Pokazywanie postów oznaczonych etykietą affliction xxix ii mxmvi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą affliction xxix ii mxmvi. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 marca 2011

KONCERT - Blindead, klub Firlej, Wrocław (25.03.2011)

  Koncert Blindead miał być dobrym rozpoczęciem "sezonu ogórkowego" wiosennych koncertów. Takim, który sprzeda solidnego kopniaka w twarz i przypomni wreszcie o bólu szyi. Zespół wydał przecież fenomenalny album, który - z racji faktu jego budowy, spójności i konceptualnej formy - odgrywany jest na każdym koncercie w całości. I jak miałbym nie traktować za obowiązek ujrzenia na żywo mojego "drugiego" albumu roku 2010? Odpowiedź nie wymaga specjalnej "rozkminy" - musiałem Blindead w końcu zobaczyć. Zaryzykowałem kilka miesięcy temu, odpuszczając wyjazd do Poznania (jakże fortunna decyzja! Wydarzenie zostało odwołane w ostatnim momencie) i bogowie brutalnego metalu muszą mi sprzyjać, bowiem wkrótce zespół ogłosił przyjazd do wrocławskiego klubu Firlej, do którego mam - z zegarkiem w ręku - siedem minut spacerkiem.

  Na początku należy wspomnieć o supporcie. W cenę biletu (wystarczająco niską, więc zakup piwa nie obarczał nikomu sumienia) wliczone były występy czterech grup. Pół godziny każdy. Całkiem sporo, rzeczywiście, ale poznać zaciekle walczących nowicjuszy polskiej sceny (użyję teraz TEGO zwrotu, przeciwnicy zostają ostrzeżeni) postmetalowej - moim skromnym zdaniem - zawsze warto. I przyznam wprost, dobrze bawiłem się na połowie z nich. Szokująco wypadł Obscure Sphinx, który określiliśmy mianem "Cult of Luna z damskim wokalem". Łączyli nastrojowe pejzaże z iście demoniczną "rozpierdolką", którą potęgował fakt, że za złowieszczy growl odpowiadał nie stylizowany na wikinga brodacz, lecz - pisząc wprost - seksowna Wielebna (pseudonim nieadekwatny do ubioru, uspokajam męską część publiczności). Nie stronili od transowego, psychodelicznego brzmienia i pomysłowej elektroniki, czym zabsorbowali moją uwagę i wzbudzili nielichą ciekawość, jak to brzmi po studyjnym dopieszczeniu. Nadchodzący album - "Anaesthetic Inhalation Ritual" z pewnością przewinie się przez moje głośniki.

  Równie intrygująco wypadł projekt klawiszowca Blindead, Hervy'ego, nazwany skrótowo HRV. Bartek zasponsorował wszystkim miażdżaco ciężką mieszankę muzyki elektronicznej, industrialnej, trance i... drone? Ciężko zaszufladkować to istne tsunami mrocznej elektroniki i automatyczną precyzję perkusji. Ale o ile ja w te dźwięki zanurzyłem się natychmiast, tak towarzyszącym mi dookoła metalheadom sprawić to musiało nie lada problem. Ja "przybiłem głową gwoździa" przy HRV z przyjemnością.

  Łatwo już domyślić się, że to właśnie Vidian i Forge of Clouds doprowadziły Waszego uniżonego komentatora do stanu lekkiego znużenia. Ludziom ich krótkie występy (zwłaszcza drugiego bandu)  przypadły do gustu o wiele bardziej, jednak dla mnie okazały się zbyt surowe, za ciężkie. Słysząc niekończące się ryki, ziewnąłem przeciągle kilkukrotnie. Jednak pokaz Forge of Clouds przetrwałem dzielnie pod samą barierką. Wiedziałem, że niebawem zrobi się tłoczno i potrzebowałem odrobiny przestrzeni przed sobą do odpowiedniego "konsumowania" "Affliction XXIX II MXMVI" Krótki soundcheck, błysk świateł i...


  Kapanie wody. Skrzypienie drzwi. Dokładnie tak, jak powinna się zaczynać sceniczna "interpretacja" ostatniego albumu. Chłopaki rozstawili się na małej scenie, Marek Zieliński i Mateusz "Havoc" Smierzchalski chwycili za gitary, Konrad Cieselski usiadł na swoim miejscu za garami, Piotrek Kawalerowski poprawił zbyt luźny pas od swojej gitary basowej, Bartek Hervy od jakiegoś już czasu operował klawiszowym podkładem. Rozpoczęła się smutna melodia, pierwsze uderzenia w bębny. Klimat swymi mrocznymi łapami pochwycił wszystkich. Patryk Zwoliński zbliżał się powoli do mikrofonu, bujając ciałem niczym szmacianą lalką w rytm psychodelicznego walczyka. Wreszcie z jego ust, ku uciesze wszystkich, padły pierwsze słowa i nie było już ucieczki. Nadzieje i marzenia każdego powoli zamieniały się w "Affliction XXIX II MXMVI".

  Brzmienie. Być może nie jestem znawcą, ale Firlej zapunktował w moich oczach. Idealnie słychać było wokal Patryka, zarówno podczas melorecytacji, jak i growlu z piekła rodem. Gitary nie zagłuszały klawiszy, co przecież zdarza się nader często w tego typu muzyce, a perkusja... Przyznam szczerze, to właśnie gary całkowicie mnie miażdżą na "Affliction XXIX II MXMVI". I Cieselski odwalił kawał wspaniałej roboty, jego prywatny teatr z pałeczkami nieustannie rozlewał miód na mą muzyczną duszę.

  Tego typu koncert to niebezpieczne przedsięwzięcie. Po pierwsze, zespół musi naprawdę wybornie oddać koncept album, bez żadnych ujm w jego nastroju i emocjach, jakie winny mu towarzyszyć. Po drugie, nawet jeżeli uda im się to znakomicie, ludzie pod sceną mogą uznać, że było "nudno", bez żadnych zaskoczeń. Ja stałem niejako po drugiej stronie barykady - przedstawienie "Affliction XXIX II MXMVI" w całości traktowałem jako prawdziwy test umiejętności Blindead. Test, który panowie zdali, przyznam od razu. Nawet nie zauważyłem, że minęły trzy kwadranse i podstawowa część setlisty dobiega końca. Osiągnąć to z pewnością pomogły wizualizacje Romana Przylipiaka - równie przygnębiające i psychodeliczne, co ostatnie dzieło Blindead. Chociaż osobie niezaznajomionej z konceptem z pewnością nie udałoby się go rozszyfrować, patrząc wyłącznie na obraz z rzutnika.

  Na koniec chłopaki spełnili moje małe marzenie i zagrali wyjątkowo długi utwór "Impulse", z EPki o tym samym tytule. Oklaski towarzyszyły muzykom jeszcze długo po zejściu ze sceny. Do pełnego spełnienia brakowało mi tylko sześciu podpisów na moim egzemplarzu "Affliction XXIX II MXMVI", które - co przyznam z nieukrywaną satysfakcją - zdobyłem bez problemu. Z klubu Firlej wychodziłem zmęczony i przygłuchy, moja szyja powoli dawała o sobie znać (i nie przestała aż do teraz), ale byłem szczęśliwy. Jeżeli tak rozpoczęła się koncertowa wiosna, nie mogę się doczekać kwietnia :)

poniedziałek, 24 stycznia 2011

MUZYKA - Blindead - Affliction XXIX II MXMVI (2010)



1. Self-consciousness Is Desire and (08:11)
2. After 38 Weeks (04:12)
3. My New Playground Became (06:05)
4. Dark and Gray (06:17)
5. So, It Feels Like Misunderstanding When (06:05)
6. All My Hopes and Dreams Turn Into (07:59)
7. Affliction XXVII II MMIX (07:18)

Całkowity czas: 46:07

  Przyznam szczerze, że na ten album czekałem naprawdę jak na zbawienie. Dlaczego? Poznałem zespół Blindead zaraz po wydaniu płyty „Autoscopia: Murder In Phazes”. Już wtedy był dla mnie jasny pewien fakt – to jest zespół absolutnie wyjątkowy. Cofnąłem się więc o dwa lata wstecz i sięgnąłem po debiutancki „Devouring Weakness”. Nie będę owijał w bawełnę i pisał, że od razu mnie panowie z Blindead swym pierwszym krążkiem urzekli – nie, nie. Na początku słuchało mi się tego bardzo ciężko. Z każdym przesłuchaniem album zyskiwał na wartości, choć nie mogę powiedzieć, że dobił on do poziomu swego następcy – „Autoscopii”. Znam już dobrze pierwsze dwa krążki – przerwa.

  Po dobrym debiucie i kapitalnej wręcz drugiej płycie ukazał się mini album – „Impulse”. Wtedy właśnie o formacji Blindead sobie przypomniałem. Powalającą kompozycją okazał się absolutnie genialny numer tytułowy. Długi, transowy, wciągający i bardzo przestrzenny utwór okazał się być post-metalowym cudem. Wtedy byłem pewien, że Blindead to wielka nadzieja gatunku, który w naszym kraju na pewno dobrze nie prosperuje. Na dodatek nadzieja na skalę światową. Teraz już nie ma wątpliwości. Po „Affliction XXIX II MXMVI” Blindead jest rozpoznawany nie tylko w Polsce. Nową płytą trójmiejskiej kapeli zachwycają się bowiem słuchacze z całego świata. Ci, którzy w gatunku siedzą nie od dziś, twierdzą, iż „Affliction” można stawiać na równi z klasykami takich zespołów, jak Isis, Cult Of Luna, Minsk, czy nawet Neurosis. Trudno się nie zgodzić. Chwała Polakom za to.

  Najnowszy album Blindead to koncept opowiadający historię pewnej dziewczynki chorej na autyzm. Chcąc się zagłębić w sens owej opowieści, należy przeczytać fantastyczne opowiadanie Piotra Kofty – „Rytm”. Znajduje się ono w książeczce, która zresztą stanowi dodatkowy atut albumu. Wydanie jest bowiem wprost przepiękne. Prócz opowiadania możemy ujrzeć teksty napisane w sposób niezwykle charakterystyczny (niestaranny) oraz rysunki autorstwa Katarzyny Sójki, które idealnie pasują do całego konceptu i klimatu, który oddaje nam muzyka zawarta na „Affliction”. W książeczce wszystkie teksty mają wyróżnione jedno zdanie, które jest oznaczone kolorem czerwonym. Do każdego utworu również mamy dopasowane rysunki inspirowane sztuką Leonarda Da Vinci. Wszystko to współtworzy cudowną całość, ale w końcu najważniejszą jej częścią jest sama muzyka…

  Nie sposób mówić o poszczególnych utworach, jak i nie sposób słuchać albumu inaczej niż w całości, w pełnym skupieniu. Siedem pięknych i równych kompozycji zostało podzielonych na dwa zdania, które oddziela od siebie „kropka” pod koniec czwartego tytułu.

  Zdanie pierwsze… „Self – consciousness is desire and after 38 weeks my new playground became dark and gray.”

  Zaczyna się spokojnie, lecz mrocznie. Kapanie wody. Klimatycznie grający kontrabas Bartka Reszelara wciąga nas w początek otchłani, która z każdym dźwiękiem zaczyna się rozkręcać, aż w końcu wybucha potężnym riffem. To jeden z najmocniejszych momentów tego dzieła – już na sam początek. We znaki daje się również pięciostrunowy bass Piotra Kawalerowskiego oraz przeraźliwy wrzask Patryka Zwolińskiego/all the world dreams are / In this picture/. W końcu wszystko się uspokaja. Patryk zaczyna śpiewać delikatnie, a w zasadzie można tutaj nawet mówić o melorecytacji. Gitary są łagodne, w tle pięknie pogrywa trąbka Maćka Lubienieckiego. Melodia powoli przemija – leniwie i melancholijnie./I have a strong sense of assured safety/. Nagle znów wracamy do „żywszego” tempa. Nie ma jednak mowy o ciężkich i brutalnych partiach. Wspaniale spisuje się na perkusji Konrad Ciesielski uderzając równo i w najbardziej odpowiednim momencie. Cudowna i barwna gra smutnych mimo wszystko gitar, uwypukla nam rzecz, która staje się pierwszym planem – dwuliniowy wokal. Z jednej strony potężny krzyk Patryka, z drugiej lekki i czysty śpiew Jana Galbasa będący pięknym tłem i uzupełnieniem dla głównego wokalisty. Nagła eksplozja i przyspieszenie/you never speak my name/. Po raz kolejny zmiana klimatu rzucająca nas w ciemną i szarą przepaść. Tym razem prócz niskiej linii basu i kapitalnie brzmiącej perkusji na pierwszy plan wysuwają się klawisze. Depresyjne brzmienie „psychodelicznej bajki” stworzyli nam tutaj Bartosz Hervy oraz Paweł Smakulski. Patryk ponownie bardziej mówi niż śpiewa, a jego głos brzmi bardzo nienaturalnie. Pierwsze zdanie kończy się w sposób o tyle genialny, co dobijający/A blackness to hurt your ears with listening/.

  Zdanie drugie… „So, it feels like misunderstanding when all my hopes and dreams turn into affliction XXVII II MMIX”

  Smutek powoli wyłania się, jakby z oceanu, by po chwili uderzyć potężną i agresywną falą dźwięku. Wszechmocne gitary Marka Zielińskiego oraz Mateusza Śmierzchalskiego – znanego bardziej pod pseudonimem Havoc – dosłownie wgniatają swoją potęgą. Po chwili robi się spokojniej. Wchodzi wokal, a klawisze wręcz podcinają nogi dając wyraźnie do zrozumienia, iż nic wesołego już się nie wydarzy. Każdy dźwięk wciąga nas w czarną przestrzeń bezradności – królestwo czystości /Kingdom of purity/. Spokój. Smutny spokój prowadzi nas poprzez kolejną bramę. Drugie zdanie już teraz wydaje się być jeszcze smutniejsze od pierwszego. Odgłosy bawiących się dzieci jeszcze bardziej pogłębiają te odczucia. Melancholia rozpaczy. Patryk śpiewa: „I wish I knew how to travel in time”. Sekundy bezradnie mijają do momentu „Cruel betrayal” i kolejnej dawki ciężkich uderzeń /no one want to be alone/. Zakończenie. Odpowiednio wywarzone nuty delikatnie plączą się tworząc atmosferę zwiastującą nadejście kolejnego, ostatniego już wybuchu. Coś wyraźnie wisi w powietrzu. Czuje się to z każdym następnym tchnieniem. Wspaniale grające gitary powoli doprowadzają nas do końca tej niezwykle smutnej, choć pięknej opowieści muzycznej. Wielki finał. Ostateczne, wspomniane już wcześniej uderzenie. Krzyk Patryka, który wyśpiewuje tytuł „Affliction” oraz słowa „I pray for your souls” i… kapanie wody/Well I Shall have to stay here for ever and ever/.

   Po pierwszym przesłuchaniu tego albumu czułem się dość dziwnie. Wydawało mi się, że coś jest nie tak. „Affliction” jednak niczym owoc dojrzewał wraz z każdym następnym odsłuchem i mogę śmiało stwierdzić, iż przebił kapitalną zresztą „Autoscopię”.

  Cóż… wspaniała muzyka, wspaniałe wydanie, wspaniały koncept, wspaniałe opowiadanie Piotra Kofty. To wydawnictwo zbudowane jest po prostu idealnie. Warto więc się zagłębić w muzykę oraz w cały sens albumu, koniecznie czytając przy tym niewesołe (delikatnie mówiąc)  opowiadanie, będące według mnie nieodłączną częścią tego arcydzieła.

Ocena: 10/10