Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miniaturki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miniaturki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 sierpnia 2011

MUZYKA. Filipowe Miniaturki (The Candy Spooky Theater, Myslovitz, Men Eater)

The Candy Spooky Theater - Living Dead Spooky Doll's Family In The Rock 'n Child's Spook Show Baby!! (2007)

  The Candy Spooky Theater to japoński zespół wykonujący muzykę z pogranicza rocka, muzyki cyrkowej, psychodelicznej i soundtracków ze starych horrorów klasy b. W wielu miejscach słychać silne inspiracje White Zombie, Frankenstein Drag Queens From Planet 13 czy demówkami Marilyn Manson and the Spooky Kids, a jednak The Candy Spooky Theater mają swoje charakterystyczne brzmienie. Jedyny jak dotąd album zespołu przykuwa uwagę przede wszystkim doskonałym klimatem kojarzącym się z przejażdżką tunelem strachu w wesołym miasteczku. Niestety głos wokalisty może być dla wielu osób irytujący. Można również zarzucić płycie zbyt małą różnorodność kompozycji. A jednak, mimo wad, ”Living Dead Spooky Doll's Family In The Rock 'n Child's Spook Show Baby!!” to jeden z najbardziej udanych debiutów, jakie miałem okazję ostatnio usłyszeć.

Ocena: 6,5/10

Myslovitz – Nieważne jak wysoko jesteśmy (2011)

  Od zawsze mam problem z tym zespołem. Z jednej strony zdarzają im się oryginalne melodie i udane kompozycje, a jednak nigdy w pełni nie polubiłem żadnego z ich albumów (najlepiej wspominam ”Skalary, Mieczyki, Neonki” i ”Korova Milky Bar”). Nowe wydawnictwo Myslovitz nie rozwiązuje moich problemów z polubieniem ich. Jak zwykle można na nim znaleźć kilka interesujących utworów przyciągających uwagę melodiami, czasem ciekawą partią gitary, innym razem rytmiką lub linią wokalną. A jednak bardzo często zdarzało mi się wychwycić coś irytującego. Najczęściej drażniły mnie fragmenty tekstów, innym razem strasznie zmanierowany sposób śpiewania. Przykładem jest chociażby ”Art. Brut”, który denerwował mnie do granic możliwości zarówno tekstem (sens często tonie w potoku słów (”To wołanie bez słów, chcesz usłyszeć? Patrz”), jak i nachalnie melancholijnym śpiewem. Z drugiej strony senny refren przykuwa uwagę. W podobny sposób można opisać cały album – raz zachęca, raz odrzuca.

Ocena: 5/10

Men Eater – Gold (2011)

  Men Eater to niemal nieznany portugalski zespół wykonujący... no właśnie, co właściwie wykonuje Man Eater? Najczęściej spotkać się można z określeniem ”doom”, a jednak ten gatunek jest jedynie jednym z elementów, z których zespół buduje swoją muzykę. Słychać w niej naleciałości rocka i metalu progresywnego (rozbudowane partie instrumentów), jazzu (złożona, nieprzewidywalna rytmika), space rocka (przestrzenne brzmienie gitar). Głos wokalisty natomiast raz kojarzy się z Melvins, innym razem z Mastodon. Sama muzyka ma z resztą kilka cech wspólnych z tymi dwoma grupami. Trudno znaleźć jakieś informacje o dyskografii Man Eater, z tego, co udało mi się ”wygrzebać”, ”Gold” to ich drugi album. Jeżeli to prawda, jest to kolejny dowód na to, że nie każdego dotyka ”syndrom drugiej płyty”. Każdy utwór na ”Gold” to dowód wielkiej wyobraźni twórców. Każda kompozycja jest nieprzewidywalna, zmienna i wielowarstwowa, dzięki czemu z każdym przesłuchaniem można odkryć coś nowego.

Ocena: 9/10

piątek, 22 lipca 2011

MUZYKA. Miniaturki - Melodic death metal vol. I (Fall of Serenity, Dreamshade, Grievers)

  Nadszedł w końcu (!) czas, abym to ja spróbował swoich sił i dołożył swoje ''trzy grosze'' do tego cyklu. Zanim zanurzę się w odmętach nowego Trivium (a szybko z nich nie wypłynę), postanowiłem opisać trzy płyty z tego samego gatunku (choć niespecjalnie do siebie podobne), z którym najwięcej obcowałem przez ostatnie tygodnie. Mowa tu o melodic death metalu. Od razu na myśl przychodzi nam mroźna Skandynawia (głównie Szwecja). I mimo tego, że nasza dzisiejsza podróż przebiegać będzie tylko przez Europę, to jednak o Północ nie zahaczymy choćby na minutkę.

Fall of Serenity - Bloodred Salvation

  Podróż zaczniemy w zasadzie tuż pod nosem, bo u naszych zachodnich sąsiadów. Nie można powiedzieć, że panowie z Fall of Serenity to nowicjusze, gdyż na karku mają już 13 lat, co w porównaniu z pozostałymi kapelami jakie dziś wystąpią, czyni ich prędzej ''starymi wyjadaczami''. Nie inaczej jest także z opisywaną przeze mnie płytą, która wyszła w roku 2006. Jednak do rzeczy. ''Bloodred Salvation'' to ponad 40 minut rasowego ''melodeathu'', jednak niestety tylko w dość niezłym wydaniu. Są mocne riffy, jest mocny growl, który świetnie do nich pasuje, jest moc. Czego chcieć więcej? Pomysłu. Choć słucham tej płyty już od około 2 tygodni, to cały czas mam wrażenie, że wszystkie kawałki brzmią oszukańczo podobnie, więc nawet nie będę wysilał się na wskazanie tych lepszych czy gorszych, gdyż są na podobnym poziomie. Może zbyt surowo oceniłem panów z Fall of Serenity, więc dodam, że innowacje się zdarzają, ale niezbyt często. Miło zaskakuje zaś utwór tytułowy, który jest po prostu dwuminutową kompozycją fortepianową. Jednak zaskoczeń to by było na tyle jeśli chodzi o ''Bloodred Salvation''. A szkoda.

Moja ocena : 6/10

Dreamshade - What Silence Hides

  Tym sposobem wylądowaliśmy w odwiecznie neutralnej Szwajcarii. ''What Silence Hides'' pachnie jeszcze świeżością, gdyż ujrzał światło dzienne pod koniec stycznia bieżącego roku. Od pierwszych dźwięków słychać, że muzyka grana przez Szwajcarów ma niewiele wspólnego z ich wyżej wymienionymi kolegami ''zza miedzy''. Przede wszystkim chodzi o to, że na nowym krążku Dreamshade przysłowiowe pierwsze skrzypce grają klawisze (swoją drogą zabawnie to brzmi). Hulają na prawo i lewo po wszystkich utworach, wręcz nie można się od nich opędzić, ale to bardzo dobrze. Dodają utworom smaku i brzmią naprawdę ciekawie - samotnie jak i z partiami gitar. Szczególnie w ''Revive in Me'' czy ''Eternal''. Mówiąc o godnych uwagi utworach, nie można też nie wspomnieć o kompozycji tytułowej, która atakuje nas jako pierwsza. Minusy tego albumu? Jeden zasadniczy. Za dużo wrzasku, który po kilku utworach zaczyna wręcz męczyć. Wokalista ima się też czasem ''głębokiego growlu'', ale chyba lepiej w sumie jak już wrzeszczy. Podsumowując te krótkie rozważania, debiut Dreamshade uważam za bardzo przyzwoity i godny uwagi. Polecam fanom klawiszy jak i melodic death metalu, żeby zobaczyli jak to się robi w Szwajcarii. 

Moja ocena : 7,5/10

Grievers - Reflecting Evil

  Przyszedł czas na płytę, która przypadła mi do gustu zdecydowanie najbardziej. Tu też kończy się nasza podróż, a wylądowaliśmy we włoskiej Lombardii. Włochom muzycznie o wiele bliżej do Fall of Serenity (choć też nie do końca), niż do Dreamshade, choć to właśnie do nich mają tylko 70 kilometrów. Po pierwsze jest o wiele bardziej melodycznie niż u Niemców, a po drugie o wiele bardziej z pomysłem. Choć ''Reflecting Evil'' to tylko osiem kawałków, to jednak są one wypełnione ''melodeath'em'' z bardzo wysokiej półki. Niedługie, choć rozbudowane kawałki, świetne solówki i wpadające w ucho riffy, a do tego dobry wokal, czyni z debiutu Grievers bardzo mocną pozycję. Z najciekawszych kawałków wymienię ''Born Again'' oraz ''Concept of Wisdom'', choć tak naprawdę mógłbym wymienić wszystkie. Szkoda, że płyta wyszła w poprzednim roku, bo tak na pewno by zagościła w moim tegorocznym podsumowaniu. Trudno. Na tym kończymy naszą podróż. Do miniaturek z pod znaku melodic death metalu (i nie tylko) na pewno jeszcze wrócę, bowiem jak się okazuje nawet zespoły ''z dupy'' potrafią nagrać coś ambitnego w tym gatunku. To tylko wzmaga apetyt, aby szukać dalej. A więc do dzieła!

Moja ocena : 8/10

sobota, 9 lipca 2011

MUZYKA. Miniaturki - część 5 (Salt the Wound, August Burns Red, Unearth)

  Piąta część Miniaturek i tym razem na tapetę wziąłem zespoły, które do tej pory były mi znane praktycznie tylko z nazwy. Każda z tych formacji jest za to doskonale znana Marcinowi Czarneckiemu i właśnie dlatego dzisiejszy odcinek mogę spokojnie nazwać „zespoły Czarnego” – wybór nie był więc przypadkowy. Zawsze staram się, aby nie był przypadkowy :P.

Salt the Wound – Kill the Crown

  Po raz pierwszy usłyszałem o tym zespole ponad rok temu na lekcji filozofii. I nie żeby tego uczono w moim byłym liceum, lecz właśnie na tej lekcji siedziałem z Czarnym i szczerze mówiąc więcej nauczyłem się nazw różnych zespołów niż samej filozofii. Na początku myślałem,  że nazwa „Posól ranę” to jakiś żart, ale w końcu nie takie formacje już powstawały. Płyta „Kill the Crown” zachęca swoją kolorową okładką, na której ujrzeć możemy króla z głową leżącą u jego stóp. Całkiem „sympatyczny” rysunek. Jeśli chodzi o muzykę to Salt the Wound prezentuje nam deathcore z całkiem niezłą ilością chwytliwych melodii, jak w kończących płytę: „The Cliff Before the Fall”, „Breathless” oraz instrumentalnym „Consequence”. To według mnie trzy najlepsze kompozycje tego LP. Niestety w trwającym ponad trzynaście minut zamykaczu usłyszymy kilka minut przerwy przed „niespodziewanym” bonusem. Nie znoszę tego zabiegu, który niestety jest dość często stosowany przez metalowe zespoły. Ogólnie „Kill the Crown” to naprawdę niezły album.

Ocena: 6,5/10

August Burns Red – Leveler

  Z taką nazwą powinni wydawać płyty tylko w sierpniu. Tym razem to nie sierpień, lecz lipiec spłonie na czerwono. A mają panowie powód aby spłonąć. Dokładniej to powinni spalić się ze wstydu na czerwono, za okładkę tego albumu :D Jest w tym oczywiście trochę przesady, ale faktem jest to, że okładka naprawdę mogła być lepsza. Trzeba jednak przyznać, że muzyka August Burns Red na „Leveler” wypada całkiem pozytywnie. Mamy urozmaicenia w postaci zwolnień, czy nieco odmiennych klimatów („Internal Cannon”). Ładne solówki też są na tej płycie zauważalne, ale najlepszą rzeczą jaką na „Leveler” otrzymamy będzie utwór zatytułowany „Carpe Diem”. Jego pierwsza minuta jest według mnie najlepszą minutą zawartą na tym albumie – piękny wstęp. Później kawałek również rozwija się ciekawie poprzez „wykrzyczany” wokal na tle ciężej grających gitar i kolejne zwolnienie ze świetną partią gitary basowej. Tytułowa kompozycja kończąca płytę niestety mnie jednak troszkę zawodzi, ale to pozytywny album, choć do oceny „dobrej” w moim odczuciu minimalnie mu brakuje.

Ocena: 6,5/10

Unearth – Darkness In the Light

  O tym zespole już trochę nasłuchałem dawniej. Nadszedł czas na ich kolejny longplay, co sprawiło, że do mojej wiadomości napływały po raz kolejny świeże informacje dotyczące wydawnictwa „Darkness In the Light”. Tytuł mały oryginalny, ale całkiem w porządku. Okładka też na całkiem wysokim poziomie, choć bardziej podoba mi się ta do płyty „The Oncoming Storm”. Na najnowszym dokonaniu Unearth zaserwuje nam kilka świetnych numerów, które będą jednak kolidowały z pozycjami nieco słabszymi. Gdyby jednak wyliczyć średnią (czego ja jednak nie mam zamiaru robić) to ocena tej płyty wyjdzie mi pewnie „dobra”. Taką też wystawiam, a wyróżnić kilka kompozycji również w tym miejscu sobie pozwolę. „Shadows In the Light”, „Last Wish”, czy „Arise the War Cry” to tytuły będące w mojej czołówce tego krążka. Zdecydowanym faworytem będzie jednak numer, pod tytułem „Overcome”. Rzecz to, fakt, taka, którą mogę spokojnie włożyć do szufladki z napisem „podobnych słyszałem milion, ale refren i tak się wkręca”. Podobnych metalcore’owych tracków jest mnóstwo, ale to żaden zarzut z mojej strony, bo czy muszą być od razu całkiem inne i poszukujące nowych horyzontów, aby się podobały? Nie. Po „Overcome” usłyszymy jeszcze „Disillusion” i zakończymy w ten sposób „Darkness In the Light”.

Ocena: 7/10

wtorek, 5 lipca 2011

MUZYKA. Miniaturki - część 4 (Cavalera Conspiracy, Samael, Saxon)

  Czwarty epizod z cyklu moich mini-recenzji, do których zaczynam się powoli przyzwyczajać (ale niebawem coś dłuższego może też w końcu napiszę) to trzy zespoły grające metal. Odmian tej muzyki jest jednak sporo, a ja tym razem wybrałem formacje, które się od siebie bardzo różnią - każda jest zupełnie inna.

Cavalera Conspiracy - Blunt Force Trauma

  Sepulturę wolę z Green'em, więc Maxa zawsze ceniłem najbardziej za formację Soulfly. Natomiast Igor był, jest i będzie świetnym bębniarzem, i tu nie ma się nad czym zastanawiać. W końcu panowie razem się zebrali do własnego projektu Cavalera Conspiracy (taki brazylijski odpowiednik polskiego zespołu Bracia:D) i nagrali album "Inflikted".Szczerze mówiąc przymknąłem na to oko i dopiero teraz, gdy nadszedł czas na drugą odsłonę "braci", poznałem album "Blunt Force Trauma". Braki na pewno nadrobię, bo domyślam się, że debiut jest czymś podobnym. BFT to kawał mocnego łojenia. Mięcho od początku do końca. Szybko i z wrzaskiem. Jest dobrze.



Ocena: 7/10

Samael - Lux Mundi

   Już podczas wydania ostatniego albumu - "Above" - narzekałem na nudę i wspominałem płytę "Passage". Tym razem będzie podobnie, bo najnowsze dokonanie Szwajcarów bardzo mnie zawodzi. Po raz kolejny od samego początku wieje nudą w sposób niemiłosierny. Niby potrafią stworzyć swój specyficzny, nieco kosmiczny klimat, ale wciąż słuchając Samaela, coś mnie od niego odrzuca. Jak w przypadku "Above" - brak tutaj czegoś. "Lux Mundi" to niebezpiecznie nudny longplay.




Ocena: 2,5/10


 Saxon - Call to Arms

  Muszę przyznać, że Saxon to zespół, który już jakiś czas temu nieco skreśliłem. Może nie grubą krechą, ale delikatnie poszli w odstawkę. Na pewno przyczyniła się do tego ostatnia płyta - "Into the Labirynth" - za którą raczej nie przepadam. Ale Saxon to w końcu jeden z najważniejszych zespołów NWoBHM. Nie można więc ich tak po prostu przekreślić. Najnowszy LP tej formacji udowadnia, że wciąż się liczą, i choć spodziewałem się raczej słabszego albumu, jestem pozytywnie zaskoczony. "Call to Arms" posiada naprawdę dobre i mocne, żywiołowe numery. Czysty heavy metal. Już od pierwszego "Hammer of the Gods" (tytuł rodem z Manowara) słyszymy konkretne riffy i solówki, a także charakterystyczny głos Biffa Byforda, który wciąż się dobrze trzyma. Świetne brzmienie, a także wpadające w ucho numery to wielkie zalety tego wydawnictwa. Trochę mi brakuje mocy w kompozycji tytułowej, ale zespół nadrabia innymi trackami, jak wspomniany otwieracz "HotG", "Afterburner", czy świetny "No Rest for the Wicked". "Call to Arms" to płyta godna polecenia.

Ocena: 7/10

piątek, 10 czerwca 2011

MUZYKA. Miniaturki - część 2 (Amon Amarth, Born of Osiris, The Haunted, Arch Enemy)

  Czas na na mój drugi odcinek z serii „Miniaturki”. Dziś pokrótce omówione zostają zespoły, które wybrałem w sposób dość losowy. Tym razem poddane próbie będą cztery albumy, więc o jeden więcej niż za pierwszym razem. Nie znaczy to jednak, że z każdym następnym tekstem będzie o jeden krążek więcej. Ot, taki zbieg okoliczności:)

Amon Amarth – Surtur Rising

  Muzycy z formacji Amon Amarth wypracowali sobie przez lata niezwykle charakterystyczny styl (jak ja kocham te motywy gitarowe oparte na zjeżdżaniu po pojedynczych progach :D …zawsze jednak dostaniemy do tego „supermelodicsoczystyriff”). „Surtur Rising” to kolejny album, na którym dostaniemy mnóstwo melodii zawartych w dziesięciu numerach.  Tradycyjnie usłyszymy jakiś patetyczny refren, jak i tradycyjnie jakiś fragment nas może zaskoczyć. Muszę przyznać, że Amon Amarth to jeden z tych zespołów, które określam mianem „romantic metalu”, z czego na najnowszym krążku szwedzkich wikingów poziom owego romantyzmu muzycznego jest ciut mniejszy  niż na ostatnich dokonaniach, które otrzymywały u mnie „8”. Stąd tym razem ocena o „połówkę” niższa, gdyż nieco więcej się po „Surtur Rising” spodziewałem. O zawodzie jednak nie ma mowy, bo usłyszymy tutaj naprawdę bardzo dobre kawałki. Czekamy na odpowiedź In Flames…;]

Ocena: 7,5/10

Born of Osiris – The Discovery

  Trzeba przyznać, że mnie zaskoczyli. Grając taki typ muzyki porwać się na album trwający prawie godzinę? Czy oni chcą kogoś wykończyć? Nic w tym rodzaju. Okazuje się bowiem, że BoO mają tyle pomysłów na urozmaicenie swojego deathcore’u, że naprawdę - czapki z głów. Choć ja wielkim fanem gatunku nie jestem, przyznać muszę, że to naprawdę dobra rzecz. Mało tego. Czarny, który siedzi w tym znacznie głębiej niż ja uważa, że w tym roku już żaden podobny zespół tak dobrej płyty nie nagra. I pewnie tak też będzie.




Ocena: 7,5/10

The Haunted – Unseen

  Pamiętam, jak ponad dwa lata temu miałem okres słuchania albumu „reVolver”. Uwielbiałem wtedy potężne „No Compromise”, czy też (zwłaszcza) „99”. Muzyka formacji The Haunted jednak się nieco zmieniła od tego czasu, a na ich nowym LP nie otrzymamy już takiej dawki agresji. Nie znaczy to wcale, że płyta jest zła: inna, lżejsza. Wręcz przeciwnie. To naprawdę równy krążek z dobrymi kawałkami, którego słucha się bardzo przyjemnie. No właśnie. „Przyjemnie” to idealne słowo. Nie ma na „Unseen” jakiegoś szaleństwa. Jest po prostu miło i to dziwne, ale uważam, że ten krążek zasługuje na nieco wyższą ocenę niż ta, którą ja wystawiam. Jest to spowodowane tym, że choć kawałki zawarte na tej płycie mi się podobają, to brakuje w nich tego czegoś, co by mnie zmusiło to częstszego ich powtarzania.

Ocena: 6,5/10

Arch Enemy – Khaos Legions

  Kilka lat temu wpadła mi w ręce płyta „Anthems of Rebellion”. Od samego początku takie numery, jak „Dead Eyes See No Future”, „Exist to Exit”, czy „End of the Line” bardzo mi się spodobały. Wtedy jednak o zespole Arch Enemy nie wiedziałem prawie nic poza samą nazwą i tytułem słuchanych przeze mnie kompozycji. Dopiero jakiś czas potem bardziej zainteresowałem się tą formacją i… wtedy dowiedziałem się, że wokalistą zespołu jest… Angela Gossow, czyli wokalistka. Dziewczyna ma taki głos (growl), że niejeden death metalowy wokalista będzie mógł jej pozazdrościć. Warto dodać, iż Angela to naprawdę ładna dziewczyna (zwłaszcza jak na Niemkę :P). Na „Khaos Legions” wokalistka wciąż świetnie sobie radzi, ale mimo to płyta nie robi jakiegoś oszałamiającego wrażenia. Jest to dawka niezłego, melodyjnego grania, które jednak wpada jednym uchem, a drugim szybko może wylecieć. Można posłuchać, bo jest naprawdę nieźle. Ale nie trzeba.

Ocena: 6/10

piątek, 3 czerwca 2011

MUZYKA. Miniaturki - część 1 (Uriah Heep, Whitesnake, Nazareth)

  Ostatnimi czasy na Wyspie Jowisza mamy straszną posuchę. Sam zresztą nie pamiętam, kiedy coś ostatni raz napisałem. W ogóle to pewna osoba zwróciła mi nawet dziś uwagę,  że częściej teksty ukazywały się, gdy w skład WJ wchodziła trójka autorów. Teraz jest przecież jeszcze Filip (swoją drogą, tak miałem mieć pierwotnie na imię :D) oraz Emilia, i to oni najwięcej ostatnio pisali. Ja, Czarny oraz Adam chyba złapaliśmy trochę lenia. A może to po prostu brak czasu, weny i zapału? Nieważne. Bartek ma rację, ale nie w naszej mocy "ożywić" teraz Wyspę Jowisza. Nadszedł czerwiec, który dla studentów maluje się paskudnie ciemnymi barwami i spędza sen z ich (i tak niedospanych) powiek. Wrócimy do pełni sił po sesjach. Słowo niedoszłego harcerza! - Adam

  Czas to jednak w końcu zmienić. Właśnie dlatego chciałem dziś urzeczywistnić kolejny, po „Wieczorach Nordyckich”, cykl, choć w sumie to lepiej to nazwać serią, gdyż cyklicznie na pewno się to pojawiać nie będzie. Pomyślałem, że albumów w ciągu roku, o których wypada wspomnieć, jest tak wiele, iż nie ma szans nadążyć z tradycyjnymi recenzjami. Ocenić natomiast chce się jak najwięcej i to doprowadziło mnie do wymyślenia „miniaturek”, czyli mini-recenzji trzech płyt na raz. Każda z nich oczywiście z tego roku. I choć od kilku dni jestem zdruzgotany z tego powodu, że na oficjalnej stronie formacji Tool ukazała się informacja, iż nowy album wyjdzie dopiero w roku 2012 (15 bądź 22 maja) to mam nadzieję, że wiele dobrego jeszcze przede mną, jeśli tylko zacznę nadrabiać spore już i tak zaległości. A na początek w Miniaturkach zespoły-klasyki. Stare i dobre kapele, które powróciły z nowymi albumami. 

Uriah Heep – Into the Wild

  Konkretne hardrockowe granie. Naprawdę dobry krążek kapeli, która markę ma przecież wyrobioną już od lat. Fanem zespołu nigdy nie byłem, jednak nowy album przypadł mi do gustu. Jeśli ktoś lubi takie gatunki, jak heavy metal czy hard rock, to "Into the Wild” jest bez wątpienia dla tej osoby godne polecenia. Jeśli nie, to…cóż. Lepiej odpuścić. Trzeba po prostu lubić takie granie. Nie ma tutaj bowiem niczego odkrywczego, bo i przecież po co zespół z takim stażem miałby się na coś takiego wysilać (kto się nie rozwija, ten się cofa - kor.). Panowie nagrali swoje, ale znajdziemy tutaj naprawdę dobre kawałki, jak choćby numer tytułowy, bądź "Trail of Diamonds”.


Ocena: 7/10

Whitesnake – Forevermore

  Muszę przyznać, że zawsze wolałem Deep Purple od Whitesnake, choć warto zaznaczyć, że Whitesnake znam po prostu słabiej. Nowy album na pewno nie sprawi, że ich pokocham, ale muszę przyznać, iż słucha się go przyjemnie, choć nie ma tutaj aż tak wiele zadziornego hard rocka, jak słodkich miłosnych poematów. Dobre numery dostaniemy zwłaszcza w pierwszej połowie płyty. Wyróżnić mogę "Love Will Set You Free” (trochę drażniący tytuł), "Easier Said Than Done” oraz słodki i bardzo ładny "Tell Me How”, gdzie w refrenie Coverdale śpiewa "Tell me how can I win your love?”. Zresztą znaczna większość tekstów na płycie jest o miłości, bo przecież to sprzedaje się najlepiej. Miejscami płytka robi się nieco nudniejsza, ale na koniec dostajemy trwający ponad siedem minut utwór tytułowy (o miłości, rzecz jasna…), który wypada bardzo okazale. Małe braki, lecz ogólnie całkiem udany krążek.

Ocena: 6,5/10

Nazareth – Big Dogz

  Pierwszym kawałkiem formacji Nazareth, który przyszło mi usłyszeć był bodajże numer "Expect No Mercy” z albumu o tym samym tytule. Rzecz wydana w roku 1977 (!), a do tej pory szalenie porywająca. Kocham ten kawałek, i, choć nie słyszałem go z oczywistych powodów zaraz po premierze, to i tak lata minęły od czasu poznania Nazareth. Nowy album nie jest niestety tak porywający i z trójki "miniaturek", które dzisiaj przedstawiam wypada najsłabiej. Szkoda, bo z tej trójki to właśnie z płytą "Big Dogz” wiązałem największe nadzieje. Zaczyna się bardzo dobrze, gdyż pierwszym trackiem jest  szybko wpadający w ucho "Big Dog’s Gonna Howl”. Potem niestety jest już słabiej. Numery są poprawne, ale szaleństwa tutaj nie ma. Ładnie wypada za to ballada "Butterfly” pod koniec płyty. Potem mamy jeszcze kończący "Big Dogz” "Sleeptalker”, który wypada całkiem nieźle, ale szału też raczej nie robi. Poprawny album.

Ocena: 5,5/10

  Chciałbym zauważyć, że formuła Miniaturek to bardzo fajna sprawa i zapewniam, że znajdzie stałe miejsce na Wyspie Jowisza. To kolejny element, który ma szansę sprawić, że nasze małe bajorko nabierze osobliwego, sobie tylko podobnego zapaszku i rozrośnie się jeszcze bardziej. Yo ho! - Adam