

  Same teksty również nie należą do najbardziej udanych. Zdarza się, że przez cały utwór słyszymy jedną linijkę tekstu powtarzaną bez przerwy (apogeum tego zjawiska słychać w "We’re From America"). Brak również metafor, licznych nawiązań do literatury, filozofii, sztuki, co było przecież tak charakterystyczne dla tego artysty w przeszłości.

  "The High End of Low" nie jest płytą złą, jednak od tego zespołu oczekuję znacznie więcej. Brakuje to przede wszystkim czegoś nowego. Marilyn Manson zwykł zmieniać oblicze na każdym kolejnym albumie, zarówno pod względem wizualnym, lirycznym jak i muzycznym. Tym razem otrzymujemy coś, co brzmi jak zlepek odrzutów z poprzednich lat działalności i raczej kiepskie teksty (oczywiście z wyjątkami). Nawet wizualna strona wydawnictwa prezentuje się dość przeciętnie (kilka zdjęć ponakładanych na siebie w amatorski sposób, teksty napisane maleńką czcionką, niemal nie do odczytania, a to wszystko wydrukowane na słabej jakości papierze). Oby następnym razem było trochę lepiej.

Ocena: 6/10

piątek, 22 kwietnia 2011

MUZYKA - Kent: Röd (2009)

1. 18:29-4 (3:20)
2. Taxmannen (4:32)
3. Krossa allt (4:48)
4. Hjärta (5:30)
5. Sjukhus (6:16)
6. Vals för Satan (Din vän pessimisten) (6:47)
7. Idioter (4:12)
8. Svarta linjer (4:27)
9. Ensamheten (5:46)
10. Töntarna (4:37)
11. Det finns inga ord (6:59)

Całkowity czas: 56:36

  Kent to prawdopodobnie jeden z najpopularniejszych szwedzkich zespołów rockowych (obecnie raczej z pogranicza rocka), zarówno w kraju, jak i poza nim. W początkach działalności byli nazywani ”szwedzkim Radiohead”. Zapewne było to określenie nie do końca zgodne z prawdą, jednak obserwując kierunek rozwoju obu zespołów, trzeba przyznać, że coś w tym jest. Röd to przedostatni, jak do tej pory, album Kent, wydany w roku 2009. Nowsi fani od razu go pokochali, ”stara gwardia” raczej kręciła nosem. Nietrudno zrozumieć dlaczego.

  Już przy poprzedniej płycie – "Tillbaka till Samtiden" – Kent odwrócił się nieco od muzyki rockowej. Tym razem jednak rock jest już jedynie dodatkiem, którego echa pojawiają się rzadko. Intro w formie religijnego hymnu z buntowniczym tekstem będące początkiem Röd nie zdradza, czego możemy się spodziewać. Dopiero w "Taxmannen" słychać, że po raz kolejny będziemy mieć do czynienia niemal wyłącznie z brzmieniami syntetycznymi. Kent od zawsze używał patentów elektronicznych, jednak tym razem oparł na nich niemal całe wydawnictwo. W dalszej części płyty muzyka elektroniczna będzie towarzyszyć nam niemal przez cały czas. Czasem bardziej przestrzenna (jak w najbardziej rozbudowanym i różnorodnym "Hjärta"), innym razem taneczna (czego przykładem może być kojarzący się z twórczością Depeche Mode "Krossa Alt" czy "Vals för Satan", w którym pod koniec objawiają się rockowe korzenie zespołu). Momentami robi się hipnotycznie, jak w "Idioter", który nieco przypomina nowsze dokonania Placebo. "Sjukhus" to z kolei nastrojowa, choć momentami trochę monotonna ballada. Wokalista, Joakim Berg bardziej melodeklamuje niż śpiewa dramatyczny tekst. Mniej więcej w połowie następuje nieprzewidywalna zmiana i powracamy na parkiet (nieszczególnie pasuje to do tekstu traktującego o szpitalu, śmierci i ogólnej beznadziei). Pojawiają się też kompozycje niemal popowe. Niektóre z nich (jak "Svarta Linjer", w którym jest coś z ducha A-ha a jednocześnie ujawnia się pewien pierwiastek Beatlesowski) reprezentują pop bardziej ”klasyczny”, inne natomiast chłodny, typowo skandynawski synthpop, co słychać w przebojowym "Töntarna". Wspomniane porównania do Radiohead okazują się tym razem słuszne jedynie w dwóch utworach. Pierwszy z nich, Ensamheten to akustyczna ballada przeradzająca się pod koniec w dyskotekowe szaleństwo. W "Det finns inga ord" skojarzenia z zespołem Thoma Yorke’a budzi zwłaszcza wysoka partia wokalna.

  Z jednej strony można zarzucać zespołowi, że zwraca się w stronę bardziej komercyjnej muzyki, że łagodzi brzmienie i nie nawiązuje dostatecznie często do rockowej przeszłości. A jednak, mimo niemal zupełnego wyzbycia się pierwiastka rockowego, muzyka Kent wciąż pozostaje energiczna i żywiołowa. Różnica polega jedynie na zastosowaniu innych środków, aby wywołać podobne emocje.

Ocena: 8/10

wtorek, 22 marca 2011

MUZYKA - Tom Waits: Glitter and Doom Live (2009)

CD 1:
1. Lucinda/Ain't Goin' Down (5:37)
2. Singapore (5:00)
3. Get Behind the Mule (6:26)
4. Fannin Street (4:16)
5. Dirt in the Ground (5:18)
6. Such a Scream (2:54)
7. Live Circus (5:04)
8. Goin' Out West (3:48)
9. Falling Down (4:21)
10. The Part You Throw Away (5:06)
11. Trampled Rose (5:06)
12. Metropolitan Glide (3:09)
13. I'll Shoot the Moon (4:25)
14. Green Grass (3:20)
15. Make It Rain (3:58)
16. Story (2:02)
17. Lucky Day (3:47)

CD 2:
1. Tom Tales (35:53)

 Od ostatniego wypełnionego nowym materiałem albumu Toma Waitsa upłynęło już 7 lat. W przypadku innego artysty zacząłbym pewnie narzekać, że rozmienia się na drobne i odcina kupony, jednak dwa wydawnictwa, które ukazały się w tym czasie są na tyle interesujące, że nie sposób ich nie docenić. Po trzypłytowym "Orphans: Brawlers, Bawlers & Bastards" wypełnionym rozmaitymi odrzutami, coverami i interesującymi miniaturami, w zeszłym roku otrzymaliśmy kolejny zapis koncertu. I to jaki!

  Głos Waitsa na najnowszym albumie brzmi chropowato i chrapliwie jak nigdy. Zaczynam się obawiać, że jeżeli proces zaostrzania się jego głosu będzie postępował, niebawem Waits nie będzie w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku. Już teraz brzmi jakby zamierzał przekroczyć granicę pomiędzy czystym śpiewem a growlem. W żadnym wypadku nie jest to jednak krytyka, przyjemność płynąca ze słuchania jego zniszczonego głosu jest zbyt wielka, abym był w stanie zdobyć się na jakiekolwiek krytyczne zdanie pod jego adresem.

  Wspomniana zmiana doskonale koresponduje z wydźwiękiem śpiewanych przez niego utworów. Typowa dla Toma Waitsa atmosfera zadymionego klubu, w którym siedzimy, popijamy whiskey i wsłuchujemy się w tragiczne teksty o utraconej miłości czy dalekich wyprawach, stała się jeszcze bardziej namacalna.

  Dobór utworów może oczywiście spotkać się z krytyką niektórych odbiorców. Niektórzy narzekają na brak najnowszych kompozycji, jednak jest to nie do uniknięcia mając na koncie tak wielki dorobek, jakim może się pochwalić Waits. Na "Glitter and Doom Live" znajdziemy zarówno utwory żywsze, szybsze ("Ain’t Goin’ Down" czy "Singapore", który przy każdym przesłuchaniu kojarzy mi się z dźwiękiem, jaki zwykły wydawać filmowe wilkołaki) jak i spokojne, nastrojowe kompozycje ("Green Grass", "Dirt in the Ground").

  Należy wspomnieć także o drugim dysku, bowiem "Glitter and Doom Live" to wydawnictwo dwupłytowe. Na drugim krążku nie znajdziemy jednak kolejnej dawki utworów Waitsa, zamiast tego otrzymujemy zbiór anegdot opowiadanych przez niego w czasie koncertów. Trzeba przyznać, że Waits może pochwalić się sporym zbiorem ciekawych historii i – przede wszystkim – darem opowiadania ich w taki sposób, że słucha się ich z zaciekawieniem. W dodatku wiele z nich jest w stanie skutecznie poprawić humor.

 "Glitter and Doom Live"  to nie pierwszy album koncertowy Toma Waitsa. Wcześniej ukazały się cztery podobne wydawnictwa, jednak od ostatniego upłynęło ponad 20 lat. Tak więc ukazanie się najnowszego było jak najbardziej uzasadnione i mocno wyczekiwane przez fanów. Myślę, że żaden z nich nie zawiedzie się ostatecznym rezultatem, jest na tej płycie wszystko, czego można było oczekiwać, a nawet więcej. Gorąco polecam to wydawnictwo zarówno zagorzałym fanom Waitsa jak i tym, którzy zamierzają dopiero zacząć przygodę z tym artystą.

Ocena: 9/10

Filip D. Jensen