Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 lipca 2011

FILM - Harry Potter i Czara Ognia (2005)

Reżyseria: Mike Newell
Czas trwania: 157 minut
Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Goblet of Fire

  Nadszedł taki moment, w którym i twórcy filmowych "Potterów", i fani czarodziejskiej ekranizacji musieli zająć jedno z dwóch przeciwległych stanowisk. Wybrać lojalność wobec książki lub spore cięcia w fabule i gromy na forach internetowych. Pod względem finansowym, każda decyzja była opłacalna - zachowanie wszystkich ważniejszych wątków opasłej "Czary Ognia" w wielkiej (kto wie, czy na pewno jednoczęściowej) epopei na miarę "Władcy Pierścieni" zagotowałoby krew w żyłach wszystkich krytyków, ale sprowadziło do kina jeszcze więcej fanów. Z kolei bycie rebeliantem, które ostatecznie wybrali twórcy pod sztandarem Mike'a Newella (nowego reżysera) w kontrowersyjny sposób przyniosło równie pozytywne skutki. Wilk jest syty, tego możemy być pewni. Pytanie tylko, co z owcą..?

  Tym razem zmiana! Czarne chmury nie zbierają się tylko nad Hogwartem, ale zaczerniają przyszłość caluteńkiego świata czarodziejów. Gdy tytułowy kufel wypluwa nazwisko Harry'ego, zobowiązując go tym samym do udziale w Turnieju Trójmagicznym (Euro to przy nim pan Pikuś!), wszyscy wiedzą, że ktoś, stojący w cieniu lalkarz, w którego władzy są wszystkie sznurki, knuje niebagatelną intrygę. I gdy dojdzie ona do skutku, a sam Beznosy Pan Ciemności powróci na świat żywych, naszym oczom ukażą się fundamenty trzech następnych części, od teraz wręcz nierozerwalnych. "Czara Ognia" to ostatni film w serii, którego seans jest zjadliwy dla nieobytych w temacie mugoli, a zarazem ostatni obraz nastawiony na przygodowe kino familijne z elementami mroku i przytłaczającej młodą makówkę fantazji. Potem serię przejmie David Yates i uczyni z niej paczkę depresantów, zatem "wcinajmy póki gorące".


  Nie należę do książkowych purystów, więc koło ogona lata mi fakt pominięcia finału mistrzostw świata w Quidditchu (choć skrócenie następującej po nim sekwencji aż śmieszy), pobytu u Dursley'ów, Zgredka lub przekazania pieniędzy bliźniakom, o ile rzecz jasna nie przeszkadza to w zrozumieniu fabuły. "Czara Ognia" jakoś wraca z tej bitwy z tarczą, jest zjadliwa i zrozumiała, co niekoniecznie uda się przy okazji następnych epizodów. Trwa tylko o pięć minut krócej niż "Komnata Tajemnic", ale zapewniam - nie odczuwa się tej długości, nawet w brzuchu nie zaczyna człowiekowi burczeć. Powód? Przedstawienie trzech konkurencji Turnieju udało się wprost rewelacyjnie - potyczkę ze smokiem wydłużono o efektowną sekwencję zabawy w kotka i myszkę na dachach Hogwartu, a labirynt wyczyszczono ze wszystkich potworków, zostawiając tylko psychodeliczną duchotę i aurę niepewności. Głębia jeziora w książce do mnie nie przemawiała, tutaj "wchodzi" bez problemu. Last but not least - Lord Voldemort w wykonaniu Ralpha Fiennesa. Pojawi się tylko na kilka minut, ale zwróci uwagę każdego. Słowem - nie ma czasu na nudę.


  Być może podchodzę do filmu zbyt sentymentalnie - "Czara Ognia" do dziś zostaje moją ulubioną częścią książkowego tasiemca. Ale nie jestem osamotniony w opinii, że Newell bardzo dobrze poradził sobie z przeniesieniem tego kolosa na taśmę filmową, zachowując zdrowy dystans i pozwalając na kilka rozładowujących napięcie scen. Kto sobie z kolei nie poradził? Radcliffe. Jego kreacja balansowała na krawędzi już w poprzedniej części, tutaj wypada po prostu sztucznie. Na szczęścia cała reszta obsady skutecznie rozmywa negatywne wrażenie i pozwala uwierzyć, że "Czara Ognia" to film zwyczajnie dobry. W następnym epizodzie trzeszcząca od nadmiaru zawartości skrzynia z patosem pęknie. Baśń z dzieciństwa rozmyje się w powietrzu niczym samo dzieciństwo, a seria filmowa, po ostatniej roszadzie na stołku reżyserskim, zmieni tor na dobre.

Ocena: 7/10

czwartek, 28 lipca 2011

FILM - Harry Potter i Więzień Azkabanu (2004)

Reżyseria: Alfonso Cuarón
Czas trwania: 141 minut
Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Prisoner of Azkaban

  Koniec wakacyjnego obijania się i pompowania własnych ciotek do rozmiarów znanego z okładki albumu Led Zeppelin sterowca Hidenburg (sic, cwaniakujemy!). Harry Potter wraca do Hogwartu i wielce myli się każdy, kto sądzi, że los po spotkaniu z Bazyliszkiem nie zasponsoruje trzynastoletniemu czarodziejowi kolejnej dawki przygód. Z Azkabanu (tutejszego Alcatraz) uciekł bowiem Gary Oldman, ojciec chrzestny Harry'ego i zarazem osoba, przez którą zginęli jego rodzice. Tytułowy rzezimieszek nie spocznie, póki nie dorwie chłopaka i doprowadzi tym samym do końca zbrodnię sprzed lat. Spirala wydarzeń, które przyczynią się do wielkiego odrodzenia Czarnego Pana (tak wielkiego, że zapomni zabrać z zaświatów własnego nosa!) właśnie rozpoczyna się nakręcać. W serii książek oznacza to ponad sto trzydzieści stron tekstu więcej, w realiach filmowych - czas na istotne decyzje. Chris Columbus radził sobie dobrze przede wszystkim z wiernym trzymaniem się oryginału i tworzeniem obrazu dla młodocianego odbiorcy. Taki człowiek za kamerą dobrze nadawał się do "Kamienia filozoficznego" i "Komnaty Tajemnic", celowanych w ten sam fragment rynku. Jeżeli jednak Rowling od trzeciej części wzwyż porzuca na dobre kolorowe bajkopisarstwo, czyniąc z tytułowych mokrych klusek zbuntowanego wojownika, a z radosnego i tylko troszkę niebezpiecznego świata czarodziejów - pełen czekających na zmartwychwstanie truposzy, gotycki cmentarz, to... "wiedz, że coś się dzieje" i czas (najwyższy!) na oddanie kinowej serii w inne ręce.

  Alfonso Cuarón nie bał się powiedzieć "To ja jestem szeryfem, będzie po mojemu!". "Więzień Azkabanu" zmienia tyle, ile zmienić można było bez spowodowania krucjaty fanów pod wieżę wodną Warner Bros. Inna jest scenografia. Od teraz wokół Hogwartu zobaczymy piękne doliny, majestatyczny most (o ile pamięć mnie nie myli - przyszła wizytówka filmowej serii) i pochmurną, deszczową aurę (z tajnych źródeł wiem, że zdjęcia do większości scen na świeżym powietrzu kręcone były w deszczu, co pozwoliło na stworzenie tej "zmierzchowej" atmosfery). Widoczki mogą ucieszyć niejedno pragnące wrażeń artystycznych oko. Lepsze są również same zdjęcia - mniej chaotyczne, wysmakowane i bardziej dojrzałe. W kwestii wizualnej "Harry Potter" stał się filmem. Takim prawdziwym, który mógłby obejrzeć nawet ktoś całkowicie zielony w kwestii magii i czarodziejstwa.


  Cięcia zaliczyła - stety lub nie - fabuła. Zrezygnowano z większości wątków pobocznych, chociażby Quidditcha, którego mecz ujrzymy wyłącznie raz (łatwo się domyślić, który). Skupiono się na tytułowym bohaterze, dwójce jego przyjaciół i - co nie powinno dziwić - nowym profesorze obrony przed czarną magią, Remusowi Lupinowi (David Thewlis stworzył "innego" Lupina niż w książce, ale chyba równie sympatycznego). Dzięki takiemu sprytnemu zabiegowi udało się skrócić film o ponad dwadzieścia minut względem "dwójki" i uratować mój żołądek od samostrawienia podczas seansu. Fani książek wybuchnęli płaczem, zebrali się w klany, uzbroili po dziurki w nosie i zażądali odcięcia od reszty ciała co niektórych głów. Następną część stworzył już inny reżyser, nad czym wielce ubolewam. Cuarón mógł stać się dla "Pottera" tym, czym dla "Władcy Pierścieni" był Peter Jackson - człowiekiem z wizją, mogącym stworzyć serię o własnym, innym od oryginału (choć nie gorszym!) charakterem.


  Miałem dylemat, jak ocenić "Więźnia Azkabanu". Sentyment do książki krzyczał te siedem lat temu (broda tęskni za czasami, gdy nie musiała być codziennie golona) z kinowego siedliska niczym mordowany jeniec wojenny; dzisiaj jestem zupełnie innego zdania, ponieważ skupiam się na filmie jako samoistnym dziele. I przyjmując tę zacną filozofię, odważę się na szaloną tezę - trzecia część "Harry'ego" jest, jak dotąd, najlepszym filmem w serii. Potwierdza to majaczące w pamięci wspomnienie wspaniałej sceny lotu nad jeziorem i - zaskoczenie - poniższa ocena.

Ocena: 7,5/10

środa, 27 lipca 2011

FILM - Harry Potter i Komnata Tajemnic (2002)

Reżyseria: Chris Columbus
Czas trwania: 161 minut
Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Chamber of Secrets

  Wakacje, jak mają w zwyczaju, dobiegły końca. Dla Harry'ego znaczy to tylko jedno - czas na powrót do jego "domu", Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Jednak i fan książkowego tasiemca, i wnikliwy obserwator plakatów filmowych (wymowne hasło "Coś złego czai się w Hogwarcie!") domyśli się, że drugi rok szkolny posiadacza seksownej blizny w kształcie błyskawicy daleki będzie od sielanki, picia po kryjomu piwka, podrywania dziewczyn w kusych spódniczkach i tej, jak ona się nazywa... Nauki. Spokój życia uczniów zakłóci bowiem tytułowa Komnata i jej obślizgła zawartość. Parafrazując popularny cytat z drugiej części "Harry'ego Pottera" - długość taśmy filmowej została powiększona... Strzeżcie się, wrogowie adaptacji filmowych!

  Obyło się bez zmian na stołku reżyserskim, więc Chris Columbus mógł dalej rozwijać swoją wizję kinowego Pottera. Skutkiem bezgranicznego zapatrzenia w książkę, przynajmniej jednym z tych bolesnych, jest długość filmu. "Komnata Tajemnic" to najdłuższa część w serii, niebezpiecznie zbliża się do granicy trzech godzin czasu trwania. Ciekawy jestem, jak według pana Chrisa wyglądałaby adaptacja "Zakonu Feniksa", a dokładniej - ile części by przewidywała. Wszyscy mugole powinni zatem zaopatrzyć się w sporych rozmiarów przekąskę, żeby nie zacząć zagłuszać seansu bolesnym burczeniem w brzuchu. Ale wspomniałem o "skutkach", nie "skutku", więc...


  Uwaga, opuszczamy zasłony! Drugi "Potter" celuje w klimaty mroczne i śniące się młodocianym fanom po nocach. Zaczynając od stylistyki, która po podobnym nastrojowo do poprzednika wstępie (szalony "pościg" latającym Maluchem) wywija orła i przechodzi na Ciemną Stronę Mocy (wystarczy porównać okładki "jedynki" i "dwójki", aby zobaczyć kolosalną różnicę), nie zapominając o muzyce, częstującej nas teraz Williamsowym motywem przewodnim o wiele rzadziej (pojawia się za to trochę ambientu i świetna, psychodeliczna melodia w scenach z uciekającymi pajączkami), a kończąc na iście horrorowym designie wszelkiego typu maszkar. Mamy putinopodobnego Zgredka, zabójcze pająki i skrzętnie ukrywanego w toaletowych rurach, mrożącego krew w nastoletnich żyłach Bazyliszka. Za dużo dla dzieciaków? Skądże, przecież właśnie dzięki tego typu stylistyce Rowling odniosła tak miażdżący sukces komercyjny. I to jeszcze na długo przed ogłoszeniem Dumbledore'a homoseksualistą.


  Obniżymy ocenę o pół oczka. "Komnata Tajemnic" jest filmem równie udanym jak jego poprzednik, ale przynajmniej o kwadrans za długim. Intryga związana z petryfikacjami i tajemniczym "głosem" (który wydaje się słyszeć wyłącznie Harry) kręciła dwa razy bardziej w książkowym wydaniu, tutaj po jakimś czasie staje się przykrym obowiązkiem, wynagrodzonym w finale za pomocą dwudziestometrowego węża. A jeżeli kogoś dwudziestometrowe węże nie kręcą? 
Kurczę, nie wiem, mnie kręcą :D

Ocena: 6,5/10

wtorek, 26 lipca 2011

FILM - Harry Potter i Kamień Filozoficzny (2001)

Reżyseria: Chris Collumbus
Czas trwania: 152 minuty
Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Sorcerer's Stone

  Radosna mania na porównywanie ostatniego kinowego odcinka kultowej już serii o dorosłych facetach, którzy machają na lewo i prawo swymi różdżkami, do Jacksonowego "Powrotu Króla" trwa w najlepsze, więc dlaczego Wyspa Jowisza miałaby nie dołożyć swoich własnych, jakże istotnych dla świata pięciu groszy do dyskusji. Ale zrobię to dopiero wtedy, gdy przypomnę sobie (lub poznam) wszystkie poprzednie części "Po-prostu Harry'ego" (pozdrawiam osobę, która się w tym momencie uśmiechnęła). Czeka nas zatem solidna przeprawa przez dziesięć lat kinematografii, gadające czapki, klozety służące do "odsiewania" myśli, krwawiące dzienniki Bridget Jones, latające sprzęty kuchenne i tony innych, równie radośnie niekatolickich wymysłów. 

  Daruję sobie przypominanie, jak wielkim hukiem był "Harry Potter" w wersji drukowanej oraz ile błyszczących oczu skierowanych było w stronę kinowej jego adaptacji. To nie będzie wielki wywód, tylko sentymentalne (i w miarę możliwości trzeźwe) spojrzenie wstecz. Jest więc książka, duża książka, krytycy huczą coś niewyraźnie, księża gromią z radioodbiorników, ale wszyscy się cieszą, bo dzieciaki wracają do czytania. A skoro wróciły już do czytania, czas im przypomnieć o telewizji, odciągnąć na powrót od książek i zarobić równowartość kilku krajów tak zwanego Trzeciego Świata - powstaje kinowy "Harry Potter i Kamień Filozoficzny". Dziesięć lat temu (ludzie, jak to zleciało!) - jak wszyscy moi znajomi - byłem tym faktem poruszony, zniesmaczony ("Jak mogli?!"), ale i zaintrygowany ("Ciekawe, jak zrobią to, albo tamto, albo w ogóle coś innego!"). Pognałem do kina, dałem zielone światło twórcom na kontynuację radosnego wycinania grubych milionów zielonych. A jak film ma się do książki?

"Aleś śliczna! Tylko skąd ja cię w ogóle mam..?"
  Zaskakująco dobrze. Nawet po dekadzie. Zekranizowanie pierwszego tomu "Harry'ego Garncarza" nie należało do rzeczy szczególnie ciężkich, książka nie była tak rozpasiona jak jej córeczki, wielka intryga jako taka jeszcze nie istniała. "Kamień Filozoficzny" był przyjemną opowieścią z mnóstwem elementów fantastycznych, dającymi się polubić bohaterami i prostym, acz miodnym wątkiem tajemniczo - przygodowym. Idealny fundament pod kasowy przebój. I możliwości zostały wykorzystane. Świetnie przedstawiono świat czarodziejów, który poznajemy wraz z młodocianym Harry'ym, jest plastycznie, kolorowo, baśniowo i na wskroś brytyjsko. "Wkręcić się" w nowe realia doskonale pomaga John Williams ze swoją ścieżką dźwiękową, choć ostrzegam - nawet jeżeli podoba Ci się, drogi Czytelniku, motyw przewodni filmu, uzbrój się w anielską cierpliwość, ponieważ będziesz go słyszeć BEZ PRZERWY. Sam tytułowy kruszec zepchnięty został na drugi tor, pozwalając na bezstresowe poznanie realiów życia w Hogwarcie nawet najzieleńszym w temacie mugolom, ale wraca w odpowiednim momencie i skutecznie przyspiesza akcję filmu.


  Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że film jest za długi. Owszem, przekracza dwie godziny, ale widz tego nie odczuwa. Chciałbym jednak zauważyć, że nie zdołał uniknąć pewnych wad. Książkowi puryści przyczepią się do totalnego spłaszczenia lub pominięcia kilkunastu wątków (narzekali, narzekali, a nie wiedzieli, co ich czeka w przyszłości!), miłośnicy świetnych wizualizacji skrzywią się na widok (latka lecą, niestety) plastikowych efektów specjalnych i widocznego nawet dla laika zielonego ekranu (mecz Quidditcha ad exemplum), a ludzie szukający głębszego przesłania... Zaraz, dlaczego tacy ludzie mieliby ostrzyć zęby na "Harry'ego Pottera"? To nie ta działka, nie te grządki. "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" w swojej filmowej wersji to nic innego, jak udany film fantastyczny przeznaczony dla młodszego widza lub podstarzałego już, niestety, fana. Nie zastąpi książki, ale sprawdzi się idealnie na... zachęcenie do niej. Koło się zamyka ;) Zobaczymy, jak prezentować się będą następne części...

Ocena: 7/10

niedziela, 3 lipca 2011

FILM - Transformers 3 (2011)

Reżyseria: Michael Bay
Czas trwania: 154 minuty
Tytuł oryginalny: Transformers: The Dark of the Moon

  Michael Bay odgrażał się, że trzecia część bijącej rekordy popularności sagi z wielkimi maszynami będzie wyjątkowa pod czteroma względami. Po pierwsze, odzyska zaufanie fanów po nieudanej, chaotycznej i ubliżającej inteligencji "dwójce". Po drugie, będzie ostatnią częścią serii, do której dołoży swoje trzy grosze, choćby nawet mieli kontynuować tę sagę bez niego (co ponoć ma nastąpić). Po trzecie, wykorzysta technologię 3D w najbardziej spektakularny sposób. Po czwarte i ostatnie - podniesie poprzeczkę zawieszoną przez "jedynkę" i swoją efektownością przebije wszystkie filmy tego roku. Obietnice całkiem ambitne, chociaż wszyscy pamiętamy, ile mówiło się przed premierą "Zemsty upadłych". Niemniej jednak odliczałem dni do premiery z wielką niecierpliwością. Miałem nadzieję, że choć raz uda się spełnić hasła wykorzystane w kampanii promocyjnej i "Transformers 3" okaże się bezkonkurencyjnym hitem kina rozrywkowego roku 2011, zjadając takich "Piratów z Karaibów" na drugie śniadanie. 2 lipca wyłożyłem niemałą sumę na seans 3D, usiadłem w fotelu i...

   Wyszedłem z kina usatysfakcjonowany! Trzecia część "Transformers" jest udanym filmem, stwierdźmy to wprost. Pozbywa się chaotyczności poprzedniej części, omija większość jej błędów, tylko humor w niektórych momentach zdaje się wymuszony. Bay postanowił zakończyć tę trylogię w sposób typowy dla amerykanów - podkręcając spektakularność i skalę wydarzeń, zatracając się w skrajnej patetyczności i przesadnym udramatyzowaniu. Powstał film mroczniejszy, dosadniejszy i bardziej brutalny, w którego drugiej połowie nie powinno już znaleźć się miejsce dla siermiężnego humoru serii. Ale zasady wakacyjnego blockbustera są dosyć jasne - humor, nawet jeżeli nie na miejscu, być musi. I właściwie można go uznać za największą wadę scenariusza.


  Sama historia nie należy do szczególnie wyszukanych, ale nie stawia inteligencji widza pod znakiem zapytania, jak dwa lata temu. Okazuje się bowiem, że podczas pierwszego lądowania na Księżycu Neil Armstrong przekonał się na własne oczy, że "nie jesteśmy sami we wszech świecie". Znalazł tam, oprócz skał i kraterów, rozbity statek - Arkę - którym uciekł z Cybertronu poprzedni przywódca Autobotów, Sentinel Prime. Odkrycie to ukryto przed naszymi przyjemniaczkami w przebraniach najbardziej szałowych bryczek, a teraz, gdy Ziemi zagraża inwazja na pełną skalę, może już być za późno, aby nadrobić zaległości. W środku całego zamieszania ląduje, rzecz wiadoma, sympatyczny Sam Witwicky i jego nowe ciacho, Carly Miller lub, bliższym nam językiem, "kolejne przeseksowne ciało o brytyjskim akcencie". 

  Film wykorzystuje swój czas na powolne wytoczenie wszystkich dział. Napięcie wzrasta z każdą minutą, wiadomo, że już niebawem będzie naprawdę "grubo". I nie przejeżdżamy się na naszych oczekiwaniach. Druga połowa filmu to istny karnawał militarnych efektów i fenomenalnie przeprowadzonej akcji. Nie ma mowy o zawodzie na miarę "Zemsty upadłych". Jest ciężko, z przytupem i w epickiej skali; scenę w wieżowcu spokojnie postawić można w panteonie najlepiej rozpisanych sekwencji kina akcji ostatnich lat. Pojedynki Transformerów przypominają te z "jedynki", każdego skurczybyka wyeksploatowano w zadowalającym stopniu. Rewelacyjnie przedstawiono nowego z nich - Shockwave'a, którego "zwierzątko" byłoby w stanie przygotować grunt pod nasze autostrady w przeciągu kilku godzin. Pragnę uspokoić także fanów Megatrona, po którym ani śladu we wszystkich trailerach - nasz pan "Very Evil Indeed", choć uszkodzony po finale poprzedniej części, żyje, ma się dobrze i sporo jeszcze namiesza. On i jego "ogon" - Starscream, żeby nie było wątpliwości. Chociaż to już ich ostatni występ, co zostało bardzo sugestywnie zaznaczone w scenach batalistycznych. Bay skutecznie zamyka większość furtek na sequel hollywoodzkim specom od dojenia "cudkrowy". Ale wiadomo, zawsze znajdzie się gdzieś w kosmosie sposób na przywrócenie do życia czarnego bohatera, albo... jeszcze gorszy antagonista. Unicron...?


  Efekty specjalne w "Transformers 3" wyżerają gałki oczne. Nie żałowano slow motion - wizytówki serii - który ewidentnie pokazuje, kto "rządzi na dzielni". Efekty 3D, co donoszę z ulgą, świetnie wykorzystano, to najlepszy - obok "Avatara" i... "Piranii 3D" (każdy facet winien ten film w 3D zobaczyć!) - obraz stworzony w tej technologii, jaki miałem przyjemność zobaczyć. Chociaż "płaską" wersję, zwłaszcza wydanie BD, również uznałbym za sycącą i czekam z niecierpliwością na dzień, w którym zasili moją kolekcję.

  Co nieco o aktorstwie również można dodać. Shia Lebouf to człowiek stworzony do roli Sama, wiadomo o tym nie od dziś. Jego nowa partnerka nie ma za wiele do powiedzenia, ale wije się wokół Witwicky'ego i mizdrzy jak trzeba, do tego posiada ciało z okładki damskiej gazetki, więc sprawdza się w swojej roli odpowiednio. Show kradną prawdziwe gwiazdy na drugim planie - John Turturro w roli ekscentrycznego eks-agenta Simmonsa to stały punkt programu, nowi są John Malkovich i Frances McDormand, którzy kradną każdą scenę ze swoim udziałem i Leonard Nimoy, udzielający głosu Sentinelowi Prime'owi. Ma fantastyczną chrypkę i o tym, że świetnie nadaje się do roli "tego złego", przekonałem się już grając w "Kingdom Hearts: Birth by Sleep". Stawkę zamyka kochany Hugo "Smith" Weaving, który jako Megatron rozsadza wszystkie głośniki.

  Podsumowując, lepszego wakacyjnego przeboju nie będzie. Jeżeli chcesz stracić dwadzieścia złotych w kinie, ale nie przemęczyć swoich zwojów mózgowych lub po prostu zobaczyć niesamowity pokaz fajerwerków, atakuj śmiało. Atakuj też śmiało, jeżeli do marki roboto - samochodzików czujesz szczeniacki sentyment. Nie bój się "trójki", jeżeli poczułeś się zdradzony przez cały świat po seansie "Zemsty upadłych". Bo to bardzo dobry film rozrywkowy. Rzekłem :)

- Ja to mam szczęście. Nowa laska i 8/10 na Wyspie Jowisza!!!

poniedziałek, 13 czerwca 2011

FILM - 500 dni miłości (2009)

Reżyseria: Mark Webb
Czas trwania: 95 minut
Tytuł oryginalny: (500) Days of Summer
  
  Miłość. Czymże ona jest? To nieprawdopodobne uczucie, silne i nierozerwalne. Całkowicie ogłupia człowieka, który pod jej wpływem zachowuje się niczym opętany. To „choroba”, na którą cierpią ludzie bez względu na wiek, kolor skóry, czy podział płci. Ale w tym przypadku skupimy się na miłości mężczyzny do kobiety. Facet pod wpływem miłości zdolny jest do absolutnie wszystkiego, aby zdobyć swoją ukochaną. Zrobi wszystko i zaryzykuje wszystkim, co istnieje, aby tylko być z tą jedną jedyną. Odczuwa on bowiem coś tak silnego, że trudno sobie to wyobrazić, a zazwyczaj (praktycznie zawsze) jego ukochana kompletnie się nie domyśla, jak bardzo ten ją kocha – mimo jego zapewnień. Mam na myśli tutaj głównie przypadek, w którym taki mężczyzna jest romantykiem wierzącym w jedną – prawdziwą miłość na całe życie, i o przypadku, kiedy to znajduje dziewczynę, która (według niego) na pewno jest tą jedyną. Taaak… miłość jest paskudna.


  Tom (Joseph Gordon-Levitt) jest niezwykle sympatycznym chłopakiem, któremu pewnie niejedna by się nie mogła oprzeć. Tylko, co z tego? Skoro on nie szuka dziewczyny na weekend, czy na jakiś czas, lecz na całe życie. Tom należy do grupy tak zwanych romantyków, czyli mężczyzn głęboko przekonanych, że światem kieruje przeznaczenie, a bez tej jedynej (wiem, że nadużywam tego określenia :P) nigdy nie doświadczy się szczęścia (Tom, jedziemy na jednym wózku :]). Pewnego dnia w jego życiu pojawia się dziewczyna o fenomenalnym imieniu – Summer (Zooey Deschanel). Pierwszą rzeczą jaką można stwierdzić na temat owej panienki jest fakt, iż ma w sobie tak ogromną dawkę wdzięku, że się to w głowie zwykłego człowieka nie mieści. Nie jest może jakąś wybitną pięknością, ale uroku ma w sobie tyle, iż w tej kategorii spokojnie bym jej wystawił ocenę 500/20 (to w takiej dziwnej skali naszego redakcyjnego kolegi, Marcina :P). Nic dziwnego, że Tom w szybki sposób całkowicie jej ulega.

  Przygoda Toma i Summer zostaje pokazana w dość nietypowy sposób. Losowo zostają pokazane dni ich znajomości, kompletnie nie po kolei. Wszystko oczywiście układa się w jedną całość. Razem z głównym bohaterem przeżywamy wzloty i upadki dotyczące jego ukochanej Pani Lato. Historia wydaje się być niezwykle prawdziwa i życiowa. Marc Webb stworzył film, który potrafi jednocześnie śmieszyć (w końcu to komedia romantyczna), a także najzwyczajniej w świecie zdołować. To właśnie analogizm, czy też odzwierciedlenie rzeczywistości potrafi człowieka sprowadzić na ziemię. A może powinno się to po prostu nazwać esencją prawdy o miłości faceta do kobiety?

  Ten film potrafi bardzo długo chodzić po głowie. To jest jego siła, a zarazem przekleństwo. Mimo wszystko na jego korzyść, gdyż filmy, po których człowiek zmusza się do myślenia są przecież najbardziej intrygujące. Do tego dochodzi bardzo przyjemna i pasująca do obrazu muzyka. Dopełnia ona całości rzeczy, która jest czymś naprawdę niezwykle wyjątkowym. 

 Na zakończenie chciałem wspomnieć o jednej z moich ulubionych scen „500 dni miłości”. Moment, w którym Tom pojawia się na imprezie u Summer. Ma on wtedy wielkie nadzieje, oczekiwania wobec tego, co może się wydarzyć. Scena ta dobitnie pokazuje, jak „high hopes” (kocham ten tytuł) mogą się skończyć. Można powiedzieć, że Tom czekał na jakiś dar od losu, liczył na prezent, który nadejdzie. Prezent od miłości? Ale cóż, okazało się inaczej… „miłość to nie święty mikołaj” – nie rozdaje prezentów, niestety nie. Nawet jeśli się tak bardzo na ten prezent czeka.

Ocena: 10/10

Recenzja Adama 

poniedziałek, 9 maja 2011

FILM - 500 dni miłości (2009)

Reżyseria: Mark Webb
Czas trwania: 95 minut
Tytuł oryginalny: (500) Days of Summer

  To jeden z tych filmów. Z tych bezczelnych obrazów, które z jednej strony sprawiają wrażenie pozytywnej hiperbolizacji otaczającej nas rzeczywistości, przez co gotów jesteśmy traktować je niczym baśń, z drugiej zaś tak umiejętnie kontrolują nasz umysł i bezpośrednio dotykają najgłębiej skrytych emocji, że wydają się być prawdziwsze od porannej herbaty. I trzeba być nie lada specem, aby umiało się stworzyć złoty środek między obiema stronami; Zemeckis dokonał niemożliwego przy "Forrest Gumpie", Jaco Van Dormael uległ pokusie i jego "Mr. Nobody" przechylił się za bardzo w kierunku nierealistycznej baśni. Mark Webb dopiero debiutuje na srebrnym ekranie, a jednak udało mu się. Stworzył swojego własnego "Gumpa", a jeżeli komuś by to nie wystarczyło, wyhodował go na tragicznym poletku komedii romantycznej.

   Choć próbuje się nam powiedzieć, że "500 dni miłości" nie jest komedią romantyczną. Optymistycznym tonem oświadcza to we wstępie narrator, a każda kolejna minuta seansu słowa jego dobitnie potwierdza. Ale bez owijania w bawełnę - natkną się na niego, w większości, wielbiciele właśnie tego wstydliwego gatunku, kuszeni ckliwym trailerem, hasłem na pudełku DVD lub polskim tłumaczeniem tytułu (nietrafionym!). Och, w jakim szoku będą! Aż miło mi na samą myśl.

Tom Hansen (sympatyczny Joseph Gordon-Levitt) nie zazna w życiu szczęścia, dopóki nie odnajdzie prawdziwej miłości. Wychował się na filmach i muzyce, które wszczepiły mu w okolice serducha romantyczną duszę. Czeka na "tę" jedyną; osobę, która rozpali go do czerwoności, pozwoli z siebie wylać tsunami uczuć, zapomnieć o całym bożym świecie. Jak się już domyślasz, drogi Czytelniku, jego wybranka czeka tuż za rogiem. Wkrótce przeżyje lato swego życia, za sprawą (nomen omen) Summer (cudowna Katy Perr... znaczy, Zooey Deschanel) - przeuroczej, inteligentnej i wyrażającej zachwyt swoją niezależnością kobiety.

  Lato. Pięćset dni "lata": piękna, wzniesień, udarów, suchoty i zrywających się nagle burz. Summer stawia sprawę jasno - nie szuka prawdziwego związku. Ba, nie wierzy w przeznaczenie, nie uznaje miłości. Nasz bohater jednak, jak na prawdziwego romantyka przystało, zatraca się bardzo szybko i wyjątkowo głęboko. Wkrótce okazuje się, że przekracza delikatnie zaznaczoną granicę dziewczyny i - z dnia na dzień - traci ją. Latami poszukiwane "to", rzecz w jego oczach nieśmiertelna, idealna i wieczna pęka niczym bańka mydlana. A uczucie Toma, wiadomo, tak szybko nie wygaśnie.


  I choć "500 dni miłości" porusza typową tematykę romantycznej miłości i łamania barier u drugiej osoby, wychodzi o kilka kroków poza konwencję. Bowiem, o ile za sprawą strony audiowizualnej wydaje się puszczać wielokrotnie oczko do widza, wodzić go za nos skakaniem z jednego momentu tytułowych pięciuset dni do drugiego, oddalonego o kilka miesięcy, tak nie sposób odrzucić wrażenia, że to najprawdziwsza przestroga. Ostrzeżenie przed niewłaściwym kierowaniem swoich (bądź co bądź) miażdżących uczuć i promyk nadziei dla każdego niespełnionego romantyka, których na świecie - wbrew panującym trendom miłosnym - wciąż setki tysięcy. Reżyser zauważa, że to, co dla nich stanowi być może najważniejszą część życia lub tragedię rozkładającą serce na kawałki, to wszystko tylko część tytułowych pięciu setek dni - cyklu, który jeszcze wielokrotnie mogą przejść.

  Wspominałem już o puszczaniu oczka do widza i właśnie ten element debiutanckiego dzieła Webba wielce uraduje duszyczkę każdego kinomana. "500 dni miłości" zachowuje fenomenalny dystans do wszystkich wydarzeń, bawi się plastyką, zaskakuje częstymi przeciwieństwami (ot, pełna radości scena w sklepie z meblami i analogiczna jej wersja kilkadziesiąt dni później, z której buchać może co najwyżej znużenie i żal), dynamicznym w razie potrzeby montażem i czystą pasją, z jaką każda minuta filmu została stworzona. Wszystko to okraszone rewelacyjną muzyką, która niejednej osobie wrzuci "ciary" na kark. Właśnie w tej sferze film budzi największe skojarzenia z "Forrest Gumpem" - uświadamiamy sobie o tym, uśmiechając się jak szczerbaty do sucharka przez cały seans.

  Nie ma wad. Przynajmniej jak takowych nie dostrzegam. "OK, stary, napisałeś odę do komedii romantycznej". Mój drogi, powtórzę za rubasznym narratorem "500 dni miłości" - to nie jest komedia romantyczna. To stworzony prosto z serca, pełen samoświadomości i dystansu obraz, który opowiada o najsmutniejszym i zarazem najbogatszym w doznania uczuciu, jakie może przeżyć mężczyzna. Kobietą nigdy nie byłem, nie posunę się zatem tak daleko, aby porównać go z wenuzjańskim punktem widzenia.

Ocena? Muszę? Byłaby to soczysta dziewiątka, jednak ja osobiście, na swoim koncie Filmweb, wystawiłem filmowi maksa. Dawno nie czułem takiej więzi ze światem przedstawionym.

środa, 27 kwietnia 2011

FILM - Prawdziwe męstwo (2010)

Reżyseria: Joel Coen, Ethan Coen
Czas trwania: 110 minut
Tytuł oryginalny: True Grit

  Z tym, że bracia Coen mają w ostatnich latach istny monopol na tworzenie wyśmienitych filmów, nie zgodzą się chyba wyłącznie całkowici ignoranci. Panowie w nosie mają oczekiwania tłumów i wciąż brną w nieznane, czego największym dowodem będzie zeszłoroczny western, bohater dzisiejszej recenzji. Spotkałem się z fenomenalną opinią, że już "Fargo" realizowało wizję prawdziwej historii o kowbojach, osadzając ją w zalanej śniegiem Kanadzie czasów dzisiejszych, ale "Prawdziwe męstwo" do tematu westernu miało podejść bez żadnego dystansu, przyjmując zarówno największe zalety przestarzałego gatunku, jak i wszystkie jego - przez lata wytykane - wady. Tym chętniej zatem oczekiwałem na film ja, niebezpiecznie zapatrzony fanboy Coenów i totalny przeciwnik wszystkiego, co kojarzyć się może z Dzikim Zachodem, niemyciem zębów przez tygodnie, ostrogami i czyhającymi na męskie genitalia kaktusami. Byłem ciekaw, jak przeżyję tak szaloną mieszankę.


"Oddawaj mój fuckin' dywan, koleś"
  Fabuła najnowszego dzieła braci Coen nie odbiega ponoć ani na krok od czterdziestoletniej wersji Hathaway'a. Rezolutna na wyrost czternastolatka, Mattie Ross traci ojca - w pijackim amoku i natężeniu testosteronu zabija go niejaki Tom Chaney, którego dziewczyna postanawia dopaść za wszelką cenę i - gdyby prawo nie wystarczało - ukarać własnoręcznie. Wynajmuje do pomocy szeryfa Roubena Cogburna, za nimi rusza także teksański ranger LaBoeuf, poszukujący Chaney'a od dłuższego czasu. My zaś otwieramy piwo czy popcorn i zaczynamy rozkoszować się każdą sceną...

  Bo nie ma żadnych wątpliwości, jak skończy się ta historia. To klasyczny western, więc sprawiedliwość dopadnie oprawców, a pijaczyna i "burak", jakim jest Cogburn (wspominałem już, że Jeff Bridges przeszedł w tej roli samego siebie?), okaże się zdolny do "prawdziwego męstwa" i poświęcenia dla młodej dziewczyny. Dlatego widz delektuje się nie historią, a sposobem, w jaki zostaje przedstawiona. Powiększają mu się źrenice na widok malowniczej scenografii indiańskiej ziemi, wrażliwe uszy muska mu niesamowity akcent każdej postaci, a potrzebę zapomnienia o typowym dla pozostałych megahitów "megapierdolcem" spełnia kunszt, z jakim każda scena powoli buduje swój nastrój. Bracia Coen wracają do poziomu swoich najpoważniejszych dzieł, zapewniając nam dwie godziny snobistycznej satysfakcji.


  Chociaż "Prawdziwe męstwo" nie jest filmem do końca poważnym. Owszem, nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu natężenia emocji, ale bracia nie byliby sobą, gdyby nie puścili do widza oczka. Tak dla zapewnienia, że nie starzeją się. Dlatego uśmiechnąć się przyjdzie na widok pierwszego spotkania głównych bohaterów, kilku dziwacznych opowiadań z przeszłości Cogburna i jego pijackich sprzeczek z LaBeoufem. Postać Matta Damona, której zarzuca się istnienie tylko "dla zasady" i niewnoszenie do historii niczego, mnie przypadła do gustu. Być może wysilił się najmniej z całej obsady, ale obronił obraz przed całkowitą dominacją Brigdesa. Rewelacyjnie jako "główny boss" wypadł również Barry Pepper, którego ze znanym snajperem szukającym szeregowca Ryana połączyć można już tylko wyłącznie nazwiskiem aktora.

Bokobrody dopadły nawet Bourne'a
  Tak, uważam "Prawdziwe męstwo" za film godny braci Coen. Rewelacyjny dlatego, że - jako najprawdziwszy western - spodobał mi się. Jednak lubić go będę mniej od trzech poprzedników. To raczej hołd dla gatunku i rzecz intrygująca formą, nie treścią. I póki ogląda się go, czuć ogromną sytość i satysfakcję, ale dzień po seansie, gdy szukam głębi i treści w historii młodocianej zemsty, napotykam na problem. Widzę jednoplanowe postaci i starą jak świat opowiastkę; słowem - widzę western. I śmiej się wniebogłosy, drogi Czytelniku, ale nawet w "Tajnym przez poufnym" odnajduję więcej, pod tym szalonym, komediowym płaszczem. A co dopiero przy "To nie jest kraj dla starych ludzi" lub definitywnie najlepszym dziele braci Coen ostatnich pięciu lat, "Poważnym człowieku". Preferuję te ich ironiczne gierki z konwencją, igranie z literaturą oraz dotykaniu ważnych kwestii przez gumowe rękawiczki. Ale na poniższą ocenę "Prawdziwe męstwo" - w moich oczach - naprawdę zasługuje.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 28 marca 2011

FILM - Piła VII (2010)


Reżyseria: Kevin Greutert
Czas trwania: 90 minut
  
  Ogromnym kłamstwem byłoby napisanie na wstępie, że nie jestem fanem serii filmów o Jigsawie. Powiem więcej - jestem bowiem ogromnym wielbicielem „Piły” i fakt, iż siódma część jest ostatnią, przyjmuję z wielkim żalem. Chciałem jednak, aby cykl został zakończony w jak najlepszym stylu. Pierwsze dwie części były istnym majstersztykiem. Kolejne trzy epizody są bardzo dobre. Szósty odcinek jednak mnie nieco zawiódł, stąd miałem obawy o to, w jaki sposób historia się zakończy.

  Zagmatwana w czasie fabuła, zaskakujące zwroty akcji, kapitalne motywy muzyczne i niezwykle interesujące pułapki – to w skrócie główne czynniki sprawiające, że uwielbiam ten film. Co do pułapek… w sumie nie tylko interesujące, ale i często niezwykle brutalne, co sprawia, że ogląda się to jeszcze lepiej. Ale to właśnie pomysłowość jest siłą tej serii, i choć nie wszystkich ona przekonuje, dla mnie osobiście fantastyczne jest to, że praktycznie do końca nie wiadomo, co się kiedy dzieje… Kto? Jak? I dlaczego? Ostatnia część wyjaśni nam jednak resztę skrywanych wcześniej tajemnic. 

Upublicznienie pułapki - jedna z
lepszych scen w ostatniej części filmu
  Co do samego tytułu wieńczącego koniec dzieła – „Piła VII”. Nie przez przypadek tak napisałem. Używa się bowiem również nazewnictwa niezmiernie mnie irytującego – „Piła 3D”. A niechaj sobie ten film w 3D będzie, ale po co to wplatać w tytuł? Totalna głupota tego, ostatnio modnego, zabiegu. Nie po to przecież były „Piła”, „II”, „III” itd. żeby teraz ostatnią część nazywać bez „siódemeczki”. Ale to nieistotne, najważniejszy jest sam film. Głównym motywem (tym razem) będą miłość i kłamstwo. Już w pierwszej scenie (licząc tradycyjne „pułapkowe” momenty, serwowane w serii na otwarcie) pojawi się dwóch młodych panów walczących o względy swej ukochanej – jednej i tej samej. Ów dziewczyna zwodziła ich dla własnych korzyści wmawiając im, że ich kocha, a oni, niczego nieświadomi, dawali sobą manipulować. Czas na karę – ależ ten Jigsaw jest sprawiedliwy. Warto też wspomnieć o lokacji odbywanej przez nich pułapki. Dotychczas były to obskurne i opuszczone miejsca – trudne do identyfikacji. W tym przypadku jest zupełnie inaczej – „szczęściarze” trafiają bowiem na coś, co można spokojnie nazwać wystawą sklepową. Publika więc może sobie popatrzeć…


Joyce - czy miłość jej męża będzie w stanie ją uratować?
  „Piła VII” to naprawdę ciekawe i wyjątkowo brutalne pułapki (znacznie lepsze niż w poprzedniej części) oraz wciągający motyw głównego bohatera, w którego rolę wciela się Sean Patrick Flanery. Jego postać to Bobby Dagen. Człowiek ten zbudował swoją sławę i miłość do żony w oparciu o wielkie kłamstwo, które musi w końcu wyjść na jaw. W tym pomoże mu niezawodny Jigsaw, a Bobby’emu przyjdzie stanąć przed kilkuetapową próbą wymagającą odwagi i wielkiego poświęcenia. Świetnie wypada również samo zakończenie filmu, które może zaskoczyć –  a nawet wręcz powinno.


  Dla mnie ostatnia część tego „serialu”, czy nawet „telenoweli”, bo tak niektórzy o „Pile” mówią, wypada bardzo dobrze. Jeśli ktoś zwolennikiem serii nie jest, to zapewne będzie narzekał, jednak moim zdaniem, naprawdę warto zobaczyć wszystkie części do samego końca – wypada on naprawdę udanie. No cóż… mimo wszystko szkoda, że to już koniec… Game over.

Ocena: 8/10

piątek, 25 lutego 2011

FILM - Królestwo zwierząt (2010)

Reżyseria: David Michôd
Czas trwania: 112 minut
Tytuł oryginalny: Animal Kingdom

  Świat zbrodni, wbrew temu, co od lat wmawia nam amerykańskie kino akcji, wcale nie jest pasjonujący. Nie ma w nim romantyzmu, elegancji, piękna. Niby wszyscy o tym pamiętają, każdy myśli teraz "Kogo chcesz zaskoczyć, synku?", a jednak wystarczy pokazać, jak naprawdę wygląda rodzina utrzymująca się z czynów prawnie karalnych i wszyscy są w wielkim szoku. Bo debiut australijskiego reżysera, co stwierdzam po rzucie oka na Filmweb, nie został zrozumiany przez naszych rodaków. Ludzi zmylił być może zwrot "kryminał" i nie dostrzegli "dramatu" tuż obok. A "Królestwo zwierząt" to rzecz przede wszystkim skupiona na emocjach, powolnym rozbieraniu muru, jaki wybudowaliśmy w naszych umysłach po setkach  przedstawicieli typowego amerykańskiego kiczu. Poszedłbym nawet krok dalej - to film, który za pomocą obrazu rodziny złodziei i jej tragicznego rozkładu stara się pokazać, jak destruktywnie zmanipulować mogą nami tak zwane "więzy krwi" i ile dla tych, którym chcemy nimi zaimponować, tak naprawdę znaczą.

  Joshua Cody, dla rodziny "J", po utracie matki nie ma innego wyjścia niż wprowadzenie się do domu swojej babci, Janine (rewelacyjna Jacki Weaver - nominacja do Oskara za rolę drugoplanową). Szybko przekonuje się, że jedynym światem, jaki zna rodzina Cody, jest świat zbrodni. Poznaje swoich wujków: Craiga, Darrena, Barry'ego i "Papieża" - ewidentnego przywódcę stada, poszukiwanego przez siły specjalne. Chcąc nie chcąc, wsiąka w sprawy wujostwa. Wydaje mu się, że niczym w "Ojcu chrzestnym" , to rodzina jest najważniejsza, lecz gdy sprawy nabierają paskudnego obrotu, będzie zmuszony na własnej skórze odczuć, z jak słabej gliny ulepiona jest tak naprawdę jego familia.


  Wspaniały dreszcz powoduje ta bezkompromisowość dzieła Michoda. Nie broni od brutalności, lecz preferuje  wstrząsanie iskrzącymi wręcz od skrytej nienawiści dialogami i budowanie tragicznego nastroju powolnymi ujęciami bez akcji. Reżyser umiejętnie buduje bohaterów tego dramatu i gdy myślimy, że znamy już ich granice, "dalej nie pójdą", przeprowadza udane akty zaskoczenia. Każdy z braci Cody budzi pewnego rodzaju współczucie, zwłaszcza Barry, stanowiący jedyny pierwiastek "dobra" w rodzinie, pragnący porzucenia napadów i rozpoczęcie normalnego życia. Znaczy, każdy oprócz "Papieża", najstarszego z braci, konsekwentnie odpychającego, winnego wszystkim wydarzeniom tchórza. Ich matka, poruszająca się w samym środku tego "cyrku" i w pełni świadoma osiągnięć swej latorośli, stanowi istną wisienkę na tym lekko podgniłym torcie.

  Nie chce się wierzyć, że to kinowy debiut Australijczyka. Fenomenalna muzyka w postaci ambientowego niepokoju i nostalgicznych kompozycji zgrana jest perfekcyjnie z każdą "mocniejszą" sceną filmu i wiele razy złapiesz się na tym, że "Królestwo" trzyma Cię w większym napięciu niż niejeden horror. Same ujęcia - bajka. Nader często przedstawione w zwolnionym tempie, dając czas na przypatrzenie się każdej buźce z tego "rodzinnego obrazka", próbę wejścia wewnątrz ich umysłów. Akcji fizycznej tu jak na lekarstwo, ale uwierz, drogi Czytelniku, że nie będziesz na to narzekał. O ile, oczywiście, w głowie masz "mózga", a nie miseczkę fistaszków.

  "Królestwo zwierząt" przemknęło bez większego echa przez nasz kraj, wielka szkoda. Być może zatem, przed przeczytaniem mojej kaprawej recenzji, nie wiedziałeś o jego istnieniu. A cóż jest lepszego niż film, którego nikt nie zna? Hipsterska kultura nie zna nic lepszego. Chyba że mówimy o zespole, którego nikt nie słyszał, gra na przekór wszystkim, a jego płyty nie dostaniesz w żadnym polskim sklepie! Ale o tym, mój drogi, następnym razem :)
Film rewelacyjny i powiedziałbym, że najmocniejszy w zeszłym roku, gdybym nie był takim fanem wizualnej psychodelii Darrena Aronofsky'ego i jego wersji Jeziora Łabędziego. Seans obowiązkowy

Ocena: 9/10

środa, 16 lutego 2011

FILM - Zmierzch (2008)


 Reżyseria: Catherine Hordwicke
Czas trwania: 122 minuty (za długi)

  Długo zwlekałem z zabraniem się do oglądnięcia „kultowego” już według nastolatków (zwłaszcza „latek”) filmu „Zmierzch”. Cóż… plany takie miałem już dawno, ale zawsze coś mi wyskoczyło. Wiadomo, jak to w życiu. Raz trzeba było wyrzucić śmieci, raz wyjść z psem na dwór, bądź po prostu zrobić cokolwiek innego (w tym: oglądnąć coś innego). Co się jednak odwlecze, to nie uciecze – i to prawda. W końcu jednak nadszedł ten dzień i za „Twilight”, czyli początek sagi, czas się było zabrać. Podchodząc do tego obrazu ,nie miałem większego pojęcia, co to w ogóle jest. Słyszałem, że coś o wampirach, że romansidło… nic więcej w sumie nie wiedziałem. Nie myliłem się za to co do faktu, iż „Zmierzch” to faktycznie film typowy do sprzedaży dużej ilości piórników, plecaków, długopisów, zeszytów i kto wie… może papieru toaletowego. Z przyjemnością również napiję się krwistego „Twilight Strong”, ale takie jeszcze nie powstało. Powstało za to wiele innych gadżetów, choćby wcześniej wspomnianych.

  „Zmierzch” to horror/romans. Horroru w tym za grosz, ale romans wisi w powietrzu od pierwszego spojrzenia głównej bohaterki w stronę Edwarda Cullena (Robert Pattinson). Od tego momentu, praktycznie nic poza Isabellą Swan (Kristen Stewart) i wspomnianym Edwardem nie ma znaczenia. Najpierw się poznają. Potem on jest dla niej niemiły, a ona coś przeczuwa i dowiaduje się, że on  jest wampirem. No i romans się kręci.

-Wiesz, że na komixxach drą z nas łacha aż miło?
-No co ty?
-No... Ale zamknij usta.
  Kreacja postaci jest wręcz dramatycznie szokująca… Bella Swan? Skąd ona się w ogóle wzięła? Ona na pewno jest człowiekiem? Nie…
No, może przesadzam. Przede wszystkim, bohaterka od urodzenia cierpi na chore zatoki, stąd przez cały film ma otwarte usta (inaczej by się udusiła). Jej kolejnym defektem jest trudność wypowiadania się. Bardzo często stara się coś powiedzieć, ale musi najpierw postękać, bądź też powzdychać. Pewnie w ten sposób ładuje jakiś wewnętrzny akumulator, po czym dopiero jest gotowa coś oznajmić. Robi to jednak zawsze z niezwykle poważną miną. Nie ma mowy o jakimś wesołym, szczerym uśmiechu. Każde zdanie wypowiadane przez Bellę sprawia jej trudność i brzmi, jakby świat zmierzał ku końcowi. Typowe Emo. Ciekawie wypada scena, w której Bella oświadcza Edwardowi, że wie kim ten naprawdę jest. Pewności oczywiście nie ma, ale chłopak nie zaprzecza, iż faktycznie jest wampirem. Dziewczyna nie wydaje się być zszokowana. Bardzo łatwo jest jej przejść z tym do porządku dziennego – spływa to po niej, jak po kaczce. W sumie, czy jest w tym coś dziwnego? Takie rzeczy to norma w naszym świecie, prawda? Po chwili chłopak ją zabiera na jakiś szczyt, aby pokazać jej jak wygląda w świetle słonecznym, po czym świeci przy niej gołym… diamentem. Wampir pod wpływem słońca błyszczy? Jak diament?! To najgłupsza wizja krwiopijcy, jaką miałem okazję zobaczyć. A kto pomógł się pannie Swan dowiedzieć, że śliczny Edwardzik jest wampirkiem? Google – zawsze pomocne.

- A jak spadnę?
- To się zabijesz, proste.

  Edward Cullen. Ten człowiek również potrafi widza zirytować. Już w pierwszych scenach mówi Belli, że stara się być dla niej niemiły i chce, aby ta się od niego od… oddaliła, że tak powiem. Skoro tak, to po jaką cholerę łazi za nią bez przerwy?! Wielki obrońca uciśnionych. Swoją drogą, jak ponad dwudziestoletni facet może udawać siedemnastolatka? Do tego chłopak szybko zakochuje się w Belli, stając się „masochistycznym lwem” – straszne. Dziwić może jednak fakt, że wychodzi z Isabellą na światło słoneczne w drodze do szkoły, a jego ciało w diament się nie zamienia. Hmmm… może to zależy od słońca? Skoro już jesteśmy przy temacie „ciało Edwarda Cullena”, to warto zaznaczyć, że jest ono całkowicie lodowate. W takim razie może zastanawiać, jak mu w ogóle… no sami wiecie. Oczywiście jest, za to dobrze wyposażony pod innymi względami. Jest super szybki, silny i potrafi skakać po drzewach jak małpa. W końcu to wampir.

 Edward Cullen wraz z rodziną są tymi dobrymi wampirami, gdyż ludzi nie zabijają, a krew spożywają wyłącznie zwierzęcą. Oczywiście, istnieją też inne wampiry, które już tak humanitarne nie są. I wraz z ich pojawieniem się, film nabiera rumieńców. Grubo przesadzone stwierdzenie. Mimo wszystko, coś się zaczyna dziać! Okazuje się bowiem, że jeden z nich – blondynek James – jest niezwykle nakręcony na Bellę, a konkretnie na jej krew. Podstępnie zwabia ją w pułapkę, ale oczywiście na posterunku jest bohater Edward, no i wiadomo – walka - zwycięstwo.

  „Zmierzch” nie jest tragiczny, choć często może irytować, a także nudzić. Taki film „do oglądnięcia”. Na pewno lepszym wyborem na spędzenie wieczoru będzie oglądnięcie filmu Azyl (tytuł oryginalny „Panic Room”), również z Kristen Stewart. Kapitalny film. Jak go kiedyś oglądałem, to nie przypuszczałem, że się tej małej dziewczynce zachce hasać z wampirami.

Ocena: 4,5/10

poniedziałek, 14 lutego 2011

FILM - Skyline (2010)

Czas trwania: 92 minuty
Reżyseria: Colin Strause, Greg Strause
Chłopiec, który przeżył: Adam Piechota

  "Panie Boże na motorze!" - napisałby Marcin, gdyby to jemu przyszło zrecenzować najnowszy "megahit" atakujący nas na wszystkich kanałach telewizyjnych profesjonalnie skręconymi zwiastunami. Wychowałem się w magicznych czasach, kocham plastikowe potworki niszczące miasta z kartonów, kocham dinozaury na spielbergowskiej smyczy i absolutnie uwielbiam, kiedy nasz gatunek masowo wybija się w filmach. Czuję niezdrowe podniecenie, obserwując totalną destrukcję serwowaną nam w "Transformers" i zachwyciłem się nieposkromioną naturą "Avatara". Naprawdę, jak mamuśkę kocham, potrafię docenić dobre kino rozrywkowe. I choć coś trąciło mi myszką, gdy zobaczyłem przed "Czarnym łabędziem" trailer "Skyline" (no bo jak to, wielki przebój, o którym nic wcześniej nie słyszałem?), to jednak postanowiłem braciom Strause dać szansę. I tutaj właśnie chciałbym przekląć wszystko, na czym świat stoi, ale zmuszony jestem pogodzić się z faktem - sam jestem sobie winien. Miejmy to już za sobą...

  Los Angeles. Ktoś tam do kogoś jedzie, aby coś tam uczcić. I wtedy następują wydarzenia, których nikt na świecie nie mógł przewidzieć, a widz czuje już kroplę potu spływającą po karku. Na niebie pojawiają się błękitne światła i - jak gdyby nigdy nic - opadają powoli na ulice Miasta Aniołów. Biada ludziom, bowiem jeden rzut oka wystarczy, aby przeszli całkowite pranie mózgu i rzucili się w stronę światła niczym świeżo upieczony zombie na pulsujące ciało nastolatka. Tajemnicze wydarzenia okazują się zmyślną pułapką Obcych, którzy po raz kolejny postanowili przeprowadzić totalną eksterminację ludzkości. "Po co znowu?" - zapytasz ironicznie, a ja z chęcią zaserwuję miażdżący spoiler - kosmici żywią się naszymi mózgami i tylko dzięki nim mogą funkcjonować! Prawdopodobnie wszyscy inni ludzie we wszechświecie "skończyli się", więc na naszą wodnistą planetę padł właśnie złowieszczy cień. Widzowie w sali rozglądają się za drzwiami wyjściowymi, jednak te okazują się być zabite deskami! Nikt nie ucieknie! Czas na intelektualny gwałt i kradzież ogromnej sumy z Waszego portfela! ...Przynajmniej według studenckich miarek.

- Dlaczego wyszliśmy na dach?
- Potrzeba nam fajnego ujęcia na trailer. Zaraz wracamy do pokoju, spoko
  Chrrr... C-co?! Ach, tak... I obserwujemy grupę szczęśliwców, która uniknęła "zapatrzenia się" w błękitne światło tylko dzięki żaluzjom w oknach. Mają oni straszny dylemat. Mogą spróbować uciec z ostatniego bezpiecznego miejsca w Los Angeles - hotelu wypoczynkowego, wskoczyć na łódkę i odpłynąć w siną dal, gdyż obcych nad wodą "nie widać" i być może boją się cieczy, która zajmuje ponad siedemdziesiąt procent naszego globu. Widowiskowa próba ucieczki kończy się w momencie wychylenia nosa za podziemny parking wieżowca - tutaj część naszej bezpłciowej ekipy zostaje zmiażdżona przez ogromnego Obcego kroczącego (sam się wkopałem w pisanie takich bzdur). Jedyna opcja, która im pozostaje, to powrót do pokoju, gdzie zaczyna się dwudniowa walka (sic!) z ludzką naturą, psychicznym załamaniem i brakiem jakiejkolwiek nadziei. A raczej "zaczęłaby się", gdyby tylko za scenariuszem nie stał nasz stary znajomy, Generator Losowych Tekstów o Zerowym Znaczeniu i Ujemnym Poziomie Inteligencji.

"Ło paaanie, jak zasysaaa...!"
Minus pięć punktów do szacunku dla Davida Zayasa za "Skyline"
  Nikt zresztą nie udaje, że "Skyline" jest filmem w jakimkolwiek aspekcie dobrym. Obsada musiała wielokrotnie śmiać się z głupoty swoich bohaterów, cytując te wyświechtane, pseudo-dramatyczne kwestie, a kompozytor muzyki wbił na Google frazę "aliens movie free music" i zadowolił się ściągniętymi plikami. Tylko chłopaki od efektów specjalnych napracowali się jak woły, aby stworzyć całkiem różnorodną rasę mózgożernych kosmitów i... Nie wykorzystać tkwiącego w niej potencjału. Twarz sama chowa się w dłoniach lub obija z łoskotem o ścianę. Podczas nierównej walki z głupotą Skyline zatęskniłem  nawet za "Dniem Niepodległości", a do fanów obrazu Emmericha ciężko byłoby mnie zaliczyć. Na domiar złego, fatalne zakończenie zwiastuje radosny, czachołamiący i mózgowysysający sequel.

  Drogi Czytelniku, uciekaj przed tym tworem. Nawet jeżeli szukasz typowego "dobrego złego filmu" do oglądnięcia w grupie znajomych. To nie ta półka. "Koniec nadejdzie z góry" - zwiastuje hasło promujące tego "dzieła", ale przyznam, że już dosyć dawno "koniec" nie pukał do mnie z takiej depresji. Idź na "Czarnego łabędzia" lub "Jak zostać królem", daj zarobić ambitnym twórcom.

Ocena: 3/10

środa, 9 lutego 2011

FILM - Czarny łabędź (2010)

Czas trwania: 108 minut
Reżyseria: Darren Aronofsky

  Jakoś tak wyszło. Po zaledwie dobrym "Zapaśniku", przestałem śledzić w sieci nowinki o Darrenie Aronofsky'im i jego następnych poczynaniach. Premiera "Czarnego Łabędzia" uderzyła mnie zatem niczym grom z jasnego nieba blondynkę z telefonem komórkowym na środku pola ziemniaków. Tu gadali o filmie, tam pisali, krytykowali, wychwalali, jednym słowem - szum zrobił się ogromny. Sprawdziłem trailer. Połknąłem haczyk. Poszedłem do kina. Piszę recenzję. Dlaczego taki przeźroczysty styl?
Hah, bo jak zaraz posypią się metafory, frazeologizmy, neologizmy, masła maślane i rozlegnie głośne cmokanie z zachwytem, to aż Was zęby zabolą :)

   Na początku, pokrótce wytłumaczę, dlaczego "Zapaśnik" nie rozpalił mnie do czerwoności. Film z jednej strony odrzucał audio - wizualne dążenie do perfekcji Aronofsky'ego, z drugiej zaś, jakby ukradkiem, przedstawił banalny schemat historii człowieka opuszczonego, przegranego, który świadomie porzucił miłość i rodzinę. Kamera mozolnie śledziła każdy ruch bohatera (muzyki praktycznie nie kojarzę), uświadamiając mi coraz mocniej z minuty na minutę, iż do czynienia mam ze zwykłym filmem. Tak po prostu. A że historia mnie nie wciągnęła, oglądnąłem, pomyślałem chwilę i o "Zapaśniku" zapomniałem. Ale często zdarza się tak, że nie trafiają do nas obrazy, które całe rzesze pokochały i tak było w tamtym przypadku. Ludzie wespół z krytykami (cholerka, właśnie odrzuciłem swoje człowieczeństwo!) rzucali się z mostów w rozpaczy za Randy'ym, krytycy docenili małą ilość "bełkotu" znanego ze "Źródła". Summa summarum, Aronofsky osiągnął sukces (nawet jeżeli ja wspomnianego filmu "nie rozumiem"), a to mogłoby oznaczać, że przy swoim następnym dziele jeszcze dalej wejdzie w szarą zwykłość, prostą historię, audiowizualne ochłapki. I co? Guzik z pętelką!



  Świat showbiznesu jest żądny krwi. Powtarzano nam to wielokrotnie, powtórzy się raz jeszcze. I jeżeli myśleliście, że balet, sztuka postrzegana za "wyższą" i jakby natchnioną, jest inny - tkwicie w głębokim błędzie. Dokładnie jak Nina (Natalie Portman) - protagonistka "Czarnego łabędzia". Jej jedynym marzeniem jest bycie najdoskonalszą tancerką i los wkrótce uśmiecha się do niej swym parszywym grymasem. Dostaje najważniejszą rolę w oklepanym Jeziorze łabędzim - dwojaką w naturze księżniczkę Odettę. Ta ogromne wyzwanie, ponieważ zaprezentować musi "dwie wersje" swojej bohaterki - delikatnego, ufnego Białego łabędzia oraz jej mroczną bliźniaczkę - niebezpiecznego i pasjonującego Czarnego łabędzia. O ile pierwsza "strona" Odetty nie stanowi najmniejszego problemu dla perfekcjonistki Niny, która potrafi każdy krok zatańczyć idealnie niczym maszyna, tak nie lada wyzwaniem okaże się mroczna bliźniaczka głównej bohaterki. Tancerka będzie musiała wyzbyć się swojej natury i zanurzyć w chwilowym szaleństwie, żeby zdobyć serca widowni..

  I tutaj właśnie Darren Aronofsky rozwinie swoje zakurzone skrzydła. Ninę obserwować będziecie zupełnie jak Randy'ego, towarzysząc jej w każdej czynności (nawet oddawaniu popołudniowego "moczku") i bardzo szybko zauważycie pewne "nieścisłości" w realności, którą ją otacza. Nie wdając się zbytnio w szczegóły - prowadząca rola jest największym marzeniem wszystkich aktorek. Kto wie zatem, do czego zdolne byłyby się posunąć, aby ją zdobyć? Strach wkracza do życia bohaterki, mieszając w jej umyśle niczym stara wiedźma z polskiej fantastyki. Krok po kroku, będziecie zanurzać się w psychicznym szaleństwie, ujrzycie wytwory pełnej obaw wyobraźni. Nikt nie będzie patyczkował się z widzem i po półtoragodzinnym seansie zrozumiecie, jaką cząstkę samego siebie trzeba czasem oddać, aby osiągnąć artystyczny sukces. Aby stać się Czarnym łabędziem.



  Film to podróż i nieustanna zabawa widzem. Początkowo "skromne" ujęcia wejdą z czasem pod Waszą skórę, nie pozwalając na chwilę oddechu, atakując klaustrofobicznymi pomieszczeniami i szarą stylistyką. Nie będziecie czuć się spokojnie, wiedząc, że w każdym momencie rzeczywistość może się wykrzywić, a nasza bohaterka ujrzeć coś, co nie ma racji bytu. Oprócz ciągłego trzymania w napięciu, reżyser wielokrotnie uderzy nas sceną bezczelnie ohydną (pamiętasz wbijanie igły z "Requiem dla snu"? Na pewno! Przygotuj się zatem na więcej takich "kwiatków"), które wielu moich znajomych przyprawiły o krzywe grymasy na buźkach i ciche syczenie. Po raz kolejny powraca także Clint Mansell, który swoją muzyką buduje więcej klimatu niż pięć losowych horrorów, jakie miałeś ostatnio okazję zobaczyć, razem wziętych. Co prawda, utwory towarzyszące nam podczas seansu to często przearanżowane kompozycje z oryginalnego Jeziora łabędziego, ale swoje zadanie spełniają fenomenalnie. Dominuje orkiestrowe zacięcie i niepokojąca psychodelia. Przepyszne połączenie.



  Jak widzisz, drogi Czytelniku, nie chciałbym zdradzić za wiele. Bo szkoda, żebym miał Ci zepsuć chociaż kwadrans tego seansu. Przed Tobą prosta merytorycznie historia i wizualno - dźwiękowe szalenśtwo przepełnione burzą emocji i poczuciem czystej pasji, miłością do dziesiątej muzy oraz zabawy jej zwolennikami. Będziesz wniebowzięty, zwłaszcza w dobrym kinie, uwierz mi. Mój ulubiony film ubiegłego roku i kropka.

Ocena: 9/10 

środa, 17 listopada 2010

FILM - Skrzydlate świnie (2010)


Reżyseria: Anna Kazejak-Dawid
Czas trwania: 99 minut

  W czasach ewidentnego kryzysu polskiej kinematografii (do odnalezienia również pod terminem "komedia romantyczna") o udany seans, po którym nie żałuje się tych - przyznajmy - niemałych pieniędzy dosyć ciężko. Ożywienia próbuje dokonać Anna Kazejak - Dawid, wypuszczając malutką jaskółkę o jakże poetyckim imieniu "Skrzydlate świnie". Wiosny to ona na pewno nie uczyni, ale może udowodni naszej rodzimej młodzieży, że "można inaczej" niż o związkach damsko - męskich z Tomaszem Karolakiem.

  A cóż dostajemy za cenę kinowego biletu? Historię grupy kibiców (tych z podgatunku pseudo), których ukochana drużyna właśnie spada o jedną ligę i prawdopodobnie jest skazana na upadek. Oskar, jego brat Mariusz i mariuszowa kobieta Basia są zdruzgotani, ponieważ zostają na lodzie - życiowa pasja sama ich odpycha. "Pasja" jest tutaj nieco za delikatnym słowem, gdyż - zajęty kolejnym meczem - nasz główny bohater (Oskar) omija narodziny swojego syna. To prawdziwe uzależnienie - "słodkie - jak mówi w filmie ojciec Oskara - ale niewystarczające do prawidłowego funkcjonowania". Co ze swoim prostym życiem zrobić, kiedy jego największa ostoja sypie się na naszych oczach?



  "Skrzydlate świnie"  podejmują poważne zagadnienia z umiejętnym "luzem". To, co w życiu mogłoby się skończyć tragicznie (bowiem zdrada klubu nie byłaby tak łatwo odpuszczona, jak pokazuje nam to film*), tutaj finalnie wychodzi na prostą, bez popadania w banalne moralizatorstwo. Co nie oznacza, że produkcja Kazejak - Dawid jest totalnie baśniowa. Bohaterowie stawiani są przed ciężkimi wyborami (miłość do brata czy miłość do klubu, pozostawienie "swoich" dla "innych", ale dających korzyść materialną) i pod lekkim płaszczykiem filmu obyczajowego z elementami komedii dostajemy film o wewnętrznym dojrzewaniu i umiejętności "zwolnienia" swojego życia w celu poświęcenia go dla rodziny.

  Najmocniejszymi stronami filmu są na pewno obsada i udźwiękowienie. Młode pokolenie polskich aktorów sprawdza się wyśmienicie, Małaszyński w roli Oskara zyskuje sympatię widzów emocjonalnym dojrzewaniem, Olga Bołądź umiejętnie buduje obraz kobiety "odrzuconej" przez życie, ale najbardziej cieszy Piotr Rogucki. To jego pierwsza tak istotna rola w wielkiej produkcji i miejmy nadzieję, że od teraz kojarzył się będzie nie tylko z intrygującym "głosem" Comy oraz starusieńką reklamą chipsów Lay's ;) Świetnie wypadają także gościnne występy Pazury w roli "zdziczałego" biznesmena i Grabowskiego jako sędziwego kibica ze zbyt dużym temperamentem ("kurwy" i "chuje" w jego wykonaniu wyjątkowo bawią!... Co, nie lubisz przekleństw jako elementów humorystycznych w filmach? ... Ja lubię :P)


  Udział Roguckiego pozwala zgadywać, że za ścieżkę dźwiękową odpowiadać będzie Coma i postaram się w tym temacie jak najkrócej, bo internet i tak huczy od różnych na temat idoli naszej sceny rockowej opinii. Ich muzyka w "Skrzydlate świnie" wpisuje się znakomicie i - jeżeli tak nienawidzisz zespołu - postaraj się na chwilę zapomnieć, kto gra i skupić na tym, jak gra. Przyznasz mi rację.

  "Skrzydlate świnie" to udany film, który mogę polecić ze szczerym sercem każdemu młodszemu kinomaniakowi. Szczytów wzruszenia ani ciężkiej "rozkminie" treści po wyjściu z kina nie uświadczysz, ale zły również nie będziesz. To - używając tak znienawidzonego przez polonistów słowa - fajny film. I tyla. Dajcie mu zarobić zamiast "Śniadaniu do łóżka".  

Ocena: 7/10 

* mała uwaga:
Michał B. 
23:06:51nie zgodzę się z Tobą23:07:10ponieważ klub pokazany w filmie, jest w 2 lub 3 lidze23:07:40co oznacza że jest to o wiele mniejsza skala, niż np. ekstraklasa23:07:55jak widać było, tam sektor kibiców zajmowało około 30 osób23:08:00znali się wszyscy23:08:18a Oskar, utworzył ich grupę, ustalił zasady i niejako był ich guru23:08:30dlatego, co wyjasnione w filmie, potraktowali go tak23:09:16poza tym, chyba nie bardzo honorowe byłoby wjebanie mu w stosunku 1:30