Pokazywanie postów oznaczonych etykietą children of bodom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą children of bodom. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 lutego 2011

Wieczory nordyckie (MUZYKA) - Children of Bodom: Blooddrunk (2008)


1. Hellbounds On My Trail ( 4:00)
2. Blooddrunk ( 4:05)
3. Lobodomy ( 4:25)
4. One Day You Will Cry ( 4:05)
5. Smile Pretty For The Devil ( 3:54)
6. Tie My Rope ( 4:14)
7. Done With Everything, Die For Nothing ( 3:30)
8. Banned From Heaven ( 5:04)
9. Roadkill Morning ( 3:32)

Całkowity czas: 36:49


  Kiedy kilka tygodni temu wymyślałem formułę „Wieczorów nordyckich”, byłem pewien, że to właśnie Children of Bodom będzie moim przedstawicielem Finlandii. Był to mój największy pewniak z wszystkich krajów, które w owym cyklu zostaną przedstawione. Nie miałem cienia wątpliwości, że to właśnie recenzją „Dzieciaków” będę musiał się zająć, choć jest co najmniej kilka innych fińskich kapel, które darzę sympatią. Mimo wszystko CoB znam już kilka lat, a nigdy dotąd nie pisałem recenzji na ich temat. A przecież już niebawem wydadzą oni swój kolejny album. To był czynnik decydujący.

  Pewnego słonecznego dnia wybrałem się z kumplem na spacer po mieście. Wtedy jeszcze nie przeczuwałem, że już za chwilę może się stać coś, co na zawsze odmieni moje podejście do melodic death metalu. Nagle ujrzałem pewnego młodego chłopaka, który miał na sobie bluzę z napisem „Children of Bodom”. Pomyślałem sobie: „gdzieś już o nich słyszałem… ponoć są nieźli”. Miałem rację. Nazwa zespołu utkwiła mi w głowie i szybko zapoznałem się z ich dyskografią. Dziś uważam, że obok In Flames  i Dark Tranquillity, Children of Bodom to najlepszy zespół tego gatunku.

  To chyba najbardziej melodyjnie grający zespół, spośród wszystkich wykonujących melodeath metal. Ich siłą są przede wszystkim wspaniale wkomponowane w resztę muzyki, klawisze Janne Wirmana. Jego solówki nadają „Dzieciom Bodomu” niezwykłego charakteru i stylu. Nie można również zapoznać o człowieku z pseudonimem „WildChild”. Alexi Laiho posiada bardzo ciekawą barwę głosu oraz smykałkę do tworzenia świetnych partii gitarowych.
  
  „Blooddrunk” to szósty z kolei album finów. Ich wcześniejszym dokonaniem była płyta o niezwykle wdzięcznym tytule „Are You Dead Yet?”. Nie była to rzecz zła, jednak z pewnością ustępowała takim dokonaniom, jak „Follow the Reaper” i „Hate Crew Deathroll”.

  Zaczyna się całkiem dobrze. „Hellhounds on My Trail” to drugi singiel promujący szóstą płytę CoB, a zarazem jej otwieracz. Jest to kawałek bardzo energiczny i melodyjny. Nie gorzej wypada kolejny numer – tytułowy – z chwytliwą wstawką chórku wołającego tytuł. Bardzo dobrze spisują się tutaj również klawisze. Niestety już od trzeciej pozycji robi się troszkę słabiej, bowiem od trzeciego na płycie „LoBodomy” zaczyna się przestój. No i cóż… szczerze mówiąc jest to dość długi przestój. Zaliczają się do niego bowiem aż cztery kawałki – od trzeciego do szóstego włącznie. Nie powiem, że są to tracki słabe, jednak słuchałem tego albumu wiele razy i zawsze jakoś się przy nich muszę rozkojarzyć. Zwyczajnie nie są w stanie przyciągnąć bardziej mojej uwagi, choć solówki są w tym okresie płyty całkiem przyzwoite. Brak mi jednak jakiegoś chwytliwego refrenu. W końcu takowy się pojawia – i to nie jeden. Kiedy kończy się „Tie My Rope”, zaczyna się najlepszy okres albumu. Są to „Done With Everything, Die For Nothing”, a także „Banned From Heaven”. Gdyby cała płyta była na tym poziomie, co te dwie kompozycje, to mielibyśmy jeden z lepszych krążków w dyskografii finów. „Blooddrunk” kończy całkiem niezły „Roadkill Morning”. Podsumowuje on album, który jest według mnie bardzo nierówny, choć słucha się go momentami naprawdę bardzo przyjemnie.


  W moim mniemaniu CoB nagrało trzy lepsze („Hatebreeder”-„Follow The Reaper”-„Hate Crew Deathroll”) oraz trzy nieco słabsze krążki („Something Wild”-„Are You Dead Yet?”-„Blooddrunk”). Mamy więc remis, a o tym, czy w moich oczach (a raczej uszach) Finowie przeważą w kierunku pozytywnym, bądź też negatywnym, zdecyduje ich następna płyta. „Blooddrunk” nie zawiesza poprzeczki „Dzieciom” bardzo wysoko, więc mam nadzieję, że kolejny – siódmy już – album będzie ponad ową poprzeczką mógł dość swobodnie przefrunąć.

Ocena: 6,5/10

P.S. Już w najbliższy weekend zapraszamy na kolejną recenzję z cyklu „Wieczory nordyckie”. Tym razem autorem będzie Marcin znany powszechnie jako „Czarny”. Jego pseudonim bardzo dobrze oddaje to, z czym owy młodzieniec za tydzień się zmierzy. Będzie to w końcu jeden z największych norweskich wyjadaczy na scenie black metalowej – Immortal.

czwartek, 17 lutego 2011

Pierwszy kęs: Children Of Bodom - Relentless Reckless Forever (2011)

Data premiery: 8 marca 2011

Adam: Tak się składa, że każdy z autorów Wyspy Jowisza słuchał kiedyś Children of Bodom i wszyscy z pewnością po nowy album sięgniemy, dlatego dzisiejszy Pierwszy kęs napiszemy wspólnie (BTW: to pierwszy "wspólny tekst" na Wyspie Jowisza). "Relentless Reckless Forever", czyli siódme dzieło wymiataczy pod wodzą Alexiego Laiho, zaserwuje nam dziewięć nowych "wymiataczy", które po raz kolejny brzmieć będą niemal identycznie jak starsze albumy (sytuacja ta ma miejsce od "Follow the Reaper") i nie przekroczą swym ogólnym czasem trwania magicznej granicy czterdziestu minut (again, tyle tylko, że nawet mój kochany "pijacki" debiut trwał równo trzydzieści sześć sześćdziesięciosekund). Okładka również nie zrywa z tradycją, chociaż Kostucha-Rolnik na posiadłości za miastem (ewidentnie widocznym) to całkiem kontrowersyjna rzecz.



  Przejdźmy jednak do muzyki. Pierwszy kawałek, którego można posłuchać, to promujący "Relentless Reckless Forever" "Was It Worth It?" (filmik powyżej), o którym sam Alexi prawi: "Absolutnie imprezowy kawałek. Nie brzmi jak typowe CoB, ale to jeden z moich ulubieńców i piekielnie ciężka rzecz". Z jedną częścią wypowiedzi mogę się zgodzić - miks jest bardzo "ciężki", bas aż huczy, a wokal, dzięki dziwacznemu efektowi, brzmi jak ostatni czort. Reszta utworu, niestety, zawodzi. Słaba melodia, bezpłciowy refren - a zazwyczaj są to najmocniejsze strony ich muzyki. Szkoda, że kawałek na płycie zajmuje przedostatnią pozycję - czyżby zakończenie miało przynudzać? Oddam jednak, iż podoba mi się... Solówka na klawiszach! A to się Marcin pewnie zaśmieje :)

  Drugim utworem, którego można posłuchać bez konsekwencji prawnych,  gdyż  zespół przedstawił go kilka dni przed "Was It Worth It?", jest "Ugly", zajmujący na albumie pozycję numer sześć. Dużo szybszy kawałek, z ciekawszą melodią i szalonymi solówkami, pięknie wkomponowanymi między brutalne partie wokalne. Tego słucha się o wiele przyjemniej, taki być powinien singiel.

  Nie byłem zadowolony "czarnym" "Blooddrunk", w głębi swojego już-nie-tak-metalowego serducha liczę na powrót do formy z czasów "Hate Crew Deathroll". Obecnie, spełnienie moich nadziei widzę tak "fifty - fifty". Wydaje mi się, że sam Alexi jest już tym oklepanym do bólu stylem grania lekko zmęczony, chciałby te stare prześcieradło wywalić do góry nogami i porządnie przetrzepać, ale wciąż coś go od tego powstrzymuje. Fani? Czy będą nadal tak chętni kurczowego trzymania się melodic death metalu, gdy dostaną przeciętne wydawnictwo? A może moje proroctwa są błędne i "Relentless Reckless Forever" okaże się wyczesaną płytką? Jak myślicie?




Bartek: No cóż... Miało być nieco inaczej. Dlaczego? Przede wszystkim, ten album miał być wydany w zeszłym roku, ale widocznie "Dzieci Bodomu" miały jakieś opóźnienia (biedne, zamordowane dzieciaki). W sumie, tworząc albumy dość podobne do siebie, trwające po trzydzieści sześć minut... No dobra, czepiam się. Fakt, jestem niecierpliwym człowiekiem. Ale przejdźmy już do najważniejszej kwestii, czyli nowego albumu, "Relentless Reckless Forever". Na tle poprzednich dwóch albumów wyróżnia się już okładką. Oczywiście w sensie pozytywnym. Kosiarz wygląda tu o wiele ciekawiej w porównaniu do krwawego "Blooddrunk" oraz niewyraźnego "Are You Dead Yet?" (mam tutaj na myśli same okładki, rzecz jasna). Jeśli jednak chodzi o poziom muzyczny, to mam pewne obawy...
 
  Children of Bodom znam już od dłuższego czasu. Wydaje mi się, że ich obecna forma kompozytorska nie jest najlepsza, o czym świadczyć mogą nie tylko ostatnie krążki, ale i dwa kawałki z nowego albumu (te, które już znamy). Fakt, że ostatnie dwie płyty do ich szlagierów na pewno nie należą. Z drugiej strony też, nie są niczym tragicznym. Trzeba jednak przyznać, że ostatnią naprawdę dobrą rzeczą, jaką "Dzieciaki" nagrały była płyta "Hate Crew Deathroll", która ukazała się w roku 2003. "Strzelecka" niemoc trwa już więc od ośmiu lat, i jest to czas najwyższy, aby ją przełamać. Łatwe to jednak nie będzie. "Was It Worth It"? oraz "Ugly" przełomu nie zwiastują.

Okładka singla "Was It Worth It" promującego płytę
"Relentless Reckless Forever"
  Okładka singlowego "Was It Worth It?" całkiem niezła, z samym kawałkiem nieco gorzej. Nie jest on taki zły, zwłaszcza przy kilkakrotnym wysłuchaniu, ale do szlagierów pokroju "Children of Decadence" traci raczej sporo. Nawet klawisze nie powalają czymś wyjątkowym, choć prędzej jestem w stanie sobie wyobrazić CoB bez gitar, niż bez nich. Podobnie sprawa ma się z "Ugly", choć zgodnie z chłopakami stwierdzamy, że ta kompozycja wypada nieco lepiej. Mimo wszystko poczekajmy na całą płytę, bo też inaczej będzie się słuchało tej dwójki znając cały album. W zeszłym roku Iron Maiden wydało niby przeciętny singiel, jakim było "El Dorado", a wielu fanów zmieniło zdanie na temat tej kompozycji po wysłuchaniu całego "The Final Frontier". Czekajmy więc cierpliwie i miejmy nadzieję, że Children of Bodom nas nie zawiedzie.

  Marcin:  Napiszę krótko i zwięźle, bo w mojej ocenie ten tekst wygląda już prędzej na recenzję całej dyskografii Finów, a przecież miały być to tylko wrażenia po pierwszych dwóch kawałkach, więc można się lekko udławić tym ''Pierwszym kęsem''. ''Was It Worth It?'' ewidentnie zyskuje po kilku przesłuchaniach i choć zgodnie z pozostałymi autorami stwierdziłem, że ''Ugly'' lepiej rokuje na całość albumu, to jednak na obecną chwilę muszę stwierdzić, że to właśnie singiel wyzwala we mnie bardziej pozytywne odczucia. Niemniej, utwory te nie są tym, na co stać tak naprawdę Children of Bodom. A może po prostu zespół cierpi na brak dobrych pomysłów? Ekipę pana Laiho bardzo cenię i lubię, między innymi za oryginalność, jednak kwestia tego, jak panowie wypadną w tym roku z nowym materiałem nie jest dla mnie aż tak ważna. Jeśli źle, to na pewno płakał i zgrzytał zębami nie będę, jeśli zaś dobrze to na pewno po prostu zatrzymam się na dłużej przy tym wydawnictwie (jak narazie jednak wydaje mi się, że szału nie będzie). Pozostaje nam tylko czekać i być dobrej myśli.