Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 grudnia 2010

MUZYKA - Coldplay: Parachutes (2000)

1. Don't Panic (2:16)
2. Shiver (4:59)
3. Spies (5:18)
4. Sparks (3:47)
5. Yellow (4:29)
6. Trouble (4:30)
7. Parachutes (0:46)
8. High Speed (4:14)
9. We Never Change (4:09)
10. Everything's Not Lost (7:14)

Całkowity czas: 41:42

  Drogi Czytelniku, pozwól proszę, że opowiem Ci bardzo nietypową historię. A nawet dwie nietypowe historie, o tym samym temacie traktujące. Co ciekawe też, opowieści te zazębiają się w momencie, który pierwszą z nich kończy, drugą zaś - zaczyna.

  Był sobie globus. Globus, jak wszyscy jego bracia i siostry, został wyprodukowany na chińskim taśmociągu, pięknie pomalowany przez skośnkookich artystów i wysłany w daleką podróż. Podróż jego plastikowego życia, za ocean jeden i drugi do kraju znajdującego się na wyspach. Tam postawiono go na półce sklepowej sieci WH Smith, skąd wypatrywać miał swojego przyszłego właściciela. Nie minął rok, gdy zakupił go młody chłopak; wydał nań jedynie dziesięć funtów. Globus był bardzo podekscytowany - oto miał wreszcie spełnić swoje powołanie i pomagać któremuś domownikowi w nauce kontynentów, krajów, rzek, nizin i pasm górskich. Okazało się jednak, że chłopak, który stał się jego właścicielem, wraz z trzema najbliższymi przyjaciółmi, zakręcił go wieczorem i... Zrobił mu zdjęcie.

  Zdjęcie wkrótce trafiło na okładkę płyty, którą globusowy właściciel nagrał ze swoją paczką. Następnie, zamiast spokojnej starości w pokoju gościnnym, globus, a właściwie jego fotografia, stał się obiektem ogromnego pożądania na całym świecie, podczas gdy on sam wyruszył dopiero w swoją największą podróż - dookoła świata wraz z zespołem Coldplay. I kiedy jego historia, budząca dziką zazdrość w każdym szkolnym globusie, dobiegła końca, historia jego właściciela dopiero zaczynała nabierać tempa...

  Nikt nie potrafi jednoznacznie stwierdzić, jakim cudem "Parachutes" - debiutancki album Coldplay - stał się tak popularny. Czy Londyńczycy dziękować powinni Radiohead, który tworząc boom na rock alternatywny trzy lata wcześniej przy okazji "OK Computer", oddalił się od tego gatunku i pozostawił świeżo upieczonych fanów w lekkim zamieszaniu? Czy to właśnie dzięki wpasowaniu się w ramy tej muzyki znaleźli setki tysięcy fanów? A może zasługą jest idealna promocja, obejmująca cztery single, które zdobyły szczyty listy przebojów? Czy może, ostatecznie, był to nadzwyczaj udany album, który na swoje przyjęcie zasłużył?

  Prawda, po raz kolejny, znajduje się gdzieś pomiędzy. Bo rzeczywiście, Coldplay na swoim debiutanckim krążku świetnie odnalazł się w radiogłowych klimatach, wyznaczonych na "The Bends" i "OK Computer", czym zdołał pocieszyć fanów wystraszonych nowym kierunkiem muzyki Yorke'a i spółki. Single, jak choćby kultowe już "Yellow", szybko sprawiły, że czwórka młodziaków znalazła się na ustach wielu, wielu fanów muzyki; zarówno zwolenników rodzącego się gatunku rocka alternatywnego, jak i kompletnych laików w temacie. Do pieca dorzucili także ekscentryczni angielscy dziennikarze, którzy potrafią od czasu do czasu nadać status megagwiazd raczkującym jeszcze grupom. Co by tu nie napisać - Coldplay nagle stał się czymś wielkim.

  A przecież "Parachutes" to taki niewinny album. Niecałe trzy kwadranse spokojnych, delikatnych, wstydliwych wręcz kompozycji. Z jednej strony mamy znane wszystkim single: dwuminutowe "Don't Panic", pieszczące uszy plumkaniem gitary w refrenie, wspomniane już "Yellow", dynamiczne "Shiver" i utwór, który zna każdy; nawet jeśli tytuł "Trouble" nic mu nie mówi. Ale nie na singlach "Parachutes", bynajmniej moim zdaniem, stoi. Jest zmysłowe "High Speed", wypisz - wymaluj Radiohead AD 1997, kończące krążek "Everything's Not Lost" z pięknym wokalem w finale i, wreszcie, moje ukochane "Spies", w którym Martin śpiewa tak delikatnie, jakby rzeczywiście wyczuwał wokół siebie obecność jakichś tajemniczych szpiegów.

  Fakt - to dobry album. Słuchać go można w kółko, melodie wbijają się do głowy i ani myślą stamtąd wyjść. Ale pobawmy się w krytyków - cmokierów. W porównaniu do "OK Computer", "Parachutes" rumieni się w tej swojej wrodzonej delikatności i cofa kilka kroków do cienia. To nie ten sam ładunek emocjonalny. To rzecz bardziej przystępna, prostsza. (Czyżbym właśnie, zupełnym przypadkiem, odkrył sekret jego popularności?)

   Dziś wiemy o wiele więcej niż ludzie dziesięć lat temu. Wiemy, że dom można sprzedać na aukcji internetowej, kamery podłączone do konsoli rozpoznają jej właściciela na podstawie jego postury i głosu, a każdą myśl znajomych śledzimy za pomocą Facebooka. Wiemy też, że Coldplay całą tę presję, którą niewątpliwie wywołało przyjęcie ich debiutu, zniósł fenomenalnie i bardzo szybko pokazał całemu światu na dużo, dużo więcej. Dlatego chciałbym podziękować wszystkim, którzy uwierzyli w ten kwartet dekadę temu. Dali zielone światło naprawdę wielkiemu zespołowi. I dziś, album "Parachutes" traktuję jako swego rodzaju ciekawostkę - pierwsze, niewinne kroki przyszłych gwiazd. Co nie zmienia faktu, że słucha się go z ogromną przyjemnością i te urocze kompozycje dobrze komponują się z przedświątecznym nastrojem i białym puchem za oknem.
Jeżeli, jakimś cudem, nie znasz Coldplay, swoją nową przygodę zacznij właśnie od "Parachutes"; jeżeli zaś zespół znasz od dawna, bardzo możliwe, że traktujesz ten album podobnie, jak ja.

Ocena: 7,5/10

wtorek, 30 listopada 2010

MUZYKA - Kings of Leon: Come Around Sundown (2010)

 
1. The End (4:23)
2. Radioactive (3:26)
3. Pyro (4:10)
4. Mary (3:25)
5. The Face (3:28)
6. The Immortals (3:28)
7. Back Down South (4:01)
8. Beach Side (2:50)
9. No Money (3:05)
10. Pony Up (3:04)
11. Birthday (3:15)
12. Mi Amigo (4:06)
13. Pickup Truck (4:44)

Całkowity czas: 47:26

   Czy wiesz może, drogi Czytelniku, które recenzje stanowią największe wyzwanie? Tych nielicznych płyt, które zdają się przewyższać skalę i pozbawiają słuchacza słów, owszem. Ale nie, ja nie o tym. Słabych płyt, powodujących uśmiech zażeniowania? Proszę, przecież to sama przyjemność! Najgorsze do opisania nie są ani płyty wyśmienite, ani słabe, tylko te pośrodku - napewno nie złe, ale nie do końca też dobre. To teraz zgadywanka, jaką płytą jest "Come Around Sundown"? Zanim magicznie wyparuje puszka piwa stojąca przy komputerze, postaram się udzielić wystarczającej odpowiedzi na to - i tak już banalne - pytanko.

    Kings of Leon stanowi fenomen współczesnej sceny rockowej. Po wydaniu "Only By the Night" i uzyskaniu statusu megagwiazd, panowie wydają kolejny album, którego już sama okładka zdradza, że "coś jest nie tak". Bo, proszę, co to ma być? Tapeta pod Windowsa..? Tak przynajmniej pomyślałem stojąc w Empiku przed wyższą ode mnie plastikową szafką w barwach zachodzącego słońca, wypełnioną po brzegi kopiami "Come Around Sundown". Nie powiem, zaintrygowała mnie i jeszcze tego samego dnia najnowszą muzyką Królów Lwów wypełniłem przyciasnawą przestrzeń mieszkania.

   "Coś jest nie tak", albo "jest jak najbardziej tak" w zależności od oczekiwań. Chłopaki poczuli już ogrom sławy, dlatego zdecydowali pójść w jakimś bezpiecznych kierunku muzycznym, który te wszystkie masy fanów spróbowałby zaspokoić. No i poszli w ślady U2. Nagrali zestaw wolniejszych, rozmarzonych kompozycji, dobrych dla sprzątających mamusiek, ich dzieci i przyjaciół. Utworów o wysokim potencjale radiowym. I jeżeli szukasz nieposkromionej energii, jaka towarzyszyła zespołowi w przeszłości, możesz być troszeczkę rozczarowany. Jeśli zaś akurat masz ochotę na spokojniejsze melodie, odrobinę ciepła, jesteś na dobrej drodze, aby "Come Around Sundown" zagościło w Twoich głośnikach na dłuższy czas.

   Z trzynastu utworów można z łatwością wybrać kilka perełek, jak "The End", "Pyro", "The Face", czy "Pickup Truck" (lecę z pamięci, to naprawdę znakomite kawałki) i dla nich na pewno warto album sprawdzić. Reszta, mimo iż gorsza, nie spada z pewnością poniżej "niezłego plus" poziomu i jest wciąż przyjemna dla ucha. Pomaga w tym z pewnością fenomenalny, nieco "zapity" głos Anthony'ego i wychodzący przed partie gitar, bardzo rozmarzony (pasujący więc do okładki!) bas Jareda. Bębny często ograniczone są do zwykłego "pum, pum - css", a z brakiem młodzieżowej energii i ognia idzie też niedobyt gitary elektrycznej. Niestety.

  Puszka jest prawie pusta, trzeba więc kończyć. "Come Around Sundown" nie jest złym albumem, broń Boże! Po prostu, ktoś tutaj za bardzo boi się złego przyjęcia przez setki tysięcy fanów i woli nagrać lekko przesłodzone, wypadające sztucznie kompozycje zamiast pokazać, jak seks mógłby zapłonąć ;) Ale sprawdzić można, oczywiście.

Ocena: 6... No niech będzie 6,5/10 za "The Face"

wtorek, 31 sierpnia 2010

MUZYKA - Spoon: Transference (2010)

1. Before Destruction 3:17
2. Is Love Forever? 2:07
3. The Mystery Zone 4:59
4. Who Makes Your Money 3:44
5. Written in Reverse 4:18
6. I Saw the Light 5:32
7. Trouble Comes Running 3:05
8. Goodnight Laura 2:28
9. Out Go the Lights 4:36
10. Got Nuffin 3:58
11. Nobody Gets Me But You 4:56

   Całkowity czas: 43:01

"Transference" to kolejny album z popularnej ostatnio serii "mniej = więcej" (daleko nie szukając, tą metodą posłużyło się ostatnio The Flaming Lips, Pain of Salvation, bądź też Marillion, a przecież klasa tych zespołów mówi sama za siebie), co oznacza odejście od studyjnych efektów, wypolerowanego brzmienia i bogatego instrumentarium. To dosyć ryzykowny krok, łatwiej uchodzący w ogólnie pojętej muzyce progresywnej niż bijącym popularność światku amerykańskiego rocka alternatywnego. The Flaming Lips pokazało, że "można" i efekt takiego zabiegu potrafi być powalający, ale Spoon nie ma za sobą takiego ogromnego doświadczenia. Skutki mogły być tragiczne...

   Na szczęście, nie są. Skoro już te tysiące słuchaczy Spoon w naszym kraju odetchnęło z ulgą, możemy przyjrzeć się bliżej samej muzyce. Jedenaście kompozycji, na jakie składa się "Transference", przy pierwszym przesłuchaniu szokują. No bo jak to? Utwory nie mają żadnych wstępów, kończą się nagle, urwane w trzeciej czwartej, wokal brzmi czasem, jakby wokalista obraził się na mikrofon, rzadkie smaczki dźwiękowe wyskakują znienacka w nieoczekiwanym momencie, perkusja w większości utworów gra wciąż ten sam rytm, nie słychać w niej żadnej (maluteńkiej nawet) zmiany, a płyta kończy się, zostawiając biednego słuchacza z otwartą buźką. Myśli on: "Cholera jasna, przecież to jeden z najsłynniejszych amerykańskich zespołów, coś mi tu nie gra", po czym drapie się w podbródek, sięga po plastikowe pudełko i ogląda je dociekliwie. Okładka dokładnie taka, jak na artrock.pl i w ostatnim TR. Wyciąga płytę z odtwarzacza, nadruk radośnie głosi "Spoon - Transference", czyli o pomyłce nie ma mowy. "Matko, na co ja wydałem tyle pieniędzy?" - juz chce powiedzieć do stojącego nieopodal akwarium, ale jego narodowość nie pozwala mu na to. Podpowiada, że musiał odlecieć myślami podczas słuchania i każe włączyć album jeszcze raz. No i - znany scenariusz - nagle okazuje się, że płyta wcale nie jest zła.

   A nawet przeciwnie. To jeden z tych albumów, których nie sposób ocenić po jednym przesłuchaniu. Na początku sprawia wrażenie nieprzemyślanego, jednak melodie wkrótce "wchodzą do głowy", a sama stylistyka, przypominająca nagrania demo, to właśnie ten zabieg "mniej = więcej". Utwory bez zbędnych ceregieli rozpoczynają się, wypełniając pokój nośnym basem, kończą bez pożegnania i niemal płynnie przechodzą w następne kompozycje. Po czasie wychwycamy smaczki dźwiękowe, ukryte w tle klawisze, sample, zauważamy, że gitary, choć proste, grają bardzo chwytliwe partie i nawet Britt Daniel - wokalista - zaczyna nas intrygować swoim "brudnym" głosem. Album jest nienachalny, powtarzamy go coraz częściej, a jednak nas nie nudzi. "Chwyta z czasem!" - krzyczałby stacje radiowe, gdyby Spoon puszczały. A wiele utworów na "Tranference" się nadaje, jak na przykład świetny "The Mystery Zone" z psychodeliczną gitarą w refrenie, agresywny "Written in Reverse" oparty na partii fortepianu i "charczącym" refrenie, najpiękniejsze ze wszystkich "I Saw the Light", zamieniające się w drugiej połowie w transową jazdę, no i wzruszająca ballada "Goodnight Laura". Nie wszystkie utwory trzymają się tak dobrego poziomu, drażni mnie hałaśliwe "Trouble Comes Running", a "Nobody Gets Me But You" do teraz, po wielu przesłuchaniach, nie wpadło mi w ucho.

   Mimo tych dwóch złośliwych rodzynków, najnowszego dzieła Spoon słucha się z nieukrywaną przyjemnością. Nie jest to ambitna płyta, nawet takiej nie udaje, ale najważniejszą fukcję muzyki spełnia doskonale. Warto się Łyżeczkami zainteresować, o ile oczywiście nie śmieje się na sam dźwięk słowa "indie". W przerwach pomiędzy kolejnymi progresywnymi olbrzymkami - polecam :)

Ocena: 7/10

MUZYKA - Spoon: Ga Ga Ga Ga Ga (2007)

1. Don't Make Me a Target 3:55
2. The Ghost of You Lingers 3:34
3. You Got Yr. Cherry Bomb 3:08
4. Don't You Evah 3:36
5. Rythm & Soul 3:30
6. Eddie's Ragga 3:39
7. The Underdog 3:42
8. My Little Japanese Cigarette Case 3:03
9. Finer Feelings 04:54
10. Black Like Me 03:25

Całkowity czas: 36:26

 W momencie premiery "Ga Ga Ga Ga Ga”, czyli w roku 2007, Spoon był już na szczycie. Po premierze "Kill the Moonlight" i "Gimme Fiction" - albumów sprzedanych w setkach tysięcy egzemplarzy - mogli nagrać (mówiąc wprost) byle gówno, które sprzedałoby się niczym świeże bułeczki w sobotni poranek i uplasowało na podium Billboardu. Nagle, okazuje się, że tytułem nowego wydawnictwa będzie "Ga Ga Ga Ga Ga”. Jedni myślą, że to wypięcie się na fanów i ukazanie wyżej wymienionej tezy, drudzy, że to nawiązanie do antycznej mitologii, a europejczycy wciąż o Spoon nawet nie wiedzą. Na szczęście, okazuje się, iż to po prostu dziwny żart zespołu i muzyka na płytce błyszczy, jak główka niemowlaka. A Billboard i tak zdobyty ;)

   Tak więc, co odróżnia najnowsze dzieło Łyżek od starszych albumów? "Ga Ga Ga Ga Ga” aż kipi bogactwem brzmienia i przyjemnymi dla ucha eksperymentami. Co prawda pierwszy utwór, "Don’t Make Me a Target”, początkowo wydaje się jedynie typowym utworem z chwytliwą gitarką, jednak nagle uderza w nas cała fala studyjnych dodatków. Jest pianino, syntezatory, dziwne trzaski i zgrzyty, a w tle obowiązkowe wyklaskiwanie rytmu. A to dopiero nieśmiałe przywitanie. "The Ghost of You Lingers” opiera się jedynie na maniakalnym nawalaniu w te same klawisze pianina i rozmyte śpiewy dobiegające z każdej strony. "You Got Yr. Cherry Bomb” i "The Underdog” zaskakują wesołymi partiami trąbek, "Eddie’s Ragga” postrockową gitarową jazdą w zakończeniu, a "My Little Japanese Cigarette Case” szarpaną solówką na akustycznej gitarze. Ciekawych urozmaiceń jest na “Ga Ga Ga Ga Ga” dużo więcej, dzięki czemu każdy utwór brzmi świeżo i całości słucha się bez znużenia. Rozmywa się jedynie ostatnia kompozycja, której nie mogę skojarzyć nawet po wielu przesłuchaniach.

   Spoon musiał zawrzeć pakt z diabłem, gdyż każda kolejna płyta to kolejna kolekcja chwytliwych melodii, dobrych do odtworzenia w każdym momencie dnia bez większego powodu. I to właśnie chyba ich największy atut. Kolejnym niewątpliwie jest nietypowy głos Britta Daniela, trochę niedbały i chrypliwy. Reszta zespołu pozostaje w tyle, ale spisuje się bardzo dobrze. Łopatologiczna perkusja Jima Eno i wyrazisty bas Roba Pope'a (nowicjusza w Spoon) tworzą transowy rytm, a Eric Harvey na swoich klawiszach wprowadza większość opisanych smaczków dźwiękowych. Nikt się nie leni.

   Podsumowując, "Ga Ga Ga Ga Ga" to kolejna udana i przebojowa płyta spod rąd uzdolnionych Teksańczyków. Radosne utwory wzbogacone wieloma studyjnymi efektami nie bez powodu zdobyły serca ogromnej rzeszy fanów. Spoon udowadnia, że w kategorii muzyki stricte rozrywkowej nie mają sobie równych. Polecam bez wahania.

Ocena: 8/10  

MUZYKA - Spoon: Gimme Fiction (2005)

1. The Beast and Dragon, Adored 4:18
2. The Two Sides of Monsieur Valentine 2:58
3. I Turn My Camera On 3:32
4. My Mathematical Mind 5:02
5. The Delicate Place 3:42
6. Sister Jack 3:35
7. I Summon You 3:55
8. The Infinite Pet 3:56
9. Was It You? 5:02
10. They Never Got You 5:30
11. Mechants of Soul 2:49

Całkowity czas: 43:52
"Kill the Moonlight" przyniosło Spoon niespodziewaną popularność, dlatego następny album - jakikolwiek by nie był - skazany był na ogromny sukces, jednak na "Gimme Fiction" fanom przyszło czekać trzy lata, a w tym czasie na rynku pojawił się pewien niesforny gagatek, który przewrócił w głowach krytyce i zmienił opinię niedowiarków na temat muzyki indie. Mowa oczywiście o "Funeral" Arcade Fire. Kilka miesięcy później Spoon wydał kolejny album. Fanów muzyki niezależnej przybyło, więc "Gimme Fiction" szturmem zdobył listy przebojów. Pomimo faktu, że zarówno w obliczu poprzednika, jak i następcy, prezentował delikatnie zaniżony poziom.

   Zmian w stosunku do "Kill the Moonlight" tutaj niewiele, choć na pewno nie brak. Przede wszystkim, zespół zmniejszył ilość studyjnych "upiększaczy". Usłyszymy pianinko w otwierającym "The Beast and Dragon, Adored", w "The Two Sides of Monsieur Valentine" obok niego jeszcze skrzypeczki, klawiszowe tła w "My Mathematical Mind" i "The Infinite Pet" i to chyba wszystko. Reszta utworów opiera się jedynie na "prawdziwym" brzmieniu. Ot, na przykład przebojowe "I Turn My Camera On" (tutaj błyszczy Britt Daniel), brzmiące jak klasyczne indie "Sister Jack" (znowu świetny refren), czy poruszająca ballada "I Summon You" oparta na akustycznej melodii. Ten ostatni, swoją drogą, to najlepszy utwór roku 2005 według Stephena Kinga (ach, ta Wikipedia!).

   Problem "Gimme Fiction" polega na tym, że album "rozmywa się" po wspomnianym "I Summon You". Słuchałem płyty wielokrotnie, a wciąż nic nie potrafię powiedzieć o czterech ostatnich kompozycjach. Możliwe, że to wina przedłużania na siłę materiału (album jest dziesięć minut dłuższy od poprzednika), jednak przyjemność ze słuchania w tych ostatnich minutach zdecydowanie gdzieś znika.

   Nie sugeruję, że jest to album nieudany. Ma kilka wspaniałych utworów, dla których zdecydowanie warto po niego sięgnąć. Jeżeli jednak jesteś nowy w temacie, lepszym wyborem byłby "Kill the Moonlight", czy też "Ga Ga Ga Ga Ga". Tam Spoon serwuje muzykę rozrywkową z najwyższej półki od początku do końca. Tak więc - szósteczka, "z czystym sercem"

Ocena: 6/10

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

MUZYKA - Kasabian: Kasabian (2004)

1. Club Foot 3:34
2. Processed Beats 3:07
3. Reason Is Treason 4:35
4. I.D. 4:47
5. Orange 0:46
6. L.S.F. (Lost Souls Forever) 3:17
7. Running Battle 4:15
8. Test Transmission 3:55
9. Pinch Roller 1:14
10. Cut Off 04:38
11. Butcher Blues 4:28
12. Ovary Stripe 3:50
13. U Boat 10:51 (zawiera remiks "Reason Is Treason" po kilku minutach ciszy)

Całkowity czas: 53:16

Na korytarzu rozbrzmiał dźwięk dzwonka, zwiastujący jedynie jedną (całkiem smutną, nawiasem mówiąc) nowinę - czas na powrót do klasy. Jednak, do pomieszczenia, w którym rozgrywać się będą dzisiejsze zajęcia, młodzież przybiegała znacznie chętniej, niż - dla porównania - do sali biologicznej lub chemicznej. Tutaj bowiem, pod czujnym okiem pani profesor Janik (choć tytuł ten nosi ona umownie), ocenia się wszystkie debiuty muzyczne mniej lub bardziej znanych zespołów z całego świata...

   Dzieciaki zdążyły się już wygodnie rozsiąść w ławkach, dlatego pani profesor Janik wstała, poprawiła podwiniętą koszulkę z logiem Porcupine Tree, odkaszlnęła i przemówiła swoim anielskim głosem:
   - Drogie dzieci, na dzisiejszych zajęciach debiutoznawstwa zajmiemy się całkiem młodym wydawnictwem. Młodym oczywiście dla mnie - tutaj pani profesor delikatnie się zaczerwieniła - bo w waszych oczach sześć lat to spory kawałek czasu.
   Przez klasę przeleciała gumka i uderzyła w plecy Arturka - jednego z najzdolniejszych uczniów w grupie. Pani Janis postanowiła przyspieszyć mowę wstępną, żeby zainteresować uwagę młodzieży.
   - W roku 2004, dokładniej trzynastego września, nikomu nieznana grupa Kasabian z Wielkiej Brytanii wydała swój debiutancki album. Jego tytuł brzmiał tak samo, jak i nazwa zespołu. To częsta zagrywka. No więc, moi drodzy, komu mówi coś nazwa Kasabian? Nie muszę chyba przypominać, że waszym zadaniem domowym było przesłuchanie tej płyty w domu, dlatego liczę na chociaż minimum pomocy...
   W górę wystrzeliła ręka Arturka. Pani profesor, wiedząc, że Arturek właściwie mógłby poprowadzić wykład za nią, czekała na innego chętnego do wypowiedzi. Po kilku sekundach, niepewnym ruchem, zgłosił się Janek "Brzytwa" Zalewski - największy znawca wszystkich "luzackich", jak to sam ujmuje, tematów.
   - Janek! Proszę bardzo! - powiedziała radośnie pani Janik.
   - Więc...
   - Nie zaczynamy zdania od "więc".
   - No to...
   - Ani od "no to".
   - Kiedyś grałem na PlayStation w Pro Evolution Soccer 5 i tam była ta znana piosenka Kasabianów w historyjce.
   - Dobrze wiedzieć, Janku - powiedziała ironicznie pani profesor - ale to nie o takie informacje mi chodziło.
   - Ale kiedy pani nie daje mi skończyć! To była piosenka "Club Foot" z płyty "Kasabian". Wydawała mi się bardzo znajoma, dlatego sprawdziłem Wikipedię. Okazało się, że pojawiła się też w jednej części WRC, Tony'ego Hawka i tych nielegalnych wyścigach po mieście.
   - Pani profesor - odezwał się Arturek - Brzytwa idzie w dobrym kierunku. Zespół Kasabian próbował rozsławić swój debiut w angielskich mediach, wypuszczając dwa single - "Processed Beats" i "Reason Is Treason". Żaden jednak nie zrobił większego sukcesu i wtedy dopiero na singla wybrano "Club Foot". Utwór - te słowo Arturek głośno podkreślił, rzucając nerwowe spojrzenie na Janka "Brzytwę" - stał się olbrzymim hitem nie tylko na wyspach. Wkrótce cały świat kojarzył nazwę Kasabian tylko z nim, co pozwoliło zespołowi natychmiast rozwinąć skrzydła. Album "Kasabian" sprzedał się w bardzo dużym nakładzie, a jego autorzy z miejsca weszli do elity brytyjskich zespołów alternatywnych.
   Wszyscy wywalili oczy na Arturka.
   - Bardzo dobrze, Artur. To prawda, debiut Kasabian prawdopodobnie już na zawsze będzie kojarzyć się z "Club Foot", który to rozpoczyna całą płytę. Ale nie zapominajcie, jest tu jeszcze dwanaście innych utworów. Singiel singlem, nas interesuje album jako całość.
   - Ja posłuchałam wczoraj "Kasabian" - powiedziała Kasia "Barbie" Babrzewska, najładniejsza dziewczyna w grupie, która nie grzeszy jednak ogromną błyskotliwością. - Bardzo ładna.
   Pani Janik schowała twarz w dłoniach, po czym spytała:
   - Ale dlaczego ładna, Kasiu?
   - Taka sexy, w brytyjskim tego słowa znaczeniu. Dużo komputerków!
   - Rzeczywiście, jak wiele angielskich zespołów, Kasabian korzysta z bardzo dużej ilości elektroniki i studyjnych efektów. Czy ktoś mógłby coś na ten temat powiedzieć?
   W powietrzu pojawiła się jedna ręką.
   - Oprócz Artura.
   Ręka opadła, ale - zaraz po tym - pojawiła się druga. Należała do Boba, nazywanego Marlej, prawdopopodnie z powodu dredów na głowie.
   - Jak dla mnie, elektroniki na "Kasabian" trochę nawet za dużo. Ale gdybym miał coś na ten temat powiedzieć - tutaj zaglądnął do swojego zeszytu i zapisanych tam notatek - no to jest, przede wszystkim, różnorodna.
   - Co masz na myśli?
   - Czasami duszna, jak w "Club Foot" i "Cut Off", czasami iście transowa, zwłaszcza w psychodelicznym "I.D." i "Running Battle", a czasami taneczna i przebojowa. Tutaj sobie zapisałem "Processed Beats" i "Test Transmission".
   - Bardzo trafna uwaga, Bob, dziękuję. Widzicie, sukces "Kasabian" nie opierał się jedynie na "Club Foot". To zbiór bardzo pomysłowych utworów, które okraszone są, jak to powiedział Marlej, olbrzymią dawką elektroniki. Od kilku lat to dobry przepis na zrobienie kariery w Wielkiej Brytanii. Ale wiele zespółów z niego korzystających zapomina, że ważna jest różnorodność. Wiele, ale nie Kasabian. Nagrali zbiór chwytliwych i różnorodnych melodii. Zrobili to w idealnym momencie, dzięki czemu sława przyszła bardzo prędko. Pytanie powinno brzmieć, czy będą potrafili powtórzyć sukces debiutu?
   Z klasy odezwał się Janek:
   - Ja słuchałem już dwóch następnych płyt Kasabian i uważam, że...
   -Cicho, Janek! - skarciła go pani profesor. - To nie jest temat na dzisiejszą lekcję. A właściwie - na dzisiejszy tekst. Prawda, Adam?


   Ano prawda, prawda. Bo dzisiaj tylko o debiucie miało być. Tak więc, co mógłbym dodać od siebie? Chłopaki nagrali świetny album. Nie jest co prawda szczególnie świeży, bo to tylko umiejętna interpretacja starszych brytyjskich gwiazd, ale przecież inspiracja - a szczególnie taka umiejętna - to nic złego. Wspomnieć muszę jeszcze o dwóch przerywnikach - "Orange" i "Pinch Roller" (krótkie, ale milutkie), jednym fenomenalnym utworze instrumentalnym - "Ovary Stripe", który z jeszcze lepszym zakończeniem płyty, balladą "U Boat", stanowi najmocniejszy moment albumu, zachęcający do jej natychmiastowego powtórzenia. Tak, mocniejszy niż "Club Foot".
Ocena? Zupełnie zasłużona ósemka.

Ocena: 8/10