sobota, 12 marca 2011

MUZYKA - Blackfield: Welcome to My DNA (2011)

1. Glass House (2:59)
2. Go to Hell (3:03)
3. Rising of the Tide (3:47)
4. Waving (3:54)
5. Far Away
6. Dissolving with the Night (4:06)
7. Blood (3:17)
8. On the Plane (3:41)
9. Oxygen (3:04)
10. Zigota (5:04)
11. DNA (3:56)

  Fani tego ukochanego w Polsce duetu naczekali się wyjątkowo długo na następcę "Blackfield II". Ale, jako miłośnicy twórczości Stevena Wilsona, chyba nie mieliśmy powodów do narzekań, prawda? W głośnikach zagościł "The Incident", bardzo ciężko było w końcu wyrzucić z nich "Insurgentes", ze słuchawek straszyły nas kolejne nagrania Bass Communion (albo tulił do snu Tim Bowness mieszanie przyjętym "Schoolyard Ghosts"), zobaczyliśmy Stefana na żywo, a jeżeli komuś było mało, obciążył swój portfel "porkowym" koncertowym wydawnictwem Blu-Ray zatytułowanym "Anesthetize" lub no-manowym DVD "Mixtaped". Jednak przyznać można, że rok 2010 mógł wzbudzić tęsknotę za bosym bożyszczem, który zajął się ładowaniem wszystkich dział. A te zaczynają właśnie swój ostrzał! Będzie bowiem drugi solowy krążek, będzie nowy projekt z Mikaelem Åkerfeldtem (jak i również "niemetalowe" Opeth), będzie trzecie Continuum i zapewne choć jedno Bass Communion... Słowem - ogrom Wilsona będzie. A przygotować do ofensywy na nasze muzyczne półeczki ma "Welcome to My DNA", pierwsze prawdziwie zatytułowane dzieło Blackfield.

  Oczekiwałem tego krążka z wieloma obawami, kosińskie Noce Muzycznych Pejzaży poszły w odstawkę, ponieważ od kilku tygodni pojawiały się tam pojedyncze kompozycje, przestałem również przeglądać fora i shoutboxy Last.fm, z których mógłby mnie kusić niskiej jakości przeciek. Nagrodę stanowił niemal dziewiczy odsłuch "Welcome to My DNA". I co z tego, że wiadomo było, czego się spodziewać po kolejnym wcieleniu Blackfield, skoro - jak zawsze podczas słuchania nowej muzyki Stevena Wilsona - znowu przeszły mi te ciarki po karku.

  Pokaż kotku, co masz w środku. Aviv Geffen po raz kolejny stoi za większością materiału na albumie, ale tym razem wychwyci to nawet mniej wprawione ucho. O wiele częściej przejmuje mikrofon, na zmianę z Wilsonem śpiewa zwrotki w chociażby "Rising of the Tide" (obdarzonego tak delikatną solówką Bosego, że aż łzy w oczach stają) czy "Dissolving with the Night" (o którym później), przewodzi na przykład w żywym "Oxygen", na potrzeby albumu oddaje też znaną z solowego "Memento Mori" kompozycję "Zigota" - jedną z najpiękniejszych perełek. Bez wątpienia to on stanowił siłę sprawczą "Blood" - niemal instrumentalnego utworu, w którym ciężkie riffy (jak na Blackfield, bardzo ciężkie nawet) mieszają z orientalnymi wstawkami. Stefanka zaś osądzam o najistotniejszy element "Welcome to My DNA" - orkiestrę. Wcześniejsze krążki duetu miały czasem skrzypki lub różnego rodzaju klawiszowe imitacje, fakt, jednak nie mogły one brzmieć tak "żywo", organicznie i pięknie. Orkiestralne wstawki pojawiają się w każdej kompozycji na płycie; od lulającego "Glass House", przez wyklaskane, radosne "Waving", niepokojące "Dissolving with the Night" (nagroda za najlepsze wykorzystanie elementów "poważnych". Druga połowa buduje tak niesamowity nastrój, że głowa mała) a nawet buntownicze "Go to Hell". Ostatni utwór wzbudzi na pewno wiele kontrowersji przez krótki i bezpośredni tekst ("fuck you all"), ale to przecież naprawdę klimatyczna rzecz, zwłaszcza gdy następuje "eksplozja" smyków.
Słowem, album ma własny, delikatnie odmienny charakter. I po pierwszym przesłuchaniu  nie wiedziałem, co mam o tym myśleć. Szybko jednak doszedłem do wniosku, że właśnie "tego" było potrzeba sprasowanej formule zespołu.

  Jednak istota Blackfield nie uległa zmianie. To kolejny zestaw krótkich, chwytliwych kompozycji i paleta sentymentalnych emocji, której nie powstydziłaby się żadna porządna stacja radiowa. W porównaniu do "dwójki", brakuje tutaj energicznego otwarcia ("Glass House" nijak ma się do "Once") i przebojowych piosenek w stylu "Christenings" lub "Epidemic". Gitar troszkę brakuje, mówiąc wprost. Samo "Waving" i "Blood" to trochę za mało. Na szczęście tych smutnych melodii jest tyle, ile potrzeba. Zakończenie albumu w postaci "Zigoty" i mojego ulubionego "DNA" zadowoli każdego wielbiciela wilsonowej nostalgii.

  Fani Blackfield, co chyba nie powinno dziwić, dzielą się na tych, którzy preferują debiut i tych, którzy kochają bardziej jego kontynuację. Sam zaliczam się do tej drugiej grupy i mnie "Welcome to My DNA" zdecydowanie grzeje. Obawiałem się, że Steven "odwali" ten album na szybko, skupiając się na drugim solowym krążku, ale zostałem pozytywnie zaskoczony. Wszyscy fani Blackfield powinni być usatysfakcjonowani, a ludzie, którzy twórczości brytyjsko-izraelskiego duetu jeszcze nie znają, miast przyznawać się do tego, powinni jak najszybciej nadrobić zaległości i zamówić bilet na jeden z kwietniowych występów grupy w Polsce.

Ocena: 8/10
(wilsonowi sceptycy niech sobie ją obniżą o ćwierć oczka)

piątek, 11 marca 2011

MUZYKA - Before the Fall - Antibody (2011)


1. Prepare Thy Way Before Thee (3:51)
2. Fucked Up World (4:16)
3. Burden of the Past (4:21)
4. Destroy (3:28)
5. On Your Knees (6:36)
6. Cruzified Perdition (4:51)
7. Blood Tsunami (2:53)
8. Go to Hell (3:46)
9. Becoming the Enemy (5:01)
10. Never Been Born (5:56)
11. Warcry (3:52)
12. Antibody (1:37)

Całkowity czas: 50:28

   Dawno już nie pisałem o zespole, który zaliczamy do kategorii ''mało znany szerszej publiczności''. Pomyślałem, że czas ''przetestować'' coś nowego i wybór padł na Before the Fall za sprawą recenzji, która była świetnie napisana i mało tego opiewała album na ocenę najwyższą, więc bez zastanowienia zdecydowałem się sprawdzić, czy rzeczywiście jest po co nadwyrężać palce. Co ciekawe, już po pierwszych dźwiękach  ''Przeciwciała'' można by wywnioskować, że zespół pochodzi z naszych kochanych Stanów. A tu niespodzianka - z Wiednia. Tytułem wstępu wypadałoby napisać jeszcze, w jakich klimatach porusza się Before The Fall. I tu pojawia się zasadniczy problem. Bo co panowie tak naprawdę grają? Nie jest to ani czysty metalcore a tym bardziej deathcore, więc wydaje mi się, że to muzyka z pogranicza tych dwóch gatunków plus thrashcore'owe motywy - to właśnie gra Before The Fall.

   Już od pierwszych dźwięków można zauważyć, jaki instrument będzie najbardziej wyrazistym na krążku. Mowa tu o perkusji, która brzmi wręcz morderczo, a jej dźwięki nie ustają nawet na moment od świetnych metalcore'owych breakdownów po typowo deathcore'ową nawalankę jednak w jakże dobrym smaku. Noga aż sama podrywa się do przytupywania do jej rytmu. Wraz z zagłębianiem się w dalsze utwory, doszedłem do wniosku, że płyta wręcz musiała być robiona pod perkusję. Nie wiem skąd chłopaki wzięli tak dobrego bębniarza jakim jest Maurizio Guolo, ale tylko pogratulować im wyboru. Z kolei żadnych peanów nie mogę zaśpiewać na cześć strony wokalnej, bowiem wokaliza Michaela Kronstorfera jest typowa i niczym się nie wyróżnia, co jednak stanowi jakiś tam plus, gdyż dobrze łączy się z całym instrumentarium Before The Fall.

   Czym zaś charakteryzują się utwory zaprezentowane na ''Przeciwciele''? Przede wszystkim są wręcz deathcore'owo mocne, jednak (o dziwo) nie przeszkadza im to być również melodycznymi, co się jak najbardziej chwali. Niektóre utwory klimatem mocno odbiegają od innych - chociażby mroczny w zwrotkach ''Burden of the Past'' czy oldschoolowe również zwrotki w ''On Your Knees''. Jest też dużo ciekawych motywów, takich jak arabskie śpiewy czy łamane dźwięki pozytywki, po których następuje atak perkusji. Nie wspominałem jeszcze o pracy gitar, ale jak się można łatwo domyślić riffy, aby pasowały do tej wręcz dosłownie bombowej perkusji, muszą być równie mocne, będąc równocześnie melodycznymi jak już wspominałem wcześniej, a więc panowie odpowiedzialni za gitary również odwalili kawał niezłej roboty. Utwory na ''Antibody'' wahają się od 3 do ponad 6 minut, co - jak widać - odbiło się na czasie trwania krążka. Jak można zauważyć utwór tytułowy to swoiste outro z pięknymi klawiszami, co również odbiega stylem od całości płyty. Cóż jeszcze mógłbym napisać? Moim zdecydowanie ulubionym kawałkiem jest najdłuższy ''On Your Knees'', za zmiany klimatu, świetną solówkę i genialne przejście.

  Nadszedł czas na lekkie ''zaczepki'', ale nie będzie ich za dużo. Po prostu wydaje mi się, że niektórych płyta po czasie może wyraźnie zacząć nudzić i męczyć, sam najchętniej bym odciął spory kawałek ''Becoming the Enemy''. Innym zaś może przeszkadzać praktycznie ciągłe forsowanie perkusji, jednak ja, będąc wielkim fanem tego instrumentu, jestem z tego bardzo kontent.

   Jak zwykle krótkie podsumowanie żeby już nie przedłużać. Panowie z Before the Fall nie są debiutantami, choć weteranami też na pewno nie. ''Antibody'' jest ich drugim longplay'em, na który fanom (domyślam się, że za wiele ich nie było, choć mogę się mylić) przyszło czekać aż cztery lata i myślę, że będą z niego bardzo zadowoleni. Ja do tej pory nie znałem Before The Fall, ale płytą jestem równie pozytywnie zaskoczony i poważnie myślę, czy nie zapoznać się z ich debiutem. Krążek wydaje się godny polecenia - fanom mocnej muzyki w 65 %, zaś fanom bębnów w 100 %.

Moja ocena: 8/10

czwartek, 10 marca 2011

MUZYKA - Barenaked Ladies: All in Good Time (2010)

1. You Run Away (4:22)
2. Summertime (3:51)
3. Another Heartbreak (3:23)
4. Four Seconds (2:44)
5. On the Lookout (3:31)
6. Ordinary (4:09)
7. I Have Learned (3:06)
8. Every Subway Car (3:49)
9. Jerome (3:22)
10. How Long (3:39)
11. Golden Boy (3:13)
12. I Saw It (3:51)
13. The Love We're In (2:42)
14. Watching the Northern Lights (4:27)

Całkowity czas: 50:09

  Jak każdy szanujący się fan muzyki progresywnej, lubię posłuchać czasem czegoś absolutnie nieambitnego, lekkiego i poprawiającego nastrój. Zwłaszcza podczas porannych spacerów na uczelnię, które - co stwierdzam z radością - stają się nareszcie słoneczne. I jak każdy szanujący się fan muzyki progresywnej, trochę się tego wstydzę. Bo to trochę tak, jak z księdzem słuchającym black metalu - nie każdy przymknie oko, przyznajmy uczciwie. Ale uszło mi płazem, kiedy pisałem o Good Charlotte, dlaczego więc nie miałbym skrobnąć kilku zdań o albumie, który wspominaną wędrówkę ku murom wrocławskiego przybytku wiedzy umilał co najmniej kilkanaście razy? Poza tym, w progresywnym światku już dawno musiałem zostać przekreślony, gdzieś przy okazji wychwalania Coldplay.

  Co to za zespół, ten cały Barenaked Ladies? Popularnością cieszą się głównie za ocenem, skąd też (z Kanady, stwierdzając dokładniej) swoją muzykę do nas kierują. Ot, kolejna alternatywna grupa rockowa. Swój dziewiąty krążek chłopaki nagrali w uboższym o jedno ogniwo składzie, bowiem założyciel zespołu i jeden z głównych kompozytorów, Steven Page, zachciał "tak samo, ale lepiej", zupełnie solo. Na szczęście dla fanów, w grupie pozostało czterech wokalistów i trzech multiinstrumentalistów (swoją drogą, czy wiesz, szanowny Czytelniku, że statystyczny Polak boi się tych "niebezpiecznie" długich form wyrazowych? Mam nadzieję, że nie zatrzymałeś wzroku z lękiem na napisanym właśnie molochu!), więc siły twórczej mieli wciąż wiele.

  Spójrz na okładkę, proszę. Sam już możesz odpowiedzieć na pytanie, czego po "All in Good Time" się spodziewać. Ale nie traciłbym tak cennego obecnie czasu, żeby wykrzywiać na klawiaturze swoje palce wyłącznie w celu opisania byle przeciętnego wydawnictwa. Czternaście zawartych na płycie kompozycji, mimo ograniczeń i prostej, z deczka radiowej formule, wierz lub nie, potrafi pozytywnie zaskoczyć. Oprócz lekkich riffów i radosnych refrenów, usłyszysz tutaj chociażby ładne partie fortepianu ("You Run Away"), pierdzące trąbki ("Four Seconds"), skrzypki ("On the Lookout"), czy... więcej riffów i radosnych refrenów! Bowiem w swojej kategorii, czyli muzyce stricte rozrywkowej, "All in Good Time" spełnia się dobrze: szybko wpada w ucho, poprawia nastrój, relaksuje. Utwory czasami balansują na pograniczu radiowego kiczu (yo), ale panowie ratują się szczerością i czymś w rodzaju pasji.

  Einstein rzekł, że wszystko trzeba robić tak prosto, jak to tylko możliwe. Czy mogę się z nim zgodzić, skoro mowa o muzyce? Nie, na pewno nie. Jednak (od czasu do czasu) każdemu tego typu prostoty potrzeba. I dla mnie przez ostatnie tygodnie ową rolę odgrywał Barenaked Ladies. Rzecz zwykła, ale szybko budująca przyjazne stosunki ze słuchaczem.

Ocena: 6/10

wtorek, 8 marca 2011

MUZYKA - R.E.M.: Collapse into Now (2011)

1. Discoverer (3:31)
2. All the Best (2:47)
3. Überlin (4:14)
4. Oh My Heart (3:20)
5. It Happened Today (3:48)
6. Every Day Is Yours to Win (3:26)
7. Mine Smell Like Honey (3:12)
8. Walk It Back (3:24)
9. Alligator_Aviator_Autopilot_Antimatter (2:45)
10. That Someone Is You (1:44)
11. Me, Marlon Brando, Marlon Brando and I (3:03)
12. Blue (5:45)

Całkowity czas: 41:05

  Czternaście albumów w dorobku. Czwarta dekada na liczniku. Multum osiągnięć na listach przebojów. Dzieła wliczane do najważniejszych płyt wszechczasów. A prywatnie: trójka normalnych, dających się lubić facetów. Nie rebeliantów, buntowników, gdyż nie potrzebują rozgłosu wokół swoich osób. Od zawsze tworzą muzykę i jej właśnie poświęcają serca. Wiedzą, że fanów najpozytywniej zaskoczyć można kolejnym zestawem świetnych utworów i dlatego dali sobie dużo czasu na stworzenie nowego krążka. I piętnastym już albumem, zatytułowanym błyskotliwie "Collapse into Now", udowodnili wszystkim, że...

  No właśnie, że co? Że wciąż potrafią grać niezwykle szczerze? Że "Accelerate" nie miało wyznaczyć nowej ścieżki rozwoju? Że mają, kurka wodna, przegromną smykałkę do tworzenia wspaniałych melodii? Przepraszam bardzo, a ktoś w to wątpił? Panowie udowodnili, że nie mają zamiaru zniknąć w nowej dekadzie i wciąż chcą troszkę muzyką alternatywną zamieszać. I to pierwszy z dwóch powodów do radości. A drugim niech będzie stwierdzenie prosto z mostu, że "Collapse into Now" to świetny album.

  Miało być tym razem szczerze, bez jednego kierunku stylistycznego (czym charakteryzował się poprzednik). Miał być zestaw najlepszych kawałków, jakie zespół stworzy w czasie roku nagrywania. No i dostajemy dwanaście utworów o łącznym czasie trwania przekraczającym jedną stopą granicę czterdziestu minut. Są rzeczy energiczne (otwierający album "Discoverer" lub singlowy "Mine Smell Like Honey"), czasami wręcz obdarzone punkową mocą ("Alligator_Aviator_Autopilot_Antimatter" z gościnnym udziałem Peaches), ale ciężko byłoby nie zauważyć, że tym razem najważniejsze są utwory wolniejsze, bardziej wysmakowane. Stipe dawno nie śpiewał z taką pasją, nie atakował tyloma emocjami. Rewelacyjnie brzmi w "Überlin", naprawdę prostej, akustycznej balladzie, za narządy płciowe chwyta w refrenie "Oh My Heart", na myśl przywodzącym klasyczne albumy R.E.M. z lat osiemdziesiątych. Najpiękniej na całym albumie brzmi jego środek, swoisty migdałek z Rafaello: "It Happened Today", w którym wokalnie udziela się Eddie Vedder z Pearl Jam - razem ze Stipe'em w połowie rozpoczyna cudowny, w żadnym wypadku nie sztuczny, okrzyk radości, trwający już do końca kompozycji (genialna rzecz). Zaraz po tak pozytywnym momencie nadchodzi najbardziej wzruszający "Every Day Is Your to Win", delikatny niczym płatek śniegu, na szczęście jednak zachowujący optymistyczną myśl, zawartą także w tytule.

  Właśnie, optymizm. Teksty odeszły od spraw politycznych (być może barakowe rządy panom z R.E.M. odpowiadają?) i nabrały bardzo personalnych barw. To osobisty pamiętnik, wypełniony refleksjami (tak myślę) spełnionego człowieka. Mówi się o nadziei, życiu swoim życiem i rozpoczynaniem każdego dnia niczym zupełnie nowego rozdziału pisanej książki. Mimo wielu smutnych melodii, czuć wszechobecny optymizm. I jestem jak najbardziej "za".

  Mógłbym co prawda napisać o malutkim zgrzycie w postaci "That Someone Is You", ale nie przekracza on nawet dwóch minut, dlatego szkoda byłoby psuć pochwalny charakter recenzji. Mogę zatem, w pełni zadowolony i z arielowsko czystym sumieniem stwierdzić, że posłuchanie "Collapse into Now" to obowiązek każdego szanującego się fana muzyki. A zespół błagam jeszcze o chociaż trzy płyty na takim poziomie, nim padnie decyzja o zakończeniu kariery. O zgaszeniu tej błyszczącej gwiazdy szeroko pojmowanego rocka alternatywnego.

"Every day is new again
 Every day is yours to win
 And that's how heroes are made"


Ocena: 8,5/10

poniedziałek, 7 marca 2011

MUZYKA - Darkest Hour - The Human Romance (2011)


1. Terra Nocturnus (1:16)
2. The World Engulfed In Flames (3:52)
3. Savor The Kill (3:48)
4. Man And Swine (3:44)
5. Love As A Weapon (4:00)
6. Your Every Day Disaster (2:46)
7. Violent By Nature (2:21)
8. Purgatory (3:46)
9. Severed Separates (3:27)
10. Wound (3:42)
11. Terra Solaris (8:41)
12. Beyond The Life You Know (4:12)

Całkowity czas: 45:41


  Amerykańską grupę Darkest Hour poznałem jakieś cztery lata temu przy okazji wydania płyty „Deliver Us” (chyba ich najsłynniejszej), która po pierwszym tygodniu od momentu wydania rozeszła się w ilości 6600 kopii, co sprawiło, że album ten znalazł się na 110 miejscu w rankingu Billboard 200. Dwa lata temu ukazał się ich kolejny longplay – „The Eternal Return”, który również  oceniany był nie gorzej (do tego 104 pozycja w tym samym zestawieniu). Po kolejnych dwóch latach nadszedł czas na siódmego długograja w historii zespołu – „The Human Romance”.

  Jakie miałem oczekiwania przed premierą nowego Darkest Hour? Już po samym tytule i okładce ukazującej w pewnym sensie „miłość po grób”, liczyłem na dużą dawkę emocjonalnych i romantycznych melodii. Takie rzeczy są dość typowe dla gatunku jakim jest metalcore, choć w przypadku „The Human Romance” mamy raczej do czynienia z rasowym melodic death. Sam zespół zresztą wypiera się w wywiadach, co do kwestii grania przez nich wcześniej wspomnianego metalcore’u na rzecz melodeath, gdzie od zawsze inspiracjami dla nich były takie formacje, jak In Flames, czy też At The Gates.

  „The Human Romance” to opowieść o nas, o ludziach. Dotyczy to naszych zachowań i uleganiu instynktom, które powodują,  że zachowujemy się, jak zwierzęta i sprawiają, że tak naprawdę niewiele się różnimy od innych ssaków. Warto dodać, że jest to pierwszy krążek zespołu w E1 ( dotychczas płyty Darkest Hour wydawało Victory Records).

  Najnowsze dokonanie DH (nie mylić z bandem Demon Hunter, dla którego zawsze był zarezerwowany ten skrót) to dawka bardzo melodyjnego grania, ciekawych solówek oraz dobrej – choć czasami może zbyt oszczędnej – gry perkusisty Ryana Parrisha. Już instrumentalny wstęp w postaci „Terra Nocturnus” wprowadza nas w bardzo ładny, nastrojowy klimat. Potem robi się już mocniej za sprawą „The World Engulfed In Flames”. Już w tym momencie staje się faktem kwestia jakości albumu. Mamy tutaj melodyjne granie na naprawdę dobrym poziomie. I tak jest mniej więcej przez całą płytę. To zaleta, a zarazem maleńka wada tego LP. „THR” jest bowiem wydawnictwem bardzo równym i choć obok smutnych, melancholijnych melodii pojawią się też takie uczucia jak gniew, czy strach ( a może odpowiedniejszym określeniem będzie tutaj słowo „mrok”), to nie znajdziemy kompozycji, które wyraźnie będą odstawały od reszty. Dla niektórych to nie wada, ale ja lubię kiedy na płycie znajdzie się jakiś jeden, dwa szlagiery na tle bardzo wyrównanego albumu. Są oczywiście numery nieco lepsze, ale nie ma mowy o tym, aby odskakiwały od reszty. Gdybym miał coś wyróżnić to na pewno byłby to kawałek „Savor The Kill”, bądź „Love As A Weapon”. Dlaczego? Pod względem refrenów na pewno się wyróżniają, są lepsze od reszty krążka. To tracki numer „3” i „5”. Do końca albumu żaden inny się już w sumie niczym nie wyróżnia (może poza instrumentalnym „Terra Solaris”), ale mimo to, do ostatniego „Beyond The Life You Know”, płyty słucha się naprawdę dobrze.

  Jeżeli ktoś się zastanawiał, czy Darkest Hour jest formacją wykonującą metalcore, czy też melodic death, to już ma odpowiedź. „The Human Romance” rozwiewa wszelkie wątpliwości. Tym muzykom bliżej do chłodnej Skandynawii (głównie Szwecji) niż do USA. Ta płyta to naprawdę dobry melodyjno - metalowy krążek… ale ja i tak czekam na In Flames.

Ocena: 7/10

niedziela, 6 marca 2011

MUZYKA - mjut: Akcja Ratowania Ślimaków (2011)


1. Białe łóżko (1:54)
2. Robert naszym mistrzem (5:39)
3. Najlepsza piosenka na płycie (3:17)
4. Prawdziwi młodzi rebelianci (3:24)
5. Do końca wszystkiego (4:16)
6. Zorientowani na sukces (2:03)
7. Koni (3:30)
8. Akcja ratowania ślimaków (3:04)
9. Szofeo (5:59)
10. Miss świata piękności (2:53)
11. Robert naszym mistrzem 2 (6:27)

Całkowity czas: 42:26


  We wrześniu roku 2004 w Działdowie powstała grupa mjut. Początki zespołu nie były łatwe, ale wiara i nieustępliwość doprowadziła chłopaków do tego, iż w końcu możemy usłyszeć ich debiutancką płytę. Ukazała się ona 28 lutego nakładem Mystic Production. No i cóż… Panowie mięli siedem lat na stworzenie tego materiału, więc teoretycznie powinien być to naprawdę dobry album.

  Skoro już nazwa zespołu jest niecodzienna, to i tytuł ich debiutu też być taki powinien – i jest. „Akcja Ratowania Ślimaków”. Te trzy słowa szybko rzuciły mi się w oczy i wiedziałem, że kiedy tylko album się ukaże, będę się z nim musiał zapoznać. 

  Zespół gra bardzo łagodną i delikatną muzykę. Możemy tu dostrzec brzmienia post rockowe, ale również elektroniczno – psychodeliczne. Sam Patryk Kienast – wokalista mjut – przyznaje się do inspiracji formacją Radiohead. 

   „Akcja Ratowania Ślimaków” to jedenaście utworów trwających łącznie nieco ponad czterdzieści dwie minuty. Muzyka smutna i bardzo melancholijna, a także zagadkowa i eksperymentalna. Warto wysłuchać tego albumu przynajmniej kilka razy i wsłuchać się w bogactwo dźwięków będących tłem dla poszczególnych kompozycji, gdyż można odnaleźć w nich ciekawe i intrygujące motywy. Osobiście znalazłem w dwóch kawałkach dwa dźwięki, które już dawniej gdzieś słyszałem. Pierwszy trwa dosłownie sekundkę. Kojarzy mi się z kawałkiem „Port Rubicon” Stevena Wilsona. Drugi przewija się przez elektroniczny „Szofeo”. Słyszałem to już nie raz podczas grania w „Medievila”. W owej grze sterujemy postacią, której życie bardzo szybko się wyczerpuje jednak w każdej planszy znajdujemy zielone źródełko dodające nam energii. Źródełko wydaje identyczny dźwięk, jak ten z utworu „Szofeo”. Wątpię, aby sami panowie z zespołu mięli o tym pojęcie i zrobili to celowo – to moje czyste skojarzenia. Świadczą one jednak o tym, że na płycie znajdziemy mnóstwo ciekawych wstawek instrumentalnych. Musimy ich tylko dobrze poszukać, czyli po prostu skupić się, i dobrze poznać ten album.

  Bardzo dobrze wypadają na „ARŚ” zabiegi mające za zadanie stworzyć nam psychodeliczny nastrój. Typowe, lecz zawsze sprawdzające się puszczanie motywu od końca brzmi kapitalnie, choćby w kompozycji tytułowej. We wspomnianym wcześniej „Szofeo” usłyszymy natomiast, bardzo rozbudowaną elektroniczną wstawkę, w której głos wokalisty zostanie niezwykle „przemeblowany”.

  Czym w ogóle jest „Akcja Ratowania Ślimaków”? Takie pytanie nasuwało mi się od pierwszego odsłuchania tej płyty. Na początku nie wiedziałem, ale wraz z czasem wyrobiłem sobie własną opinię. Teksty na debiutanckim krążku mjut są dość dziwne, i czasem potrzeba czasu, aby się przez nie przebić. Dla mnie tytułowymi „ślimakami” będą tutaj ludzie, którzy zostają w pewien sposób „spowolnieni”  i ograniczeni przez los, czy też przytłaczający ich, gnający do przodu świat.  Ludzie, którzy mają własne obawy i lęki: „Nie szukam, bo boję się, że nie znajdę/Nie biegnę, bo boję się, że nie zdążę…/Boję się tak, że aż strach, tak, że aż lęk…”

  Mamy tutaj wiele intrygujących rozwiązań lirycznych, na pewno trudnych do rozszyfrowania. W „Najlepszej Piosence Na Płycie” Patryk przeprasza, że zgubił książkę… No i myśl człowieku, jak to rozumiesz? 

  Wokal w muzyce mjut jest lekki i manieryczny, co sprawia, że nie każdemu przypadnie on do gustu. Niewątpliwie Patryk nie jest wokalnym geniuszem potrafiącym zrobić ze swoim głosem, co tylko zechce. Jest za to wokalistą, którego głos bardzo dobrze pasuje do mjutowych instrumentów – osobiście, słucha mi się go bardzo dobrze. 

  Longplay ten posiada dużą liczbę motywów, które po prostu muszą chodzić człowiekowi po głowie przez wiele godzin („A ten prezent nazwać można substytutem dla substytuta/Duże oczy, mały nos i akcja ratowania ślimaków… Jestem już Twój…”).Większość tekstów znam już na pamięć (swoją drogą nie są zbyt długie) i każdego dnia przypominają mi się znienacka. Przyznam, że bardzo lubię sobie śpiewać pod nosem „Koni”, utwór tytułowy, czy „Do końca wszystkiego” z bardzo ładnym, choć prostym tekstem. Tak naprawdę każdy numer z wokalem przeleciałem już wzdłuż i wszerz. No i właśnie. Szkoda trochę, że wokalu jest na „Akcji…” tak mało. Dwie części utworu „Robert Jest Naszym Mistrzem” trwają łącznie około dwunastu minut, i uważam, że to ciut za dużo, jak na tego typu instrumentalki.

  „Kolejny worek piór ze skrzydeł anioła. Niedługo anioł mój unieść się nie zdoła”. To ostatnie słowa jakie padają na tym albumie. Panowie mieli siedem lat na stworzenie bardzo dobrego debiutu i… zrobili to. „Akcja Ratowania Ślimaków” to rzecz, która wymaga od słuchacza poświęcenia pewnej ilości czasu i niezbędnej do dokładnego poznania albumu chęci. Na pewno pod koniec roku pisząc muzyczne podsumowanie 2011, nie zapomnę o tym wydawnictwie.

Ocena: 8/10

piątek, 4 marca 2011

Wieczory nordyckie (MUZYKA) - Gazpacho: Missa Atropos (2010)

Zostańmy w Norwergii na jeszcze jeden tydzień, mam tu pewien niedokończony interes :)

1. Mass for Atropos I (1:43)
2. Defense Mechanism (6:29)
3. I Was Never Here (3:12)
4. Snail (3:39)
5. River (6:07)
6. Mass for Atropos II - You're Going to Die Up There (2:06)
7. Missa Atropos (8:25)
8. She's Awake (3:42)
9. Vera (7:26)
10. Will to Live (3:07)
11. Mass for Atropos III (1:39)
12. Splendid Isolation (8:33)
13. An Audience (2:52)

Całkowity czas: 59:00

O FORMIE:
  W Polsce zaobserwować można prawdziwy boom na Gazpacho (zapoczątkowany, po raz kolejny, przez Piotra Kosińskiego), dlatego nie muszę grupy nikomu przedstawiać i mogę rozpocząć tekst z grubej rury - "Missa Atropos" nie dorównuje "Tick Tock". Ale szaleńcem był ten, kto wymagał od zespołu przeskoczenia poprzeczki zaledwie rok później. Winni się wstydzić tacy, bowiem jak przeskoczyć płytę "na dziesięć"?

  "Missa Atropos" różni się od swojego poprzednika przede wszystkim nastrojem. Dźwięki rozmywają się w bogatych tłach, a samych klawiszy jest zdecydowanie najwięcej. Tworzą one lekko oniryczny nastrój, budzący delikatne skojarzenia z "Night", ale o problemach w odróżnieniu od siebie krążków mowy nie ma. Tym razem dostajemy aż trzynaście kompozycji, z których połowę stanowią krótkie, często instrumentalne plamki dźwięków. Trzy części instrumentalnego "Mass for Atropos" po prostu zachwycają (ciekawostka: w "dwójce" pojawia się nagranie z radiostacji numerycznej - damski głos od razu przywodzi na myśl "Even Less" Porcupine Tree), ale nie gorzej prezentują się te "śpiewane" drobniaki. Dowodem tej tezy niech będzie fakt, że "She's Awake", trwający trzy i pół minuty, to moja ukochana kompozycja z albumu. Nie zabraknie także dłuższych form, ale fani "megaprogresywności" "Tick Tock" mogą się poczuć zawiedzieni, ponieważ utwory przekraczające granicę pięciu minut większość swojego czasu przeznaczają na budowanie kolejnych warstw morza dźwięków.

  Wymaga to wszystko kilku problematycznych przesłuchań. Jeżeli na początku poczujesz się nieco zawiedziony lub nie do końca pewny jakości "Missa Atropos", nie poddawaj się. Miałem podobnie, potrzeba mi było kilku odsłuchań wstępnych i tego definitywnego - w nocy na słuchawkach - aby zrozumieć, ile pokładów piękna ukrytych jest na tej płycie. Czas także przyznać, że nie wszystkie kompozycje trzymają tak wysoki poziom. "River" na przykład, zanim dojdzie do imponującego finału, potrafi delikatnie znudzić, a refren "Snail" nie trafia do mnie (wiem, to wyjątkowo subiektywny zarzut) zupełnie, choć warstwa instrumentalna nadrabia chwilowe braki Ohme'a. Nie wszystko jest "tik-tok", chciałoby się napisać :)

O TREŚCI:
"Samotność jest niezależnością, życzyłem jej sobie i zdobyłem ją po długich latach. Była ona zimna, o tak, ale była też cicha, prawdziwie cicha i wielka, podobnie jak zimne, ciche przestworza, po których wędrują gwiazdy." - H. Hesse

  Jak abstrakcyjna wydaje Ci się historia człowieka, który zamyka się w starej latarni na krańcu świata, aby poznać smak prawdziwej samotności, izolacji, tęsknoty za światem? Próby stworzenia idealnej pieśni pochwalnej dla Atropos, najstarszej z Mojr - tej, która przecina cienką nić życia w momencie naszej śmierci? Pani czasu i istnienia. Bardzo? Mi także.

  Ale popatrzmy z innej strony. "Missa Atropos" to trzecia płyta Gazpacho z serii "ścieżek dźwiękowych do nieistniejących filmów", której każda część traktuje niejako o tym samym. "Nieprawda!" - ktoś krzyknie. Już wyjaśniam, spokojnie. "Tick Tock" mówił o pilocie, który izolacji skosztował wbrew swojej woli, rozbił się na środku pustyni. Jego istnienie zostało pozostawione na łaskę Atropos, z każdą godziną nić życia, którą bogini trzymała w dłoni, naciągała się coraz mocniej. Bohater dzisiejszego albumu sam wybiera swój los, wdrapuje się na szczyt latarni - symbolu nadziei, bezpieczeństwa i tam zanurza się w odmętach samotności. Z własnej woli. Troszeczkę na boku stoi "Night" ze swoim onirycznym światem, ale pewien człowiek, z którego inteligencją nawet nie jestem w stanie się równać, mianowicie Joseph Conrad, napisał niegdyś: "We live, as we dream - alone". Być może zatem sen ma stanowić aluzję samotności w naszym życiu, albo przynajmniej jej mały, nieświadomy element. Jeżeli przyjmiemy taką opcję, możemy uznać, że każda część "trylogii" stworzonej przez Gazpacho symbolicznie opowiada o bycie, który spotkał się z samotnością.

  Po co więc pisać pieśń pochwalną dla Atropos? Wyobraź sobie, że, niczym bohater "Missa Atropos", osiągnąłeś ostateczny stopień izolacji i zapomnienia. "Znaczy to, iż dotarłeś do negatywnego krańca życia, tam, gdzie panuje temperatura absolutna, gdzie ścina się w lód ostatnia życia iluzja." - według Emila Ciorana. Tęsknota za bliskością drugiego człowieka to tęsknota za życiem samym w sobie. A kiedy nie pragniesz niczego innego niż prawdziwego życia, dostrzegasz wielkość tej, która w każdym momencie może unieść nożyce i przeciąć napiętą do granic możliwości nić - Twój byt. Odczuwasz nieopisywalny respekt przed jej potęgą. Niczym biedronka, którą złapał w lecie młody chłopiec. Biegnąc wzdłuż jego palców, świadoma kruchości istnienia, gdyby tylko mogła mówić, krzyknęłaby: "Proszę! Ja chcę żyć!".

  Infantylny przykład, ale pięknie oddający ideę, którą dostrzegam w muzyce Gazpacho: respekt przed śmiercią to tęsknota za życiem. Któż chciałby umierać samotnie? To ostrzeżenie i zachęta. Zachęta do życia swoim życiem i korzystania z niego do ostatniej możliwości.

EPILOG:
Podsumowując, bez wyrzutów sumienia stwierdzam, że to jeden z najciekawszych albumów ubiegłego roku. W swoim gatunku miał ogromną konkurencję, bo i Anathema wróciła na szczyty, i Pain of Salvation pokazało klasę, a co dopiero Lunatic Soul, ale jeżeli tamtych wykonawców już posiadasz na półce, Gazpacho jest Twoim następnym celem. Rzekłem.


Ocena: 9/10

  Za tydzień powracamy do Szwecji, tym razem pod przewodnictem Bartka :)