Pokazywanie postów oznaczonych etykietą amon amarth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą amon amarth. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 czerwca 2011

MUZYKA. Miniaturki - część 2 (Amon Amarth, Born of Osiris, The Haunted, Arch Enemy)

  Czas na na mój drugi odcinek z serii „Miniaturki”. Dziś pokrótce omówione zostają zespoły, które wybrałem w sposób dość losowy. Tym razem poddane próbie będą cztery albumy, więc o jeden więcej niż za pierwszym razem. Nie znaczy to jednak, że z każdym następnym tekstem będzie o jeden krążek więcej. Ot, taki zbieg okoliczności:)

Amon Amarth – Surtur Rising

  Muzycy z formacji Amon Amarth wypracowali sobie przez lata niezwykle charakterystyczny styl (jak ja kocham te motywy gitarowe oparte na zjeżdżaniu po pojedynczych progach :D …zawsze jednak dostaniemy do tego „supermelodicsoczystyriff”). „Surtur Rising” to kolejny album, na którym dostaniemy mnóstwo melodii zawartych w dziesięciu numerach.  Tradycyjnie usłyszymy jakiś patetyczny refren, jak i tradycyjnie jakiś fragment nas może zaskoczyć. Muszę przyznać, że Amon Amarth to jeden z tych zespołów, które określam mianem „romantic metalu”, z czego na najnowszym krążku szwedzkich wikingów poziom owego romantyzmu muzycznego jest ciut mniejszy  niż na ostatnich dokonaniach, które otrzymywały u mnie „8”. Stąd tym razem ocena o „połówkę” niższa, gdyż nieco więcej się po „Surtur Rising” spodziewałem. O zawodzie jednak nie ma mowy, bo usłyszymy tutaj naprawdę bardzo dobre kawałki. Czekamy na odpowiedź In Flames…;]

Ocena: 7,5/10

Born of Osiris – The Discovery

  Trzeba przyznać, że mnie zaskoczyli. Grając taki typ muzyki porwać się na album trwający prawie godzinę? Czy oni chcą kogoś wykończyć? Nic w tym rodzaju. Okazuje się bowiem, że BoO mają tyle pomysłów na urozmaicenie swojego deathcore’u, że naprawdę - czapki z głów. Choć ja wielkim fanem gatunku nie jestem, przyznać muszę, że to naprawdę dobra rzecz. Mało tego. Czarny, który siedzi w tym znacznie głębiej niż ja uważa, że w tym roku już żaden podobny zespół tak dobrej płyty nie nagra. I pewnie tak też będzie.




Ocena: 7,5/10

The Haunted – Unseen

  Pamiętam, jak ponad dwa lata temu miałem okres słuchania albumu „reVolver”. Uwielbiałem wtedy potężne „No Compromise”, czy też (zwłaszcza) „99”. Muzyka formacji The Haunted jednak się nieco zmieniła od tego czasu, a na ich nowym LP nie otrzymamy już takiej dawki agresji. Nie znaczy to wcale, że płyta jest zła: inna, lżejsza. Wręcz przeciwnie. To naprawdę równy krążek z dobrymi kawałkami, którego słucha się bardzo przyjemnie. No właśnie. „Przyjemnie” to idealne słowo. Nie ma na „Unseen” jakiegoś szaleństwa. Jest po prostu miło i to dziwne, ale uważam, że ten krążek zasługuje na nieco wyższą ocenę niż ta, którą ja wystawiam. Jest to spowodowane tym, że choć kawałki zawarte na tej płycie mi się podobają, to brakuje w nich tego czegoś, co by mnie zmusiło to częstszego ich powtarzania.

Ocena: 6,5/10

Arch Enemy – Khaos Legions

  Kilka lat temu wpadła mi w ręce płyta „Anthems of Rebellion”. Od samego początku takie numery, jak „Dead Eyes See No Future”, „Exist to Exit”, czy „End of the Line” bardzo mi się spodobały. Wtedy jednak o zespole Arch Enemy nie wiedziałem prawie nic poza samą nazwą i tytułem słuchanych przeze mnie kompozycji. Dopiero jakiś czas potem bardziej zainteresowałem się tą formacją i… wtedy dowiedziałem się, że wokalistą zespołu jest… Angela Gossow, czyli wokalistka. Dziewczyna ma taki głos (growl), że niejeden death metalowy wokalista będzie mógł jej pozazdrościć. Warto dodać, iż Angela to naprawdę ładna dziewczyna (zwłaszcza jak na Niemkę :P). Na „Khaos Legions” wokalistka wciąż świetnie sobie radzi, ale mimo to płyta nie robi jakiegoś oszałamiającego wrażenia. Jest to dawka niezłego, melodyjnego grania, które jednak wpada jednym uchem, a drugim szybko może wylecieć. Można posłuchać, bo jest naprawdę nieźle. Ale nie trzeba.

Ocena: 6/10

niedziela, 13 marca 2011

Wieczory nordyckie (MUZYKA) - Amon Amarth: dyskografia (1996-2008)

  Dzisiejsze spotkanie z okazji „Wieczorów nordyckich” nie będzie należało do typowych. No cóż… Nie mogłem się powstrzymać. Wszystko za sprawą grupy Amon Amarth wywodzącej się ze Szwecji, gdyż o tym kraju dziś właśnie mowa. Już niebawem ukaże się ich nowy krążek – „Surtur Rising”. Z tej okazji miałem w planach opisanie ostatniego dokonania Wikingów – „Twilight of the Thunder God”. Plany się jednak pozmieniały (tak już w życiu bywa) i postanowiłem napisać słowo o każdym albumie, czyli po prostu podsumować pokrótce ich dotychczasową dyskografię.

  Zespół powstał w roku 1992 w miejscowości Tumba. Nie jest to typowa dla szwedzkich melodic death metalowych formacji nazwa miasta. Największa szkoła tego gatunku wywodzi się przecież z Göteborga (At the Gates, In Flames, Dark Tranquillity). Początkowo nazywali się Scum. Amon Amarth to Góra Przeznaczenia (dla fanów Tolkiena wszystko powinno być jasne). Tematyka utworów nawiązuje do mitologii skandynawskiej, stąd prócz melodic death, zespół wkłożymy do szufladki z napisem „viking metal”.

  Moja przygoda z zespołem zaczęła się od wydanego w 1996 roku mini albumu „Sorrow Throughout the Nine Worlds”, więc i od niego zaczynam, choć prawdziwy debiut miejsce miał dopiero dwa lata później. Ta epka to mniej więcej dwadzieścia pięć minut melodic death metalu na całkiem niezłym, jak na początkujący zespół, poziomie. Nie jest to jeszcze Amon Amarth, który zaserwuje nam jakieś gustowne riffy. Usłyszymy jednak pierwsze zalążki tego, co Wikingowie mają w sobie najlepszego – pięknych melodii.




Ocena: 6,5/10

  
 Pierwszy długograj zespołu zostaje wydany w 1998 roku i jest to „Once Sent From the Golden Hall”. Mimo, że nie jest to wciąż największa forma zespołu (na ową przyjdzie jeszcze trochę poczekać), to już na „OSFTGH” możemy momentami usłyszeć Amon Amarth z najwyższej półki. Chodzi przede wszystkim o dwa tytuły, o których w przypadku tej formacji nie wolno nigdy zapomnieć. Będzie to ponad ośmiominutowy, imienny kawałek z pięknym motywem przewodnim i walką na polu bitwy w tle oraz nieco krótszy… „Victorious March”. Tutaj mamy już prawdopodobnie do czynienia z najlepszą kompozycją w historii zespołu. Numer ten cechuje przede wszystkim, to co w AA (fantastyczny skrót) zawsze będzie number one. Mam na myśli smutne melodie. W moim mniemaniu Amon Amarth jest bandem grającym najsmutniejszy i najromantyczniejszy malodic death, jaki kiedykolwiek powstał. 

Ocena: 7/10

  Rok po wydaniu „Once Sent From the Golden Hall” ukazuje się „The Avenger”. Album ten poziomem zbliżony jest do swego poprzednika. Mimo to różni się od niego, a różnica ta jest zasadnicza. Pełnowymiarowy debiut zespołu to krążek dobry, choć nierówny. Dwa kawałki wyjątkowo się wyróżniały. Totalnie inaczej będzie z „The Avenger”, gdzie usłyszmy siedem naprawdę dobrych, równych numerów. Nie znajdziemy tu jednak evergreenów zespołu na poziomie choćby wspomnianego już „Victorious March”. Płyty słucha się jednak naprawdę pozytywnie, a gdybym miał wyróżnić jakąs kompozycję, to zapewne byłby to numer tytułowy. Warto wspomnieć, że na tym albumie perkusistą zespołu nie jest już Martin Lopez, który opuścił AA na rzecz innego szwedzkiego giganta – Opeth.

Ocena: 7/10

  Rok 2001 to wspaniały czas dla światowej muzyki (według mnie, chyba najlepszy) Wtedy światło dzienne ujrzały takie wydawnictwa, jak: Opeth – „Blackwater Park”, Anathema – „A Fine Day To Exit”, Green Carnation – „Light of Day, Day of Darkness”, Rammstein – „Mutter”, System of a Down – „Toxicity”, Gorillaz – „Gorillaz”, Slayer – „God Hates Us All”, czy wreszcie… Tool – „Lateralus”. Nie był to jednak wybitny rok dla szwedzkiego melodeath, a już na pewno nie dla Amon Amarth. Można rzec, iż zespół się nam troszkę „stoczył” wydając album, o którym na pewno nie powiem , że jest krążkiem złym. „The Crusher” to jednak o wiele za mało na ten etap działalności zespołu. Po udanym EP i dwóch dobrych longplay’ach nadszedł czas na krok do przodu. Nic z tego. „The Crusher” może i ma bardzo dobrą okładkę, ale muzycznie przegrywa z poprzednikami. Jest to album niezły. Fakt. Pojawi się na nim kapitalny „Masters of War”, czy „The Eyes of the Horror” (ten drugi i tak jest coverem formacji Possessed), jednak poza niezłymi solówkami album ten się nie wyróżnia, a i momentami może troszkę nudzić.

Ocena: 6/10

  Rok 2002 to wielki przełom w historii zespołu. Od tego albumu aż do dziś zespół Amon Amarth utrzymuje się w wielkiej formie kompozycyjnej. Od pierwszego „Death In Fire” słychać, że na "Versus the World" mamy do czynienia z albumem wielkim. Ryk Johana Hegga na tle pięknie grających gitar tworzy nam bajeczny kontrast – jedyny w swoim rodzaju. Instrumentalia są wprost wyśmienite. O to właśnie chodzi w tej muzyce. Gitary są smutne, przesiąknięte emocjami. Kapitalnie wypadają takie numery, jak „For the Stawbound In Our Backs”, tytułowy, czy „Bloodshed”. Grzechem jednak będzie jeśli nie napiszę, że tak naprawdę każdy tytuł wprawia na tym albumie w zachwyt. I to zakończenie… „…And Soon World Will Cease To Be”. Mój numer „2” roku 2002.

Ocena: 9/10

  Mijają dwa lata od wydania znakomitego „Versus the Worlds”. Rok 2004 przynosi nam na świat „Fate of Norns”. Album jest jeszcze lepszy od swego poprzednika (w co aż ciężko uwierzyć). To najlepsza rzecz wydana przez Amon Amarth. Osiem zwartch numerów zamykających się w czterdziestu minutach muzyki. Czym się charakteryzuje? Kapitalnym otwarciem – to na pewno. „An Ancient Sign of Coming Storm” pokazuje, że zespół po wydaniu mistrzowskiego „VS the World” nie zwalnia tempa. Przepięknie wypada refren kompozycji tytułowej gdzie Hegg drze gardło ile tylko może, a gitara w tym czasie robi po prostu przecudowne tło. Choć moim faworytem będzie tu najdłuższy na płycie „Arson”, nie można nie wspomnieć o najsłynniejszym utworze w historii zespołu. Takim na pewno jest „Pursuit of Vikings”, który zawiera w sobie przede wszystkim… bez wątpienia najgenialniejszy riff w historii gatunku. Rzecz, która wpada do głowy raz na całe życie. Coś niesamowitego. Najlepiej puścić sobie ten kawałek głośno i samemu grać razem z zespołem. Mój numer „3” roku 2004. Choć ich najlepszy krążek, konkurencja w tym roku była większa nawet w ich kraju (Cult of Luna – Salvation).

Ocena: 9/10

  2006 roku to szósty longplay AA – „With Oden On Our Side”. Pamiętam, że kiedy tylko wyszedł, początkowo czułem spore zawody. Pierwszym była bardzo średnia okładka. Potem nienajlepszy otwieracz (wcześniejsze dwa to majstersztyki zespołu). Potem okazało się jednak, iż „Valhall Awaits Me” to najsłabszy track na kolejnej naprawdę dobrej płycie zespołu. „WOOOS” to kolejna mocna pozycja zespołu. Czterdzieści dwie minuty konkretnego grania spod znaku melodic death (oczywiście tego granego przez Amon Amarth, gdyż zespół wypracował swój styl już na tyle, że nie można go pomylić z żadnym innym z owego gatunku). Tym razem prócz świetnego kawałka tytułowego usłyszymy „Hermod’s Ride To Hell – Lokes Treachery Part 1” (part 2 ma się znaleźć na nowym krążku), oraz dwie kompozycje, na które muszę zwrócić szczególną uwagę. Pierwszym będzie „Under the Northern Star” z najromantyczniejszym w historii zespołu motywem gitarowym. Rzecz to do prawdy piękna i wzruszająca. To jednak nic w porównaniu do najsmutniejszego w historii zespołu „Gods of War Arise”. Utwór tak dołujący instrumentalnie, że nadawałby się jako soundtrack do jakiegoś dramatu. Wszystkiego dopełni nam jeszcze wieńczący płytę „Prediction of Warfare” i możemy smiało stwierdzić, że „With Oden On Our Side” to kolejny bardzo dobry album Amon Amarth.

Ocena: 8/10

  Ostatni album Amon Amarth. Oczywiście, jak do tej pory. Już niebawem będzie można zakupić nowy album zespołu – „Surtur Rising”. Szczerze mówiąc nie mam wątpliwości, że będzie to kolejna pozycja na miarę ostatnich dokonań Szwedów. Od 2002 roku AA nie wydało albumu, który oceniam niżej niż „bardzo dobry”, więc w formie są znakomitej. 2008 rok to kolejne tego potwierdzenie. „Twilight of the Thunder God” to rzecz na poziomie swego poprzednika. Świetne otwarcie w postaci kompozycji tytułowej oraz takie numery, jak fenomenalny „Guardians of Asgaard”, Varyags of Miklagaard”, czy serwujący nam wysmakowane, wytrawne melodie – kończący płytę – „Embrace of the Endless Ocean”, to coś, o czym można pisać praktycznie w samych superlatywach. Pozostaje już tylko czekać na „Surtur Rising”.

Ocena: 8/10

  Ostatnimi czasy zdałem sobie sprawę z pewnego faktu. Od dawna słucham melodic death metalu i uważałem, że In Flames to mój osobisty numer „1”. Nic bardziej mylnego. Choć „W płomieniach” to świetny zespół, to jest wiele innych – grających podobnie. Amon Amarth natomiast jest jedyne w swoim rodzaju, co czyni ich według mnie obecnie najlepszą melodic death metalową formacją. Ciekaw jestem jak w tym roku wypadnie ich „Surtur Rising” w konfrontacji z nowym In Flames – „Sounds of a Playground Fading”. Pożyjemy, posłuchamy… 

niedziela, 23 stycznia 2011

MUZYKA - Podsumowanie roku 2010 w oczach Bartka: część 4/4


Największy zawód roku 2010

10.  Gorillaz – Plastic Beach

Nie mogę powiedzieć, że nowy album Gorillaz mi się nie podoba. Jest to płyta niezła, jednak po tak znanym zespole można oczekiwać czegoś więcej. Stąd właśnie najmniejszy z zawodów.









9. Lunatic Soul – Lunatic Soul II

Zdaję sobie sprawę z faktu, iż album ten został przez fanów Mariusza Dudy przyjęty bardzo pozytywnie. Mimo wszystko, mnie osobiście nieco zawiódł, bo choć nie tak zły, jest słabszy od pierwszej części. 
(A spadaj na bambus :D - Adam)








8. Demon Hunter – World Is A Thorn

Kolejny album, który wcale zły nie jest, bo przecież wcale taki być nie musi, aby stał się mimo wszystko pewnego rodzaju zawodem. Jednak, to znacznie słabsze wydawnictwo od poprzednich trzech. (Demon Hunter stać na dużo, dużo więcej! - dop. Adam)









7. Amon Amarth

Zespół ten na przestrzeni ostatnich lat wydawał albumy regularnie co dwa lata, aż nagle coś im się odwidziało. Szkoda, że na nowy krążek viking metalowej kapeli ze Szwecji trzeba będzie czekać rok dłużej niż zwykle.









6. Ozzy Osbourne – Scream

Płyta zaczyna się całkiem nienajgorzej, aby po kilku utworach stanąć praktycznie w miejscu. Niby coś się dzieje, ale wszystko jest zwyczajnie średnie. Przeciętne wydawnictwo.









5. Niemiecki power metal


Słaba postawa Niemców w tym roku była dla mnie kolejnym zawodem. Helloween nagrało niezły album, choć stać ich na więcej. Axel Rudi Pell też się jeszcze jakoś wybroni, ale płyta „To The Metal” formacji Gamma Ray to zdecydowanie rzecz poniżej ich poziomu. Ogólnie żaden niemiecki zespół Power metalowy nie zachwycił. Na szczęście, wyszedł dobry album Accept.





4. Linkin Park – A Thousand Suns

Bardzo słaba rzecz. Nie ma co dużo o tym pisać. Po prostu wzięli się za coś, do czego nie pasują.

(naprawdę nie rozumiem, co macie do tego albumu - Adam)
(jest po prostu marny :P - Marcin)








3. In Flames 

Jak w przypadku Amon Amarth. Tyle, że ten album był ciekawiej się zapowiadającym się szwedzkim wydawnictwem. Mam nadzieję, że odrobią zaległości w 2011 roku, nagrywając naprawdę dobry longplay.









2. Trivium 

Dla mnie osobiście największa z "niepojawionych się" premier roku 2010. Ten album po prostu powinien być wydany, a wciąż nie wiemy, jak się nazywa.








1. Disturbed – Asylum

Muszę przyznać, że w tej kategorii absolutnie zmiażdżyli wszelką konkurencję. Gdyby nie wydali albumu w tym roku, pewnie i tak pojawili by się na tej liście, lecz na niższym miejscu. Postarali się jednak o najwyższe laury. Najsłabszy krążek w historii zespołu, a zarazem najlepsza ich okładka. Gratulacje dla zwycięzcy.








Największe nadzieje na rok 2011

10. Cult Of Luna 

Usprawiedliwia ich audiobook „Eviga Riket”, więc nie można powiedzieć, że nic nie robią. Mam nadzieję, że jednak w tym roku pojawi się następca świetnego „Eternal Kingdom”.









9. Amon Amarth – Surtur Rising

Skoro zrobili sobie trzyletnią, dla odmiany przerwę w wydawaniu płyt, to liczę, że będzie to album na ich najwyższym poziomie.










8. In Flames – Sounds Of A Playground Fading

Czas na kolejny album In Flames i miejmy nadzieję, że pomimo odejścia Jespera Stromblada, zespół problemy ma już za sobą.










7. Dream Theater 

2011 roku to również czas na album grupy Dream Theater, którzy też wydają soje płyty z wielką regularnością. Pozostaje czekać i wierzyć, że doczekamy się godnego poprzedniego albumu następcy. Będzie to najcięższa próba dla chłopaków, ze względu na odejście Mike'a Portnoya, który przodował w komponowaniu poprzednich krążków. Ale może dzięki temu, zmienią w końcu swoje oblicze i nagrają coś świeżego? - Adam









6. Trivium 

Pierwszy raz zrobili sobie trzy lata przerwy między kolejnymi albumami. Mimo wszystko średnią wciąż mają dobrą, i oby równie dobra była kolejna płyta.








5. DevilDriver – Beast

Zdążyłem już poznać singiel z nowego albumu DD. Jest to „Dead To Rights” i zwiastuje on kolejny świetny metalowy krążek Fafary i spółki.










4. Coma

2010 bardzo pracowitym rokiem był, ale czas w końcu zabrać się za najpowazniejszy sprawdzian w historii zespołu. Poprzeczka podniesiona przez „Hipertrofię” została bardzo wysoko. Ale skoro sami sobie, tak ją zawiesili, to muszą być w stanie sprostać oczekiwaniom. Największa płytowa nadzieja na rok 2011 w Polsce – bez dwóch zdań.






3. Airbag

Dosłownie zachwycam się norwegami, od momentu zapoznania się z debiutem w postaci „Identity”. Głęboko wierzę, iż rok 2011 przyniesie nam kolejny piękny album tego zespołu, który będzie jednym z faworytów do czołówki kolejnego podsumowania.








2. Opeth

„Watershed” był moim numerem 1. W roku 2008, więc nie mam wątpliwości, że ten kapitalny band ze Szwecji i tym razem będzie jednym z ważniejszych zespołów tego roku.









1. Tool

Rzecz całkowicie poza klasyfikacją. Płyty wydają tak rzadko, że jest to pewnego rodzaju święto. Pracują nad płytą już od jakiegoś czasu i możliwe, że nowy krążek w tym roku się nie ukaże, bo terminu wciąż nie podali. Wszystko jest jednak możliwe. Aż boję się pomyśleć, co to będzie, jeśli nowy album zespołu Tool naprawdę będzie miał swoją premierę.







  I to by było na tyle. W moim prywatnym notesie na rok 2010 znalazło się 107 różnych pozycji. Wiele mocnych, wiele słabszych. Mimo wszystko, był to rok bardzo udany. Czas zacząć na poważnie rok 2011 i zbierać materiał na kolejne, przyszłoroczne podsumowanie. Notes otwarty, długopis gotowy, pierwsze tytuły wpisane...