Pokazywanie postów oznaczonych etykietą iron maiden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą iron maiden. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 sierpnia 2011

MUZYKA. Debiuty Gigantów : Iron Maiden - Iron Maiden

1. Prowler (3:55)
2. Sanctuary (3:14)
3. Remember Tomorrow  (5:27)
4. Running Free (3:17)
5. Phantom of the Opera (7:08)
6. Transylvania (4:19)
7. Strange World (5:30)
8. Charlotte the Harlot (4:12)
9. Iron Maiden (3:35)

Całkowity czas: 40:39

  Lipiec dobiegł końca. Był to rekordowo obfity miesiąc jeśli chodzi o odwiedziny naszej wyspy. Przebiliśmy już barierę pięciu i pół tysiąca, ale nie znaczy to, że spoczniemy na laurach. Wręcz przeciwnie. Od początku sierpnia należy kombinować, jak sprawić, aby Wyspa Jowisza wciąż się rozwijała. Pomyślałem więc, że czas już na kolejny cykl, który od jakiegoś czasu istniał już w mojej głowie. Pora na urzeczywistnienie tego projekciku, który nazwałem "Debiuty Gigantów". Nie narzucam sobie żadnego terminu, żeby nie mieć potem problemu. Po prostu raz na jakiś czas pojawi się tekst, który będzie recenzją pierwszego albumu zespołu X. Część pierwsza - Iron Maiden:]

  Londyn. Zimowy, chłodny dzień. Dokładnie 25 grudnia 1975 roku. Pewien czarnowłosy facet o imieniu Steve wpadł na pomysł, że czas zrealizować swoje wielkie marzenie - założyć swój własny zespół. Znudziło mu się już pobrzdękiwanie w band'ach o nazwach: Smiler i Gypsy's Kiss (nic dziwnego!:D). Steve wymyślił nazwę Iron Maiden, która została zainspirowana tytułem filmu "Człowiek w żelaznej masce" (The Man in the Iron Mask) i wpakował do grupy: wokalistę - Paul Day, perkusistę - Ron Matthews, gitarzystów - Terry Rance oraz Dave Sullivan. Steve... został basistą...

  Mało kto kojarzy nazwiska członków zespołu, które wymieniłem w poprzednim akapicie. Coż. Zmieniały się one i było ich dość sporo. W 1976 roku Paula Day'a zastąpił na wokalu Dennis Wilcock, a nowym gitarzystą został Dave Murray. Zastąpił on Sullivana, ale zmiana to przecież wielka nie była - zmieniło się tylko nazwisko :P. Tak naprawdę w ten sposób zaczął się powoli budować pierwszy poważniejszy skład Żelaznej Dziewicy. Harris, Murray, Matthews oraz Rance. Tych dwóch ostatnich... z nimi jednak wciąż coś było/jest nie tak...No bo to przecież nie koniec. Terry Rance opuścił zespół, a jego miejsce zajął Bob Sawyer. Nazwisko to raczej znane, choć w przypadku Ironów mało szczęśliwe. Największe osiągnięcie tego gitarzysty to skłócenie Murray'a z Wilcockiem. Steve Harris postanowił wypieprzyć gitarzystów z zespołu, a niedługo potem pojawiły się nowe twarze, którymi byli Terry Wapram oraz Tony Moore - klawiszowiec!...W tym czasie pojawił się również nowy perkusista (Barry Graham), lecz kiedy zasnął na jednym z koncertów pod wpływem narkotyków to Harris zdał sobie sprawę, że zespół trzeba zbudować na nowo. Zwolnił wszystkich. Z powrotem przyjął za to Dave'a Murray'a. Dołączyli do nich także Doug Sampson - perkusja, oraz Paul Di'Anno - wokal (kolejne konkretne nazwisko).

  W roku 1979 Iron Maiden nawiązało pracę z Rodem Smalwoodem. Przez zespół przewinęli sie kolejni gitarzyści - Paul Cairns, Paul Todd, Dave Mac oraz Tony Parsons. Jedyne co o nich wiadomo to fakt, że grali kiedyś w Iron Maiden (ponoć:D). Płyty wciąż nie było, choć pojawiło się wydawnictwo EP - "Soundhouse Tapes". Potem nadszedł czas na czas na przełom. Po odejściu Parsonsa do Iron Maiden dołączył nowy gitarzysta - Dennis Stratton. Nowym perkusistą został Clive Burr. W końcu zaczął powstawać pierwszy krążej tej legendarnej grupy.

Okładka debiutu z roku 1980
  14 kwietnia 1980 roku pojawiła sie płyta zatytułowana "Iron Maiden". Na wydanie brytyjskie składało się osiem kawałków. Zabrakło utowru "Sanctuary", który pojawił się w wersji amerykańskiej, a także wydaniu zremasterowanym z roku 1998. W tym ostatnim zmieniła się nieco również kolejność poszczególnych kompozycji. Właśnią tą tracklistą się posługuje, gdyż taką posiadam i taka właśnie jest powszechnie dostępna.

  Pierwszą studyjną kompozycją w historii zespołu został "Prowler". Świetna melodia i znakomity wokal Di'Anno wybijają się na pierwszy plan: "Walking through the city/Looking oh so preety/I've just got to find my way". Utwór został w całości napisany przez lidera zespołu - Harrisa. Numerem "2" na płycie jest wspomniany już wcześniej "Sanctuary". W wersji amerykańskiej znalazł się dalej, bo na siódmej pozycji. Bardzo luźny i przyjemny track - łatwo wpadający w ucho. Zupełnie inaczej jest z następnym na płycie kawałkiem. "Remember Tomorrow" to rzecz bardzo klimatyczna i spokojna. Momentami wybucha, a do tego posiada bardzo nagłą zmianę tempa w trzeciej minucie. To zresztą firmowy znak iron Maiden, którego początki miały miejsce już na debiucie. Słowa "RT" zostały napisane przez wokalistę. Di'Anno przyznał, że opowiada w nim o swoim dziadku i jest to dla niego bardzo osobista rzecz. Utwór ten doczekał się także bardzo dobrego coveru szwedzkiego zespołu Opeth.

  W historii Iron Maiden znalazło się wiele koncertowych wymiataczy. Jednym z nich jest na pewno "Running Free". Panowie Harris i Di'Anno pracowali nad nim razem. Zresztą Paul Di'Anno prezentował styl punka, więc odbiło się to troszeczkę na muzyce zawartej na pierwszym longplay'u zespołu. O tym nie ma jednak mowy w następnym numerze. Zdecydowanie najjaśniejszy punkt debiutu IM to "Phantom of the Opera". Najdłuższy (ponad siedem minut) na płycie "PotO" to pierwszy poważny znak, że Steve Harris ma w głowie pomysły na tworzenie nie tylko zwyczajnego heavy metalu, lecz pragnie go wzbogacać o dłuższe, ambitniejsze, progresywne kompozycje. To właśnie jedna z nich. Świetny wstęp, świetnie slapująca basówka Harrisa, a potem nieziemskie partie gitar. Solówki są wręcz kosmiczne, a refren - "Keep your distance, walk away don't take his bait/Don't you stray, don't fade away..." - choć usłyszymy tutaj tylko raz, również wypada bardzo okazale. Najlepsza rzecz jaką stworzył zespół za czasów Paula Di'Anno.

Iron Maiden A.D. 1980
Od lewej: Clive Burr, Dave Murray, Paul Di'Anno,
Steve Harris, Dennis Stratton
  Nie ma mowy o tym, że po najlepszej na płycie kompozycji usłyszymy zapełniacza. "Transylvania" to kompozycja w całości instrumentalna. Jest to mój drugi faworyt tego albumu. Warto zwrócić uwagę na fenomenalne popisy gitarzystów - coś pięknego. W tym momencie czas na zwolnienie, bo następnym trackiem jest ballada - "Strange World". Wypada ładnie, choć po dwóch wcześniejszych tytułach na pewno jest rzeczą nieco gorszą. Dobrze jednak wypada jako zwolnienie albumu, zwłaszcza biorąc pod uwagę, iż ostatnie dwa numery są znacznie szybsze. Najpierw dostaniemy pierwszą część Ironowej opowieści o dziwce, która ma na imię Charlotte: "Charlotte the harlot show me your leg/ Charlotte the harlot take me to bed...". Innymi kompozycjami opowiadającymi "przygody" prostytutki Charlotte są: "22 Acacia Avenue" - "The Number of the Beast", "Hooks in You" - "No Prayer of the Dying" oraz "From Here to Eternity" - Fear of the Dark.

  Na sam koniec debiutu jednego z najwybitniejszych przedstawicieli New Wave of British Heavy Metal dostaniemy ich wielki hymn - kompozycję tytułową, a zarazem imienną. "Iron Maiden" to kawałek, który grany jest chyba na każdym koncercie zespołu. Dawniej za nim nie przepadałem, lecz i ja z czasem uległem pod wpływem chwytliwego refrenu: "Oh well, wherever, wherever you are, Iron Maiden's gonna get you, no matter how far..." W ten sposób kończy się album, który rozpoczął wielką historię wybitnej grupy - Iron Maiden. Jest to krążek bardzo udany, choć na największe wyczny Ironów oczywiście przyszło jeszcze parę lat poczekać. W ten sposób otworzyli jednak swoją studyjną historię, która kończy się na płycie "The Final Frontier" - czy na niej się zakończy? Prawdopodobnie nie, choć odpowiedź na owe pytanie wciąż nie jest rozstrzygnięta.

Ocena: 8/10

sobota, 22 stycznia 2011

MUZYKA - Podsumowanie roku 2010 w oczach Bartka: część 3/4

Część trzecia bartkowego podsumowania, które zaczyna się tutaj. 
(zapraszamy również do zapoznania się z krótkim zestawieniem płyt roku Adama.)


10. As I Lay Dying – The Powerless Rise

Kolejny album As I Lay Dying udowadnia, że jeśli chodzi o amerykański metalcore, to Lambesis i spółka już dawno odskoczyli takim kapelom, jak choćby Killswitch Engage, czy All That Remains. Porywający i niezwykle melodyjny album, otwierający przy okazji pierwszą dziesiątkę.








9. The Pineapple Thief – Someone Here Is Missing

Złodziej ananasów to kolejny zespół w pierwszej dziesiątce, i muszę przyznać, że stanowi naprawdę mocną pozycję. „Someone Here Is Missing” to album urzekający pięknem, jak choćby w tytułowej kompozycji oraz wspaniałym klimatem, gdzie za przykład posłużyć może wieńczący album „So We Row”. Ósmy album Złodzei ananasów, jak najbardziej powinien skraść i nasze serca.






8. Red Sparowes – The Fear Is Excruciating, But Therein Lies The Answer

Trzecia studyjna płyta wspaniałego kalifornijskiego bandu to ogromny zastrzyk smutku i melancholii, z czego zresztą Red Sparowes słynie nie od dziś. Co ciekawe, pozycję ósmą w zeszłym roku odnotował u mnie również zespół grający instrumentalną odmianę post rocka - Pelican. Wtedy chodziło bowiem o album „What We All Come To Need”. Jest to oczywiście zbieg okoliczności, a najnowsze dzieło Red Sparowes z pewnością na miejsce w pierwszej dziesiątce tego roku zasłużyło. Tym razem (na szczęście - dop. Adam), tytuły poszczególnych utworów nie są długie, co dla tej formacji byłoby oczywistością, o czym może świadczyć choćby tytuł "And by Our Own Hand Did Every Last Bird Lie Silent in Their Puddles, the Air Barren of Song as the Clouds Drifted Away. For Killing Their Greatest Enemy, the Locusts Noisily Thanked Us and Turned Their Jaws Toward Our Crops, Swallowing Our Greed Whole" z albumu „Every Red Heart Shines Towars The Red Sun”, dlatego nie mogę się oprzeć wytypowaniu moich trzech faworytów z nowego wydawnictwa. „Wielkie Trio” tworzą „A Swarm”, A Mutiny” oraz kończący „The Fear Is Excruciating But Therein Lies The Answer” – „As Each End Looms And Subsides”. Tak naprawdę jednak - cały album stoi na niezwykle wysokim i równym poziome.

7. Rosetta – A Determinism Of Morality

Po zespole Red Sparowes wciąż pozostajemy przy kategorii „post”. Tym razem jednak będzie zespół grający ciężej, a do tego z wokalistą. Trzeci album zespołu Rosetta to nic innego, jak czysty post metal, i to taki z „wyższej półki”, co potwierdza jego wysoka pozycja albumu. Nie ma utworu, do którego mógłbym się przyczepić. Od otwierającego „Ayil” do zamknięcia w postaci numeru tytułowego, panowie trzymają nas w magicznym „postnym” klimacie swej znakomitej muzyki.




6. Coheed & Cambria – Year Of The Black Rainbow

Amerykański album roku – tak w skrócie mogę opisać najnowsze dokonanie Coheed & Cambria. „Year Of The Black Rainbow” jest chronologicznie pierwszą częścią ich konceptu „The Amory Wars”, więc chyba w bardzo odpowiednim momencie poznałem, czy w zasadzie polubiłem twórczość owego zespołu. Wcześniej bowiem znałem już Coheed & Cambria, lecz nie przepadałem za nimi (na dodatek głos wokalisty Claudio Sancheza nie przypadał mi do gustu). Od tego albumu wszystko się jednak zmieniło. Bardzo, bardzo dobra rzecz.




5. Frontside – Zniszczyć Wszystko

Ósmy studyjny album królów polskiej sceny metalcore’owej to – śmiało mogę powiedzieć – ich najlepsze wydawnictwo. Chociaż przy okazji wydania poprzedniej płyty, którą była bardzo dobra „Teoria konspiracji”, myślałem, iż sosnowiczan nie stać już na jeszcze lepszą płytę… Myliłem się. „Zniszczyć wszystko” jest albumem świetnie wywarzonym, zachowującym idealne proporcje między czystym metalcore’em, a deathcore’em. Najnowszy longplay formacji Frontside jest również o wiele cięższy nie tylko od „Teorii konspiracji”, ale również od płyt „Absolutus”, a nawet „Zmierzch Bogów – Pierwszy krok do mentalnej rewolucji”. Warto zaznaczyć, iż otwieraczem na nowym krążku jest pierwszy w historii zespołu kawałek tytułowy- naprawdę mocna rzecz, jak zresztą cała płyta – dwanaście świetnych metalowych numerów, z których część miałem okazję już usłyszeć na żywo.

4. Division By Zero – Independent Harmony
Tuż poza podium, kolejny świetny, a do tego polski album. Independent Harmony to płyta wspaniale zachowująca przestrzeń między lekkimi motywami, a cięższymi, metalowymi. Trzeba jednak powiedzieć otwarcie, że debiut w postaci „Tyranny Of Therapy” był nieco cięższy. Nie jest to jednak, broń Boże, żaden zarzut w kierunku albumu, na który czekałem od dawna, i w żadnym wypadku się nie zawiodłem. Panowie z Division By Zero pokazali duże umiejętności w tworzeniu progresywnego metalu na ogromnym poziomie, a i na żywo materiał sprawdza się znakomicie, co miałem już okazję osobiście w zeszłym roku przetestować – już w sumie dwukrotnie. Szkoda tylko że pod sam koniec tego wspaniałego dla Division By Zero roku, odszedł od nich klawiszowiec Robert Gajgier. Oby znaleźli godnego Roberta następcę i nagrywali kolejne znakomite albumy.

3. Anathema – We’re Here Because We’re Here 

Podium otwiera album, który, przyznam się szczerze, był moim faworytem numer jeden do zajęcia pierwszego miejsca w kategorii na najlepszy album roku 2010. Konkurencja okazała się być jednak w tym roku naprawdę potężna, stąd „dopiero” trzecia pozycja tego wspaniałego albumu. Długo kazała nam Anathema czekać na swoje nowe wydawnictwo, bo siedem lat minęło już od pięknej płyty o równie wspaniałym tytule – „A Natural Disaster”. Przez te siedem lat można było zobaczyć w sieci różne tytuły poszczególnych utworów, różne tracklisty nowego albumu a także sama jego nazwa przez długi czas była zupełnie inna od ostatecznej wersji („Horizons”). Nieważne jednak ile czasu minęło, a najważniejsze, iż w końcu Anathema nagrała kolejny piękny, wspaniały album. Oby na następne ich wydawnictwo nie trzeba było czekać kolejnych siedem lat.

2. Blindead – Affliction XXIX II MXMVI

Najlepszy polski album, bez dwóch zdań. O krok od zwycięstwa w ogólnej klasyfikacji, gdyż tak naprawdę, do samego końca zastanawiałem się, czy oni, czy jednak może… . Przed tym zespołem na pewno drzwi do wielkiej przyszłości stoją szeroko otwarte i wręcz proszą się, aby przez nie przejść. Nie ma wątpliwości, że można (i trzeba) być dumnym, iż są polakami, bo co tu ukrywać… na polskiej scenie post-metalowej raczej posucha, a oni mogą spokojnie konkurować z najlepszymi na świecie. „Affliction…” to prawdziwe arcydzieło, na które składa się nie tylko wspaniała warstwa muzyczna, ale i urzekający koncept opowiadający o trzynastoletniej dziewczynce chorej na autyzm, a także przepiękne wydanie albumu.

1. Iron Maiden – The Final Frontier

Cóż… chyba inaczej być nie mogło. Iron Maiden wspięło się na swoje kompozytorskie wyżyny, a możliwości mają ogromne, co udowodnili już niejednokrotnie. „The Final Frontier” jest albumem niezwykle rozbudowanym i progresywnym, o czym świadczy jego długość. Jest to bowiem najdłuższy longplay w historii tego brytyjskiego giganta heavy metalu. Wielkie ukłony dla całego zespołu, który wciąż nagrywa tak wspaniałe płyty. Oby w przyszłości było równie dobrze, co teraz, i oby Ironi uraczyli nas przynajmniej jeszcze jednym studyjnym krążkiem w swojej dyskografii. Warto dodać, że byłby to już ich szesnasty z kolei. „The Final Frontier” to wielki album. Nic dodać, nic ująć.