Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dream theater. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dream theater. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 września 2011

MUZYKA - Dream Theater: A Dramatic Turn of Events (2011)

1. On the Backs of Angels (8:45)
2. Build Me Up, Break Me Down (6:59)
3. Lost Not Forgotten (10:11)
4. This Is the Life (6:57)
5. Bridges In the Sky (11:03)
6. Outcry (11:24)
7. Far From Heaven (3:56)
8. Breaking All Illusions (12:25)
9. Beneath the Surface (5:26)

Całkowity czas: 77:05

  Nigdy nie miałem okazji przyznać się do tego publicznie, więc czas najwyższy napisać, że do fana Dream Theater jest mi, mówiąc delikatnie, dość daleko. Fakt, że redakcja dała niżej podpisanemu zielone światło na zajęcie się jedenastym albumem studyjnym Nowojorczyków oznacza zapewne tyle, iż zwolennicy największego zespołu progmetalowego świata są "A Dramatic Turn of Events" oczarowani. I przydałby się bardziej obiektywny kontrargument, wyrażający zdanie narodowej mniejszości "nie-fanów". Oto zatem jestem, wystawiony na pożarcie, obelgi, żarciki i kosz świeżych pomidorów wycelowanych prosto w moje skromne lico. Zanim to jednak nastąpi, mam kilka akapitów, żeby pożegnać się z hukiem, wprowadzić fanów w stan białej gorączki i postawić najbardziej kontrowersyjną recenzję roku.

  Zaintrygowani? To dobrze, za to mi "płacą". Ale żartowałem nieco.
  Zacznijmy od początku, tak bowiem zostało ustalone w czasach antycznych brodaczy o niebywałych "skillach" w retoryce, aby publiczną wypowiedź budować na mających ręce i nogi schematach. Dream Theater od pewnego czasu, dokładnie od świetnego, agresywnego "Train of Thought", lewituje sobie leniwie we własnym uniwersum i ani myśli włosa wystawiać choćby kilka centymetrów poza jego obszar. Tworzą dość podobne albumy, raz lepiej ("Systematic Chaos"), raz gorzej ("Octavarium") lub tak pośrodku (dwuletnie "Black Clouds & Silver Linings", o którym do dziś nie mam sprecyzowanej opinii) i jakoś nikomu nie wydaje się to przeszkadzać. Od czasu do czasu pojawiają się opinie, że zespół kąsa własny ogon i daleko mu już do świetności z końcówki ubiegłego wieku, ale znikają szybko w morzu pochwalnych pieśni tysięcy młodych fanów. Jednak gdy Mike Portnoy oświadczył, iż jego przygoda z Teatrem Marzeń dobiegła końca i woli pojechać w trasę ze szczeniakami z Avenged Sevenfold, a sam zespół zapewnił, że mała roszada w składzie nie pokrzyżuje planów nagrania kolejnego dzieła, pojawiło się pewne światełko nadziei. Bo jak brzmieć będzie krążek, w którego komponowaniu nie pomagała trójnoga ikona progresywnego metalu?

  Wciąż tak samo! To wręcz niesamowite, że obyło się bez żadnych "dramatycznych obrotów wydarzeń" i znanych z okładki spacerów po linie, wszelkie zmiany są nie więcej niż kosmetyczne. Wygląda na to, że trzeba się już z tym pogodzić. Na jedenastym albumie Amerykanów dostajemy siedemdziesiąt siedem minut pełnej patosu muzyki spod rąk niesamowitych rzemieślników. Bryluje jak zawsze Petrucci, którego wyczynów będzie słuchać z przyjemnością każdy fan cięższego grania. Na pochwałę zasługuje również "świeżak", Mike Mangini, którego technika odpowiada mi bardziej niż "pięćset uderzeń stopą na sekundę" Portnoy'a. Ba, nawet Myong nie został zapomniany w miksie. "Słabsza" część ekipy zasługuje na kilka klapsów z wiadomych powodów: Rudess, jak wielkim klawiszowcem by nie był, lubi przesadzić z cyrkowymi wstawkami pobudzającymi do życia mój kultowy Gejometr, a i jakieś dziwne zamiłowanie do syntezowanych chórków tutaj przejawia, w każdym refrenie na płycie da się takowe usłyszeć; LaBrie to z kolei klasyczny przykład porzuconego w połowie drogi Plastusia, który powyje niezręcznie cudze teksty kilka minut, żeby następnie oddać przestrzeń dźwiękową kolegom i ich szalonym popisom instrumentalnym; nie idzie mu zbyt dobrze na "A Dramatic Turn of Events".

  Odkryłem dziwną zależność. Zdecydowanie lepiej "wchodzą mi" utwory parzyste. Podoba się bardzo elektroniczny, agresywny "Build Me Up, Break Me Down", w którym nawet LaBrie pokazuje, że ma niezłe cojones (tytułową frazę krzyczy w tak wysokich tonacjach, że aż chciałoby się posłuchać Dream Theater w stricte metalowym wcieleniu), lubię rozwijający się jak prawdziwy progresywny kawałek "This is the Life", który wzlatuje na niemal symfoniczne wyżyny, imponuje mi rozszalała środkowa część "Outcry", tak niedorzeczna w pewnym momencie, że odechciewa się wierzyć, jakoby naprawdę to grali ludzie z krwi i kości oraz naprawdę OGROMNY finał tej kompozycji i czuję niezłą wkrętkę podczas stadionowego "Breaking All Illusions". Za wyjątkowo bezpłciowe uważam wszystkie numery nieparzyste, o których ciężko mi coś wymyślić nawet po kilku solidnych przesłuchaniach albumu. Oczywiście, miota tam chłopakami jak szatan i w sekcjach instrumentalnych wciąż palą kapcie na nogach, ale ani refrenów zapadających w pamięć, ani szczególnych urozmaiceń. Ciągną się te długasy i ciągną, końca nie widać. Nawet ballada "Far From Heaven" okazuje się niepotrzebnym zapychaczem płyty. Jedyny utwór nieparzysty, przy którym nie mam ochoty ziewnąć ostentacyjnie, to wycelowany w radioodbiorniki "Beneath the Surface". Tak, lubię takie komercyjne Dream Theater, takie bezczelne "smutasy" pod publiczkę. Raz, że kompozycja przypomina mi Porkowe "Where We Would Be" z "Lightbulb Sun", dwa, iż LaBrie w pewnym momencie całkiem ślicznie wyje. I miło kończy ten przydługi krążek.

  Największym problemem "A Dramatic Turn of Events" wydaje mi się zupełny brak charakteru. Płyta jest bardziej spójna niż jej poprzednik (a i pyszny duet okładka & tytuł ma ciekawszy), ale nie o taką spójność chodziło. Puśćmy obojętnie jaki kawałek z "Train of Thought" - od razu czuć ten trashowy feeling, przed oczami staje czarno - biała okładka, wszystko jest jasne - wyczuwamy zmysłami wbudowany w album nastrój. Gdyby ktoś puścił mi utwór z najnowszego krążka, musiałbym poczekać na chórki w refrenie, żeby krzyknąć z triumfem, co właśnie słyszę. Chłopaki powinni posłuchać swoich kolegów z Pain of Salvation lub złożyć preorder na dziesiąte dzieło Opeth. Posłuchać, jak w muzykę przelać można wiecznie ewoluującą duszę. Ale Dream Theater woli bezpieczniejszą drogę i produkowanie co dwa lata podobnych gigantów. Shame.

   Nie zachwyca "A Dramatic Turn of Events", zdecydowanie nie. Ale też grzechem byłoby stwierdzić, że "odrzuca"; po prostu sobie jest i, mówiąc bardzo kolokwialnie, sobie będzie. Na miejsce w moim podsumowaniu najciekawszych pozycji roku nie ma jednak szans. Mnie już dawno wynudziła ta formuła. Fani spragnieni kolejnej megadawki technicznego szaleństwa na najwyższym poziomie poczują się pewnie jak w starym fotelu z postrzępionymi kapciami na stópkach. Ludzie, którzy śmiali się dotąd głośno na samą myśl o połączeniu zwrotu "muzyka progresywna" z nazwą Dream Theater, chichotać będą nadal. Świat się nie zmienia, nic nie staje do góry nogami. Dlatego wracam do rozszyfrowywania najnowszego Opeth. Oto prawdziwy "a dramatic turn of events".

Ocena: 5,75/10

niedziela, 23 stycznia 2011

MUZYKA - Podsumowanie roku 2010 w oczach Bartka: część 4/4


Największy zawód roku 2010

10.  Gorillaz – Plastic Beach

Nie mogę powiedzieć, że nowy album Gorillaz mi się nie podoba. Jest to płyta niezła, jednak po tak znanym zespole można oczekiwać czegoś więcej. Stąd właśnie najmniejszy z zawodów.









9. Lunatic Soul – Lunatic Soul II

Zdaję sobie sprawę z faktu, iż album ten został przez fanów Mariusza Dudy przyjęty bardzo pozytywnie. Mimo wszystko, mnie osobiście nieco zawiódł, bo choć nie tak zły, jest słabszy od pierwszej części. 
(A spadaj na bambus :D - Adam)








8. Demon Hunter – World Is A Thorn

Kolejny album, który wcale zły nie jest, bo przecież wcale taki być nie musi, aby stał się mimo wszystko pewnego rodzaju zawodem. Jednak, to znacznie słabsze wydawnictwo od poprzednich trzech. (Demon Hunter stać na dużo, dużo więcej! - dop. Adam)









7. Amon Amarth

Zespół ten na przestrzeni ostatnich lat wydawał albumy regularnie co dwa lata, aż nagle coś im się odwidziało. Szkoda, że na nowy krążek viking metalowej kapeli ze Szwecji trzeba będzie czekać rok dłużej niż zwykle.









6. Ozzy Osbourne – Scream

Płyta zaczyna się całkiem nienajgorzej, aby po kilku utworach stanąć praktycznie w miejscu. Niby coś się dzieje, ale wszystko jest zwyczajnie średnie. Przeciętne wydawnictwo.









5. Niemiecki power metal


Słaba postawa Niemców w tym roku była dla mnie kolejnym zawodem. Helloween nagrało niezły album, choć stać ich na więcej. Axel Rudi Pell też się jeszcze jakoś wybroni, ale płyta „To The Metal” formacji Gamma Ray to zdecydowanie rzecz poniżej ich poziomu. Ogólnie żaden niemiecki zespół Power metalowy nie zachwycił. Na szczęście, wyszedł dobry album Accept.





4. Linkin Park – A Thousand Suns

Bardzo słaba rzecz. Nie ma co dużo o tym pisać. Po prostu wzięli się za coś, do czego nie pasują.

(naprawdę nie rozumiem, co macie do tego albumu - Adam)
(jest po prostu marny :P - Marcin)








3. In Flames 

Jak w przypadku Amon Amarth. Tyle, że ten album był ciekawiej się zapowiadającym się szwedzkim wydawnictwem. Mam nadzieję, że odrobią zaległości w 2011 roku, nagrywając naprawdę dobry longplay.









2. Trivium 

Dla mnie osobiście największa z "niepojawionych się" premier roku 2010. Ten album po prostu powinien być wydany, a wciąż nie wiemy, jak się nazywa.








1. Disturbed – Asylum

Muszę przyznać, że w tej kategorii absolutnie zmiażdżyli wszelką konkurencję. Gdyby nie wydali albumu w tym roku, pewnie i tak pojawili by się na tej liście, lecz na niższym miejscu. Postarali się jednak o najwyższe laury. Najsłabszy krążek w historii zespołu, a zarazem najlepsza ich okładka. Gratulacje dla zwycięzcy.








Największe nadzieje na rok 2011

10. Cult Of Luna 

Usprawiedliwia ich audiobook „Eviga Riket”, więc nie można powiedzieć, że nic nie robią. Mam nadzieję, że jednak w tym roku pojawi się następca świetnego „Eternal Kingdom”.









9. Amon Amarth – Surtur Rising

Skoro zrobili sobie trzyletnią, dla odmiany przerwę w wydawaniu płyt, to liczę, że będzie to album na ich najwyższym poziomie.










8. In Flames – Sounds Of A Playground Fading

Czas na kolejny album In Flames i miejmy nadzieję, że pomimo odejścia Jespera Stromblada, zespół problemy ma już za sobą.










7. Dream Theater 

2011 roku to również czas na album grupy Dream Theater, którzy też wydają soje płyty z wielką regularnością. Pozostaje czekać i wierzyć, że doczekamy się godnego poprzedniego albumu następcy. Będzie to najcięższa próba dla chłopaków, ze względu na odejście Mike'a Portnoya, który przodował w komponowaniu poprzednich krążków. Ale może dzięki temu, zmienią w końcu swoje oblicze i nagrają coś świeżego? - Adam









6. Trivium 

Pierwszy raz zrobili sobie trzy lata przerwy między kolejnymi albumami. Mimo wszystko średnią wciąż mają dobrą, i oby równie dobra była kolejna płyta.








5. DevilDriver – Beast

Zdążyłem już poznać singiel z nowego albumu DD. Jest to „Dead To Rights” i zwiastuje on kolejny świetny metalowy krążek Fafary i spółki.










4. Coma

2010 bardzo pracowitym rokiem był, ale czas w końcu zabrać się za najpowazniejszy sprawdzian w historii zespołu. Poprzeczka podniesiona przez „Hipertrofię” została bardzo wysoko. Ale skoro sami sobie, tak ją zawiesili, to muszą być w stanie sprostać oczekiwaniom. Największa płytowa nadzieja na rok 2011 w Polsce – bez dwóch zdań.






3. Airbag

Dosłownie zachwycam się norwegami, od momentu zapoznania się z debiutem w postaci „Identity”. Głęboko wierzę, iż rok 2011 przyniesie nam kolejny piękny album tego zespołu, który będzie jednym z faworytów do czołówki kolejnego podsumowania.








2. Opeth

„Watershed” był moim numerem 1. W roku 2008, więc nie mam wątpliwości, że ten kapitalny band ze Szwecji i tym razem będzie jednym z ważniejszych zespołów tego roku.









1. Tool

Rzecz całkowicie poza klasyfikacją. Płyty wydają tak rzadko, że jest to pewnego rodzaju święto. Pracują nad płytą już od jakiegoś czasu i możliwe, że nowy krążek w tym roku się nie ukaże, bo terminu wciąż nie podali. Wszystko jest jednak możliwe. Aż boję się pomyśleć, co to będzie, jeśli nowy album zespołu Tool naprawdę będzie miał swoją premierę.







  I to by było na tyle. W moim prywatnym notesie na rok 2010 znalazło się 107 różnych pozycji. Wiele mocnych, wiele słabszych. Mimo wszystko, był to rok bardzo udany. Czas zacząć na poważnie rok 2011 i zbierać materiał na kolejne, przyszłoroczne podsumowanie. Notes otwarty, długopis gotowy, pierwsze tytuły wpisane...