Pokazywanie postów oznaczonych etykietą linkin park. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą linkin park. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 stycznia 2011

MUZYKA - Podsumowanie roku 2010 w oczach Marcina: część 1/3

  A więc, jestem ostatni. Ale skoro nie zaczyna się zdania od ''więc'', jak to zawsze powtarza każdy szanujący się nauczyciel polskiego, to muszę się poprawić. Nadszedł czas na moje muzyczne podsumowanie minionego roku. Jak widać, ''trochę'' się z nim ociągałem. Winą za ten fakt obarczam po części swoje lenistwo, a po części lekki brak czasu (również spowodowany lenistwem), ale mam nadzieję, że owa strona bardziej zmobilizuje mnie do działania. Jednak przejdźmy już do konkretów.
  Muzyczny rok 2010 był dla mnie bardzo obfity. Na rynku pojawiło się wiele albumów, na które czekałem, premiery innych ku mojemu rozczarowaniu zostały przesunięte na rok obecny. Skoro mowa tu o podsumowaniu, to pozwolę sobie na chwilę wylecieć z chłodną statystyką. Zanim zabrałem się do stworzenia swojego TOP 20, musiałem najpierw podliczyć wszystkie płyty oraz ep'ki jakie przesłuchałem w minionym roku. Liczba longplayów jakie miałem okazję wziąć ''na ząb'' wyniosła 268, zaś liczba ep'ek to 92. Kiedy to  zsumujemy, wychodzi na to, że statystycznie musiałem posłuchać przynajmniej (prawie) 1 płyty dziennie. Oczywiście, ogromna część z nich po prostu przeleciała mi pomiędzy uszami, jednak bez bicia mogę napisać, że skupiłem się przynajmniej na 1/6 z całości. Jak więc mówiłem, było obficie. Jednak zanim podzielę się z Wami moją najlepszą dwudziestką, chciałbym zacząć od albumów, które przysporzyły mi trochę nerwów i smutku, więc mowa tu o największych 8 rozczarowaniach minionego roku:


8. All That Remains - For We Are Many 

  Nie jest to album słaby. Mógłbym nawet pokusić się o stwierdzenie, że wypadł całkiem nieźle. Jednak nie tego oczekiwałem po panu Labonte i spółce. Po marnym ''Overcome'' sprzed dwóch lat liczyłem na album, który choć w połowie dorówna genialnemu ''The Fall of Ideals''. Nie doczekałem się, więc najnowsze dziecko All That Remains otwiera moją listę albumów, które zawiodły.






7. Ill Nino - Dead New World

  Tutaj sytuacja jest podobna. Miałem nadzieję, że najnowsze dokonanie owego amerykańskiego zespołu z brazylijskimi korzeniami zatrze moje nie najlepsze wrażenie po ich ostatnim albumie. A skoro szału nie było, to Ill Nino ląduje na miejscu siódmym, choć Dead New World również nie jest złym albumem.







6. Sabaton - Coat of Arms

   Mówiąc szczerze, fanem power metalu nigdy nie byłem i oprócz kilku zespołów które znam, owy gatunek muzyczny nie jest i raczej nigdy nie będzie moim konikiem. Jednak poprzednie wydawnictwo tego szwedzkiego zespołu o jakże pięknym dla mnie tytule ''The Art of War'' wywarło na mnie piorunujące wrażenie. I to nie (tylko) z powodu reklamującego Polskę ''40:1''. Miałem nadzieję, że Sabaton stanie na wysokości zadania i nagra godnego następcę Sztuki Wojowania, jednak Coat of Arms to herb co najwyżej przeciętności i mimo kolejnego ukłonu w stronę Polaków w postaci ''Uprising'', płyta w moich oczach po prostu zawiodła, choć może nie na całej linii frontu.


 5. Nonpoint - Miracle

  W obozie Nonpoint jest źle. Zespół, który korzeniami pochodzi aż z egzotycznego Portoryko zwyczajnie stracił na siebie pomysł. Nie dość, że na ich najnowszą płytę trzeba było czekać aż 3 długie lata, to jeszcze ich poprzedni longplay nie pozostawił po sobie pozytywnego wrażenia. Co gorsza, panowie chyba nie spożytkowali tego czasu zbyt dobrze, o czym świadczy właśnie ''Miracle''. Brzydko mówiąc - album na odwal.






4. Linkin Park - A Thousand Suns

  Były gigant nu metalu był moim ulubionym zespołem przez ponad 4 lata. I choć byłem wtedy mały, to jednak jakiś sentyment do nich mi pozostał. Może nie był to album, na który czekałem z wypiekami na twarzy, jednak zamierzałem zobaczyć,a raczej posłuchać, jaką odpowiedź Linkini przygotowali na swój poprzedni album, który został przyjęty bardzo różnie, jednak z reguły negatywnie. Ich najnowsze dokonanie w postaci Tysiąca Słońc lekko mnie zszokowało. Zespół kompletnie odciął się od swoich dawnych dokonań. Niestety nie należę do osób, które ''łyknęły'' ich nowy styl, dlatego chłopakom z czystym sumieniem należy się miejsce czwarte.


3. Disturbed - Asylum

  Disturbed znam od lat, choć szczerze mówiąc nie przyglądałem się ich postępom muzycznym od roku 2005, dlatego ''Asylum'' nie jest moim największym zawodem, choć na spokojnie mógłby nim być, gdybym tylko poświęcił amerykanom trochę więcej uwagi. Szkoda pisać o tej płycie coś więcej, skoro chłopaki w swoich recenzjach znakomicie wyłuszczyli jej wady. A jest ich całkiem pokaźna liczba, więc Disturbed hucznie otwiera podium.





2. Godsmack - The Oracle

  Sporo osób chyba zgodzi się ze moim stwierdzeniem, że Godsmack najlepsze lata ma już za sobą. ''Awake'' czy Faceless'' to płyty, które są już w pewien sposób kultowe, jednak sama ich renoma jak widać nie wystarczy aby utrzymać dobrą formę. Nowy album Godsmack nagrywał aż 4 lata, więc naprawdę można było ostrzyć sobie na niego ząbki. Niestety, co smutne, zupełnie niepotrzebnie. Panowie po prostu zwyczajnie się wypalili na wolnym ogniu. Gdzie się podział polot z ''Awake'' czy chwytliwe refreny z ''Faceless''? Moje gorzkie miejsce drugie.



1. Haste the Day - Attack of the Wolf King

  Na Atak Króla Wilków czekałem całe dwa lata. Po słabszym ''Dreamer'' apetyt na ich nowe wydawnictwo miałem dosłownie wilczy. Dobry singiel sprawił, że aż ślinka mi pociekła. Jednak kiedy spodziewany Atak już nadszedł, to spełnił swoje zadanie. Zniszczył moje jakiekolwiek dobre wrażenie o tej płycie. Boli to tym bardziej, że miał być to murowany kandydat do mojego TOP 20. Attack of the Wolf King to kolokwialnie mówiąc po prostu padaka. Jedyne, co mi się podoba, to mina owcy z okładki, która do złudzenia przypomina moją po zakończeniu pierwszego odsłuchu owego albumu. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zespół w tym roku kończy swoją działalność.

niedziela, 23 stycznia 2011

MUZYKA - Podsumowanie roku 2010 w oczach Bartka: część 4/4


Największy zawód roku 2010

10.  Gorillaz – Plastic Beach

Nie mogę powiedzieć, że nowy album Gorillaz mi się nie podoba. Jest to płyta niezła, jednak po tak znanym zespole można oczekiwać czegoś więcej. Stąd właśnie najmniejszy z zawodów.









9. Lunatic Soul – Lunatic Soul II

Zdaję sobie sprawę z faktu, iż album ten został przez fanów Mariusza Dudy przyjęty bardzo pozytywnie. Mimo wszystko, mnie osobiście nieco zawiódł, bo choć nie tak zły, jest słabszy od pierwszej części. 
(A spadaj na bambus :D - Adam)








8. Demon Hunter – World Is A Thorn

Kolejny album, który wcale zły nie jest, bo przecież wcale taki być nie musi, aby stał się mimo wszystko pewnego rodzaju zawodem. Jednak, to znacznie słabsze wydawnictwo od poprzednich trzech. (Demon Hunter stać na dużo, dużo więcej! - dop. Adam)









7. Amon Amarth

Zespół ten na przestrzeni ostatnich lat wydawał albumy regularnie co dwa lata, aż nagle coś im się odwidziało. Szkoda, że na nowy krążek viking metalowej kapeli ze Szwecji trzeba będzie czekać rok dłużej niż zwykle.









6. Ozzy Osbourne – Scream

Płyta zaczyna się całkiem nienajgorzej, aby po kilku utworach stanąć praktycznie w miejscu. Niby coś się dzieje, ale wszystko jest zwyczajnie średnie. Przeciętne wydawnictwo.









5. Niemiecki power metal


Słaba postawa Niemców w tym roku była dla mnie kolejnym zawodem. Helloween nagrało niezły album, choć stać ich na więcej. Axel Rudi Pell też się jeszcze jakoś wybroni, ale płyta „To The Metal” formacji Gamma Ray to zdecydowanie rzecz poniżej ich poziomu. Ogólnie żaden niemiecki zespół Power metalowy nie zachwycił. Na szczęście, wyszedł dobry album Accept.





4. Linkin Park – A Thousand Suns

Bardzo słaba rzecz. Nie ma co dużo o tym pisać. Po prostu wzięli się za coś, do czego nie pasują.

(naprawdę nie rozumiem, co macie do tego albumu - Adam)
(jest po prostu marny :P - Marcin)








3. In Flames 

Jak w przypadku Amon Amarth. Tyle, że ten album był ciekawiej się zapowiadającym się szwedzkim wydawnictwem. Mam nadzieję, że odrobią zaległości w 2011 roku, nagrywając naprawdę dobry longplay.









2. Trivium 

Dla mnie osobiście największa z "niepojawionych się" premier roku 2010. Ten album po prostu powinien być wydany, a wciąż nie wiemy, jak się nazywa.








1. Disturbed – Asylum

Muszę przyznać, że w tej kategorii absolutnie zmiażdżyli wszelką konkurencję. Gdyby nie wydali albumu w tym roku, pewnie i tak pojawili by się na tej liście, lecz na niższym miejscu. Postarali się jednak o najwyższe laury. Najsłabszy krążek w historii zespołu, a zarazem najlepsza ich okładka. Gratulacje dla zwycięzcy.








Największe nadzieje na rok 2011

10. Cult Of Luna 

Usprawiedliwia ich audiobook „Eviga Riket”, więc nie można powiedzieć, że nic nie robią. Mam nadzieję, że jednak w tym roku pojawi się następca świetnego „Eternal Kingdom”.









9. Amon Amarth – Surtur Rising

Skoro zrobili sobie trzyletnią, dla odmiany przerwę w wydawaniu płyt, to liczę, że będzie to album na ich najwyższym poziomie.










8. In Flames – Sounds Of A Playground Fading

Czas na kolejny album In Flames i miejmy nadzieję, że pomimo odejścia Jespera Stromblada, zespół problemy ma już za sobą.










7. Dream Theater 

2011 roku to również czas na album grupy Dream Theater, którzy też wydają soje płyty z wielką regularnością. Pozostaje czekać i wierzyć, że doczekamy się godnego poprzedniego albumu następcy. Będzie to najcięższa próba dla chłopaków, ze względu na odejście Mike'a Portnoya, który przodował w komponowaniu poprzednich krążków. Ale może dzięki temu, zmienią w końcu swoje oblicze i nagrają coś świeżego? - Adam









6. Trivium 

Pierwszy raz zrobili sobie trzy lata przerwy między kolejnymi albumami. Mimo wszystko średnią wciąż mają dobrą, i oby równie dobra była kolejna płyta.








5. DevilDriver – Beast

Zdążyłem już poznać singiel z nowego albumu DD. Jest to „Dead To Rights” i zwiastuje on kolejny świetny metalowy krążek Fafary i spółki.










4. Coma

2010 bardzo pracowitym rokiem był, ale czas w końcu zabrać się za najpowazniejszy sprawdzian w historii zespołu. Poprzeczka podniesiona przez „Hipertrofię” została bardzo wysoko. Ale skoro sami sobie, tak ją zawiesili, to muszą być w stanie sprostać oczekiwaniom. Największa płytowa nadzieja na rok 2011 w Polsce – bez dwóch zdań.






3. Airbag

Dosłownie zachwycam się norwegami, od momentu zapoznania się z debiutem w postaci „Identity”. Głęboko wierzę, iż rok 2011 przyniesie nam kolejny piękny album tego zespołu, który będzie jednym z faworytów do czołówki kolejnego podsumowania.








2. Opeth

„Watershed” był moim numerem 1. W roku 2008, więc nie mam wątpliwości, że ten kapitalny band ze Szwecji i tym razem będzie jednym z ważniejszych zespołów tego roku.









1. Tool

Rzecz całkowicie poza klasyfikacją. Płyty wydają tak rzadko, że jest to pewnego rodzaju święto. Pracują nad płytą już od jakiegoś czasu i możliwe, że nowy krążek w tym roku się nie ukaże, bo terminu wciąż nie podali. Wszystko jest jednak możliwe. Aż boję się pomyśleć, co to będzie, jeśli nowy album zespołu Tool naprawdę będzie miał swoją premierę.







  I to by było na tyle. W moim prywatnym notesie na rok 2010 znalazło się 107 różnych pozycji. Wiele mocnych, wiele słabszych. Mimo wszystko, był to rok bardzo udany. Czas zacząć na poważnie rok 2011 i zbierać materiał na kolejne, przyszłoroczne podsumowanie. Notes otwarty, długopis gotowy, pierwsze tytuły wpisane... 

środa, 29 grudnia 2010

MUZYKA - Najlepsze albumy roku 2010, część I (pozycje 12-7)

  Przyszedł czas podsumować wszystkie albumy, które miałem przyjemność w tym roku posłuchać i wybrać te, które w mojej opinii, powinien chociaż pobieżnie przesłuchać każdy fan muzyki art rockowej. Proszę pamiętać, że (pomimo wielu nadnaturalnych zdolności) jestem tylko człowiekiem i wielu, wielu ciekawych albumów nie dane mi było przesłuchać, a jeżeli kolejność poniższych płyt wywołuje u Ciebie oburzenie, prawdopodobnie mamy inny gust, duuh.
Skoro wszystko już jasne, ruszamy! Dzisiaj poznamy pierwsze sześć pozycji, jutro pojawi się ostateczne Top Six 2010.

12. Pure Reason Revolution - Hammer and Anvil

  Owszem, było w tym roku kilka pozycji, które mogłyby przewyższyć Pure Reason Revolution i pojawić się na dwunastej pozycji, ale to właśnie ten zespół zasługuje na wyróżnienie. Powody są dwa: podnieśli się z dołka, w który niekwestionowanie wpadli rok temu, wypuszczając diabelskie "Amor Vincit Omnia". Po drugie zaś, "Hammer and Anvil" to arcyszalona jazda bez trzymanki, łącząca elementy klasycznego prog rocka z industrialnym metalem, disco, a nawet  techno. PRR godnie zaczęło reprezentować gatunek new prog - rodzące się dziecko muzyki gitarowej, w którym łamie się wszystkie zasady i tworzy niespotykane dotąd fuzje. Posłuchaj ściany dźwięku w "Open Insurrection", miażdżącego riffu "Last Man, Last Round" i niech Twoje kapcie spadną z wrażenia pod łamiącym szyby beatem "Blitzkrieg". Pokochaj lub znienawidź. Anyway, czekam na więcej!


11. God Is an Astronaut - Age of the Fifth Sun

  Ten album pomógł mi (jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi) w wielu ciężkich momentach. Zwłaszcza kiedy potrzebowałem natchnienia, energii, czy skupienia. Instrumentalne pejzaże stworzone przez Irlandckich magów na tym albumie nie różnią się zbytnio od poprzednich, to fakt, ale dla mnie, każdy ich krążek ma w sobie coś wyjątkowego. "Age of the Fifth Sun" pozwala przenieść się w świat z jego okładki - tajemniczych szczytów górskich, skąpanych w promieniach zachodzącego słońca. Jeżeli jesteś entuzjastą post rocka i malowania obrazów gitarom, powinieneś zainteresować się tym albumem. A dodatkowo polecam też płytkę maturzystom i studentom. Tylko przy nim potrafiłem przygotować się do prezentacji z polskiego i kolokwiów z łaciny! :D


10. The Pineapple Thief - Someone Here Is Missing

  Kolejny, przedostatni w naszym zestawieniu, przykład gorącego romansu muzyki gitarowej z elektroniką. The Pineapple Thief poszło jednak śladami Muse, więc wszystkie te elektroniczne wstawki i smaczki świetnie współgrają z ich muzyką, tworząc coś na wzór "elektronicznej" Anathemy lub Porcupine Tree. Ekipa Bruce'a Soorda już przy okazji "Tightly Unwound" wyrwała się spod wstydliwej etykietki "Porcupine Tree 2" (którą sami sobie pomogli dokleić, nazywając się tak, a nie inaczej), ale dopiero teraz udowadnia, że nie można ich ignorować. "Someone Here Is Missing" zrywa z długimi, progrockowymi utworami i dostarcza dziewięć ciekawych, różnorodnych kawałków. Płyta nie stanowi absolutnego "musisz spróbować", ale wynagradza ciekawość z nawiązką.


9. Linkin Park - A Thousand Suns

  Zbierze mi się za to, ale trudno. Linkin Park, taak. Zespół stricte komercyjny i młodzieżowy, ale ich najnowsze dzieło - "A Thousand Suns" - to równie szalona i bezkompromisowa jazda, co "Hammer and Anvil". Dojrzały, różnorodny, elektroniczny do bólu zębów album. Słucham go od premiery regularnie kilka razy w miesiącu i do dziś wydaje mi się zaskakujący i świeży. Dlatego właśnie, z nieukrywaną satysfakcją, umieszczam go w zestawieniu najlepszych albumów roku. Jeżeli jeszcze nie znasz najnowszego dzieła Amerykanów, musisz to jak najszybciej nadrobić. Tylko upewnij się najpierw, że masz wystarczająco otwarty umysł, aby potrafić go docenić. Po raz kolejny, pokochaj lub znienawidź. Niezależnie od wyniku, spróbować warto.


8. Gazpacho - Missa Atropos

  Gazpacho po raz kolejny skacze bardzo wysoko, jednak tym razem, nie strąca poprzeczki, którą sama sobie powiesiła na pełnej ocenie 10 rok temu, wydając "Tick Tock". Co nie znaczy, że "Missa Atropos" to album słaby, o nie! Jest dłuższy, mniej przystępny, bardziej rozmazany klawiszowymi pejzażami, pełny instrumentalnych przejść i genialnego nastroju. Po raz kolejny mówi się nam o samotności, jednak tym razem, bohater znajduje się w tym stanie z własnego wyboru, zamykając się w odizolowanej latarni morskiej. Jego celem jest stworzenie idealnej pieśni pochwalnej jednej z trzech sióstr przeznaczenia, tytułowej Atropos. To ona przecina nici naszego życia w jego ostatnich chwilach. Piękny album, choć powtarzam go rzadko, stąd "zaledwie" ósma pozycja. (Moja okładka roku!)


7. Avenged Sevenfold - Nightmare

  Na miejscu siódmym, najnowsze dziecko uboższego o jedną osobę (zmarłego w 2009 roku perkusistę zespołu - Jimmy'ego Sullivana) Avenged Sevenfold. I tak wysoką pozycję zawdzięcza nie tylko sentymentalnym wspomnieniom (grupa ta bowiem na dobre wprowadziła mnie w świat muzyki rockowej), ale przede wszystkim wielkiej dawce emocji ukrytej w jedenastu kompozycjach. A7X to obecnie jeden z pionierów amerykańskiego metalu, co potwierdza ogromna baza fanów i kilka platyn na koncie. Dziwi mnie to w świetle wysmakowanego i pełnego wzruszeń "Nightmare" - nie sądziłem, że podobny album mógłby zdobyć szczyt Billboardu. A jednak. W utworze "Fiction" usłyszymy wokal Jimmy'ego, zarejestrowany tuż przed jego zgonem i ten moment można zaliczyć do najbardziej magicznych przeżyć muzycznych. Ale dla wielu o jego mocy stanowić będzie ryjąca beret pierwsza część albumu, gdzie riffy i melodie dosłownie gniotą jaja ;)



  To tyle na dzisiaj. Przed nami wciąż sześć pozycji, które - przypominam - przedstawię jutro (Teleportacja!). Jak na razie, jest kilka zaskoczeń, jak i całkowity brak Stevena Wilsona! Nester, jesteś w szoku? :D

poniedziałek, 1 listopada 2010

MUZYKA - Linkin Park: A Thousands Suns (2010)

1. The Requiem (2:01)
2. The Radiance (0:57)
3. Burning In the Skies (4:13)
4. Empty Spaces (0:18)
5. When They Come For Me (4:55)
6. Robot Boy (4:29)
7. Jornada Del Muerto (1:34)
8. Waiting For the End (3:51)
9. Blackout (4:39)
10. Wretches And Kings (4:15)
11. Wisdom, Justice, And Love (1:38)
12. Iridescent (4:56)
13. Fallout (1:23)
14. The Catalyst (5:39)
15. The Messenger (3:01)

Całkowity czas: 47:56

Spotkania z przeszłością, część II
  
  Nieco starsi Czytelnicy uśmieją się teraz do rozpuku, ale Linkin Park był dla mnie i moich rówieśników czymś przełomowym. Pierwszym poważnym krokiem postawionym na świeżej jeszcze muzycznej drodze poznania. Wszystko przed, wliczając tak wstydliwy dla naszego kraju (na szczęście, zakończony definitywnym zgonem) boom disco polo, nagle straciło znaczenie. Dla nas, pierwszych pokoleń niezakrytej żelazną kurtyną Polski, Linkin Park, jakkolwiek - ironicznie czy poważnie - do niego obecnie podchodzimy, będzie miał wartość sentymentalną. Pech chciał, że po albumie "Meteora" mieliśmy cztery lata na poznanie niemałego zakamarka Muzyki i wydaną wówczas "Minutes to Midnight" spuściliśmy z wodą w klozecie. I teraz, prawie dziesięć lat później, gdy nasze drogi dawno już się rozeszły, Linkin Park nagrywa nowy krążek. Po raz drugi więc rozprawię się z moimi młodzieńczymi idolami i już na starcie przygotujcie się na...

   Szok. Zespół, który zasłynął połączeniem agresywnej, numetalowej jazdy z rapowanymi wstawkami, zakochał się w syntezatorze, gitary utopił w oceanie przesterów i efektów, a perkusistę wysłał chyba na dłuższy urlop. "A Thousands Suns" to bez wątpienia zaskoczenie roku, nawet dla mnie - osoby, która Linkin Park już nie słucha. Chłopaki podjęli równie ryzykowną decyzję, co Pure Reason Revolution przy okazji wydania "Amor Vincit Omnia".

   Przed premierą najnowszego dziecka Amerykanów, miałem okazję usłyszeć reprezentujący album "The Catalyst". Posłuchałem i szybko podsumowałem słowami "sprzedali się". Jednak, singiel spełnił swój cel i zasadził we mnie ziarno ciekawości, które wykiełkowało całkiem szybko i płyta, trafiła do odtwarzacza. Trzy kwadransy później popadłem w konsternację. Niektórzy recenzenci już w tym momencie przelaliby tę konsternację na papier i zamknęli za sobą przygodę z nowym wcieleniem Linkin Park. Niestety, w głębi swego prostego serducha czułem (a musisz wiedzieć, drogi Czytelniku, że dla osoby zajmującej się muzyką, to najbardziej męczący i - paradoksalnie - intrygujący impuls), iż natrafiłem na płytę, która wymaga odrobinę wysiłku. W efekcie, płyta raz za razem doprowadzała do wrzenia moich sąsiadów i po pewnym czasie, uderzyła również we mnie, i to podwójną siłą. Ze zdumieniem odkryłem, że pozornie wycelowane w radiowe listy przebojów i elektroniczne do bólu zębów "A Thousands Suns" jest tak naprawdę dojrzałym, ambitnym albumem.

  Piętnaście kompozycji, z czego tylko dziewięć to utwory z krwi i kości. Pozostałe służą zagęszczeniu nastroju lub niezauważalnemu przejściu między kawałkami. Album zyskuje dzięki temu uczucie spójności i w żadnym wypadku nie przynudza. Wspomniałem o nastroju, bo i owszem, jest on (jak na omawiany zespół) niesamowity. Pojawiający się już w pierwszym na płycie "The Requiem" refren "The Catalyst" przyprawia słuchacza o ciarki a przejście pomiędzy "Wisdom, Justice, And Love" i "Iridescent" wprowadza go w nieopisywalny niepokój. Smutek jest uczuciem rządzącym "A Thousands Suns", przerywanym jedynie momentami, przez nostalgiczno - pozytywne ballady ("The Messenger", "Burning In the Skies") i agresywne "When They Come For Me" (ach, te werble!), wykrzyczane "Blackout" i jedyny moment na płycie, który pocieszy zrozpaczonych fanów pierwszych dwóch albumów Linkin Park - "Wretches and Kings". Krótko - krążek jest bardzo przemyślany i kompozycje po kilku przesłuchaniach łączą się w skończoną całość.

  Instrumentarium "A Thousands Suns" przyprawi fanów o zawał serca. Bo czy spodziewali się oni delikatnej linii basu i komputerowego beatu ("Burning In the Skies"), triphopowej elektroniki ("When They Come For Me"), syntezowanych smyków ("Robot Boy"), chórków ("Iridescent"), komputerowo obrobionych wokali ("The Requiem", "Fallout"), czy wreszcie ballady na akustyka i pianino ("The Messenger")? Nie, nie, i jeszcze raz nie. Stąd rozstrzelone po całej skali ocen przyjęcia w prasie i sieci.

  Jeżeli podobały Ci się pierwsze albumy Linkin Park, zastanów się dwa razy przed zakupem tej płyty. Jeżeli zaś lubujesz się w rzeczach nietypowych, doceniasz muzykę takiego na przykład Archive i nie straszne Ci są elektroniczne eksperymenty, możesz śmiało zainteresować się "A Thousands Suns". Dla mnie to ogromnie pozytywne zaskoczenie i dowód na to, że nawet tak ironicznie traktowana przeze mnie Gimnazjalna Miłość może po tylu latach zaskoczyć rozkochanego w artystycznej muzyce zrzędę. Postawić nowe Linki Park na półce, którą w ogromnej części zajmuje przecież progresywny rock? Żaden wstyd.

Ocena: 8/10 (czasami nawet mam ochotę wystawić 8,5)