Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marcin czarnecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marcin czarnecki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 października 2011

MUZYKA - Rise to Remain - City of Vultures [2011]

1. Intro 0:51
2. The Serpent 3:36
3. This Day Is Mine 3:19
4. City Of Vultures 4:59
5. Talking In Whispers 4:07
6. God Can Bleed 3:46
7. Power Through Fear 3:51
8. Nothing Left 3:05
9. We Will Last Forever 4:14
10. Illusions 4:07
11. Roads 4:18
12. Bridges Will Burn 5:08
 
Całkowity czas: 45:21

   Po dłuższej nieobecności postanowiłem zrecenzować debiutancki album Brytyjczyków z Rise to Remain noszący nazwę ''City of Vultures'', który znam już niemal na pamięć. Co jednak wyróżnia RtR na tle pozostałych debiutujących zespołów tego typu? Na pewno nie muzyka - przecież każdy lepiej lub gorzej może grać melodyjny metalcore. Mianowicie, chodzi o to, że wokalista i frontman zespołu Austin Dickinson, jest synem legendarnego już w świecie metalowym Bruce'a, który już niemal od 3 dekad przewodzi Żelaznej Dziewicy. Można więc pomyśleć, że chłopak na wejściu ma fory z powodu tatusia. A może jest właśnie na odwrót i od zespołu oczekuje się czegoś ekstra, skoro frontman ma ojca takiego kalibru? Dziś, już ponad miesiąc po premierze longplay'a, można się tylko zastanawiać, czy ''Miasto Sępów'', choć jego premiera nie była nie wiadomo jak ważna, dołożyło swoje ''3 grosze'' wkładu w rozwój gatunku i na ile były one poważne. Od razu we wstępie uchylę rąbka tajemnicy i napiszę tylko, że owe drobniaki na pewno włożyło, a skalę ich powagi określić już musimy sami.

   Zanim skupię się na zawartości ''CoV'', mam krótki komunikat do osób, które spodziewają się, że płyta soczyście ''urywa tyłek'' pod względem mocy - otóż nie doświadczycie tego moi drodzy. Zamiast tego dostaniecie masę świetnych melodii, niesamowitych refrenów i całkiem pokaźną ilość dobrych riffów. Zacznę może od intra, które jest zupełnie niepotrzebne i nieudane - dźwięki hałasującego miasta, które z wolna zamieniają się w melodię - szkoda na nie czasu, lepiej od razu przejść do konkretów. A takie dostajemy od razu - ''The Serpent'', to jeden z tych przebłysków z ''mocą''. Zadziorny początek, po którym władzę przejmuje już trochę spokojniejsze przejście do refrenu, no i sam chorus - lekkość i chwytliwość, bez żadnych zastrzeżeń. I tak w zasadzie jest przez cały kawałek, z wyjątkiem przejścia, ale to nic złego. Utwór jest po prostu świetny. Służy też jako dobry przykład wokali Austina - dość ciekawego growlu, jak i lżejszych, miejscami wręcz post-hardcore'owych wokali. Tu też nie zauważam zgrzytów - słucha się tego naprawdę przyjemnie. ''The Day Is Mine'' idealnie nadaje się na singiel. Lekki, przyjemny, z radiowym refrenem i niemęczącą solówką. Kolejna mocna pozycja na krążku. Po nim natrafimy na kawałek tytułowy. I tu przychodzi nieznaczny zawód - owszem, jest dość ciekawie, miły refren, choć niespecjalnie zapadający w pamięć i dobry riff, ale jako utwór tytułowy pozostawia ogólny niedosyt. Wielki plus za przejście z solówką - naprawdę udany zabieg. Następny ''Talking In Whispers'' z powodzeniem moglibyśmy puszczać na każdej imprezie, gdzie nie znajdziemy ludzi, którzy choć trochę boją się muzyki gitarowej. Od początku do końca lekki, z niesamowicie ładnym refrenem i udaną solówką - kolejny kandydat na singla. Przyszła kolej na mojego ulubieńca, którym jest ''God Can Bleed''. Ten kawałek powinien być podręcznikowym przykładem dla innych zespołów jak stworzyć płytowego ''killera''. Moc wpisana w genialny, choć typowy riff, refren który masz ochotę puścić paręnaście razy z rzędu i świetna solówka z tej wyższej półki - brawa dla gitarzystów (ogólnie za linię melodyczną utworu). Coś niesamowitego, chylę czoła. Tym sposobem jesteśmy już na półmetku płyty, ale to nie znaczy, że druga połowa będzie gorsza, trzyma praktycznie ten sam poziom, co można zauważyć już od kawałka który ją rozpoczyna - ''Power Through Fear''. Jest dosyć mroczniejszy od innych, jednak wcale nie gorszy o czym przekonamy się dzięki dobrej linii melodycznej oraz tradycyjnie udanej solówce i refrenie. Kolejny to najkrótszy na płycie singiel promujący ''Miasto Sępów'', czyli ''Nothing Left''. Kolejny przykład tego, że panowie wiedzą jak tworzyć zapadające w pamięć melodie, solówki i refreny. Ten z ''Nothing Left'' podśpiewywałem chyba przez cały tydzień. ''We Will Last Forever'' przywodzi na myśl stare pop-punkowe hity z refrenami ociekającymi młodzieńczym patosem. I tak właśnie jest, ale to nic złego. Na uwagę zasługuje szczególnie końcówka utworu - jest naprawdę bardzo ładna. Kolejny ''Illusions'', choć miły dla ucha, niczym się nie wyróżnia. Nie jest złym utworem, ale jakoś często do niego nie wracam. Przyszła kolej na jedyną balladę na ''CoV'', czyli ''Roads'', która muszę przyznać wypadła bardzo dobrze. Spokojniesza, z przejmującym refrenem i nezgorszym tesktem, ciekawie odstaje od reszty utworów. Tym sposobem doszliśmy do zamykacza płyty, znanego już z wcześniejszej EP'ki zespołu, a mowa tu o ''Bridges Will Burn''. Moim zdaniem jest w ogóle niepotrzebny. Nie o to chodzi, że mi się nie podoba, jest całkiem dobry, ale skoro pojawił się już na EP'ce to nie rozumiem czemu wsadzać go jeszcze na płytę. Może w charakterze zapychacza - w końcu jest najdłuższy na płycie, bo trwa lekko ponad 5 minut. Przecież ładniej wygląda, jeśli płyta trwa 45, a nie tylko 40 minut, jak większość w swoim gatunku. A może nie o to chodzi? Może panowie tak lubią ten kawałek, że bez niego by się nie obeszli tworząc ''Miasto Sępów''? Tak czy inaczej - dla mnie jest zupełnie niepotrzebny.

   Cóż mogę napisać w podsumowaniu, żeby już nie przedłużać? Może polecę starą śpiewką. Myślę, że debiut Rise to Remain to rzecz naprawdę godna uwagi i pozycja obowiązkowa dla fanów tego typu muzyki. Jeśli jeszcze nie miałeś okazji usłyszeć ''City of Vultures'' lub po prostu nie chciałeś tego robić, koniecznie musisz to zmienić, chociażby po to, żeby samemu wyrobić sobie opinię o muzyce stworzonej przez tych obiecujących debiutantów. Sądzę iż ich ''3 gorsze'' ze wstepu na pewno wniosły lekki powiew świeżości, który odkurzył zakurzoną półkę z napisem ''melodyjny metalcore'' i wróżę chłopakom dość spory sukces, niecierpliwie oczekując ich kolejnych dokonań. Polecam potrójnie!

Moja ocena : 8,5/10

piątek, 16 września 2011

MUZYKA - The Artifact: Eternal Dreams and What Could Be (2011)

01. Awakening (0:38)
02. Regeneration (3:42)
03. Coalesence (4:03)
04. Requiem (5:36)
05. Visualize (0:55)
06. Grayscale (Pt.1) (0:55)
07. Color (Pt.2) (2:35)
08. Triumph (4:21)
09. Conception (1:17)
10. Severance (3:06)
11. Manifest (4:18)
12. Dreamer (3:41)

Całkowity czas : 35:00

   Dzisiaj postanowiłem na chwilę zatrzymać się przy debiutanckim albumie formacji The Artifact. Panowie pochodzą z Phoenix w stanie Arizona i grają dopiero od anno domini 2010 (zespół stworzony z dwóch wcześniejszych). Z ich debiutem ‘’The Eternal Dreams and What Could Be’’ miałem już styczność kilka razy, więc pomyślałem że mogę pokusić się na krótką ocenę ich twórczości. Nazwa zespołu nieodparcie kojarząca mi się z  serią gier Heroes of Might and Magic, ciekawa okładka płyty, twórczość zespołu ‘’tagowana’’ jako melodyczny metalcore – cóż z tego może wyniknąć? Sam nie wiem. Zatem przekonajmy się o tym.
  
   Od pierwszych dźwięków słychać, że panowie z The Artifact robią w muzyce dopiero pierwsze kroki, w żadnym wypadku nie jest to dla mnie minus, w końcu od czegoś trzeba zacząć, prawda? Od progu wita nas instrumentalny ‘’Awakening’’, czyli tradycyjny ‘’musi-coś-być-przed-pierwszym-kawałkiem’’. Swoją drogą na ‘’EDaWCB’’ znajdziemy aż cztery takie kawałki, z których zdecydowanie najlepiej wypada nawiązujący do tytułu ‘’Dreamer’’, który zamyka krążek. Jest klimat, jest dobrze. Przejdźmy jednak do kawałków, gdzie zespół musiał wykrzesać coś ze swoich umiejętności. Na wstępie trzeba wziąć na prześwietlenie wokal. Cóż można tu rzec? Jest niezły, mimo że powtarzalny. Można się przyczepić do tego, że ciężko mu się przebić przez całe instrumentarium zespołu – czasem jest zwyczajnie zagłuszany przez jakiś riff. Mowa tu o growlu oczywiście. Jeśli zaś chodzi o partie czyste, którymi okraszony jest każdy refren – tu nie mam zastrzeżeń. Uszy chłoną go z miła chęcią, niektóre refreny aż ma się ochotę puszczać w kółko przez dobre dziesięć minut (‘’Color Pt. 2’’, ‘’Triumph’’ czy ‘’Manifest’’). A jak prezentuje się strona instrumentalna albumu? Przyzwoicie, naprawdę przyzwoicie. Są mocne (choć typowe) riffy (‘’Regeneration’’ czy ‘’Severance’’), jest szaleńcze tempo (‘’Color Pt. 2’’, ‘’Regeneration’’), jest trochę elektroniki i ciekawych klawiszy (‘’Coalescence’’, ‘’Requiem’’) – słowem jest dobrze. Ciekawostką jest także kawałek ‘’Grayscale Pt. 1’’ – 50-sekundowe darcie w rytm gitar i elektroniki. Wygląda na wstęp do ‘’Color’’. Ogólnie płyta jest nieźle zrobiona jak na wydaną przez siebie. Ulubiony kawałek? Wydaję mi się, że ‘’Color Pt. 2’’ – króciutki, ale dosadny. Z niesamowicie ładnym refrenem.
  
   Czego się można przyczepić? Myślę, że kilku rzeczy, ale ja zostanę przy jednej – myślę, że tej najważniejszej. Otóż niby wszystko jest cacy, ładnie zagranie, dobre kawałki, ale moim zdaniem bez większego pomysłu. Kawałki zaczynają zlewać się w jedno. Oprócz elektroniki, którą dziś można spotkać prawie wszędzie i dobrych klawiszy nie spotkamy tu żadnych innych ciekawych zabiegów. Niestety to źle. Uważam, że dzisiaj, w dobie zespołów metalowych w ilości ziarenek piasku na plaży, których ciągle przybywa (jak grzybów po deszczu!), nie wystarczy grać jak wszyscy, aby się tylko podobało – trzeba jeszcze mieć jakiś pomysł. Jeśli nawet nie nowiuśki jak buty Eminema, który zmienia je codziennie, to przynajmniej stary, ale odtworzony na świeżo, a tego niestety The Artifact brakuje. I na tym zespół traci, bo gdy zacznie się ich pogoń do sławy, ich muzyka utonie w morzu podobnej sobie, a wybije się ktoś z głową pełną pomysłów. Może, trochę przesadziłem, przecież to dopiero ich debiut, jednak takie mam odczucia słuchając ‘’EDaWCB’’.
  
   Mimo tego, nad czym rozwodziłem się akapit wyżej, to jednak uważam że debiutancki album Amerykanów jest naprawdę dobry. Mamy tu wiele rzeczy, które przypadną do gustu fanom gatunku i być może nie tylko. Dlatego właśnie fanom core’u polecę ten krążek, zaś dla amatorów metalowego grania może to być tylko ciekawostka. Ale nie musi.

Moja ocena : 7/10

sobota, 10 września 2011

MUZYKA - Ready, Set, Fall!: Buried EP (2011)

 
1. Tidal Waves Could Save The World (3:26)
2. Buried Alive (2:48)
3. A.N.S.I.A. (Another Night Sinking In Anxiety) (3:21)
4. Sincerely, Mine (2:15)
5. Skyscrapers (3:14)

Całkowity czas: 15:04

   Czasem ma się dość ciągłego słuchania longplay’ów. Czasem nawet 40-minutowe krążki męczą i nie zachęcają do sięgnięcia po następny. Wtedy nachodzi ochota, aby posłuchać czegoś krótszego i bardziej strawnego. Idealnie na taką okazję pasuje najnowsze wydawnictwo formacji Ready, Set, Fall!, które ujrzało światło dzienne pod koniec lipca. Włosi spadli mi jak z nieba i choć dopiero zaczęli swoją przygodę z nagrywaniem, to już od początku widać, że są na dobrej drodze, co udowadnia właśnie ich ep’ka zatytułowana ''Buried''.
  
   Zgryźliwi mogą powiedzieć, że zespół nawet nie daje im szansy do poznania swojej twórczości, bowiem za każdym razem gdy włączają ''Buried'', ta zaraz się kończy. Trochę w tym prawdy, bowiem 5 kawałków, które zawiera krążek, trwa tylko 15 minut. Jednak nikt nie powinien się tym zrażać, ponieważ każdy, kto wsłucha się w te kilka utworów, na pewno znajdzie coś dla siebie. Ja znalazłem i to w niejednym, ba nawet we wszystkich.
  
   Ready, Set, Fall! grają coś z pogranicza post-hardcore’u i metalcore’u ze zdecydowaną przewagą tego drugiego. Czasem nawet zdarzy im się liznąć granice deathcore’u, ale na pewno nie ma tego dużo. Dlatego śmieszy mnie klasyfikacja serwisu Spirit of Metal, który zawsze uważałem, że bardzo profesjonalny, a na pewno dobrze prowadzony (ogromna baza zespołów, zaryzykuję stwierdzenie, że największa na świecie). Serwis wkłada zespół do szufladki z napisem ''Deathcore'', co niestety jest kompletną bzdurą. Jednak do rzeczy. Zaczynamy od ''Tidal Waves Could Save The World'', najdłuższego kawałka spośród reszty, który jednak przekracza magicznej bariery 3 minut i 30 sekund. Spokojny wstęp - niespokojne morze. Nagłe wejście morderczego riffu – można było się tego spodziewać, lecz wszystko w granicach dobrego smaku. W końcu słychać wokal – słyszało się już milion podobnych, jednak ten bardzo dobrze współgra z muzyką. Nawalanka zamienia się w spokojnie wyśpiewany refren – ''I'm digging my home . I'm digging my grave.''  Ponure zakończenie utworu nastraja melancholijnie, jednak bombardujący początek ''Buried Alive'' skutecznie pozwala nam się z tego otrząsnąć. Świetny riff, tempo oraz genialny refren czynią z tego kawałka prawdziwy hit. Brzmi typowo, ale z klasą. ''A.N.S.I.A.'' to już jazda bez trzymanki. Bombardujący riff z ''ckm-owską'' perkusją nie dam nam spokoju, kiedy już raz go usłyszmy. W tym kawałku zespołowi najbliżej do owej ''deathcore’owej'' szufladki, ale wrażenie to psuje nagłe zwolnienie w połowie kawałka. Ciekawy zabieg zważywszy na to, że utwór trwa ponad 3 minuty. Zostawiając ''A.N.S.I.A.'' w odmętach pamięci, natykamy się ''Sincerely, Mine''. Klimatyczna balladka(?) z dziwnym podkładem, trwająca ledwo ponad 2 minuty, gdzie jedyną mocną rzeczą są wrzaski w tle. Niemniej, sprawdza się idealnie w roli ''wyciszacza'' przygotowującego do kompozycji finałowej – ''Skyscrapers''. W tym miejscu dodam tylko, że zespół nagrał profesjonalne teledyski właśnie do ''Skyscrapers'' i ''Buried Alive''. Jednak skupmy już się na pierwszym z nich. Niby zwyczajny, jednak już wstęp do refrenu pokazuje, że będzie to kolejny świetny kawałek. I rzeczywiście tak jest. Dobry, choć typowy riff i piękny refren, który zespół serwuje nam do ostatnich sekund ep’ki. Można się czepić jedynie słabego przejścia, które brzmi trochę bezpłciowo.
  
   ''Buried'' trwa zaledwie 15 minut, ale pisząc o nim wydaje się, jakby trwał prawie dwa razy dłużej, a wszystko za sprawą swojej świeżości i dobrego pomyślunku. Niby zwykły metalcore, a czuć od niego świeżość jak po porcji ''Mentos’ów''. Niby nic ciekawego, a mimo tego słychać tu kilka świetnych pomysłów. Niby zwykła ep’ka, a jednak rewelacyjne wydawnictwo. Najlepsze EP tego roku jakie miałem okazję usłyszeć. Naprawdę polecam.

Ocena: 9/10

wtorek, 6 września 2011

MUZYKA - The Devil Wears Prada: Dead Throne (2011)

01. Dead Throne (02:45)
02. Untidaled (02:55)

03. Mammoth (02:43)

04. Vengeance (03:01)

05. R.I.T. (02:49)

06. My Questions (03:12)
07. Kansas (03:36)

08. Born To Lose (03:04)

09. Forever Decay (03:24)

10. Chicago (02:44)

11. Constance (03:19)

12. Pretenders (03:28)

13. Holdfast (03:49)


Całkowity czas : 40:49

Na wstępie od razu muszę przyznać, że nigdy do ścisłego grona fanów zespołu nie należałem. The Devil Wears Prada znam od ładnych kilku lat, miałem do czynienia z ich poprzednimi dokonaniami, jednak jak już wspomniałem – fanem nie jestem. Jednak nie mogłem przejść obojętnie obok najnowszego krążka jednej z ikon amerykańskiego metalcore’u. Panowie zerwali ze swoim dotychczasowym producentem, a za produkcję ‘’Dead Throne’’ odpowiada nie kto inny, jak tylko Adam Dutkiewicz, o którym bez wahania można powiedzieć, że należy do ścisłej czołówki producentów w tym gatunku.

W oczy od razu rzuca się krótkość kompozycji, choć paradoksalnie jest to najdłuższy album zespołu. Mamy tu 13 kawałków, które trwają niecałe 41 minut. Dla porównania, ep’ka ‘’Zombie’’ wydana w poprzednim roku, zawierała w sobie 5 utworów, a trwała lekko ponad 22 minuty. Można więc wywnioskować, że panowie z TDWP postawili na szybkie, chwytliwe i dające kopa kawałki. Może i rzeczywiście dają kopa, ale prędzej takiego, który odrzuci nas na 3 metry od ‘’Dead Throne’’.

Zespół się nie szczypie i od razu na wejście dostajemy kawałek tytułowy, czyli moim zdaniem taki, który albo zwali nas z nóg i będzie bardzo mocnym punktem krążka, albo przynajmniej pozytywnie nas nastroi do reszty materiału. W tym przypadku kawałek tytułowy to potężny strzał, ale do własnej bramki. Żadnego chwytliwego motywu gitarowego, nieciekawy riff i beznadziejny refren, czyli wszystko to, czego powinien się wystrzegać utwór tytułowy. Na domiar złego, potem wcale nie jest lepiej. Drugi ‘’Untidaled’’ wcale nie odbiega poziomem od poprzedniego. Miłą elektronikę w tle zagłusza wrzask wokalisty Mike’a Hranicy, który z minuty na minutę zaczyna coraz bardziej irytować niczym dzwoniący telefon, którego nie chce nam się odebrać. Będzie brzęczał nam nad uchem i nic na to nie poradzimy. Kawałki ‘’Mammoth’’ i ‘’Vengeance’’ to chyba najjaśniejsze momenty płyty. Pierwszy z nich w końcu narzuca jakieś tempo, niczym mamut uciekający przed wygłodniałymi tygrysami szablozębnymi. Plusem jest też miły dla ucha refren. Z kolei jeśli chodzi o ‘’Vengeance’’, tu prym również wiedzie refren, który jest na tyle chwytliwy, że słuchając tego kawałka po raz drugi już będziemy go nucić wraz z wokalistą. Wszystko więc wskazuje na to, że zaczyna być dobrze – dwa dobre kawałki po sobie to chyba nie przypadek. Niestety. Kolejnego utworu, jakim jest ‘’R.I.T.’’, nawet nie skomentuję. Szkoda na niego ‘’strzępić’’ klawiatury. Na ‘’My Questions’’ widać, że na ‘’Dead Throne’’ chłopakom pomysły się jeszcze nie skończyły (dzięki Bogu!), choć nie dobiliśmy jeszcze nawet do połowy płyty. Ciekawe riffy i kolejny wkręcający się refren wynagradzają poprzednią niemoc ‘’R.I.T.’’. Szkoda tylko, że panowie nie rozwinęli skrzydeł w tym kawałku, bo bardzo dobrze się do tego nadaje. Jednak jak to zrobić, jak żaden utwór nie przekracza nawet 4 minut? Choć w sumie nie jest to dla mnie wada, po prostu niektóre kompozycje mogłyby brzmieć o niebo lepiej, gdyby były choć trochę dłuższe. Pierwszą połowę płyty kończy (a w zasadzie oddziela jedną od drugiej) instrumentalny ‘’Kansas’’, który swoim klimatem pozytywnie mnie usposobił do drugiej połowy ‘’Dead Throne’’. Złego wrażenia jednak nie zatarł i właśnie z takim zabrałem się za kolejne utwory.

Gdyby otwieraczem był ‘’Born to Lose’’, po samym jego odsłuchaniu mógłbym pomyśleć, że płyta będzie wręcz świetna. Wszystko w tym kawałku zmierza do świetnego refrenu, który jest jego wizytówką. Idealny numer na otwieracz. Dobrze, że chociaż promuje płytę jako singiel. Niestety kolejne pięć utworów zlewa mi się w bezkształtną masę bez żadnego wyrazu. Wśród nich mogę chyba tylko wyróżnić ‘’Constance’’ za kolejny trzymający poziom refren. Warto dodać, że udziela się w nim Tim Lambesis, frontman amerykańskiego giganta metalcore’u - As I Lay Dying. Jednak z kolei ‘’Chicago’’ to kolokwialnie mówiąc zwykła padaka – wrzask na wrzasku, bez pomysłu i dobrego smaku. Ostatnie dwa, czyli ‘’Pretenders’’ i ‘’Holdfast’’ wypadają nieco lepiej, może za sprawą swojej żywiołowości i niezgorszych ‘’chorusów’’, jednak niestety pozostawiają po sobie niedosyt. Na tyle, że nie miałem ochoty słuchać płyty po raz kolejny, ale na potrzeby recenzji niestety musiałem.

Krótko podsumowując – najnowsze dziecko The Devil Wears Prada jest niestety dosyć chorowite, może to syndrom wcześniaka i panowie zbyt szybko wyszli ze studia nie czekając na lepsze efekty, choć przecież przesiedzieli w nim pięć długich miesięcy. ‘’Dead Throne’’ słuchałem kilka razy, jednak już po drugim mniej więcej wiedziałem jak ocenię krążek. Dziwi mnie tylko to, że tak przeciętna płyta wychodzi spod producenckich skrzydeł Dudkiewicza. Z drugiej jednak strony patrząc na recenzje jakie zbiera, mam wrażenie, że to ja wychodzę na ‘’tego złego’’. Trudno, nic na siłę. Myślę, że na płycie zabrakło wszystkiego, co powinna zawierać płyta, która chce przyciągnąć uwagę słuchaczy – ciekawych melodii, genialnych partii gitar, bardziej przemyślanych utworów i większego urozmaicenia. Bronią się tylko refreny, które jeśli już są, to wypadają naprawdę dobrze. Fanom zespołu płyty nie muszę polecać – i tak po nią sięgną. Niewtajemniczonych w twórczość TDWP owy krążek odradzam i jeśli już to odsyłam do poprzednich. Myślę, że ‘’Dead Throne’’ to lekki falstart zespołu po niedawnej ep’ce, jednak wierzę, że następnym razem będzie o wiele lepiej.

Moja ocena : 5,5/10

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

KSIĄŻKA - Brian Ruckley: Zimowe Gody


Liczba stron : 601
Wydawnictwo : Kurpisz
Rok wydania : 2007

  Ostatnio miałem okazję zagłębić się w kolejnej książce należącej do jak to się określa ,,najbardziej syfiastego'' gatunku literatury jakim oczywiście jest fantastyka. ,,Syf'' mnie jednak nie przestraszył, co pozwoliło mi na przeczytanie książki, a nawet naszła mnie chętka do skrobnięcia o niej kilku zdań tutaj.

  ''Zimowe Gody'' to debiut obiecującego (jak się okazało po skończeniu lektury) szkockiego pisarza Briana Ruckley'a. Książka opowiada o trwającym od dziesięcioleci konflikcie pomiędzy Czarną Drogą a Czystymi Rodami, który wybucha na nowo z siłą jakiej jeszcze nigdy nie miał, tworząc wir zdarzeń, który ma doprowadzić do zmiany świata. Jednak wśród wojennej zawieruchy jak zwykle znajdzie się miejsce, na kruche sojusze, nietrwałe układy i wszechobecne intrygi i spiski. Słowem - świat przedstawiony przez Ruckley'a będzie drżał w posadach. No właśnie, a jak prezentuje się owy świat?

   Ciekawie. Wręcz bardzo. Od razu widać inspiracje mistrzem Tolkienem (a gdzie nie widać w książkach tego typu?), jednak Ruckley zamienił tolkienowską szczegółowość na swoją lakoniczność, co pomaga szybciej przyswoić sobie świat przedstawiony. W dwóch zdaniach podzielił swój twór na trzy Wieki, szybciutko stworzył 5 Ras i w kilku zdaniach opisał to, co najważniejsze czyli odejście bogów, które nastąpiło po tym jak dwie z ras, Huaninowie i Kyrininowie zmiotły z powierzchni ziemi Whreininów za ich bestialskie czyny (Whreininowie potrafili zamieniać się w wilki). Przez to zyskali miano Przeklętych Ras a bogowie na zawsze odeszli ze świata. W chwili rozpoczęcia się książki pomiędzy Huaninami podzielonymi na Czyste Rody i Rody Czarnej Drogi (herezja, która wierzy w tzw. ''Ostatniego Boga''), wybucha konflikt o dawne ziemie, z których wygnano wieki temu Czarną Drogę. Jednak nie wszystkie Czyste Rody są zainteresowane wojną, bowiem większość z nich woli pomagać thanowi thanów (najważniejszy urząd) w poskromieniu buntu na dalekim południu, przez co rody z północy, które również muszą wspomóc tą wyprawę, tracą swój potencjał militarny, co skrzętnie wykorzysta Czarna Droga. Z kolei wśród Kyrininów wybuchnie największa wojna od wieków, pomiędzy klanami Lisów a Białymi Sowami. Pośród tego wszystkiego żyją również niedobitki na'kyrim, które utraciwszy swą dawną potęgę i chwałę, teraz będą próbowały po cichu to wszystko przetrwać nie rzucając się w oczy. Może za pewnym wyjątkiem w osobie nieokiełznanego Aeglyssa.

   Ruckley od razu roztacza przed nami mozaikę najróżniejszy postaci, od chciwego i ambitnego thana thanów Gryvana oc Haiga po okrutnego i nikczemnego, ale w głębi duszy najbardziej potrzebującego akceptacji, wyżej wymienionego Aeglyssa. Cieszy też mnogość wątków, bo oczywiście oprócz głównego nurtu książki, śledzić będziemy także przygody innych bohaterów, czyli chociażby Taima Narrana wracającego z wyprawy z południa, czy też poczynania Widmorękiego, kanclerza Gryvana, ale i na tym nie koniec. Można czepić się, że książka bywa zbyt przewidywalna, ale jeśli ktoś miał już wiele do czynienia z epicką fantastyką nie powinien być tym zdziwiony.

   ''Zimowe Gody'' podzielone są na 5 części, osobiście najbardziej podobały mi się trzecia i ostatnia. Na początku historia wydaje się dosyć senna i mało ciekawa, na ''podgrzanie'' akcji musimy czekać ponad sto stron, ale kiedy już ruszy, książkę czyta się jednym tchem, może oprócz części czwartej, gdzie pędząca fabuła na chwilę przystopuje, jednak jest to tylko nabranie sił przed metą, na którą wbiegnie pełnym sprintem. Mamy tu wszystko czego, może sobie zażyczyć każdy fan fantasy - wyprawy, pościgi, niekończące się snucie intryg i planów, przemierzanie świata przedstawionego, a przede wszystkim - co tygrysy lubią najbardziej - dość dużo wojaczki w różnych aspektach - oblężenia, bitwy, potyczki czy pojedynki, więc na nudę raczej narzekać nie będziemy.

   Krótko podsumowując - ''Zimowe Gody'', to bardzo udany debiut Brian'a Ruckley'a pełen tych wszystkich rzeczy, o których lubi czytać każdy fan fantasy. Dlatego właśnie, głównie im polecam tą pozycję. Dla innych może być ciekawą odmianą lub spojrzeniem na to, co się obecnie w gatunku dzieje i jak to wygląda. Odradzam oczywiście fanom określenia fantasy jako ''największego syfu'' literatury. Niestety jest jeden mankament. Pan Ruckley już dwa lata temu zakończył całą trylogię o świece bez bogów, a polskie tłumaczenie mamy niestety tylko do pierwszej części. Dla ludzi z dobrą znajomością ''anglika'' to nie problem (może trochę z dostaniem książki), ja jednak zanim sięgnę po drugi tom (bo niestety wątpię w ich przetłumaczenie) muszę się jeszcze dosyć podszkolić. Jeśli Ciebie także to czeka, to nim to nastąpi, zapraszam do lektury pierwszego.

Moja ocena : 8/10 

wtorek, 23 sierpnia 2011

Trivium - In Waves (2011) [M.C.]

1. Capsizing the Sea (1:30)
2. In Waves (5:02)
3. Inception of the End (3:48)
4.. Dusk Dismantled (3:47)
5. Watch the World Burn (4:53)
6. Black (3:27)
7. A Skyline's Severance (4:52)
8. Ensnare the Sun (1:22)
9. Built to Fall (3:08)
10. Caustic Are the Ties That Bind (5:34)
11. Forsake Not the Dream (5:20)
12. Drowning in Slow Motion (4:29)
13. A Grey So Dark (2:41)
14. Chaos Reigns (4:07)
15. Of All These Yesterdays (4:21)
16. Leaving This World Behind (1:32)
17. Shattering the Skies Above (4:45)*
18. Slave New World (2:58)*

Całkowity czas: 67:33

* - Dopiero te utwory traktuję jako swoiste bonusy, a że były znane już na długo przed pojawieniem się krążka, nie wliczam ich do ogólnej oceny płyty.


  Od dawna już nie czekałem na płytę tak, jak czekałem na najnowsze dokonanie Trivium. Przedłużające się miesiące wyczekiwania, codzienne ''szperanie'' w internecie w poszukiwaniu jakiejś najmniejszej wzmianki lub przecieku, ''świętowanie'' każdego nowego udostępnionego przez zespół kawałka. Ba, raz nawet czekałem całą noc aby usłyszeć amerykańskie premiery radiowe ''Black'' i ''Built to Fall''. I w końcu nadszedł ten dzień. Światło dzienne ujrzała płyta, która miała udowodnić... wróć. W ogóle miała cokolwiek udowadniać? Może to, że Trivium stworzy coś zupełnie nowego i jedynego w swoim rodzaju? Nie sądzę, nawet sam uważam (choć to mój ulubiony zespół), że Trivium mimo swojego mniej lub bardziej oryginalnego stylu (nawet ze wskazaniem na to pierwsze) nie tworzy nic nowatorskiego, tylko czerpie z wielu źródeł potrafiąc to wszystko zgrabnie połączyć. Więc może miała udowodnić, że zespół po ''Shogunie'' zabrnie w jeszcze głębsze eksperymentowanie ku mniejszej lub większej uciesze fanów? Też nie, bowiem od samego początku dochodziły do nas wieści, które temu przeczyły. ''Zapomnijcie o długich, progresywnych utworach z ''Shoguna''. Nowe kawałki będą krótsze, mniej rozbudowane, bardziej szybkie i chwytliwe.'' - Tak mniej więcej sprawę przedstawiał na początku nagrywania ''In Waves'' gitarzysta zespołu. I nie pomylił się. Amatorzy ''Shoguna'' zostali więc ostrzeżeni i mogli już w zasadzie przestać ostrzyć sobie ząbki na bardziej progresywne eksperymenty. Więc co w końcu miało udowodnić ''In Waves''? Myślę, że nic. To miała być po prostu świetna i chwytliwa, a do tego najlepsza, płyta Trivium (jak zapowiadał sam Heafy). I taka jest. Z jednym małym ''ale''. Niestety nie jest najlepsza.

  Jeśli miało się do czynienia ze wszystkimi krążkami Trivium (oczywiście tego nie wymagam :P), to od razu słychać jaką drogę przebył wokal Matt'a od ''Ember to Inferno'' aż do ''In Waves''. Nawet słychać znaczne postępy poczynione od niedawnego ''Shoguna''. Wokale po prostu błyszczą. Widać to w śpiewanych zwrotkach (''Of All These Yesterdays''), przejściach (''Caustic Are the Ties That Bind'') czy po prostu w większości refrenów, które dzięki temu dużo zyskują. Brawo, tak trzymać. Jeśli zaś chodzi o growl, istotnych zmian nie zauważam, jest taki jaki powinien być. Druga rzecz bez której nie mogę przejść obojętnie, to oczywiście zmiana bębniarza, którego ''In Waves'' jest przecież pierwszym poważnym sprawdzianem. Myślę, że zdał go śpiewająco. Choć bardzo żałowałem, że zespół stracił część swojego charakteru po odejściu Travisa, to jednak Nick szybko przekonał mnie do siebie tym, co wyczynia na najnowszej płycie aż do tego stopnia, że śmiem nawet stwierdzić, że owa zmiana za bębnami wyszła Trivium na dobre. Dzięki niemu kocham szaleńcze tempo przejścia na ''Chaos Reigns'', ostatni refren w ''Forsake Not The Dream'' czy trochę toporny, ale mimo wszystko miażdżący ''Dusk Dismantled''. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko złożyć kolejne gratulacje i życzyć powodzenia w dalszej pracy.

  Czym jednak jest to całe ''In Waves''? Jak je opisać? Najbardziej trafnym stwierdzeniem będzie po prostu to, że jest to nic innego, jak podsumowanie dotychczasowych osiągnięć zespołu. Trivium w mistrzowski sposób połączyło wszystkie do tej pory znane im patenty i... bum. Mamy ''In Waves''. Najlepszym dowodem na to o czym piszę, jest po prostu duża różnorodność kompozycji. Wystarczy porównać wyżej wymieniony ''Chaos Reigns'' z radiowym wręcz ''A Grey So Dark'', a od razu widać ogromną przepaść jaka zionie pomiędzy nimi. Innymi słowy, każdy może znaleźć tu coś dla siebie. Jednak co zrobić gdy jedni zapragną więcej kawałków a la ''Black'' a innym zamarzy się więcej kombajnów w stylu ''A Skyline's Severance''? Nic. Stąd też może wynikać cała paleta ocen wystawianych przez recenzentów, które Adam zaprezentował w swojej recenzji. Osobiście podoba mi się każdy styl zaprezentowany na ''In Waves'', więc mnie ten problem nie dotyczy.

  Mocne strony albumu? Chwytliwość prawie każdego kawałka. Czasem mam dylemat, który refren z płyty sobie ponucić, bo zawsze do głowy pcha mi się kilka na raz. Niektóre z nich na pewno idealnie sprawdzą się na koncertach - chociażby ''Watch the World Burn'' czy ''Forsake Not The Dream'', który za każdym razem wywołuje u mnie radosne przytupywanie. Cieszą też ciekawe zabiegi, takie jak genialne rozwinięcie w ''Caustic Are the Ties That Bind'' czy pięknie zaśpiewane zwrotki w ''Of All These Yesterdays'', która częściowo może uchodzić za pierwszą balladę Trivium. Bardzo podobają mi się również instrumentalki - marszowy ''Capsizing the Sea'', przywołujące na myśl bezkresną pustynię ''Ensnare the Sun'' i ciekawie zakończony ''Leaving This World Behind''. Oczywiście nie uważam ich za mocną stronę ''In Waves'', jednak dobrze wpasowują się w całość płyty, a skoro piszę o tym co mi się podoba, to chciałem wspomnieć również o nich. Moje ulubione kawałki? Numero uno to chyba gigant w postaci ''Caustic Are the Ties That Bind'' za genialną solówkę  i rozwinięcie oraz kapitalne zwrotki, czyli w sumie za całość. Szczenięcą miłością pokochałem również króciutki ''A Grey So Dark'', ale mam słabość do takich kawałków. Niewątpliwie wśród najlepszych znajduje się też ''A Skyline's Severance'' za chwytliwy wstęp, zabójczą moc i mistrzowskie zakończenie. Szczerze mówiąc, to w każdym kawałku odnajduję coś, co pozwala mi przekonać się, że jest bardzo dobry. Nawet początkowa niechęć do ''Chaos Reigns'' zniknęła po kolejnych przesłuchaniach. ''In Waves'' jako całość potrafi niebezpiecznie się wkręcić.

  A co mnie ubodło? Można pomyśleć, że nic skoro bardzo lubię każdy kawałek, jednak jest taka jedna rzecz. Mianowicie chodzi o to, że zespół hucznie obiecywał, że będzie to najlepsza technicznie płyta. I pod niektórymi względami tak jest - wokal czy budowa niektórych utworów jest naprawdę świetna, ale jeśli spojrzeć np. na solówki, to już nie jest tak różowo. Fakt, takie kawałki jak wałkowany przeze mnie w kółko ''Caustic Are the Ties That Bind'' czy ''A Skyline's Severance'' dobitnie udowadniają, że chłopaki nie zaczęli grać prymitywu, ale w innych kawałkach sola są już mniej wyszukane czy zbyt krótkie lub co gorsza, nie ma ich wcale, co może niestety doskwierać. Skoro jestem już przy wadach, to pozwolę sobie jeszcze raz odnieść się do wady, którą według Adama jest brak pasji i spontaniczności, czyli nadmierne rzemieślnictwo ,z którym się nie zgodziłem (dla wnikliwch - moja litania pod jego recenzją). I dalej się nie zgadzam. Bowiem nie znam metalowych zespołów (nie mówię, że ich nie ma), które wbijają ''na spontanie'' do studia żeby nagrać płytę, aby nie było czuć rzemieślnictwa (no, może Motorhead). Znam tylko jeden zespół, który każdy swój krążek robi na pełnym ''spontanie''(dosłownie) a i tak zawsze wychodzi z tego coś bardzo dobrego. Tym zespołem jest Ortega Cartel, jednak chłopaki z tego składu tworzą rap, więc nie pasuje to do omawianej tu kwestii. Jedyną rzeczą, która może być na poparcie rzemieślnictwa jako wady jest czas powstawania albumu, a były to aż trzy lata. Lecz gdyby zespół wypuścił płytkę rok wcześniej to czy byłaby taka dobra jak jest teraz?

   Kończąc moją prywatną "Iliadę'' o ''In Waves'' chcę napisać tylko, że jest to recenzja z fanowskiego punktu widzenia i nie zdziwię się jeśli niektórym płyta się nie spodoba, innych odrzuci jak po bliskim wystrzale z shotguna, dla jeszcze innych będzie średniakiem czy też krokiem wstecz bo liczyli na coś innego. Każdy przecież ma prawo do własnej opinii, a w naszej mocy leży tylko ciekawa dyskusja skąd się ona wzięła. Nie zdziwię się również, jeśli dla niektórych płyta będzie wyśmienita lub po prostu znajdą na niej coś dla siebie, co pozwoli im do niej wracać. Myliłem się ponad miesiąc temu pisząc w ''pierwszym kęsie'', że od zespołu dostanę prezent w postaci ''Ascendancy vol. II''. Nic bardziej mylnego, dostałem coś zupełnie, zupełnie innego. Nie mniej, dalej jest to prezent. Pewnie zastanawiacie się (o ile chciało się Wam to wszystko czytać), jaką wystawię ocenę płycie, na której każdy utwór jest mi bardzo bliski. W mojej ocenie ''In Waves'' nie przebija ''Ascendancy'', bowiem posiadam do niej zbyt wielki sentyment i zbyt wielkim darzę ją uczuciem. Jednak jako podsumowanie tego, co Trivium nagrało do tej pory, ''In Waves'' wypada świetnie i w starciu z innymi płytami, ''Ember to Inferno'' i ''The Crusade'' bezskutecznie kruszą kopie na ''In Waves'', a nawet ''Shogun'' w walce w zwarciu z najnowszą płytą po straceniu równowagi zdziwiony spada z rumaka, zaś ''In Waves'' wraca z tych potyczek z otwartą przyłbicą. Uwielbiam ten krążek.

Moja ocena : 9,5/10  

piątek, 22 lipca 2011

MUZYKA. Miniaturki - Melodic death metal vol. I (Fall of Serenity, Dreamshade, Grievers)

  Nadszedł w końcu (!) czas, abym to ja spróbował swoich sił i dołożył swoje ''trzy grosze'' do tego cyklu. Zanim zanurzę się w odmętach nowego Trivium (a szybko z nich nie wypłynę), postanowiłem opisać trzy płyty z tego samego gatunku (choć niespecjalnie do siebie podobne), z którym najwięcej obcowałem przez ostatnie tygodnie. Mowa tu o melodic death metalu. Od razu na myśl przychodzi nam mroźna Skandynawia (głównie Szwecja). I mimo tego, że nasza dzisiejsza podróż przebiegać będzie tylko przez Europę, to jednak o Północ nie zahaczymy choćby na minutkę.

Fall of Serenity - Bloodred Salvation

  Podróż zaczniemy w zasadzie tuż pod nosem, bo u naszych zachodnich sąsiadów. Nie można powiedzieć, że panowie z Fall of Serenity to nowicjusze, gdyż na karku mają już 13 lat, co w porównaniu z pozostałymi kapelami jakie dziś wystąpią, czyni ich prędzej ''starymi wyjadaczami''. Nie inaczej jest także z opisywaną przeze mnie płytą, która wyszła w roku 2006. Jednak do rzeczy. ''Bloodred Salvation'' to ponad 40 minut rasowego ''melodeathu'', jednak niestety tylko w dość niezłym wydaniu. Są mocne riffy, jest mocny growl, który świetnie do nich pasuje, jest moc. Czego chcieć więcej? Pomysłu. Choć słucham tej płyty już od około 2 tygodni, to cały czas mam wrażenie, że wszystkie kawałki brzmią oszukańczo podobnie, więc nawet nie będę wysilał się na wskazanie tych lepszych czy gorszych, gdyż są na podobnym poziomie. Może zbyt surowo oceniłem panów z Fall of Serenity, więc dodam, że innowacje się zdarzają, ale niezbyt często. Miło zaskakuje zaś utwór tytułowy, który jest po prostu dwuminutową kompozycją fortepianową. Jednak zaskoczeń to by było na tyle jeśli chodzi o ''Bloodred Salvation''. A szkoda.

Moja ocena : 6/10

Dreamshade - What Silence Hides

  Tym sposobem wylądowaliśmy w odwiecznie neutralnej Szwajcarii. ''What Silence Hides'' pachnie jeszcze świeżością, gdyż ujrzał światło dzienne pod koniec stycznia bieżącego roku. Od pierwszych dźwięków słychać, że muzyka grana przez Szwajcarów ma niewiele wspólnego z ich wyżej wymienionymi kolegami ''zza miedzy''. Przede wszystkim chodzi o to, że na nowym krążku Dreamshade przysłowiowe pierwsze skrzypce grają klawisze (swoją drogą zabawnie to brzmi). Hulają na prawo i lewo po wszystkich utworach, wręcz nie można się od nich opędzić, ale to bardzo dobrze. Dodają utworom smaku i brzmią naprawdę ciekawie - samotnie jak i z partiami gitar. Szczególnie w ''Revive in Me'' czy ''Eternal''. Mówiąc o godnych uwagi utworach, nie można też nie wspomnieć o kompozycji tytułowej, która atakuje nas jako pierwsza. Minusy tego albumu? Jeden zasadniczy. Za dużo wrzasku, który po kilku utworach zaczyna wręcz męczyć. Wokalista ima się też czasem ''głębokiego growlu'', ale chyba lepiej w sumie jak już wrzeszczy. Podsumowując te krótkie rozważania, debiut Dreamshade uważam za bardzo przyzwoity i godny uwagi. Polecam fanom klawiszy jak i melodic death metalu, żeby zobaczyli jak to się robi w Szwajcarii. 

Moja ocena : 7,5/10

Grievers - Reflecting Evil

  Przyszedł czas na płytę, która przypadła mi do gustu zdecydowanie najbardziej. Tu też kończy się nasza podróż, a wylądowaliśmy we włoskiej Lombardii. Włochom muzycznie o wiele bliżej do Fall of Serenity (choć też nie do końca), niż do Dreamshade, choć to właśnie do nich mają tylko 70 kilometrów. Po pierwsze jest o wiele bardziej melodycznie niż u Niemców, a po drugie o wiele bardziej z pomysłem. Choć ''Reflecting Evil'' to tylko osiem kawałków, to jednak są one wypełnione ''melodeath'em'' z bardzo wysokiej półki. Niedługie, choć rozbudowane kawałki, świetne solówki i wpadające w ucho riffy, a do tego dobry wokal, czyni z debiutu Grievers bardzo mocną pozycję. Z najciekawszych kawałków wymienię ''Born Again'' oraz ''Concept of Wisdom'', choć tak naprawdę mógłbym wymienić wszystkie. Szkoda, że płyta wyszła w poprzednim roku, bo tak na pewno by zagościła w moim tegorocznym podsumowaniu. Trudno. Na tym kończymy naszą podróż. Do miniaturek z pod znaku melodic death metalu (i nie tylko) na pewno jeszcze wrócę, bowiem jak się okazuje nawet zespoły ''z dupy'' potrafią nagrać coś ambitnego w tym gatunku. To tylko wzmaga apetyt, aby szukać dalej. A więc do dzieła!

Moja ocena : 8/10

wtorek, 5 lipca 2011

GRA - Super Robin Hood (1987)

  Jakiś czas temu mieliśmy przyjemność powrócić do czasów ''pegasusowskiego'' dzieciństwa, za sprawą ''Contry'' i Bartka. Dzisiaj znów na chwilę tam wrócimy z kolejnym, może mniej popularnym, ale wcale nie gorszym tytułem jakim jest ''Super Robin Hood'', który znajdował się na dyskietce (katridżu?) (to drugie :) - dop. Adam) z trzema innymi grami, tworząc tzw. ''Wielką Czwórkę''.


  Jak zapewne łatwo się domyślić, naszym celem będzie uratowanie pięknej Lady Marion, która jest uwięziona w zamku Nottingham. Aby się do niej dostać, musimy najpierw zebrać 48 skarbów (skrzynie, kielichy, klejnoty), które rozsiane są po całym zamku. ''Nic prostszego'' - pomyśli każdy, jednak niemiło się zdziwi po przejściu kilku komnat, bowiem gra nie jest podzielona na rundy - gramy ''ciągiem'' od początku do końca. Ciekawa sprawa. Aby dostać się do kolejnych komnat musimy zbierać klucze, które otwierają nam poszczególne przejścia. Na tym właśnie polega cała trudność gry i w tym tkwi cała ''zabawa''. Czasem żeby otworzyć jakieś przejście musimy iść kilka komnat do przodu, a potem wracać się tą samą lub inną drogą, co wbrew pozorom do łatwych nie należy.


   A to za sprawą przeciwników i dość licznych utrudnień. O ile tych pierwszych mogę, niestety, wymienić na palcach jednej ręki (kusznicy, jakieś ziemniaki z włóczniami i nietoperze), to już gama pułapek i przeszkód jest dość większa, zaczynając od głów gargulców sypiących pociskami spod sufitu, na bombardach i głowach ziejących ogniem kończąc. Zamek Nottingham, jak to na każdy szanujący się zamek przystało, jest podzielony na kondygnacje, a więc podczas swojej niełatwej wędrówki zwiedzimy najgłębsze lochy jak i najwyżej położone blanki z wieżami. Oprócz wszystkich utrudnień i przeszkód, gra będzie od nas czasem wymagała logicznego myślenia, co jest raczej rzadko spotykane (choćby wyżej wymieniona Contra) w grach na NESa, i co moim zdaniem wychodzi grze na duży plus. Szczerze się przyznam, że raz utknąłem i nie wiedziałem co robić, więc szybko sprawdziłem sobie na wujaszku nazywanym Youtube i w sumie popsułem sobie całą zabawę. Również niektóre komnaty są tak budowane, że wejście i zabranie klucza czy skarbu to żaden problem, jednak wyjście wymaga już uruchomienia szarych komórek. W celu opuszczenia jednej z takich komnat, musiałem poświęcić cenne życie Robina, aby zaczynać w bardziej dogodnym momencie, jednak założę się, że starzy wyjadacze tej gry i w tym przypadku wiedzieli, jak temu zaradzić.


  Jeszcze może krótko o oprawie graficznej, jeśli w ogóle jest o czym pisać. Otóż jak na NESa, to grafika jest - eufemistycznie mówiąc - dość marna: mało urozmaicone wnętrza, brzydko zarysowani przeciwnicy i wkurzający do imentu ciągły uśmiech naszego głównego bohatera, który nie schodzi mu z twarzy nawet wtedy, kiedy zbiera najgorsze cięgi. Jednak na całe szczęście w grach tego typu nie do grafiki przywiązuje się główną rolę, tylko do grywalności, której tej grze nie odmówię i która moim zdaniem jest rewelacyjna. Gra raczej nie jest długa i brakuje w niej kilku elementów (np. głównego ''bossa'' czy ''bossów'' w ogóle), ale w sumie nie uważam za złe twórcom, że rozgrywka cały czas trzyma się sztywno wyznaczonych reguł, bo w końcu to gra zręcznościowa. Zresztą kiedy wyobrażam sobie Robin Hooda z tym bananem na twarzy, który walczy z szeryfem z Nottingham to bierze mnie pusty śmiech.

- Niby taki mały zamek, ale wierzcie mi, że jest gdzie potracić życia :P
  Krótko podsumowując - Super Robin Hood to świetna gra na ''NES'a", która jak sądzę dostarczy nam wprost proporcjonalnej ilości zabawy jak i nerwów, ale nie ma się co zrażać, tylko czym prędzej uzbroić się w cierpliwość i wejść do pełnego przeszkód zamku Nottingham. Swoją drogą podziwiam ludzi, którzy kiedyś przeszli ją na ''Pegasusie'', bowiem ja przechodziłem ją z możliwością zapisu (Boże, dzięki Ci za emulatory!) i wątpię czy udało by mi się to w normalny sposób. Tak czy inaczej, to gra godna polecenia dla NESowych maniaków i nie tylko.

Moja ocena : 9/10

piątek, 1 lipca 2011

MUZYKA. Pierwszy Kęs - Trivium: In Waves

  Całkiem niedawno napisałem o Trivium "Od Deski do Deski". Nadszedł czas, aby skupić się już tylko i wyłącznie na najnowszym longplay'u amerykanów z Florydy. W związku z tym, chociaż płyta jeszcze się nie ukazała (pojawi się 9 sierpnia), postanowiliśmy z Marcinem napisać kilka słów o tym, co już o nowej płycie wiemy. Najważniejszymi jej częściami są oczywiście dwa znane już nam tracki, i o nich właśnie napiszemy kilka słów.

  Warto wspomnieć też o naprawdę ciekawej, choć dość nietypowej dla Trivium okładce. Przedstawia ona skałę unoszącą się nad wodą. Mówię, iż jest nietypowa dla zespołu, gdyż zawsze covery Trivium były różnokolorowe, natomiast w przypadku "In Waves" mamy w całości okładkę szarą.

  Doszliśmy z Czarnym ("Czarny" to, jak łatwo się domyślić, ksywka naszego kolegi, Marcina - dop. red.) do wniosku, że "In Waves" jest, jako pojedynczy kawałek, najsłabszym numerem tytułowym w historii zespołu. Mimo wszystko łatwo odnajduje w tej kwestii usprawiedliwienie dla zespołu. Ważną sprawą jest bowiem umiejscowienie konkretnych kawałków na albumie, w tym również (a może przede wszystkim) tytułowego. Singlowa kompozycja jest otwieraczem poprzedzonym krótkim intrem "Capsizing the Sea" i należy potraktować "In Waves" jako typowy opener, a nie płytowy "killer". Na takie przyjdzie pewnie czas, a owa rzecz i tak jest naprawdę dobra. Warto zauważyć, że drugi ze znanych nam już tracków jest kompletnie inny. "Dusk Dismantled" to, jak mówi Czarny, najcięższy kawałek w historii zespołu. Czy naprawdę najcięższy? Na pewno jeden z najcięższych. Potężny refren, świetne partie gitar i mocny wokal. Trzeba przyznać, że także nowy perkusista Nick Augusto trzyma poziom wyznaczony już dawno temu przez Travisa Smitha. Tylko czekać na więcej.


Czarny: Na ten krążek czekam już od czasu kiedy dobrze zaznajomiłem się z ''Shogunem''. Oczekiwania były wielkie, jak zwykle zresztą, ale kiedy zespół po ciekawie wymyślonej zagadce (podoba mi się sposób w jaki chłopaki promują ''In Waves'') wypuścił kawałek tytułowy, przestałem się denerwować. ''In Waves'' po prostu (może poza breakdownami) brzmi jak Trivium. To dobry kawałek, z miłym dla ucha refrenem i dość ciekawymi solówkami. Widać lekki powrót do czasów nieśmiertelnego ''Ascendancy''. Kiedy zaś usłyszałem drugi z nowych utworów, czyli ''Dusk Dismantled'' jestem już niemalże pewien, że w sierpniu od zespołu dostanę prezent w postaci płyty, którą na spokojnie będę mógł nazwać ''Ascendancy vol. 2", o którym marzyłem już od czasów ''The Crusade''. Bo nie ukrywajmy, że zespół od ostatnich dwóch płyt eksperymentował, co oczywiście wyszło mu jak najbardziej na zdrowie, jednak dlaczego by nie wrócić do korzeni i nagrać płytę w podobnym stylu, dojrzalszą i być może nawet lepszą? Bo kto powiedział, że zespół który nie nagrywa cały czas nowatorskich płyt się cofa? Dla mnie to lekka ignorancja, bo co złego jest w swoistym powrocie do korzeni? Chyba nic, ale to już kwestia gustu i poglądów. Rozpisałem się, a nie wspomniałem nawet słówkiem o ''Dusk Dismantled''. Miażdżący kawałek, łazi za mną praktycznie cały czas od premiery. Potężny jak mityczny tytan i zabójczy niczym rozpędzony czołg. Bezapelacyjnie najmocniejszy utwór w historii zespołu. Wraz z ''In Waves'' świetnie rokują na całość albumu. Pozostaje nam tylko czekać i poszaleć głową w rytm refrenu ''Dusk Dismantled''.

poniedziałek, 16 maja 2011

Wieczory nordyckie (MUZYKA) - In Flames - Whoracle (1997)

1. Jotun (3:54)
2. Food for the Gods (4:18)
3. Gyroscope (3:26)
4. Dialogue with the Stars (3:02)
5. The Hive (4:04)
6. Jester Script Transfigured (5:45)
7. Morphing into Primal (3:04)
8. Worlds Within the Margin (5:07)
9. Episode 666 (3:44)
10. Everything Counts (3:19)
11. Whoracle (2:43)

Całkowity czas : 42:26

   Dzisiaj przychodzi mi zakończyć nasz pierwszy cykl jakimi były (w sumie to jeszcze są) ''Wieczory nordyckie''. Meta naszej podróży znajduje się w Szwecji (a dokładniej w Goteborgu), którą właściwie można nazwać kolebką dawnych ludów Północy. Myślę również, że Szwedom należy się coś na otarcie łez po wczorajszej porażce w walce o mistrzostwo świata w hokeju z Finlandią (a dostali mocne bęcki). Stąd moja dzisiejsza recenzja ich muzycznej chluby narodowej, jaką jest zespół In Flames.

   Z ''Płomieniami'' zetknąłem się już w połowie gimnazjum, ale prawdę mówiąc, wtedy jeszcze twórczość zespołu do mnie nie przemówiła. Jednak przyszedł czas, kiedy posłuchałem krążka ''Colony'', który ''otworzył'' mi uszy do dalszego zagłębiania się w ich dorobek muzyczny. Pamiętam jak dziś uczucie ''olśnienia'', jakiego doznałem po zapoznaniu się z nieziemskim ''Claymanem''. Potem zespół odświeżyłem sobie kilkakrotnie w liceum, np. z okazji wielokrotnych odsłuchań ''Come Clarity'' i późniejszego ''A Sense of Purpose'', jednak muszę przyznać, że całej dyskografii zespołu nie słyszałem nigdy. Jednak nie jest to dla mnie aż tak wstydliwe jak fakt, że aż do niedawna był mi kompletnie nieznany ''Zielony album'' Szwedów, a mowa tu o ''Whoracle'', który przecież jest uważany za jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy. Pozwoliłem sobie na trochę przydługi wstęp, jednak czułem się zobowiązany patrząc na rangę In Flames w moim muzycznym wychowaniu.

  ''Whoracle'' to ponad czterdzieści dwie minuty kolejnego muzycznego ''olśnienia'', jakie serwuje nam zespół. Jeśli kochałeś ''Claymana'', a nie znasz (niestety) jeszcze ''Zielonego albumu'', to pokochasz go równie mocno lub nawet bardziej niż tego pierwszego. Jest tu wszystko, a być może nawet więcej niż na ''Claymanie''. ''Jotun'' to chyba jeden z najlepszych otwieraczy - riff chwyta za gardło, melodyka powoduje machanie głową, a dynamika każe nam wręcz ''biec'' za utworem. Ale to dopiero początek. Kawałki takie jak ''Food for the Gods'' czy ''The Hive'' pozwalają nam poczuć In Flames ''pełną piersią'' - od szarżujących riffów po przepiękne solówki (szczególnie w ''The Hive'' - o mamusiu...), co w tej generacji In Flames jest wręcz niesamowite. I chyba właśnie do tej generacji najlepiej pasuje określenie ''melodic death metal'' z mocnym akcentem na ''melodic'', którego ta płyta jest wręcz idealną definicją. Skoro już o riffach mowa, to zdaniem Bartka możemy spotkać tu nawet ''leśny'' riff, który dominuje przez całe ''Morphing into Primal'', co jednak znaczy li tylko tyle, że jest świetny. Mamy także dwa muzyczne kolosy jakimi są ''Jester Script Transfigured'' i ''Worlds Within the Margin''. Pierwszy z nich cechuje się pięknem lekkich partii gitar, drugi zaś znów poraża nas riffem, a przedłużająca się solówka przechodzi w genialny most. Jest też dobrze nadający się na singiel ''Everything Counts'' z chwytliwym refrenem i niezgorszą solóweczką. Nie mógłbym także zapomnieć o dwóch instrumentalnych kompozycjach. Pierwszy, ''Dialogue with the Stars'', to prawdziwe sięgnięcie nieba poprzez ciekawe mieszanie mocnych i lekkich partii gitar. Motyw w środku kawałka jest jednym z moich ulubionych na całym albumie. Druga instrumentalka to utwór tytułowy, który idealnie sprawdza się w roli ''wyciszacza'' jako ostatnia kompozycja płyty. Na koniec wytoczę najcięższą z najcięższych artylerii, a mowa tu o kawałkach ''Episode 666'' i ''Gyroscope''. O pierwszym napiszę tylko tyle, że jest często uważany za najlepszy w historii zespołu, a dlaczego, to już musicie przekonać się sami. ''Gyroscope'' to mój faworyt (już widzę te miny zagorzałych fanów albumu). Dla mnie ten kawałek to absolutne mistrzostwo, a jego riff na pewno będzie w kółko chodził mi po głowie przez najbliższe kilka tygodni. O ile mi się nie przeje :)

  I na tym kończy się ''Whoracle''. ''Jak to?! Już koniec?! Ja chcę jeszcze raz!.'' I znów... I znów... Nie wiem, czy jest to najlepszy album In Flames, czy trochę słabszy od ''Claymana'', czy ciut lepszy. Pewnie szybko tego nie rozstrzygnę ba!, może nigdy. Osobiście ''Zielony album'' oceniam na potężne 9,5, jednak kiedy patrzę na jego wkład w rozwój gatunku to ocena może być tylko jedna.

Moja ocena : 10/10

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Wieczory nordyckie (MUZYKA) - Tyr - Ragnarok (2006)

1. The Beginning (5:07)
2. The Hammer of Thor (6:39)
3. Envy (1:10)
4. Brother's Bane (5:00)
5. The Burning (1:56)
6. The Ride to Hel (6:12)
7. Torsteins Kvaedi (4:55)
8. Grimur A Midalnesi (0:56)
9. Wings of Time (6:25)
10. The Rage of the Skullgaffer (2:01)
11. The Hunt (5:47)
12. Victory (0:58)
13. Lord of Lies (6:03)
14. Gjallarhornid (0:27)
15. Ragnarok (6:32)
16. The End (0:40)

Całkowity czas: 60:48

    Dzisiaj w sumie Danii nie opuszczamy, tylko z jej kontynentalnych ziem przeniesiemy się na tereny wyspiarskie, czyli jak się już pewnie domyślacie zrobimy sobie krótki przystanek na Wyspach Owczych, które choć nie od zawsze były skandynawskie (zasiedlone dopiero w VIII wieku przez Normanów), to jednak tradycja Skandynawów jest tu bardzo głęboko zakorzeniona. Odwiedzimy małe miasteczko Runavik (ok. 3800 mieszkańców), gdzie w 1998 powstał zespół Tyr. 

    Jak wiadomo Tyr to skandynawski bóg wojny, więc można łatwo wywnioskować w jakich klimatach będzie poruszał się zespół i jaka jest tematyka jego tekstów. Dla smaczku można dodać, że Tyr śpiewa w trzech językach - oczywiście po angielsku, a także po farersku (język używany tylko na Wyspach Owczych i w Danii) i rzadko po duńsku. 
   Pierwszą kontakt z twórczością zespołu miałem lekko ponad rok temu za sprawą ich ostatniej płyty - ''By the Light of the Northern Star'', który wypadł jak najbardziej na ''+'' mimo tego, że spodziewałem się czegoś zupełnie odmiennego niż otrzymałem, a szczególnie po odsłuchaniu wejściowego kawałka. Nim przejdę już do zawartości opisywanego przeze mnie krążka dodam tylko, że pod koniec maja Tyr wydaje swój kolejny (już szósty) album studyjny, który będzie zwał się ''The Lay of Thrym''.

    Jednak dziś mam zaszczyt sklecić słów kilka o albumie ''Ragnarok''. Na wstępie od razu napiszę, że jest dla mnie stanowczo za długi, jednak patrząc na ich poprzednie albumy, przynajmniej godzinka muzyki to dla nich chleb powszedni. Choć miałem już styczność z muzyką Tyr i mniej więcej wiem jak brzmi, to mimo wszystko miałem cichą nadzieję, że na ''Ragnarok'' usłyszę coś innego, bo i w końcu nawet nazwa pozwala nam oczekiwać jakiejś dawki mocnej muzyki, zresztą nawet okładka skłaniała mnie do takich refleksji. Ale nic z tego. Jeśli ktoś spodziewa się grania z tzw. ''pazurem'' to niech lepiej odpuści sobie ''Ragnarok'', bowiem panowie z Tyr paznokcie obcięli sobie chyba do krwi. Jednak nie chcę przez to powiedzieć, że to źle. Wręcz przeciwnie. Świadczy to li tylko o własnym stylu i pomysłach na muzykę, a przecież wiadomo, że o niepowtarzalność dzisiaj trudno.

    Jak widać schemat utworów na płycie jest bardzo prosty do rozszyfrowania - zwykle to utwór/intro/utwór/intro, z tym że utwory nie schodzą poniżej pięciu minut długości (wyłamał się tylko numer 7), co oczywiście świadczy też o ich rozbudowaniu i ciekawych zabiegach muzycznych jakie mogą się na nich znaleźć. I rzeczywiście tak jest. Połączenie heavy i viking metalu oraz doprawienie tej mieszanki muzyką folkową było strzałem w dziesiątkę jeśli chodzi o oryginalność stylu. Teraz tylko pozostaje pytanie czy każdemu taki twór się spodoba. Bo przecież ciekawe riffy są (''The Ride to Hel'', ''Lord of Lies'' czy ''The Hunt''), świetnych solówek też nie brakuje, że wymienie tu tylko te z ''Brother's Bane'' i wyżej wymienionego ''Lord of Lies''. Teraz dodajmy do tego folkowy styl grania i ludowe gadżety, posypmy to idealnie pasującym do tego stylu gry głosem Heri Joensena i dorzućmy do tego na koniec mieszanie angielskiego i farerskiego śpiewu (choć czasem utwory są tylko po angielsku bądź farersku) a otrzymamy praktycznie idealny przepis na większość utworów zespołu z Runavik. Szkoda tu rozpisywać się nad poszczególnymi kawałkami, gdyż wszystkie z nich są zbudowanie właśnie w ten sposób. Co ciekawe, nie mam tu nawet swojego ulubionego utworu, gdyż wszystkie prezentują mniej więcej ten sam poziom, który mogę śmiało określić mianem ''dobry''. Widać, że panowie nie zrobili tej płyty na ''odczep się''.

   Muzyka Tyr ma swój niepowtarzalny i niesamowity klimat przez dwa duże ''N'' i myślę, że właśnie do niej najbardziej pasuje przydomek ''viking''. Zresztą przecież twórczość zespołu często określa się jako progressive viking metal. I to właśnie dzięki ich twórczości możemy bardziej przybliżyć się do tej rodzimej skandynawskiej kultury, od której nie wiedzieć czemu Skandynawowie tak bardzo dzisiaj chcą się odciąć. Każdy zawsze postrzega Wikingów jako żądnych krwi morderczych rabusiów, którzy przez stulecia terroryzowali morza i lądy do nich przyległe, a nawet rzeki. Mało kto zatrzyma się nad tym, że oprócz tego byli także artystami, co swoją muzyką pokazuje nam również Tyr jako potomkowie dawnych ''Ludzi z Północy''. ''Ragnarok'' polecam każdemu kto chce poznać coś ''innego'', choć odpowiadając na pytanie zadane sobie wcześniej, nie wszystkim musi przypaść to do gustu.

Moja ocena: 7/10

piątek, 1 kwietnia 2011

Pierwszy kęs: Lech Roch ''Skorpion'' Pawlak

  
   O tej płycie mówi się już od lat. Nikt nie wie kiedy ma się ukazać, nikt nie zna liczby kawałków, tytułu ewentualnie jakiś featuringów. Nawet na jakiś czas mistrz opolskiego rapu usunął się w cień, gdyż ponoć antyfani (których posiada każdy szanujący się raper) ,,grozili mu śmiercią''. Jednak król liryki powstał z grobu niczym zombie i znów zagościł w mediach (szczególnie na jakże popularnym serwisie Youtube). Powrót Lecha nie oznaczał jednak wydania swojego pierwszego solowego albumu, ba! z czasem nawet popularność jego ''songów'' znacznie zmalała i kiedy wszystko wskazywało na to, że tak wielki talent zostanie zmarnowany, nadeszły wieści o tym, że ''solówka'' LR''S''P niedługo ujrzy światło dzienne. Stąd mój dzisiejszy krótki artykuł, w którym pokrótce przedstawię znane i lubiane kawałki ''Skorpiona'', które być może usłyszymy na jego krążku.

   Ten kawałek zna chyba każdy. Słyszeli go chyba nawet najstarsi górale, bo przecież mówi się, że jest starszy niż węgiel. Lech jak na swój debiutancki utwór od razu osiągnął szczyty. W mistrzowski sposób połączył różne konwencje w jednym (diss, beatbox, freestyle [światowy poziom!] a nawet nawijkę w bardzo trudnej odmianie tzw. ''ulicznego francuskiego'' znanego tylko niektórym). Warstwa liryczna też daje po jajach - zresztą posłuchajcie sami. To nagranie świetnie rokuje na resztę płyty, wierzę również że znajdzie się na krążku, ale podzielone na osobne części bo właśnie wtedy daje najlepszy efekt.

   Drugi prezentowany przeze mnie utwór to już krótka muzyczna wariacja ze strony mistrza ''Skorpiona'', ale w jakże szampańskim stylu. Sam Lech nadał nazwę temu stylowi jakim jest ''Fransuła Żelafrą''. Wgniatający w fotel bit i nieposkromiona dykcja jednego z najlepszych raperów w Polsce pozwala nam słuchać tego kawałka bez końca choć trwa tylko lekko ponad minutę. Pokazuje to również artystyczny kunszt Lecha, który w czasie, w którym mieści się zaledwie jakieś zwykłe intro, potrafi stworzyć coś tak pełnego emocji i do bólu prawdziwego. Pozostaję nam tylko bić brawo.
   
   Jak widać dzisiaj nie rozpisywałem się za długo, choć o talencie ''Skorpiona'' można by napisać 14-tomową sagę, jednak na razie wolałem wstrzymać swój entuzjazm i poczekać na pełnowymiarowe wydawnictwo, które na pewno porazi nas swoją oryginalnością i techniką. Tak więc do zobaczenia na pewno niedługo po premierze płyty i niech Roch będzie z Wami.

poniedziałek, 21 marca 2011

MUZYKA - Born of Osiris - The Discovery (2011)

1. Follow the Signs (3:50)
2. Singularity (3:33)
3. Ascension (2:27)
4. Devastate (4:35)
5. Recreate (4:00)
6. Two Worlds of Design (3:13)
7. A Solution (2:07)
8. Shaping the Masterpiece (4:39)
9. Dissimulation (2:47)
10. Automatic Motion (2:42)
11. The Omniscient (2:09)
12. Last Straw (4:00)
13. Regenerate (5:06)
14. XIV (1:52)
15. Behold (5:50)

Całkowity czas: 52:50

   Born of Osiris w muzyce deathcore'owej pełni dosyć podobną rolę jak Between the Buried and Me w metalcorze - wyróżniają się graniem na zupełnie inną modłę niż się ''powinno''. Mieszkańcy Chicago powrócili z drugim już albumem studyjnym i choć ich kariera jest jeszcze młoda, a dyskografia posiada jeszcze wiele luk do uzupełnienia, to i tak zespół posiada dość pokaźną liczbę fanów, którzy na nowy krążek czekali z utęsknieniem. Ja raczej do nich nie należałem, owszem miałem kontakt z muzyką ''BoO'' za sprawą ''A Higher Place'' i byłem nim dość pozytywnie zaskoczony, ale w końcu umknął on gdzieś mojej uwadze i o zespole zapomniałem. Z radością jednak przyjąłem wieść o tym, że zbliża się premiera ''The Discovery'', a nawet jak widać postanowiłem ''przelać'' na stronę wrażenia z obcowania z krążkiem. Już sam singlowy ''Follow the Signs'' zaostrzył mój apetyt i pokazał, że na krążku może naprawdę wiele się dziać. I rzeczywiście nie był to singiel rzucony na wiatr.

    ''The Discovery'' w porównaniu do poprzedniego longplay'a Amerykanów to istny tasiemiec - ma aż 15 utworów o łącznej długości prawie 53 minut, więc jest czego słuchać. Od samego początku atakuje nas wszechobecna elektronika wpisana w ostrą perkusję, mocne gitary i ociężały growl Ronnie'go Canizaro. Niby to dosyć powszechne, bo elektronikę ostatnimi czasy wplata się praktycznie wszędzie, ale panowie z Born of Osiris robią to w bardzo oryginalny sposób. Przeróżne elektroniczne dźwięki od klawiszy, poprzez klimatyczne ''plumkania'', na mroczniejszych motywach kończąc to wizytówka ''Odkrycia''. Miejscami te wszystkie elektroniczne zabiegi układają się jakby w bit, który kojarzy mi się z jakimś szalonym psycho rapem (końcówka ''Devastate''). Kapitalne połączenie perkusji z dźwiękami pozytywki możemy również zaobserwować na ''Two Worlds of Design''. Mamy również kilka typowych kompozycji instrumentalnych, które jednak wypadają jak najbardziej na plus - ''XIV'', który świetnie łączy się z ostatnim już typowo deathcore'owym ''Behold'', ''A Solution'' przypominający trochę najnowsze dokonania zespołu Linkin Park czy wreszcie ''The Omniscient'', którego główny motyw przywodzi na myśl muzykę z jakiejś gry przygodowej. Myślę, że nawet najbardziej wybredni znajdą na tej płycie coś dla siebie. Oprócz elektroniki jest również bardzo melodycznie (świetne połączenie na ''Singularity'' czy ''Dissimulation'').

   Instrumentalnie płyta jest genialna. Oczywiście jak to bywa w tej muzyce, pierwsze skrzypce gra perkusja, która na ''The Discovery'' jest naprawdę wręcz demoniczna. Czasem do bólu techniczna, zaraz znów urywana, żeby w końcu znów wypalić niczym karabin maszynowy. Coś wspaniałego. Co ciekawe praca gitar pozostaje na tym samym wysokim poziomie. Surowe riffy, melodyjne solówki i wiele ciekawych motywów w połączeniu z wyczynami bębniarza czyni z ''The Discovery'' jedną z najciekawszych pozycji ostatnich miesięcy. Wokaliza już może nie jest taka nie do podrobienia, ale źle też nie jest. Słowem - jest taka jaka być powinna. Z kolei okładka to kolejny plus - idealnie wyraża atmosferę panującą na ''Odkryciu''.

   Myślę, że fani Born of Osiris będą wielce zadowoleni z tego co udało się stworzyć Canizaro i spółce. Jeśli szukasz czegoś świerzego, a obracasz się w podobnym kręgu muzycznym, to bez wahania sięgnij po ten album - na pewno się nie zawiedziesz. Chyba nie bez kozery nazwa krążka to właśnie ''The Discovery'', bo uważam, że zespół tą płytą odkrył w tym gatunku swoiste drugie dno, które pokazuje że wcale nie trzeba tworzyć sztampowej bezmyślnej nawalanki, aby wyjść w deathcorze na ludzi i mam nadzieję, że będzie pojawiać się coraz więcej takich ''uchyleń''. Nie pamiętam już dokładnie jaki był debiut (ale na pewno sobie przypomnę!), jednak wiem, że zostawił po sobie bardzo pozytywne wrażenie wśród publiki. Myślę, że ''The Discovery'' zostawi jeszcze lepsze.Gorąco polecam. Ponoć najlepiej smakuje na tostach ;)


Moja ocena: 8,5/10

Wieczory nordyckie (MUZYKA) - Ensiferum - Iron (2004)

1. Ferrum Aeternum (3:28)
2. Iron (3:53)
3. Sword Chant (4:44)
4. Mourning Heart (Interlude) (1:24)
5. Tale of Revenge (4:30)
6. Lost in Despair (5:37)
7. Slayer of Light (3:10)
8. Into Battle (5:52)
9. Lai Lai Hei (7:15)
10. Tears (3:19)

Całkowity czas: 43:12

   Dziś w ramach wieczorów nordyckich przeniesiemy się do stolicy Finlandii, a to za sprawą pochodzącego stamtąd Ensiferum. Ich twórczość znam od niedawna (październik?), choć ''Victory Songs'' ''przeleciałem'' wzdłuż i wszerz niezliczoną ilość razy. Trochę gorzej było z jego następcą czyli ''From Afar'', które wypadło dużo słabiej i ostudziło mój entuzjazm do dalszego zagłębiania się w ich dyskografię. Kiedy padł pomysł tego cyklu, to od razu wiedziałem, że wciągnę w niego Finów. Wybrałem więc kolejną pozycję z ich niedużego spisu dokonań.

    ''Iron'' to ich drugi album zawierający 10 utworów, które zamykają się w niecałych 45 minutach muzyki. No właśnie, ale jakiej muzyki? ''Wojownicy'', bo tak będę ich nazywał (''Ensiferum'' po łacinie znaczy ''dzierżący miecz''), obracają się w klimatach melodic death metalu, jednak jeśli dodamy do tego muzyczne motywy ludowe i oczywiście wszystko to połączymy z tekstami o bitwach, wojownikach i ich heroicznych czynach a nawet historii, to otrzymamy już zupełnie inny gatunek jakim jest folk metal.

    ''Żelazko'' zaczyna się od tradycyjnego dość długiego wstępu, oczywiście utrzymanego w klimacie ludowym, aby następnie od razu zaatakować nas kawałkiem tytułowym ze świetnym wstępem, za które tak lubię ten zespół. Bardzo udane rozpoczęcie, jednak potem już nie jest tak różowo. Następnie mamy bowiem bezpłciowy ''Sword Chant''. Niby zły nie jest, ale cały czas coś mi w nim zgrzyta przez co nie potrafię go polubić. Ledwo co słyszeliśmy intro do płyty, a tu już mamy do czynienia z następnym, moim zdaniem w ogóle niepotrzebnym (może chcieli dobić z liczbą utworów do pełnej dziesiątki?). Po kolejnej ''instrumentalce'' przyszła kolej na całkiem udany ''Tale of Revenge'', który powoli się rozkręca po to, żeby w środku wybuchnąć świetnymi melodiami i pozytywnie nas zaskoczyć. ''Lost in Despair'' jest już z kolei mroczny i smutny. Nawet wokalista aby nie psuć klimatu zrezygnował ze swojego ''skrzeku'' i używa normalnego głosu, który wraz z przygnębiającymi partiami gitary tworzy niezgorsze połączenie. Teraz czas na albumowego killera jakim jest ''Slayer of Light''. Jest tak szybki i energiczny, że nawet bez brania Double Blast'a nie do końca wiem co się w nim dzieje. Swoją drogą właśnie od niego zaczynają się te najlepsze numery na ''Iron''. ''Into Battle'' swoim stylem przypomina mi już kawałki z ''Victory Songs'' - świetny wstęp, brak niepotrzebnych elementów i gra na najwyższym poziomie na jaki stać Wojowników. Kapitalny utwór, chyba najlepszy na całym krążku. Przedostatni najdłuższy i zarazem również jeden z lepszych ''Lai Lai Hei'' wyróżnia się kawałkiem tekstu w ojczystym języku Finów jak i świetnym połączeniem folkowych motywów z klasycznym melodic death metalem. Zamykający krążek ''Tears'' to ludowa ballada śpiewana przez kobietę (Kaisa Saari). To swoiste wyciszenie po poprzednich utworach, które jednak nie specjalnie przypadło mi do gustu mimo kojących ludowych melodii i ładnego tekstu. Na tym kończy się nasza przygoda z ''Żelazkiem''.

    Do najkrótszego podsumowania płyty idealnie pasowałby kultowy tekst Roberta Burneiki - ''Nie ma lipy!'', ale postaram się go trochę rozwinąć. Rzeczywiście lipy nie ma i ''Iron'' to udany krążek Ensiferum, choć poziomem bardziej zbliżony do ''From Afar'' niż kapitalnego ''Victory Songs''. Mimo tego, tak jak poprzednim razem byłem zadowolony z ''All Shall Fall'', tak jestem i teraz z ''Żelazka'', które mogę polecić nawet fanom melodic death metalu o ile są otwarci muzycznie na motywy ludowe. Jeśli zaś nie, to może warto spróbować?

Moja ocena: 7,5/10

czwartek, 17 marca 2011

MUZYKA - No Bragging Rights - Illuminator (2011)

01. Beautiful And Spineless (3:19)
02. 6th & Main (4:16)
03. Weeding Out The Weak (3:37)
04. Cease Fire (Interlude) (1:18)
05. Illuminator (3:36)
06. Empire: Disarray (3:31)
07. The Prospect (3:55)
08. Blind Faith (4:00)
09. Recognition (2:33)
10. And They Threatened Us With Fire (2:59)
11. Death of An Era (4:09)

Całkowity czas: 37:13

   Ostatnio obracałem się w dość ''potężnych'' klimatach (Immortal, Before the Fall), więc czas na coś lżejszego, jeśli oczywiście tak można określić najnowsze dokonanie amerykańskiego No Bragging Rights. A chyba można skoro panowie grają typowy melodyczny hardcore, czyli gatunek który często potrafi miło ''posmyrać'' mnie po uszach, więc staram się odnajdywać jak najwięcej zespołów poruszających się w tym nurcie muzyki.

    ''Illuminator'' to drugie wydawnictwo południowo kalifornijskiego bandu, swoją drogą istniejącego od 2005 roku, więc żółtodzióbkami w tej materii już chyba nie są. Album trwa lekko ponad 37 minut, co wcale nie dziwi, bo w tym gatunku długich longplayów raczej nigdy nie spotkamy. Co takiego charakteryzuje tych 11 kompozycji? Przede wszystkim szybkość wpisana w miłą dla ucha oprawę muzyczną, często okraszoną ładnymi, wręcz post-hardcore'owymi refrenami. Już pierwsze dwa kawałki idealnie ukazują nam jaki będzie cały ''Illuminator'', bo jakichkolwiek eksperymentów na tym LP brak i w sumie całkiem słusznie. Gdyby jeszcze cała płyta była taka jak te dwa tracki, to naprawdę byłoby o czym pisać. Ale - niestety - nie ma. Nie lubię kiedy album już na samym początku pokazuje swoje najlepsze atuty, gdyż później, kiedy jest już zdecydowanie gorzej, pozostaje ogromny niedosyt. I tak jest właśnie z ''Illuminatorem''. ''Beautiful And Spineless'', z ''galopującym'' refrenem i ciekawym zwolnieniem pod koniec oraz wykrzyczany ''6th & Main'' to najlepsze momenty na albumie. Oczywiście, potem nie ma tragedii na miarę Sofoklesa, ale czuć dość wyraźny spadek. O ile pierwsze połowa ''Illuminatora'' z utworem tytułowym na czele (refren naprawdę potrafi się wkręcić) wypada naprawdę dobrze, to już następna jest bardzo nierówna - raz lepiej, później gorzej, następnie znów lepiej, potem z kolei nudno. Oczywiście i tu można wyłapać takie perełki, jak na przykład ''Blind Faith'', jednak (niestety!) przy każdym odsłuchu ''Illuminatora'', pod sam koniec nie mogę odpędzić od siebie wrażenia, że zaczęło wiać zwyczajną nudą. Na pocieszenie może jeszcze dodam, że bardzo podoba mi się strona wokalna albumu, szczególnie ta używana w refrenach.

    Drugi longplay panów z No Bragging Rights prezentuje się po prostu zwyczajnie - jest tak samo dobry jak i słaby, z lekką przewagą tego pierwszego. Widać czerpanie pełnymi garściami od takich czempionów gatunku jak Evergreen Terrace czy Rise Against, jednak muzyce No Bragging Rights brak tego dobrego wykończenia, o które może panowie muszą postarać się bez żadnych przykładów. W żadnym wypadku nie spisuję tego krążka na straty, a nawet polecę go entuzjastom gatunku, gdyż po jego odsłuchaniu mogą mieć zupełnie inne odczucia niż ja - dla mnie to po prostu niezły album dobrze rokujący zespołowi na przyszłość, za którego rozwój trzymam kciuki od pierwszego spotkania z ''Illuminatorem''.

Moja ocena: 6,5/10

piątek, 11 marca 2011

MUZYKA - Before the Fall - Antibody (2011)


1. Prepare Thy Way Before Thee (3:51)
2. Fucked Up World (4:16)
3. Burden of the Past (4:21)
4. Destroy (3:28)
5. On Your Knees (6:36)
6. Cruzified Perdition (4:51)
7. Blood Tsunami (2:53)
8. Go to Hell (3:46)
9. Becoming the Enemy (5:01)
10. Never Been Born (5:56)
11. Warcry (3:52)
12. Antibody (1:37)

Całkowity czas: 50:28

   Dawno już nie pisałem o zespole, który zaliczamy do kategorii ''mało znany szerszej publiczności''. Pomyślałem, że czas ''przetestować'' coś nowego i wybór padł na Before the Fall za sprawą recenzji, która była świetnie napisana i mało tego opiewała album na ocenę najwyższą, więc bez zastanowienia zdecydowałem się sprawdzić, czy rzeczywiście jest po co nadwyrężać palce. Co ciekawe, już po pierwszych dźwiękach  ''Przeciwciała'' można by wywnioskować, że zespół pochodzi z naszych kochanych Stanów. A tu niespodzianka - z Wiednia. Tytułem wstępu wypadałoby napisać jeszcze, w jakich klimatach porusza się Before The Fall. I tu pojawia się zasadniczy problem. Bo co panowie tak naprawdę grają? Nie jest to ani czysty metalcore a tym bardziej deathcore, więc wydaje mi się, że to muzyka z pogranicza tych dwóch gatunków plus thrashcore'owe motywy - to właśnie gra Before The Fall.

   Już od pierwszych dźwięków można zauważyć, jaki instrument będzie najbardziej wyrazistym na krążku. Mowa tu o perkusji, która brzmi wręcz morderczo, a jej dźwięki nie ustają nawet na moment od świetnych metalcore'owych breakdownów po typowo deathcore'ową nawalankę jednak w jakże dobrym smaku. Noga aż sama podrywa się do przytupywania do jej rytmu. Wraz z zagłębianiem się w dalsze utwory, doszedłem do wniosku, że płyta wręcz musiała być robiona pod perkusję. Nie wiem skąd chłopaki wzięli tak dobrego bębniarza jakim jest Maurizio Guolo, ale tylko pogratulować im wyboru. Z kolei żadnych peanów nie mogę zaśpiewać na cześć strony wokalnej, bowiem wokaliza Michaela Kronstorfera jest typowa i niczym się nie wyróżnia, co jednak stanowi jakiś tam plus, gdyż dobrze łączy się z całym instrumentarium Before The Fall.

   Czym zaś charakteryzują się utwory zaprezentowane na ''Przeciwciele''? Przede wszystkim są wręcz deathcore'owo mocne, jednak (o dziwo) nie przeszkadza im to być również melodycznymi, co się jak najbardziej chwali. Niektóre utwory klimatem mocno odbiegają od innych - chociażby mroczny w zwrotkach ''Burden of the Past'' czy oldschoolowe również zwrotki w ''On Your Knees''. Jest też dużo ciekawych motywów, takich jak arabskie śpiewy czy łamane dźwięki pozytywki, po których następuje atak perkusji. Nie wspominałem jeszcze o pracy gitar, ale jak się można łatwo domyślić riffy, aby pasowały do tej wręcz dosłownie bombowej perkusji, muszą być równie mocne, będąc równocześnie melodycznymi jak już wspominałem wcześniej, a więc panowie odpowiedzialni za gitary również odwalili kawał niezłej roboty. Utwory na ''Antibody'' wahają się od 3 do ponad 6 minut, co - jak widać - odbiło się na czasie trwania krążka. Jak można zauważyć utwór tytułowy to swoiste outro z pięknymi klawiszami, co również odbiega stylem od całości płyty. Cóż jeszcze mógłbym napisać? Moim zdecydowanie ulubionym kawałkiem jest najdłuższy ''On Your Knees'', za zmiany klimatu, świetną solówkę i genialne przejście.

  Nadszedł czas na lekkie ''zaczepki'', ale nie będzie ich za dużo. Po prostu wydaje mi się, że niektórych płyta po czasie może wyraźnie zacząć nudzić i męczyć, sam najchętniej bym odciął spory kawałek ''Becoming the Enemy''. Innym zaś może przeszkadzać praktycznie ciągłe forsowanie perkusji, jednak ja, będąc wielkim fanem tego instrumentu, jestem z tego bardzo kontent.

   Jak zwykle krótkie podsumowanie żeby już nie przedłużać. Panowie z Before the Fall nie są debiutantami, choć weteranami też na pewno nie. ''Antibody'' jest ich drugim longplay'em, na który fanom (domyślam się, że za wiele ich nie było, choć mogę się mylić) przyszło czekać aż cztery lata i myślę, że będą z niego bardzo zadowoleni. Ja do tej pory nie znałem Before The Fall, ale płytą jestem równie pozytywnie zaskoczony i poważnie myślę, czy nie zapoznać się z ich debiutem. Krążek wydaje się godny polecenia - fanom mocnej muzyki w 65 %, zaś fanom bębnów w 100 %.

Moja ocena: 8/10