Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 grudnia 2010

MUZYKA - Coldplay: Parachutes (2000)

1. Don't Panic (2:16)
2. Shiver (4:59)
3. Spies (5:18)
4. Sparks (3:47)
5. Yellow (4:29)
6. Trouble (4:30)
7. Parachutes (0:46)
8. High Speed (4:14)
9. We Never Change (4:09)
10. Everything's Not Lost (7:14)

Całkowity czas: 41:42

  Drogi Czytelniku, pozwól proszę, że opowiem Ci bardzo nietypową historię. A nawet dwie nietypowe historie, o tym samym temacie traktujące. Co ciekawe też, opowieści te zazębiają się w momencie, który pierwszą z nich kończy, drugą zaś - zaczyna.

  Był sobie globus. Globus, jak wszyscy jego bracia i siostry, został wyprodukowany na chińskim taśmociągu, pięknie pomalowany przez skośnkookich artystów i wysłany w daleką podróż. Podróż jego plastikowego życia, za ocean jeden i drugi do kraju znajdującego się na wyspach. Tam postawiono go na półce sklepowej sieci WH Smith, skąd wypatrywać miał swojego przyszłego właściciela. Nie minął rok, gdy zakupił go młody chłopak; wydał nań jedynie dziesięć funtów. Globus był bardzo podekscytowany - oto miał wreszcie spełnić swoje powołanie i pomagać któremuś domownikowi w nauce kontynentów, krajów, rzek, nizin i pasm górskich. Okazało się jednak, że chłopak, który stał się jego właścicielem, wraz z trzema najbliższymi przyjaciółmi, zakręcił go wieczorem i... Zrobił mu zdjęcie.

  Zdjęcie wkrótce trafiło na okładkę płyty, którą globusowy właściciel nagrał ze swoją paczką. Następnie, zamiast spokojnej starości w pokoju gościnnym, globus, a właściwie jego fotografia, stał się obiektem ogromnego pożądania na całym świecie, podczas gdy on sam wyruszył dopiero w swoją największą podróż - dookoła świata wraz z zespołem Coldplay. I kiedy jego historia, budząca dziką zazdrość w każdym szkolnym globusie, dobiegła końca, historia jego właściciela dopiero zaczynała nabierać tempa...

  Nikt nie potrafi jednoznacznie stwierdzić, jakim cudem "Parachutes" - debiutancki album Coldplay - stał się tak popularny. Czy Londyńczycy dziękować powinni Radiohead, który tworząc boom na rock alternatywny trzy lata wcześniej przy okazji "OK Computer", oddalił się od tego gatunku i pozostawił świeżo upieczonych fanów w lekkim zamieszaniu? Czy to właśnie dzięki wpasowaniu się w ramy tej muzyki znaleźli setki tysięcy fanów? A może zasługą jest idealna promocja, obejmująca cztery single, które zdobyły szczyty listy przebojów? Czy może, ostatecznie, był to nadzwyczaj udany album, który na swoje przyjęcie zasłużył?

  Prawda, po raz kolejny, znajduje się gdzieś pomiędzy. Bo rzeczywiście, Coldplay na swoim debiutanckim krążku świetnie odnalazł się w radiogłowych klimatach, wyznaczonych na "The Bends" i "OK Computer", czym zdołał pocieszyć fanów wystraszonych nowym kierunkiem muzyki Yorke'a i spółki. Single, jak choćby kultowe już "Yellow", szybko sprawiły, że czwórka młodziaków znalazła się na ustach wielu, wielu fanów muzyki; zarówno zwolenników rodzącego się gatunku rocka alternatywnego, jak i kompletnych laików w temacie. Do pieca dorzucili także ekscentryczni angielscy dziennikarze, którzy potrafią od czasu do czasu nadać status megagwiazd raczkującym jeszcze grupom. Co by tu nie napisać - Coldplay nagle stał się czymś wielkim.

  A przecież "Parachutes" to taki niewinny album. Niecałe trzy kwadranse spokojnych, delikatnych, wstydliwych wręcz kompozycji. Z jednej strony mamy znane wszystkim single: dwuminutowe "Don't Panic", pieszczące uszy plumkaniem gitary w refrenie, wspomniane już "Yellow", dynamiczne "Shiver" i utwór, który zna każdy; nawet jeśli tytuł "Trouble" nic mu nie mówi. Ale nie na singlach "Parachutes", bynajmniej moim zdaniem, stoi. Jest zmysłowe "High Speed", wypisz - wymaluj Radiohead AD 1997, kończące krążek "Everything's Not Lost" z pięknym wokalem w finale i, wreszcie, moje ukochane "Spies", w którym Martin śpiewa tak delikatnie, jakby rzeczywiście wyczuwał wokół siebie obecność jakichś tajemniczych szpiegów.

  Fakt - to dobry album. Słuchać go można w kółko, melodie wbijają się do głowy i ani myślą stamtąd wyjść. Ale pobawmy się w krytyków - cmokierów. W porównaniu do "OK Computer", "Parachutes" rumieni się w tej swojej wrodzonej delikatności i cofa kilka kroków do cienia. To nie ten sam ładunek emocjonalny. To rzecz bardziej przystępna, prostsza. (Czyżbym właśnie, zupełnym przypadkiem, odkrył sekret jego popularności?)

   Dziś wiemy o wiele więcej niż ludzie dziesięć lat temu. Wiemy, że dom można sprzedać na aukcji internetowej, kamery podłączone do konsoli rozpoznają jej właściciela na podstawie jego postury i głosu, a każdą myśl znajomych śledzimy za pomocą Facebooka. Wiemy też, że Coldplay całą tę presję, którą niewątpliwie wywołało przyjęcie ich debiutu, zniósł fenomenalnie i bardzo szybko pokazał całemu światu na dużo, dużo więcej. Dlatego chciałbym podziękować wszystkim, którzy uwierzyli w ten kwartet dekadę temu. Dali zielone światło naprawdę wielkiemu zespołowi. I dziś, album "Parachutes" traktuję jako swego rodzaju ciekawostkę - pierwsze, niewinne kroki przyszłych gwiazd. Co nie zmienia faktu, że słucha się go z ogromną przyjemnością i te urocze kompozycje dobrze komponują się z przedświątecznym nastrojem i białym puchem za oknem.
Jeżeli, jakimś cudem, nie znasz Coldplay, swoją nową przygodę zacznij właśnie od "Parachutes"; jeżeli zaś zespół znasz od dawna, bardzo możliwe, że traktujesz ten album podobnie, jak ja.

Ocena: 7,5/10

środa, 1 grudnia 2010

MUZYKA - Riverside: Voices In My Head (2005)

1. Us (2:34)
2. Acronym (Love) (4:44)
3. DNA Ts. Rednum Or F. Raf (7:20)
4. The Time I Was Daydreaming (4:53)
5. Stuck Between (3:56)
6. I Believe (Live) (3:59)
7. Loose Heart (Live) (5:27)
8. Out of Myself (Live) (3:42)

Całkowity czas: 36:35

  Na krótko po wydaniu debiutanckiego krążka, Riverside zaskoczyło fanów jeszcze jednym wydawnictwem. "Voices In My Head" to EPka z pięcioma nowymi kompozycjami, które tekstowo nawiązują do całej trylogii Reality Dream i mogą stanowić pomost pomiędzy pierwszą jej częścią i "Second Life Syndrome". Co jednak odróżnia je od muzyki znanej z pełnoprawnych albumów, to klimat, z którego, ośmielę się stwierdzić, na świat przyszedł Lunatic Soul - solowy projekt Mariusza Dudy. Możemy więc "Voices In My Head" traktować również jako pewnego rodzaju wprowadzenie do innego świata.

  Tajemnica, mrok, trans - takie słowa przychodzą mi na myśl podczas słuchania pięciu świeżych utworów. Gdzieś tam gitara elektryczna się niby przewija, bo w cudownym "DNA Ts. Rednum Or F. Raf" Grudzień rozkruszy nas swoimi wyczynami (które, jak zawsze, prezentują klasę światową), ale główny nacisk położony jest na hipnotyzujący głos Dudy i klawiszowe tła Łapaja. Z łatwością sprawiają, że słuchacz wznosi się w przestworza.

  Jednak, "coś" jest nie tak. Mija te dwadzieścia z hakiem minut, a słuchacz, wprowadzony w stan upojenia dźwiękiem, podnosi głowę, rzuca pełne wyrzutów spojrzenie na odtwarzacz, myśląc: "Jak to? Już koniec?". Jasne, dostajemy w ramach bonusu trzy kompozycje z "Out of Myself" w lekko delikatniejszej formie, ale niedosyt pozostaje. To tak jakbyś dostał fantastyczną książkę pod choinkę, przeczytał pierwszych pięć rozdziałów, po czym usłyszał "O cholera, tę książkę miał dostać twój kuzyn!" i stracił prezent. Do dziś nie mogę odżałować, że Riverside nie rozwinęło pomysłów z tej EPki. 
Chociaż, może gdyby nie ona, nigdy nie usłyszelibyśmy Lunatic Soul?

  Mimo wszystko, wniosek jest dosyć prosty. Nie możesz nazwać się fanem Riverside, jeżeli nie znasz "Voices In My Head". Nie wypada po prostu. Bo ominęłoby Cię uczucie, które poczułem wraz ze łzami na policzkach w 2009 roku, kiedy podczas ADHD Tour, Duda zaczął śpiewać "Stuck Between" - jeden z najpiękniejszych utworów, jakie znam. Do sklepu, proszę uprzejmie ;)

*dziękuję za uwagę anonimowego gościa! rzeczywiście, akustyk na EPce obsługuje Mariusz 

Ocena: 8,5/10 

wtorek, 30 listopada 2010

MUZYKA - Kings of Leon: Come Around Sundown (2010)

 
1. The End (4:23)
2. Radioactive (3:26)
3. Pyro (4:10)
4. Mary (3:25)
5. The Face (3:28)
6. The Immortals (3:28)
7. Back Down South (4:01)
8. Beach Side (2:50)
9. No Money (3:05)
10. Pony Up (3:04)
11. Birthday (3:15)
12. Mi Amigo (4:06)
13. Pickup Truck (4:44)

Całkowity czas: 47:26

   Czy wiesz może, drogi Czytelniku, które recenzje stanowią największe wyzwanie? Tych nielicznych płyt, które zdają się przewyższać skalę i pozbawiają słuchacza słów, owszem. Ale nie, ja nie o tym. Słabych płyt, powodujących uśmiech zażeniowania? Proszę, przecież to sama przyjemność! Najgorsze do opisania nie są ani płyty wyśmienite, ani słabe, tylko te pośrodku - napewno nie złe, ale nie do końca też dobre. To teraz zgadywanka, jaką płytą jest "Come Around Sundown"? Zanim magicznie wyparuje puszka piwa stojąca przy komputerze, postaram się udzielić wystarczającej odpowiedzi na to - i tak już banalne - pytanko.

    Kings of Leon stanowi fenomen współczesnej sceny rockowej. Po wydaniu "Only By the Night" i uzyskaniu statusu megagwiazd, panowie wydają kolejny album, którego już sama okładka zdradza, że "coś jest nie tak". Bo, proszę, co to ma być? Tapeta pod Windowsa..? Tak przynajmniej pomyślałem stojąc w Empiku przed wyższą ode mnie plastikową szafką w barwach zachodzącego słońca, wypełnioną po brzegi kopiami "Come Around Sundown". Nie powiem, zaintrygowała mnie i jeszcze tego samego dnia najnowszą muzyką Królów Lwów wypełniłem przyciasnawą przestrzeń mieszkania.

   "Coś jest nie tak", albo "jest jak najbardziej tak" w zależności od oczekiwań. Chłopaki poczuli już ogrom sławy, dlatego zdecydowali pójść w jakimś bezpiecznych kierunku muzycznym, który te wszystkie masy fanów spróbowałby zaspokoić. No i poszli w ślady U2. Nagrali zestaw wolniejszych, rozmarzonych kompozycji, dobrych dla sprzątających mamusiek, ich dzieci i przyjaciół. Utworów o wysokim potencjale radiowym. I jeżeli szukasz nieposkromionej energii, jaka towarzyszyła zespołowi w przeszłości, możesz być troszeczkę rozczarowany. Jeśli zaś akurat masz ochotę na spokojniejsze melodie, odrobinę ciepła, jesteś na dobrej drodze, aby "Come Around Sundown" zagościło w Twoich głośnikach na dłuższy czas.

   Z trzynastu utworów można z łatwością wybrać kilka perełek, jak "The End", "Pyro", "The Face", czy "Pickup Truck" (lecę z pamięci, to naprawdę znakomite kawałki) i dla nich na pewno warto album sprawdzić. Reszta, mimo iż gorsza, nie spada z pewnością poniżej "niezłego plus" poziomu i jest wciąż przyjemna dla ucha. Pomaga w tym z pewnością fenomenalny, nieco "zapity" głos Anthony'ego i wychodzący przed partie gitar, bardzo rozmarzony (pasujący więc do okładki!) bas Jareda. Bębny często ograniczone są do zwykłego "pum, pum - css", a z brakiem młodzieżowej energii i ognia idzie też niedobyt gitary elektrycznej. Niestety.

  Puszka jest prawie pusta, trzeba więc kończyć. "Come Around Sundown" nie jest złym albumem, broń Boże! Po prostu, ktoś tutaj za bardzo boi się złego przyjęcia przez setki tysięcy fanów i woli nagrać lekko przesłodzone, wypadające sztucznie kompozycje zamiast pokazać, jak seks mógłby zapłonąć ;) Ale sprawdzić można, oczywiście.

Ocena: 6... No niech będzie 6,5/10 za "The Face"

piątek, 20 sierpnia 2010

MUZYKA - Arena: Songs From the Lion's Cage (1995)


1. Out of the Wilderness 8:02
2. Crying For Help I 1:22
3. Valley of the Kings 10:11
4. Crying For Help II 3:09
5. Jericho 6:51
6. Crying For Help III 4:24
7. Midas Vision 4:36
8. Crying For Help IV 5:06
9. Solomon 14:38

Całkowity czas: 58:19

  Dziwię się, że Piotr Kosiński w swojej Nocy Muzycznych Pejzaży, dokładniej jej części Ocalić od zapomnienia, jeszcze nie puścił "Pieśni z lwiej klatki". Arena przez kilka ostatnich lat niemalże rozpłynęła się w powietrzu i jakby wszyscy o niej zapomnieli. Dlatego poczułem, że moją misją będzie przypomnienie o tym świetnym zespole starszym i uświadomienie jego istnienia wszystkim młodszym miłośnikom rocka progresywnego. Bo - jak powszechnie wiadomo - tych drastycznie przybyło. A którą płytą miałbym zacząć wypełnianie swojego celu, jak nie "Songs From the Lion's Cage"?

  W latach dziewięćdziesiątych, kiedy rewolucja neoprogresywna praktycznie wygasła, Clive Nolan - znany z zalewania słuchaczy morzem klawiszy w Pendragon - skumał się z porzuconym przez Marillion Mickiem Pointerem. Owocem tego związku był nowy zespół o nazwie Arena, który nagle uderzył z omawianym przez nas albumem. Albumem wybitnym, należy dodać, ale zagubionym w czasie. Dzisiaj z grupą kojarzy się (jeżeli w ogóle) głównie albumy "The Visitor" i "Contagion", o istnieniu starszych "Songs From the Lion's Cage" i "Pride" wszyscy, wydaje się, zapomnieli. Możliwe, że Arena z debiutem spóźniła się kilka lat. Gdyby ta płyta pojawiła się jeszcze w czasach świetności przedrostka "neo", odniosłaby ogromny sukces, jestem tego pewien. A tak, pozostaje jedynie diamentem ukrytym głęboko w podziemiu.

  Nastrój. Prawdziwa baśń, opowiadana bez pośpiechu przez Johna Carsona (którego głos przywodzi na myśl Fisha), niezwykle wysmakowane klawisze Nolana i gitarowymi solówkami, które do dziś są najcudowniejszym elementem muzyki Areny, chociaż przez zespół przewinęło się dwóch gitarzystów. Na debiucie czaruje nas Keith More. Każde solo powoduje gęsią skórkę i mimowolne zamknięcie oczu. More nie zachwyca techniką i poplątanym rytmem, tylko kunsztem, z jakim powoli buduje napięcie; wznosi się w powietrze i rozpoczyna lot. Lot, który mógłby trwać bez końca... Jego wyczyny w utworze "Solomon" są w stanie wycisnąć nie jedną łzę z oka.

  Wydawałoby się, że Nolan, jako autor muzyki, zawładnie ze swoimi pejzażami całą płytą, jednak tak się nie stało. Klawisze przez większość czasu budują fenomenalny nastrój albumu gdzieś w tle, wychodzą na pierwszy plan jedynie kilka razy, ale wtedy zaczyna się istna burza. W takim na przykład "Valley of the Kings", "Jericho", czy też wspomnianym już "Solomon" w kulminacyjnym momencie kompozycji Nolan rozpoczyna swoje szalone solówki, prowadząc typowy dla Areny "dialog" z gitarą. W tym momencie całość przypomina istny galop, pozbawia szczęki, aby za chwilę spowolnić i znowu rozpłynąć się w baśniowym nastroju.

  Ciekawy pomysł stanowią też cztery części "Crying For Help" - krótsze przerywniki, głównie instrumentalne (tylko numer czwarty zawiera wokal), stawiające na tajemniczy i wyciszony klimat. Fenomenalnie kontrastują z wielowątkowymi i epickimi kolosami. Najpiękniejsza jest akustyczna część pierwsza, chociaż trwa zaledwie półtora minuty i trzecia - senna kraina wyczarowana przez Nolana. Zakończenie tej serii to wzruszająca ballada oraz chwila wytchnienia przed zakończeniem. A te stanowi jeden z najlepszych utworów w historii zespołu, którego tytuł przyzywałem już dwukrotnie - "Solomon". Po prostu nie mogę uwierzyć, ile piękna, dramatyzmu i emocji panowie zdołali upchnąć w tych trzynastu minutach.

  Podsumowując, "Songs From the Lion's Cage" to wspaniały album. Prawie że bez minusów, bo takim można uznać nieco na siłę wydłużone "Valley of the Kings", ale i tak nie zawaham się wystawić maksymalnej oceny - jeżeli nie znasz tej płyty, drogi Czytelniku, musisz jak najszybciej nadrobić zaległości. To prawdziwa, choć zapomniana klasyka!

Ocena: 10/10

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

MUZYKA - Avenged Sevenfold: Nightmare (2010)


1. Nightmare 06:16
2. Welcome to the Family 4:07
3. Danger Line 5:30
4. Buried Alive 6:43
5. Natural Born Killer 5:17
6. So Far Away 5:29
7. God Hates Us 5:19
8. Victim 7:31
9. Tonight the World Dies 4:43
10. Fiction 5:14
11. Save Me 10:56

Całkowity czas: 66:47

Ku pamięci Jimmy'ego 

   Święta Bożego Narodzenia wiążą się z bardzo nietypowym u człowieka uczuciem - chęcią sprawienia przyjemności innym. Tak, przez te kilka magicznych dni zapomina się o niesnaskach i różnicach, wszyscy stajemy się jedną rodziną. Wiele osób wyraża ten niecodzienny stan obdarowywując przyjaciół prezentami; zwykłymi, w kolorowych pudełkach przewiniętych szmatką, bądź też szykowanymi przez miesiące, takimi, które spełniają marzenia. Inni wyznają w tym okresie miłość, albo odwiedzają babcię mieszkającą setki kilometrów od nich. Każdy z takich prezentów pozostawia ślad, towarzyszący człowiekowi często przez całe życie.
Jimmy także sprawił swoim największym przyjaciołom niespodziankę. Spóźnił się kilka dni, ale ślad i tak pozostawił. A może bardziej na miejscu byłoby słowo "bliznę"? Prawdopodobnie tak, ponieważ Jimmy, zaraz po pamiątce narodzenia Chrystusa... zmarł.


   Śmierć Jimmy'ego Sullivana, czyli perkusisty Avenged Sevenfold, znanego lepiej pod pseudonimem The Rev, była szokiem dla wszystkich. Już nawet nie chcę myśleć co odczuwali jego koledzy z zespołu, którzy zawsze podkreślali, że sukces zawdzięczają prawdziwej przyjaźni, ale nawet ja, siadając rano przed komputerem, poczułem okropną pustkę. Avenged Sevenfold to zespół, który "wprowadził" mnie w rocka, dlatego zawsze zajmować będzie szczególne miejsce w moim sercu, nieważne jaką drogę obiorę w dalszym poznawaniu muzyki. Chłopaki właśnie skończyli pisanie materiału na nowy album, mieli wchodzić do studia... Nie wierzyłem, że znajdą siły, aby tę muzykę nagrać. A jednak, album powstał. Partie Jimmy'ego wprowadził w życie sam Mike Portnoy, idol The Reva, który najwyraźniej dołączy do Avenged Sevenfold w przyszłości. Panowie przetrwali ten ciężki okres, właśnie dzięki "Nightmare". Miał to być ostatni "prezent" dla zmarłego brata. Pierwsze tygodnie w studiu wspominają, jako prawdziwy koszmar, dlatego wybór tytułu nowego dzieła nie powinien nikogo dziwić.

   "Nightmare" zapowiadany był jako concept album w stylu "The Wall", gdzie wszystkie utwory miałyby ze sobą się łączyć i opowiadać wspólną historię, jednak większość tekstów została zmieniona, a utwory delikatnie przearanżowane. Powstał co prawda koncept, jednak mówiący o prawdziwych wydarzeniach - o śmierci i stracie bliskiej osoby, związanym z tym bólem, gniewem, smutkiem. Dlatego nastrój muzyki bardzo odbiega od wydanego w 2007 roku samozwańczego albumu. Najbliżej mu do "Waking the Fallen", jednak instrumentalnie mamy tutaj Avenged Sevenfold za czasów swojego "breakthrough" - "City of Evil". Trochę zakręciłem? Już tłumaczę!

   Album można podzielić na dwie części. Pierwsze pięć utworów to dynamiczne kompozycje, niezapowiadające jeszcze nadchodzącej burzy emocji. Mamy cios w twarz na rozpoczęcie, pod postacią tytułego kawałka, (wyraźny riff i powalające "grzmocenie" Portnoya), najbliższy poprzedniemu albumowi "Welcome to the Family" ze świetnym wokalem, szalone "Danger Line" (utwór w połowie "łamie się", pozostawiając nas z marszowym tempem, cichą trąbką w tle i wygwizdywaną przez Shadowsa melodią - wspaniała sprawa!), fenomenalną balladę "Buried Alive", którą zbudowano na zasadach wyznaczonych przez Metallicę, czyli "po połowie rozpier*alamy sufit i najszybszy na płycie "Natural Born Killer" z powykręcanym solem w stylu starego "Second Hearbeat". Te pięć utworów zdaje się być prawie nietknięte po śmierci Jimmy'ego i sprawiają, że "Nightmare" zapowiada się na solidny, jednak typowy album.

   Wraz z "So Far Away" staje się jasne, że "Nightmare" typowe nie będzie. To właśnie od teraz teksty uderzają szczerością, prawdziwymi przeżyciami, melodie zwalniają, a klimat staje się bardzo duszny. Wrażenie robi duet "So Far Away" i "God Hates Us", przedstawiający dwa stany świadomości, w których można się znaleźć po utracie bliskiej osoby. Smutek i... gniew. W tym drugim utworze Shadows po raz pierwszy od pięciu lat screamuje, wykrzykując bolesne "Bóg nas nienawidzi". Ten utwór brzmi, jakby był wyjęty z sesji "Waking the Fallen" i dlatego znajdzie tyleż zwolenników, co wrogów. Smutek powraca z "Victim", rozbudowaną balladą z floydowską damską wokalizą we wstępie. Na koniec niesamowicie szczerze zaśpiewane "Brakuje mi ciebie"... Gdy słuchałem "Nightmare" po raz pierwszy, miałem w tym momencie dreszcze. Nie zeszły one jeszcze przez najbliższe minuty, ponieważ w następnej kolejności dostajemy najsmutniejsze utwory na "Nightmare". Wokal w "Tonight the World Dies" to najbardziej przejmujące dokonanie Shadowsa, który w refrenie krzyczy z takim przejęciem, że płacz ściska gardło. "Fiction" - ostatni utwór Jimmy'ego Sullivana, napisany zaraz przed jego śmiercią. Nagrał do jego wersji demo partie wokalne, które zostały wykorzystane na albumie, słyszymy je równolegle z tymi wyśpiewanymi przez Shadowsa. Duet wokalny ze zmarłym - efekt jest niesamowity, zwłaszcza dla fanów, którzy nietypowy głos Reva tak dobrze kojarzą. Tutaj nie wytrzymałem, kilka łez spłynęło po policzku.

   To właściwie mógłby być koniec "Nightmare", jednak po "Fiction" pojawia się najdłuższy na płycie "Save Me". Na jego progresywny charakter z pewnością ogromny wpływ miał Mike Portnoy, chwilami bowiem całość przypomina jego Teatrzyk. Dzięki temu utworowi "Nightmare" przypomina, że mamy do czynienia z zespołem metalowym; tempo znacznie przyspiesza. Ogromne wrażenie robi zakończenie całego albumu - epicki fragment, w którym wielokrotnie powtarzany jest wers "Dziś w nocy wszyscy umrzemy młodo".

   Zespół na "Nightmare" pokazuje, że nie bez powodu został liderem New Wave of American Heavy Metal. Gitarowe popisy Synystera Gatesa to najwyższa półka, solówki poziomem dorównują "City of Evil", Mike Portnoy w styl Reva wczuł się bez problemu, a wokal Shadowsa jest jeszcze lepszy niż na "Avenged Sevenfold", choć akurat jego śpiew (nosowy, nieco "kozi", jak kiedyś uznała moja rodzicielka) nie wszystkim musi przypaść do gustu. Wszystko się błyszczy, a całość sprawia wrażenie "kompletnej". Czyli można wnioskować, że eksperymentalna sesja krótszych piosenek sprzed trzech lat to jednorazowy (choć wciąż udany!) wybryk. Jimmy Sullvan, gdziekolwiek teraz jest, może być dumny. Bo że fani są, to wiadomo po pozycji najlepiej sprzedającego się obecnie albumu w Stanach Zjednoczonych. Chłopaki przyznają, że "Nightmare" pomogło im uporać się ze stratą i chcieliby kontynuować działalność zespołu. Chwała im za to

Ocena: 8,5/10

MUZYKA - Kasabian: Kasabian (2004)

1. Club Foot 3:34
2. Processed Beats 3:07
3. Reason Is Treason 4:35
4. I.D. 4:47
5. Orange 0:46
6. L.S.F. (Lost Souls Forever) 3:17
7. Running Battle 4:15
8. Test Transmission 3:55
9. Pinch Roller 1:14
10. Cut Off 04:38
11. Butcher Blues 4:28
12. Ovary Stripe 3:50
13. U Boat 10:51 (zawiera remiks "Reason Is Treason" po kilku minutach ciszy)

Całkowity czas: 53:16

Na korytarzu rozbrzmiał dźwięk dzwonka, zwiastujący jedynie jedną (całkiem smutną, nawiasem mówiąc) nowinę - czas na powrót do klasy. Jednak, do pomieszczenia, w którym rozgrywać się będą dzisiejsze zajęcia, młodzież przybiegała znacznie chętniej, niż - dla porównania - do sali biologicznej lub chemicznej. Tutaj bowiem, pod czujnym okiem pani profesor Janik (choć tytuł ten nosi ona umownie), ocenia się wszystkie debiuty muzyczne mniej lub bardziej znanych zespołów z całego świata...

   Dzieciaki zdążyły się już wygodnie rozsiąść w ławkach, dlatego pani profesor Janik wstała, poprawiła podwiniętą koszulkę z logiem Porcupine Tree, odkaszlnęła i przemówiła swoim anielskim głosem:
   - Drogie dzieci, na dzisiejszych zajęciach debiutoznawstwa zajmiemy się całkiem młodym wydawnictwem. Młodym oczywiście dla mnie - tutaj pani profesor delikatnie się zaczerwieniła - bo w waszych oczach sześć lat to spory kawałek czasu.
   Przez klasę przeleciała gumka i uderzyła w plecy Arturka - jednego z najzdolniejszych uczniów w grupie. Pani Janis postanowiła przyspieszyć mowę wstępną, żeby zainteresować uwagę młodzieży.
   - W roku 2004, dokładniej trzynastego września, nikomu nieznana grupa Kasabian z Wielkiej Brytanii wydała swój debiutancki album. Jego tytuł brzmiał tak samo, jak i nazwa zespołu. To częsta zagrywka. No więc, moi drodzy, komu mówi coś nazwa Kasabian? Nie muszę chyba przypominać, że waszym zadaniem domowym było przesłuchanie tej płyty w domu, dlatego liczę na chociaż minimum pomocy...
   W górę wystrzeliła ręka Arturka. Pani profesor, wiedząc, że Arturek właściwie mógłby poprowadzić wykład za nią, czekała na innego chętnego do wypowiedzi. Po kilku sekundach, niepewnym ruchem, zgłosił się Janek "Brzytwa" Zalewski - największy znawca wszystkich "luzackich", jak to sam ujmuje, tematów.
   - Janek! Proszę bardzo! - powiedziała radośnie pani Janik.
   - Więc...
   - Nie zaczynamy zdania od "więc".
   - No to...
   - Ani od "no to".
   - Kiedyś grałem na PlayStation w Pro Evolution Soccer 5 i tam była ta znana piosenka Kasabianów w historyjce.
   - Dobrze wiedzieć, Janku - powiedziała ironicznie pani profesor - ale to nie o takie informacje mi chodziło.
   - Ale kiedy pani nie daje mi skończyć! To była piosenka "Club Foot" z płyty "Kasabian". Wydawała mi się bardzo znajoma, dlatego sprawdziłem Wikipedię. Okazało się, że pojawiła się też w jednej części WRC, Tony'ego Hawka i tych nielegalnych wyścigach po mieście.
   - Pani profesor - odezwał się Arturek - Brzytwa idzie w dobrym kierunku. Zespół Kasabian próbował rozsławić swój debiut w angielskich mediach, wypuszczając dwa single - "Processed Beats" i "Reason Is Treason". Żaden jednak nie zrobił większego sukcesu i wtedy dopiero na singla wybrano "Club Foot". Utwór - te słowo Arturek głośno podkreślił, rzucając nerwowe spojrzenie na Janka "Brzytwę" - stał się olbrzymim hitem nie tylko na wyspach. Wkrótce cały świat kojarzył nazwę Kasabian tylko z nim, co pozwoliło zespołowi natychmiast rozwinąć skrzydła. Album "Kasabian" sprzedał się w bardzo dużym nakładzie, a jego autorzy z miejsca weszli do elity brytyjskich zespołów alternatywnych.
   Wszyscy wywalili oczy na Arturka.
   - Bardzo dobrze, Artur. To prawda, debiut Kasabian prawdopodobnie już na zawsze będzie kojarzyć się z "Club Foot", który to rozpoczyna całą płytę. Ale nie zapominajcie, jest tu jeszcze dwanaście innych utworów. Singiel singlem, nas interesuje album jako całość.
   - Ja posłuchałam wczoraj "Kasabian" - powiedziała Kasia "Barbie" Babrzewska, najładniejsza dziewczyna w grupie, która nie grzeszy jednak ogromną błyskotliwością. - Bardzo ładna.
   Pani Janik schowała twarz w dłoniach, po czym spytała:
   - Ale dlaczego ładna, Kasiu?
   - Taka sexy, w brytyjskim tego słowa znaczeniu. Dużo komputerków!
   - Rzeczywiście, jak wiele angielskich zespołów, Kasabian korzysta z bardzo dużej ilości elektroniki i studyjnych efektów. Czy ktoś mógłby coś na ten temat powiedzieć?
   W powietrzu pojawiła się jedna ręką.
   - Oprócz Artura.
   Ręka opadła, ale - zaraz po tym - pojawiła się druga. Należała do Boba, nazywanego Marlej, prawdopopodnie z powodu dredów na głowie.
   - Jak dla mnie, elektroniki na "Kasabian" trochę nawet za dużo. Ale gdybym miał coś na ten temat powiedzieć - tutaj zaglądnął do swojego zeszytu i zapisanych tam notatek - no to jest, przede wszystkim, różnorodna.
   - Co masz na myśli?
   - Czasami duszna, jak w "Club Foot" i "Cut Off", czasami iście transowa, zwłaszcza w psychodelicznym "I.D." i "Running Battle", a czasami taneczna i przebojowa. Tutaj sobie zapisałem "Processed Beats" i "Test Transmission".
   - Bardzo trafna uwaga, Bob, dziękuję. Widzicie, sukces "Kasabian" nie opierał się jedynie na "Club Foot". To zbiór bardzo pomysłowych utworów, które okraszone są, jak to powiedział Marlej, olbrzymią dawką elektroniki. Od kilku lat to dobry przepis na zrobienie kariery w Wielkiej Brytanii. Ale wiele zespółów z niego korzystających zapomina, że ważna jest różnorodność. Wiele, ale nie Kasabian. Nagrali zbiór chwytliwych i różnorodnych melodii. Zrobili to w idealnym momencie, dzięki czemu sława przyszła bardzo prędko. Pytanie powinno brzmieć, czy będą potrafili powtórzyć sukces debiutu?
   Z klasy odezwał się Janek:
   - Ja słuchałem już dwóch następnych płyt Kasabian i uważam, że...
   -Cicho, Janek! - skarciła go pani profesor. - To nie jest temat na dzisiejszą lekcję. A właściwie - na dzisiejszy tekst. Prawda, Adam?


   Ano prawda, prawda. Bo dzisiaj tylko o debiucie miało być. Tak więc, co mógłbym dodać od siebie? Chłopaki nagrali świetny album. Nie jest co prawda szczególnie świeży, bo to tylko umiejętna interpretacja starszych brytyjskich gwiazd, ale przecież inspiracja - a szczególnie taka umiejętna - to nic złego. Wspomnieć muszę jeszcze o dwóch przerywnikach - "Orange" i "Pinch Roller" (krótkie, ale milutkie), jednym fenomenalnym utworze instrumentalnym - "Ovary Stripe", który z jeszcze lepszym zakończeniem płyty, balladą "U Boat", stanowi najmocniejszy moment albumu, zachęcający do jej natychmiastowego powtórzenia. Tak, mocniejszy niż "Club Foot".
Ocena? Zupełnie zasłużona ósemka.

Ocena: 8/10