poniedziałek, 27 grudnia 2010

MUZYKA - Coldplay: A Rush of Blood to the Head (2002)

1. Politik (5:18)
2. In My Place (3:48)
3. God Put a Smile Upon My Face (4:57)
4. The Scientist (5:09)
5. Clocks (5:07)
6. Daylight (5:27)
7. Green Eyes (3:43)
8. Warning Sign (5:31)
9. A Whisper (3:58)
10. A Rush of Blood to the Head (5:51)
11. Amsterdam (5:19)

Całkowity czas: 54:08

  Całkiem niedawno przypomnieliśmy sobie debiutancki krążek Coldplay, który - przypomnę - zdobył ogromną popularność pomimo faktu, iż stanowił prosty, przyjemny krążek z grzecznymi do bólu zębów kompozycjami. Uznaliśmy wtedy, że cały ocean ludzi, którzy przyznali im wtedy kredyt zaufania zostali wynagrodzeni w przyszłości, a Coldplay udowodnił, że - przyczepiony im na siłę - gwiazdorski status nie okazał się kolejną sromotną pomyłką brytyjskiej prasy. I dziś omówimy następcę "globusowego albumu", wydany dwa lata później "A Rush of Blood to the Head".

   Jak zadowolić krwiożerczych krytyków, czyhających jedynie na błąd, pewnych w głębi swojego mrocznego serducha, że Coldplay to sezonowy hit? A jak do tego jeszcze zachwycić setki świeżo zakochanych fanów? "Recepta jest bardzo prosta" - powiedziałby Donald Tusk. Zrobić to samo, tylko lepiej. Pokazać się z jeszcze bardziej wrażliwej strony, podkręcić brzmienie, uszlachetnić pieśni pianinem, czy też wyraźnymi gitarami. Zrobić wszystko, żeby "zestaw przyjemnych piosenek" zamienił się z "zestaw angażujących utworów". I tak zrobili, a przyjęcie w mediach, status ośmiokrotnej platyny, nagroda Grammy i w końcu zaszczytne 473 miejsce w rankingu Albumów wszech czasów szanowanego pisma Rolling Stone "delikatnie" podpowiada, że udało im się.

   Ale to moja recenzja, toteż odpowiadać będę wyłącznie za siebie (co, i tak, powoduje nader często negatywne konsekwencje). "A Rush of Blood to the Head" nie jest moim ulubionym albumem tych Zimnych Graczy, dlatego nie zamierzam rozpłynąć się teraz w pochwałach jak plaster margaryny na teflonowym lodowisku kuchennej patelni; to jeszcze przed nami. Co nie zmienia faktu, że płyta - rzeczywiście - stanowi odważny krok ku sławie godnej chociażby U2. Brzmienie jest wypolerowane, bas ukrył się w tle, niemal wszędzie słychać pianino - odtąd równie istotny instrument w muzyce Coldplay, co perkusja. Do tego, kawałki wybrane na single wbijają się do głowy niczym pocisk wymierzony z milimetrową precyzją przez wyśmienitego snajpera. Wystarczy wspomnieć w każdym towarzystwie tytuł "Clocks" lub "In My Place". Znajomi skrzywią się przez chwilę, aby - po usłyszeniu pierwszej sekundy utworu, niczym w "Jaka to melodia?" - krzyknąć: "No ba, że znam! Świetny kawałek!".

  Tu dochodzimy do dziwnej przypadłości "A Rush of Blood to the Head". Płyta dzieli się na dwie połowy: singlową i tę powszechnie nieznaną, bardziej indie. O pierwszej nie muszę za dużo pisać - megaprzebojowe utwory, które każdy słyszał chociaż raz. W radiu, telewizji, u znajomego, w internecie. Nie ma opcji, że mogłoby być inaczej. Ale po wzruszającym "The Scientist" i "Clocks" czeka nas jeszcze sześć kawałków! I przyznam szczerze, że większą przyjemność czerpię ze słuchania właśnie tej połowy płyty. Najpiękniejsza ballada - "Green Lights" - już wiele razy spowodowała, że zamykałem oczy (nawet w środku miasta!) i odpływam na chwilę do krainy ekstazy znanej tylko nam, pasjonatom muzyki. Następnie proste "Warning Sign", które skutecznie usypia czujność słuchacza i najbardziej zaskakujące "A Whispher" - niepokojące, psychodeliczne, a nawet agresywne w refrenie. Tutaj Chris Martin pokazuje się z zupełnie nowej, nieznanej dotąd strony. Kawałek tytułowy to mój cichy faworyt. Prosta zwrotka, delikatne chórki w przejściu, nostalgiczny nastrój i chyba najbardziej chwytający za serce refren na tym albumie. Chyba, bo akurat wzruszenie to specjalność Coldplay. Na słodkie zakończenie ostatnia ballada, "Amsterdam", która słowami "Ale czas jest po twojej stronie" skutecznie zachęca do porzucenia zajęć i zanurzenia się w świecie "A Rush of Blood to the Head" ponownie. I tylko utwór "Daylight" psuje w moich oczach wrażenie całości.

  Potrafię zrozumieć, dlaczego ten album zrobił taką furorę, skąd tyle zachwytów. Coldplay wpasowali się w nową falę brytyjskiego rocka alternatywnego idealnie i szybko stanęli na jej dziobie. Jednak, jak już wspominałem, moim zdaniem, to wciąż "tylko krok" naprzód. Ostateczne przymiarki do nadchodzącej rewelacji. Słucham często, lubię na równi z "Parachutes", przy czym debiut uważam za zwyczajnie uboższy album, z którego strony nikt jeszcze niczego nie oczekiwał. "A Rush of Blood to the Head" starą ideę udanie pakuje w bardziej błyszczące szaty i podnosi poprzeczkę.

  Suma sumarum - bardzo udany album. Wstyd nie znać, zwłaszcza w świetle nadchodzącego Open'er Festivalu, na którym, o ile nie nastąpi jakiś kataklizm, zobaczymy właśnie Coldplay. Stay tuned for more!

Ocena: 8/10

niedziela, 26 grudnia 2010

MUZYKA - Petter Carlsen: You Go Bird (2009)

1. You Go Bird (3:53)
2. Pull the Brakes (4:03)
3. The Sound of You And Me (4:04)
4. A Taste of What's To Come (4:19)
5. If Said Was Done (5:19)
6. From Now On (3:12)
7. Paindrops (4:23)
8. Half (4:47)
9. The Race Is On (4:22)
10. In the Time After (4:42)

Całkowity czas: 43:04

  Dzisiejsza recenzja będzie naprawdę nietypowa. Mam zamiar bowiem, jako jeden z pierwszych (albo i pierwszy!) w naszym kraju skrobnąć kilka akapitów o pewnym "odkryciu" w świecie muzyki atmosferycznej, czy też art rocka - zwał jak zwał, jednak nasz bohater zdecydowanie zasługuje na odrobinę uwagi. Petter Carlsen pochodzi z "miasta zorzy polarnej", jak sam nazwał rodzinną Altę w Norwegii i w roku pańskim 2009 wydał debiutancki album sygnowany własnym nazwiskiem. Płytka prawdopodobnie zagubiłaby się w odmętach czasu, gdyby nie kochany Piotr Kosiński, który podzielił się nim podczas swojej cotygodniowej audycji w Trójce. Tam właśnie usłyszał "You Go Bird" mój przyjaciel, Tomek, a co z tym równoznaczne, ja sam.

   Debiut Pettera to blisko trzy kwadranse dźwięków, zamknięte w dziesięciu krótkich, radiowych wręcz kompozycjach. Klimatycznie do czynienia mamy ze światem łączącym Anathemę i Sigur Ros (nie powinna więc dziwić obecna trasa Carlsena z tym pierwszym zespołem) - delikatnymi, rozmarzonymi pejzażami. Wypisz wymaluj widok zorzy polarnej nad przykrytymi śnieżną czapą górami. I właśnie nastrój stanowi główną kartę przetargową Norwega. Fenomenalna melodia tytułowego "You Go Bird", chórki w "Pull the Brakes", pluskające niczym woda w górskim strumieniu klawisze podczas "If Said Was Done" i niepokojące finały "A Taste of What's To Come" i "Half" (Sigur Ros z najpiękniejszych "Nawiasów"), które jako jedyne, choć w zacny sposób, delikatnie mącą te rozmarzone fotografie. Drugim niezaprzeczalnym atutem "You Go Bird" jest wokal jego ojca. Petter śpiewa tak delikatnie, jakby stał na cienkiej tafli lodu i bał się, że nawet drobne drgnięcie strun głosowych spowoduje trzask pod stopami i zimną kąpiel. Jeżeli przy pierwszym "spotkaniu" pomylisz jego głos z kobietą, nie czuj się dziwnie. Nie będziesz jedyny.

   Co nie znaczy, że "You Gu Bird" to dzieło wybitne. Po pierwsze, Piotruś żadnej Ameryki (ba, nawet Azji) nie odkrywa i tapla się radośnie znanych już bajorkach. Po drugie, nastrój płyty nadaje się na zimowe spacery i wieczór z lampką wina, owszem, ale z pewnością nie jako tło do czynności wymagających większego wysiłku fizycznego lub na pospieszne latanie ze słuchawkami po centrum miasta. To album, który wymaga odpowiedniego nastawienia, odrobiny zaangażowania - tylko wtedy może zostać w pełni doceniony. Po trzecie zaś... A nie, to wszystko.

   To jak, sumujemy i oceniamy? Wniosek jest prosty - "You Go Bird" to dobry album. Nastrojowy, delikatny, w pewnych momentach wręcz magiczny (tytułowy! "The Sound of You And Me"! "If Said Was Done"! "Half"!). Jeżeli lubujesz się w tego typu dźwiękach, Petter Carlsen mógłby stanąć na Twojej półce i wypiąć dumnie pierś. Oczywiście, gdyby płyta pierś posiadała ;) Sprawdźcie chociaż na jego stronce Myspace - http://www.myspace.com/pettercarlsen


Ocena: 7,5/10


 Jako ciekawostkę dodam fakt, że Carlsen szykuje na styczeń nowy album i promującego go kawałka (świetny!) możecie posłuchać, odtwarzając poniższy film:
  

piątek, 24 grudnia 2010

Przedświąteczne zlewki myśli

   Przyszedł moment, na który wielu z Was, drodzy Czytelnicy, czekało cały grudzień. Można narzekać na rozwieszanie świątecznych ozdóbek i mnogość ubranych na czerwono i ukrytych pod grubą brodą pederastów już pod koniec listopada, ale swoje zadanie spełniają w stopniu co najmniej zadowalającym. Zaczynamy myśleć o Bożym Narodzeniu i wyczekiwać tych kilku dni z wielkimi nadziejami. To trzy dni, podczas których nikt nie powie, że "ło Jezu, zjadłeś tyle, że zaraz chyba pękniesz", "może powinieneś się trochę pouczyć", tudzież "nikt o zdrowych zmysłach nie siedzi do piątej rano przy komputerze / konsoli", jeżeli - tak jak ja - nadrabiasz wtedy gry, filmy i seriale. W zamian za to, usłyszeć możemy od babć i rodziców jakże rzadkie "masz tutaj stówkę i kup sobie coś fajnego"!:D

  I tak właśnie siedzę sobie w swoim przytulnym pokoiku, mróz powoli dobiera się do moich bogobojnych stópek i nie chcę spać. Chcę chłonąć tę atmosferę, każdą beztroską godzinę. Bo w gruncie rzeczy, każdy z nas po swojemu, często nawet kontrowersyjnie, ten okres przeżywa. Jedni na pasterkę idą odświętnie ubrani do kościoła, inni w bluzie z kapturem do baru, ale obie opcje są wyjątkowe. W obu odnaleźć można pierwiastek magii i sentymentalne poczucie "kolejnego roku za nami". Czy spędzimy trzy dni z rodziną, czy z najbliższymi przyjaciółmi, czy nawet z telewizorem - święta jakiś obraz, fotografię w albumie pełnym zdjęć, coś po sobie zostawią w naszej duszy.

  Dla mnie najpiękniejszym momentem Bożego Narodzenia jest wigilijna noc. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że cokolwiek bym wtedy nie robił, nawet gdyby kilka godzin męczyło mnie rozwolnienie - ta noc zostanie zapamiętana. W końcu nie bez kozery buduje się cały miesiąc napięcie i - dla mnie - te napięcie właśnie wigilijną nocą zostaje rozładowane. To noc, w której "The Space..." Marillionu staje się moim hymnem. A weź w takim momencie zrób coś naprawdę, naprawdę przepełniającego Wielkimi Emocjami, dorzucającego tonę węgla do pieca Twego serca. Przeżyj, upuść łzę. Zrób sentymentalne zdjęcie Twojego obecnego życia.

  A jeżeli o życiu mówimy! Moi kochani rówieśnicy, czy my zdajemy sobie sprawę, że za nami już ćwierć życia? Carpe diem, jak mam nadzieję..?

  Zbliża się roku koniec, więc ulubiona pora wszystkich krytyków i recenzentów. Zbliżają się wielkie podsumowania i listy, sumujące wszystkie, nawet najbardziej niedorzeczne zestawienia. I takie listy pojawią się oczywiście na Wyspie Jowisza! Czeka nas solidne podsumowanie roku, wybranie najciekawszych pozycji ze świeżych rządków zarówno koło konsoli, DVD, jak i w Ipodzie. A oprócz tego recenzja ostatniego wielkiego albumu tego roku (podpowiem - polski zespół) i dumny raport z Księgi Wizyt naszej wysepki. Będzie ciekawie, ale to wszystko, mili moi, po świętach. Bo teraz, czas przeżyć jedne z najpiękniejszych chwil roku :)

Miłości

poniedziałek, 13 grudnia 2010

SERIAL - Dexter: Sezon 5 (2010) spoilers-free :)

 Liczba odcinków: 12

(Tekst jest bardzo świeżą opinią, napisaną w godzinę po seansie)

  Zakończenie (świetnego) czwartego sezonu bijącego szczyty popularności nie tylko w naszym kraju serialu "Dexter" wielu fanów doprowadziło do białej gorączki. "Jak tak można?", "Co teraz będzie?", "Mam czekać pół roku?" - internet wrzał od emocji. I nie wiem, jak Ty, drogi Czytelniku, ale ja nabrałem sceptycznego podejścia do mającej nadejść kontynuacji. Nie wierzyłem, że mogłaby trzymać w podobnym napięciu, nie mówiąc już o przeskoczeniu poprzeczki. Ale świat seriali kręci się według innych, znanych wszystkim zasad. Kury znoszącej złote jąderka ukatrupić nie można. I basta. Takim sposobem, dnia 13 grudnia roku pańskiego 2010, jesteśmy już po finale piątej serii. Czy po raz kolejny w swoim chłodnym podejściu popełniłem błąd? A może miałem rację? Sprawdźmy! (Tekst postaram się zachować od wszelkich poważniejszych spoilerów, uchylając rąbka tajemnicy z najwyżej kilku pierwszych epizodów, więc nie bój się, o Ty, który w cierpliwości swojej czekasz na telewizyjną premierę)

  Dexter Morgan jest w szoku. Jego małe podwórko ze sztucznym życiem rozsypuje się w mgnieniu oka. Śmierć żony przynosi ze sobą nienawiść przybranych dzieci. Do tego, nie potrafi okazać emocji, które winien okazać ktoś po stracie, co nie pozostaje pominięte przez detektywa Quinna. A jednak, coś w jego środku się kruszy, Mroczny Pasażer wariuje. Musi wrócić do "codziennej rutyny", dlatego postanawia wyruszyć na łowy. Celem staje się niepozorny Boyd Fowler i, mimo pewnym komplikacji, trafia na "stół" Dextera. Ulubiony seryjny morderca świata nie spodziewa się jednak, że te zabójstwo pociągnie ze sobą szereg konsekwencji - dobrych oraz, oczywiście, złych.

"Mroczny Pasażer jest pewny, że amerykańska publiczność nie zauważy dziur fabularnych"

   Autorzy postanowili pociągnąć piątą serię dwoma kluczowymi ścieżkami. Do czynienia będziemy mieli z nową znajomością Morgana i jej nieustanną ewolucją oraz ponowną nagonką na Dextera, prowadzoną tym razem przez Quinna i nieświadomą tego Debrę połączoną, jak zawsze, z polowaniem na chorego skurczybyka. I o ile pierwszy wątek przez długi okres prawdopodobnie będzie nas drażnił (co zmienia się w ostatnich odcinkach), tak drugi poprowadzony jest całkiem ciekawie, co (ironio słodka!) również zmienia się w ostatnich odcinkach. Pamiętacie tego genialnego Dextera, który naprawdę potrafił radzić sobie z przeciwnościami losu w poprzednich seriach? To dobrze, ale tutaj go nie uświadczycie. Najnowszy sezon to skok z jednego przypadku w drugi. Do tego dochodzi ogromna liczba dziur  fabularnych - w jednym momencie policja jest "już tak bliziutko!", aby za chwilę zapomnieć o poszlakach. Na szczęście, nic aż tak bardzo nie kole w oczy, aż do...

- Sześć i pół? Gdzie moja kotwiczka?!

Finał. Rozczarowujący, a jednak intrygujący. Pierwsze, ponieważ cała misternie układana sieć i głębia fabuły, naprawdę chory psychicznie czarny bohater, wszystko pęka niczym bańka mydlana w otchłani wymuszonego optymizmu i wielkiej dziurze niewyjaśnień. Wymagający widz będzie naprawdę zamieszany po oglądnięciu ostatniego odcinka. A drugie, ponieważ zostawia otwartą furtkę na dobrą kontynuację. Tak, szósta seria już została zapowiedziana. Kogoś zadziwiłem?

  No to jak? Oglądać? Oczywiście, przecież to dalej "Dexter". Po prostu, zaledwie niezła seria miała niefart ukazać się po fenomenalnej historii Trójkowego Zabójcy. Może uda się wrócić na tamten wysoki poziom w przyszłym roku. Życzę tego sobie, Tobie i Dexterowi. Oceny nie będę zawyżał, bo nie o to w tym przecież chodzi.

Ocena: 6,5/10 

GRA - Kingdom Hearts (2002)



  
  Zabawna historia wiąże się z odkurzeniem tej pozycji i ogrywaniu jej przez ostatnie półtora miesiąca. Wyjazd na studia zmusił mnie do zostawienia w domu kochanego LCDka i przerzucenia się na kineskopowy przedpotopowiec. Pomyślałem więc, że najlepszą opcją byłoby zabranie do nowego miasta zasłużonego PS2, traktując jej następczynię, jako wabik do powrotów ku rodzinnemu gniazdku, a co z tym pierwszym idzie - przypomnienie sobie wielu starych klasyków. Pierwszy wybór padł na Kingdom Hearts.

  Tak szalony pomysł nie narodziłby się w obecnych czasach - za duże ryzyko, za wiele pieniędzy, które mogłyby przepaść bezpowrotnie. Tak szalony pomysł miał szansę zaistnienia w czasach, gdy ludzie nie wiedzieli jeszcze, czym jest HD, wystarczyły im telefony bez aparatów, internetu i Facebooka, a większość polskich dzieci spędzało popołudnia poza domem, miast w sieci. A niby minęło "zaledwie" osiem lat. Były to czasy, gdy ekipę Squaresoft (dzisiejsze Square-Enix) uważano za wizjonerów, a każdego kolejnego ich dziecka wyczekiwano niczym Bożego Narodzenia. Wtedy właśnie zawarli oni przymierze z wytwórnią Disney, pozyskując prawa do popularnego uniwersum filmów animowanych, w którym postanowili stworzyć erpga akcji i dorzucić garść bohaterów serii Final Fantasy. I - jakkolwiek ironicznie wtedy nie patrzyliśmy na screeny przedstawiające Donalda i Goofy'ego, którym towarzyszył Cloud - gra odniosła ogromny sukces. A że kury znoszącej złote jaja do rosołu wrzucać nie wypada, dziś obserwujemy istny wysyp pozycji spod znaku Kingdom Hearts. Ale przyjrzyjmy się tej pierwszej, klasycznej już, z nich.

- Myślisz, że jak założysz kozacką pelerynkę, to nikt cię nie pozna? Wystarczy rzucić okiem na włosy.
- Ho, się odezwał uczesany... 

  Głównym bohaterem pierwszego Kingdom Hearts, jak i wielu jego następców, jest młody chłopak Sora. Dni dzieciństwa upływają mu spokojnie na Wyspie Przeznaczenia (miejscu wielce znaczącym dla każdego przyszłego bohatera uniwersum), w towarzystwie największego rywala i opiekuna zarazem, Riku i Kairi, do której czuje miętę. Jednak, największym marzeniem chłopca jest opuszczenie rajskiego więzienia i poznanie "innych światów". Do spełnienia fantazji zostaje wkrótce zmuszony, gdy wyspę atakuje chmara potworów nazywanych Heartless (dosłownie - "bezsercni"). Losy Sory rodzielają się z pozostałą dwójką i, po ciężkiej walce w obronie życia, podczas której w ręce chłopaka pojawia się tajemniczy Keyblade, budzi się on w mieście Traverse Town. Paralelnie do jego historii, w królestwie Myszki Micky (tak, piszę to z powagą) okazuje się, że zaginął sam władca. Pozostawia wiadomość, że jego podwładni, magik Donald (ten kaczor) i rycerz Goofy, muszą odnaleźć właściciela Keyblade'a, ponieważ tylko on może ocalić światy bajek od plagi Heartless. Maskotki Disney'a rozpoczynają poszukiwania od Traverse Town i... Wiadomo. Zawiązuje się drużyna, początkowo dbająca wyłącznie o własne interesy (Sora próbuje trafić na ślady Riku i Kairi, Goofy z Kaczorem natomiast - swojego króla), by później poznać wartość prawdziwej przyjaźni i ostatecznie stanąć w jej obronie.

  Lubisz bajki Disney'a? Nie (bo są dla dzieci, bo są nudne, cukierkowe, dużo w nich słabych piosenek)? Jest więc szansa, że grając w Kingdom Hearts zmienisz zdanie. Podczas swojej przygody, Sora zwiedzi scenerie z kilku najbardziej rozpoznawanych dzieł tego charakterystycznego studia - tych starszych, klasycznych. Przyjdzie Ci stanąć ramię w ramię z Alladynem, Tarzanem lub Jackiem Skellingtonem i zmierzyć się z Kapitanem Hakiem, czy też wiedźmą Urszulą z "Małej syrenki". I uwierz mi, w całą tą zakręconą otoczkę bez problemu się wkręcisz, a być może też zaangażujesz. Właśnie na tym polu Squaresoft pokazał klasę - łącząc tak wiele zróżnicowanych elementów w zjadliwą całość.

Urszula, czego będziesz bardzo żałował, nie korzysta z Mentosów

  Ale my tu pitu - pitu, a jeszcze nie powiedzieliśmy nic o systemie walki - soli każdego rpga. Kingdom Hearts stawia na prostotę, racząc nas dynamiczną walką w czasie rzeczywistym. Do wyboru mamy jedynie "atak", garść czarów (większość właściwie nieprzydatnych) oraz kilku summonów. Niestety, zamiast Behemotha czy Leviathana, na pole walki wyskoczy co najwyżej jelonek Bambi. Na początku byłem pewien, że takim krokiem Squaresoft chciało ułatwić zabawę dzieciakom. Nie ma co owijać przecież w bawełnę - to na nich głównie zadziała wabik w postaci postaci (nie mogłem się powstrzymać, pani profesor) Disney'owych filmów. Z czasem jednak, walki z bossami zaczynają sprawiać problemy, wymuszać na nas odpowiednią strategię i większą dawkę cierpliwości. Dziecko może nie podołać i poprosić o pomoc rodzica (lub nauczyć się "najlepszej taktyki", czyli podbijania poziomów). Dziwny to zabieg, bo brzdące mogą poczuć się oszukane, a dorosły, po kilku godzinach beztroskiej zabawy, pochyli się po raz pierwszy z zadowoleniem, mrucząc "nareszcie". Dla kogo zatem przeznaczone jest Kingdom Hearts? Mimo wszystko - dla starszych. I polecam zastanowić się dwa razy zmęczonemu rodzicowi, który szuka gry dla swojej pociechy i zachęcony jest obecnością kultowych animków. Fabuła w pewnym momencie też przestaje być "czarno - biała", dlatego ciężko byłoby wyjaśnić synkowi lub córeczce "dlaczego zabił".

   Minęło już osiem lat od premiery Kingdom Hearts, więc należałoby spodziewać się kilku naprawdę irytujących elementów i - oczywiście - takie na nas będą czekać. Poziomy - malutkie, ciaśniutkie, prowadzące od A do B przy pominięciu Ą; spora liczba loadingów i brak dynamiki w scenkach przerywnikowych drażnią. Zwłaszcze to ostatnie. Dialogi ciągną się niemiłosiernie, pomiędzy wypowiedziami bohaterów wytwarzają się czarne dziury, a walki wypadają bardzo statycznie przez leniwe ruchy kamery. Squaresoft potrzebował jeszcze kilku lat, nim nauczył się tworzyć rewelacyjne i absorbujące filmiki (i zapomnieć o chwytającej za serce fabule, ale to nie temat na dziś). I rzeczywiście niszczy to dzisiaj odbiór całości, zwłaszcza jeżeli "jedynkę" przypominamy sobie z "dwójką" w głowie. A grafika? Owszem, nie robi wielkiego wrażenia, ale swego czasu, prezentowała się całkiem okazale.

Mięta między tą parą stworzy w przyszłości wiele naprawdę poruszających wątków


   Oho, i chyba trafiłem w najczulszy punkt. Kingdom Hearts blednie po tych ośmiu latach, zwłaszcza wystawiona na światło swoich licznych potomków. Bo te uniwersum rozrośnie się kiedyś w najciekawszą serię Square obok Final Fantasy. Ale nawet dzisiaj, przy lekkim zaangażowaniu, można z "jedynki" wyciągnąć kilka łyżek oldschoolowego już miodku. Jeżeli z KH do tej pory nie miałeś styczności, zacząć możesz i powinieneś właśnie od pierwowzoru. Choćby po to, żeby rozczulić się nie na żarty, poznając meandry świeżutkiego Birth by Sleep na PSP, który rozgrywa się dziesięć lat przed pierwszą przygodą Sory.

Ocenka: 7+/10 (plusik za sentymentalne zakończenie; dzisiaj już nie wycisnęło łez, ale wciąż miło smyra serducho)

wtorek, 7 grudnia 2010

MUZYKA - Coldplay: Parachutes (2000)

1. Don't Panic (2:16)
2. Shiver (4:59)
3. Spies (5:18)
4. Sparks (3:47)
5. Yellow (4:29)
6. Trouble (4:30)
7. Parachutes (0:46)
8. High Speed (4:14)
9. We Never Change (4:09)
10. Everything's Not Lost (7:14)

Całkowity czas: 41:42

  Drogi Czytelniku, pozwól proszę, że opowiem Ci bardzo nietypową historię. A nawet dwie nietypowe historie, o tym samym temacie traktujące. Co ciekawe też, opowieści te zazębiają się w momencie, który pierwszą z nich kończy, drugą zaś - zaczyna.

  Był sobie globus. Globus, jak wszyscy jego bracia i siostry, został wyprodukowany na chińskim taśmociągu, pięknie pomalowany przez skośnkookich artystów i wysłany w daleką podróż. Podróż jego plastikowego życia, za ocean jeden i drugi do kraju znajdującego się na wyspach. Tam postawiono go na półce sklepowej sieci WH Smith, skąd wypatrywać miał swojego przyszłego właściciela. Nie minął rok, gdy zakupił go młody chłopak; wydał nań jedynie dziesięć funtów. Globus był bardzo podekscytowany - oto miał wreszcie spełnić swoje powołanie i pomagać któremuś domownikowi w nauce kontynentów, krajów, rzek, nizin i pasm górskich. Okazało się jednak, że chłopak, który stał się jego właścicielem, wraz z trzema najbliższymi przyjaciółmi, zakręcił go wieczorem i... Zrobił mu zdjęcie.

  Zdjęcie wkrótce trafiło na okładkę płyty, którą globusowy właściciel nagrał ze swoją paczką. Następnie, zamiast spokojnej starości w pokoju gościnnym, globus, a właściwie jego fotografia, stał się obiektem ogromnego pożądania na całym świecie, podczas gdy on sam wyruszył dopiero w swoją największą podróż - dookoła świata wraz z zespołem Coldplay. I kiedy jego historia, budząca dziką zazdrość w każdym szkolnym globusie, dobiegła końca, historia jego właściciela dopiero zaczynała nabierać tempa...

  Nikt nie potrafi jednoznacznie stwierdzić, jakim cudem "Parachutes" - debiutancki album Coldplay - stał się tak popularny. Czy Londyńczycy dziękować powinni Radiohead, który tworząc boom na rock alternatywny trzy lata wcześniej przy okazji "OK Computer", oddalił się od tego gatunku i pozostawił świeżo upieczonych fanów w lekkim zamieszaniu? Czy to właśnie dzięki wpasowaniu się w ramy tej muzyki znaleźli setki tysięcy fanów? A może zasługą jest idealna promocja, obejmująca cztery single, które zdobyły szczyty listy przebojów? Czy może, ostatecznie, był to nadzwyczaj udany album, który na swoje przyjęcie zasłużył?

  Prawda, po raz kolejny, znajduje się gdzieś pomiędzy. Bo rzeczywiście, Coldplay na swoim debiutanckim krążku świetnie odnalazł się w radiogłowych klimatach, wyznaczonych na "The Bends" i "OK Computer", czym zdołał pocieszyć fanów wystraszonych nowym kierunkiem muzyki Yorke'a i spółki. Single, jak choćby kultowe już "Yellow", szybko sprawiły, że czwórka młodziaków znalazła się na ustach wielu, wielu fanów muzyki; zarówno zwolenników rodzącego się gatunku rocka alternatywnego, jak i kompletnych laików w temacie. Do pieca dorzucili także ekscentryczni angielscy dziennikarze, którzy potrafią od czasu do czasu nadać status megagwiazd raczkującym jeszcze grupom. Co by tu nie napisać - Coldplay nagle stał się czymś wielkim.

  A przecież "Parachutes" to taki niewinny album. Niecałe trzy kwadranse spokojnych, delikatnych, wstydliwych wręcz kompozycji. Z jednej strony mamy znane wszystkim single: dwuminutowe "Don't Panic", pieszczące uszy plumkaniem gitary w refrenie, wspomniane już "Yellow", dynamiczne "Shiver" i utwór, który zna każdy; nawet jeśli tytuł "Trouble" nic mu nie mówi. Ale nie na singlach "Parachutes", bynajmniej moim zdaniem, stoi. Jest zmysłowe "High Speed", wypisz - wymaluj Radiohead AD 1997, kończące krążek "Everything's Not Lost" z pięknym wokalem w finale i, wreszcie, moje ukochane "Spies", w którym Martin śpiewa tak delikatnie, jakby rzeczywiście wyczuwał wokół siebie obecność jakichś tajemniczych szpiegów.

  Fakt - to dobry album. Słuchać go można w kółko, melodie wbijają się do głowy i ani myślą stamtąd wyjść. Ale pobawmy się w krytyków - cmokierów. W porównaniu do "OK Computer", "Parachutes" rumieni się w tej swojej wrodzonej delikatności i cofa kilka kroków do cienia. To nie ten sam ładunek emocjonalny. To rzecz bardziej przystępna, prostsza. (Czyżbym właśnie, zupełnym przypadkiem, odkrył sekret jego popularności?)

   Dziś wiemy o wiele więcej niż ludzie dziesięć lat temu. Wiemy, że dom można sprzedać na aukcji internetowej, kamery podłączone do konsoli rozpoznają jej właściciela na podstawie jego postury i głosu, a każdą myśl znajomych śledzimy za pomocą Facebooka. Wiemy też, że Coldplay całą tę presję, którą niewątpliwie wywołało przyjęcie ich debiutu, zniósł fenomenalnie i bardzo szybko pokazał całemu światu na dużo, dużo więcej. Dlatego chciałbym podziękować wszystkim, którzy uwierzyli w ten kwartet dekadę temu. Dali zielone światło naprawdę wielkiemu zespołowi. I dziś, album "Parachutes" traktuję jako swego rodzaju ciekawostkę - pierwsze, niewinne kroki przyszłych gwiazd. Co nie zmienia faktu, że słucha się go z ogromną przyjemnością i te urocze kompozycje dobrze komponują się z przedświątecznym nastrojem i białym puchem za oknem.
Jeżeli, jakimś cudem, nie znasz Coldplay, swoją nową przygodę zacznij właśnie od "Parachutes"; jeżeli zaś zespół znasz od dawna, bardzo możliwe, że traktujesz ten album podobnie, jak ja.

Ocena: 7,5/10

środa, 1 grudnia 2010

MUZYKA - Riverside: Voices In My Head (2005)

1. Us (2:34)
2. Acronym (Love) (4:44)
3. DNA Ts. Rednum Or F. Raf (7:20)
4. The Time I Was Daydreaming (4:53)
5. Stuck Between (3:56)
6. I Believe (Live) (3:59)
7. Loose Heart (Live) (5:27)
8. Out of Myself (Live) (3:42)

Całkowity czas: 36:35

  Na krótko po wydaniu debiutanckiego krążka, Riverside zaskoczyło fanów jeszcze jednym wydawnictwem. "Voices In My Head" to EPka z pięcioma nowymi kompozycjami, które tekstowo nawiązują do całej trylogii Reality Dream i mogą stanowić pomost pomiędzy pierwszą jej częścią i "Second Life Syndrome". Co jednak odróżnia je od muzyki znanej z pełnoprawnych albumów, to klimat, z którego, ośmielę się stwierdzić, na świat przyszedł Lunatic Soul - solowy projekt Mariusza Dudy. Możemy więc "Voices In My Head" traktować również jako pewnego rodzaju wprowadzenie do innego świata.

  Tajemnica, mrok, trans - takie słowa przychodzą mi na myśl podczas słuchania pięciu świeżych utworów. Gdzieś tam gitara elektryczna się niby przewija, bo w cudownym "DNA Ts. Rednum Or F. Raf" Grudzień rozkruszy nas swoimi wyczynami (które, jak zawsze, prezentują klasę światową), ale główny nacisk położony jest na hipnotyzujący głos Dudy i klawiszowe tła Łapaja. Z łatwością sprawiają, że słuchacz wznosi się w przestworza.

  Jednak, "coś" jest nie tak. Mija te dwadzieścia z hakiem minut, a słuchacz, wprowadzony w stan upojenia dźwiękiem, podnosi głowę, rzuca pełne wyrzutów spojrzenie na odtwarzacz, myśląc: "Jak to? Już koniec?". Jasne, dostajemy w ramach bonusu trzy kompozycje z "Out of Myself" w lekko delikatniejszej formie, ale niedosyt pozostaje. To tak jakbyś dostał fantastyczną książkę pod choinkę, przeczytał pierwszych pięć rozdziałów, po czym usłyszał "O cholera, tę książkę miał dostać twój kuzyn!" i stracił prezent. Do dziś nie mogę odżałować, że Riverside nie rozwinęło pomysłów z tej EPki. 
Chociaż, może gdyby nie ona, nigdy nie usłyszelibyśmy Lunatic Soul?

  Mimo wszystko, wniosek jest dosyć prosty. Nie możesz nazwać się fanem Riverside, jeżeli nie znasz "Voices In My Head". Nie wypada po prostu. Bo ominęłoby Cię uczucie, które poczułem wraz ze łzami na policzkach w 2009 roku, kiedy podczas ADHD Tour, Duda zaczął śpiewać "Stuck Between" - jeden z najpiękniejszych utworów, jakie znam. Do sklepu, proszę uprzejmie ;)

*dziękuję za uwagę anonimowego gościa! rzeczywiście, akustyk na EPce obsługuje Mariusz 

Ocena: 8,5/10